Across The Cursed Lands II – 32 – Tajemniczy Edmund Rise

Na widok zachodzącego słońca, a przy tym myśli, że zrobi się znacznie chłodniej, już nie robił się ponury. Teraz miał futro furki, w którym co prawda wyglądał jak dama z włości, ale przynajmniej go grzało. Żałował trochę, że nie było tak miękkie, na jakie wyglądało, ale nie narzekał.
— Oszczędzajmy pieniądze. Mamy jeszcze kawałek do Chicago, więc może dzisiaj wystarczy nam ciepłe łóżko i dobre jadło, ale bez przesadnych luksusów — zaproponował niespodziewanie, kiedy wkraczali do spotkanego na drodze miasteczka. Oczywiście mogłoby to brzmieć dziwnie w jego ustach, znając jego upodobanie do wygody, ale… pieniądze wolał oszczędzić na jedzenie i amunicję. Nie przeżyłby, gdyby musiał się żywić tym, czym Jefferson, a i wszystkie naboje zużył na treningi. Wolał jednak mieć jakieś przy sobie w przypadku nagłego spotkania czegoś podobnego do korbara lub Wielkiej Stopy.
Drugim powodem była myśl, że w tym miasteczku nawet nie mieliby za bardzo szans na jakiś luksusowy hotel. Co prawda nie było to jakieś małe miasteczko z kilkoma rodzinami na krzyż, a i przemysł musiał być dalej posunięty niż chociażby w miasteczku dręczonym przez Wielką Stopę. Mimo to, William po pierwszym rzucie okiem stwierdził, że nie było tu pusto od małych gangów, narkotyków i szeroko rozprzestrzenionej prostytucji.
Co jednak wyróżniało tę małą miejscowość spośród innych cieszących się nie najlepszą renomą, to dosłownie kilka, lecz bardzo bogatych domów. Salun też okazał się wyjątkowo zadbany i dobrze prosperujący, bo nie zapewniał tylko alkoholu i stolików, przy których można było coś wypić, ale także dziwki oraz noclegi na piętrze. Tam Jefferson i William się skierowali, nie szukając nadaremnie innych kwater.
— Zanieś nam rzeczy, a ja zapłacę za pokój. I zejdź potem, to od razu zjemy, dobrze? — zaproponował lekarz, kiedy tylko przekroczyli próg salunu, w którym już gromadziło się sporo gości ze względu na późną porę.
Jefferson mruknął tylko pod nosem coś na temat tego, że się zgadza i zabrał od lekarza jego torby. Dostał też od oberżysty klucz do pokoju i z nim oraz wszystkimi tobołami ruszył na piętro, odprowadzany ciekawskimi spojrzeniami zarówno gości, jak i pracownic przybytku.
W tym czasie William zbliżył się do lady, aby zapłacić za pokój, który został im przydzielony. Kapelusz położył na blacie i zaczął grzebać w kieszeniach.
— A potem niech się pan tu zapisze — oberżysta, mężczyzna o wątłym ciele, ale dużych dłoniach, położył na ladzie opasłą księgę gości.
William zgodził się skinieniem głowy, skupiony na odliczaniu należności, a kiedy to zrobił, zamoczył pióro w atramencie. Czuł na sobie wzrok innych gości, ale nie zważał na to, tylko przewertował księgę, aż nagle coś przykuło jego uwagę. Już miał zapisać swoje nazwisko, gdy na poprzedniej stronie dostrzegł „John Smith”. Zapatrzył się w to miejsce jak osłupiały i ocknął się dopiero, kiedy oberżysta go trącił.
— No, piszesz pan?
— Tak… Tak. Już. Niech mi tylko pan powie, czy ten gość jeszcze tu jest? — zapytał bezpośrednio, wskazując na nazwisko Smitha.
Zapytany westchnął, jakby udzielenie odpowiedzi było najcięższą rzeczą do wykonania, po czym przeanalizował podpis, poskrobał się po niedogolonej brodzie i skrzywił.
— Ne… Był jeszcze tej nocy, ale z rana się chyba wyniósł. Zapłacił za noc, tyle ważne.
Serce Williama zaczęło bić dużo szybciej, a spojrzenie jego błękitnego oka pomknęło w kierunku schodów. Musiał o tym powiedzieć Jeffersonowi!
— A mogę wiedzieć, proszę pana, jak wyglądał? — dopytał uprzejmie, wiedząc, że Johnów Smithów mimo wszystko sporo chodziło po świecie.
— Tak o… zwyczajnie. Nie tak jak pan, taki zarośnięty, buro-szary. Z długim ogonem na karku. Po czorta wam to wiedzieć?
To on! — pomyślał lekarz i pokręcił głową.
— Nieważne, na pewno z kimś go pomyliłem — skłamał i zapisał szybko swoje imię i nazwisko w księdze gości. — Dziękuję bardzo — dodał, zamykając tom i oddając kałamarz. Musiał o tym porozmawiać z Jeffersonem przy kolacji, więc już unikając pytającego wzroku oberżysty, pokierował się do stoliczka usytuowanego bardziej w głębi karczmy.
Chwilę jeszcze był obserwowany, ale w końcu goście dali mu spokój i zajęli się własnymi rozmowami i zawartością kufli. Na Jeffersona czekał dość długo. Dłużej niż przypuszczał, że może zająć udanie się na piętro, aby zanieść rzeczy, ale kiedy ten w końcu się pojawił, wyjaśnił mu swoją dłuższą nieobecność.
— Byłem w stajni jeszcze. Zamówiłeś coś do żarcia?
— Tak, zaraz podadzą ci pieczeń z gęsi, a ja będę miał zupę kartoflaną — odpowiedział William, bo rzeczywiście zdążył przez ten czas oczekiwania zamówić im jedzenie. Potem jednak pochylił się bardziej nad stolikiem do Rangera i dodał ciszej: — Smith był tu wczoraj.
Jeff zbystrzał momentalnie i wyglądał, jakby zaraz miał wstać i wyjść.
— Gdzie się udał?!
— Nie wiem. Nie pytałem o to, ale oberżysta nie wygląda, jakby się tym interesował. To nie takie małe miasto, w którym wszyscy się znają — stwierdził lekarz. — Wygląda jednak na to, że naprawdę jesteśmy blisko.
— Powinieneś go wypytać, skoro go widział — Jefferson westchnął ciężko, ale opanował nerwy. — Mówił, kiedy konkretnie wyjechał? Wczoraj rano czy wczoraj wieczorem? — dopytywał, aby oszacować odległość, jaka mogła ich dzielić od człowieka, którego poszukiwali.
— Dziś rano wyjechał. Miał więc kilkanaście godzin, by się oddalić. Możemy jutro z rana spróbować dowiedzieć się, gdzie się udał — zasugerował delikatnie William, bo nie widziało mu się po całym dniu drogi jeszcze chodzenie po mieście i szukanie informacji. Był głodny i zmęczony, a właśnie ujrzał, jak kelnerka zmierza ku nim z dwoma wielkimi talerzami jedzenia i koszyczkiem z pieczywem.
— Konie i tak są zmęczone. Nie mamy innego wyjścia, niż faktycznie poczekać do rana. — przyznał Ranger, a kiedy dziewczyna stawiała przed nimi jedzenie, zatrzymał ją gestem i poprosił: — Poczekaj chwilę, chcemy cię o coś spytać.
— Dziś nie pracuję tak, tylko roznoszę jedzenie — kelnerka fuknęła na nich, nie odsuwając się jednak jeszcze.
— Nie, nie o to chodzi — Jefferson uśmiechnął się do niej uprzejmie. — Kojarzysz człowieka imieniem John Smith? Takiego z blizną na szyi, siwo-burego, z długimi, związanymi włosami? Był tu ponoć.
Dziewczyna z krótkimi włosami podwijającymi się przy uszach popatrzyła na nich i westchnęła ciężej.
— Rano wyjechał. A co? — zapytała, skubiąc palcami wstążkę od białego fartuszka zawieszonego na szerokiej sukience.
William tylko się przysłuchiwał, bo już zamoczył kawałek chleba w gęstej zupie i ugryzł.
— Wiesz w którym kierunku? Był sam?
— Sam. A i wiem gdzie pojechał…
— Och…? — William mruknął z większym zainteresowaniem, a dziewczyna uniosła ręce.
— Do burdelu! Jak każdy, dla kogo tutaj za mały wybór! Potem to go nie widziałam, słowo daję — jęknęła i wskazała na kuchnię. — Już? Bo ja tu jeszcze… ekhem, pracuję.
— Tak, dziękujemy za posiłek i rozmowę — Jefferson znowu się do niej uśmiechnął, a kiedy ta pogardliwie go zmierzyła i odeszła, uśmiech natychmiast spłynął mu z ust. — To do rana mamy nic. Teraz nie będziemy szukać kolejnych dziwek, które go widziały.
— Popieram. Jednak mamy coś poza sercami w słoiku. To dobrze, generał powinien być zadowolony — odpowiedział jedzący już swoją kolację lekarz. Był bardzo głodny, aż go skręcało w żołądku. Jadł jednak spokojnie, by nie zrobiło mu się nagle niedobrze.
— Mm… — Jefferson poparł jego słowa tylko skinieniem i mruknięciem, bo sam żywo zabrał się za swoją kolację. W przeciwieństwie do lekarza jadł szybko, nie przejmując się inaczej swoim żołądkiem, jak tylko tym, aby go zapełnić.
William milczał długo, bo myślał o tym, czego niespodziewanie się dowiedzieli. Oczywiście nie oszczędził sobie przy tym oglądania Rangera, jego przystojnej twarzy i męskich dłoni.
— Dlaczego przyjechał tutaj? — rzucił w końcu, bo nie mógł wpaść na żaden pomysł.
— Mógł mieć po drodze do Chicago lub do innego miasta. Mógł też mieć tu coś do załatwienia. I jeśli to ta druga opcja, dobrze byłoby się dowiedzieć, po co tu przybył. Jeszcze jednak istnieją szanse, że to zwykły zbieg okoliczności i chciał zwyczajnie zamoczyć — Jeff odparł z pełnymi ustami i kropelką sosu na brodzie.
— Nawet jeśli, to był w drodze do jakiegoś celu. Żałuję, że nie mamy stałego miejsca pobytu. Przydałaby się nam mapa, na której moglibyśmy zaznaczać jego trasę i kluczowe miejsca… Brakuje mi stabilności — William westchnął cichutko, nabierając na łyżkę kolejne kawałki grochu i ziemniaków pływających w zupie.
— Po co ci stabilność do zaznaczania punktów na mapie? — Jefferson słuchał towarzysza, jedząc i nie widząc zbieżności. On sam wolał być w drodze.
— Brakuje mi… — William nie bardzo wiedział, jak mu to wyjaśnić. Zamyślił się, chwilę popatrując na innych gości w karczmie, ale nie byli zajmujący. Na pewno mniej niż Jefferson. — Zawsze pracowałem w gabinetach lekarskich, na miejscu. Potrzeba mi miejsca, w którym miałbym wszystko uporządkowane. Po swojemu.
Jefferson mruknął potakująco, ale bardzo odruchowo.
— Czyli chciałbyś znowu osiąść? W Chicago?
Delikatny uśmiech pojawił się w kąciku ust lekarza.
— Przyznam, że jechanie tam bardzo mnie cieszy. Właśnie dlatego, że będę miał więcej spokoju, więcej swoich narzędzi i to upragnione miejsce. Łatwiej się skupić, kiedy pracuje się w cichym, bezpiecznym miejscu. Nie w pokojach hotelowych.
— Więc może uda ci się zaznać trochę spokoju w rodzinnym mieście. Oczywiście, jeśli uda ci się do niego dotrzeć żywym i… — Ranger urwał, bo nagle do salunu wpadła kobieta.
Była zdyszana, w eleganckiej sukni, z kiedyś starannie uczesanymi włosami, a teraz rozwichrzonymi. Jej oczy były czerwone, tak jak i cała twarz. Prawie że upadła, ale jeden z mężczyzn zdążył się poderwać ze swojego miejsca i złapać ją pod łokciami.
Nagle w całym przybytku zrobiło się żywo i gwarno, a Jefferson całą swoją uwagę skierował ku kobiecie, a nie resztkom sosu, jakie wybierał chlebem z talerza. William również przestał być tak zajęty zaspokajaniem głodu, jak chwilę temu i przyjrzał się kobiecie z lekkim zaskoczeniem. Oberżysta nawet wyszedł zza lady, a kelnerki wychyliły się z kuchni, słysząc nagły rumor.
— Carla? Coś się stało? — wydusił jakiś wąsaty starzec drobnej budowy, człapiąc od swojego stolika do kobiety.
Ta cała się trzęsła, patrząc panicznym wzrokiem po zebranych. Jefferson wstał, zostawiając resztki jedzenia i swojego towarzysza. Chciał lepiej widzieć. Już sam fakt, że przybyła kobieta wyglądała na roztrzęsioną, był niepokojący. Jej strój, teraz ubrudzony nie tylko na dole, ale również na kolanach i na udach, świadczył, że kobieta nazwana Carlą musiała upaść przynajmniej raz i bardzo się spieszyć.
— O… o Boże… Edmu… Edmund nie żyje…! — wydyszała i zatkała usta brudnymi dłońmi.
— Co?! Ed?!
— Co się stało?
— Morda, kurwa, niech ktoś jej wody da i pozwoli mówić! — wzburzone głosy rozlegały się zewsząd, a jedna z bardziej rezolutnych kelnerek faktycznie pobiegła po szklankę wody.
Mężczyzna, który przytrzymał Carlę, pomógł jej w tym czasie usiąść przy stoliku. William za to wahał się, czy się zbliżyć, ale w końcu to zrobił i przystanął zaraz obok Jeffersona. Ten na razie się nie wtrącał, widząc, jak wąsaty jegomość dobrze radzi sobie z uspokajaniem kobiety. Nie było po co dodatkowo się wtrącać, skoro tak mogli usłyszeć coś więcej.
— Nie… nie wiem. Znalazłam go w gabinecie… leży… o Boże… — kobieta znowu zachłysnęła się powietrzem, a łzy poleciały jej z oczu. Chwilę łkała. Nikt jej nie popędzał. — Leży tam… myśla… myślałam, że zemdlał, ale jest… martwy…
— Jesteś pewna? Może zwyczajnie za dużo wypił, a może uderzył się i upadł? — zasugerowała ta z kelnerek, która przybiegła do Carli i zgromadzonych wokół niej mężczyzn. — Mój papa raz tak się rypnął z dachu, żebyśmy myśleli, że umarł, a on tylko tak, no… popłynął!
Kobieta, zakrywając znowu twarz, potrząsnęła głową. Musiała nie być w stanie wydobyć z siebie więcej informacji.
William popatrzył po wszystkich zebranych, którzy starali się pocieszyć kobietę i w końcu, kiedy ta już piła wodę roztrzęsionymi rękoma, zbliżył się do niej.
— Jestem lekarzem, mogę pomóc. Zarówno zbadaniem ciała pani… pracodawcy? Krewnego? Męża? — rzucił, nie wiedząc, z kim ma do czynienia. — Jak i daniem pani czegoś, co pozwoli się pani uspokoić i łatwiej zasnąć.
— A kim pan, u czorta, jest?! — jeden z mężczyzn zareagował szybciej niż roztrzęsiona kobieta i pchnął Williama w klatkę piersiową, odsuwając go, kiedy ten zbliżył się zanadto.
— Opanuj nerwy! — Jefferson także się wtrącił w sytuację, skoro William już się wychylił. — Jefferson Black, Texas Ranger, a to William Lockerbie, lekarz na służbie państwa. Kto tu jest władzą? Kim był nieboszczyk?
— M… m… mężem. Moim mężem — załkała Carla i zakryła sobie twarz dłońmi, opuszczając przy tym szklankę z wodą na swoje kolana.
— No to pójdzie ktoś po szeryfa?! — rzucił oberżysta tonem pełnym wyższości i pretensji, że jeszcze nikt tego nie zrobił. Przy tym ukradkowo, niepewnie spojrzał na Jeffersona, najwyraźniej uznając, że dobrze wyjdzie w obliczu takiej „władzy”, jak przejmie głos.
William za to spojrzał wrogo na mężczyznę, który go odepchnął.
— Chciałem tylko pomóc. I wciąż mogę, jeśli ten jegomość tam leży nieprzytomny.
Jefferson naprawdę nie chciał się angażować. To była sprawa lokalna, niezwiązana w żaden sposób ani z potworami, ani z ich misją. Jednak wyszło, jak wyszło.
— Ty — wskazał na wąsacza. — Proszę tu zostać i wypytać panią o wszystkie szczegóły. Barman, spisz mi wszystkich, jacy tu są. Nie radzę nikogo dopisywać, bo będzie odpowiedzialność zbiorowa. Ty — wskazał na jednego z młodszych mężczyzn. — Biegniesz po szeryfa, a teraz niech ktoś zaprowadzi nas do męża tej pani.
Na chwilę zapadła grobowa cisza i tylko każdy patrzył po sobie. W końcu kelnerka, którą wcześniej pytali o Smitha, wystąpiła pomiędzy dwóch mężczyzn i rozłożyła ramiona.
— No? To ja mogę. Carlo, nie zamykałaś drzwi do domu?
— Nie… nie myślałam o tym… — zachlipała kobieta, której oczy od płaczu już dość mocno spuchły.
William skinął głową, zadowolony, że Jefferson wprowadził tu jakiś ład i nie czekając już na żadne kuksańce czy oklaski, wyszedł z salunu za młodą, ciemnowłosą kelnerką.
Jefferson jeszcze popatrzył po zebranych swoimi ciemnymi, w tej chwili bardzo srogimi oczami i ruszył za dwójką.
— Dajcie jej coś mocniejszego — dodał na koniec do oberżysty i w końcu wyszedł na ulice osnute ciemnością nocy.
Stukot obcasów kelnerki odbijał się echem po okolicy, kiedy ta szła po deskach połączonych ganków stojących dość blisko siebie budynków. Nie obracała się na nich i zmierzała przed siebie dość szybko.
— To tamten dom! — zawołała w końcu, kiedy wreszcie zbliżali się do celu.
Wskazała przy tym palcem na budynek tuż obok sklepiku z czerwono-białym daszkiem przed drzwiami. Był piętrowy, zadbany i był jednym z tych wyróżniających się stanem nad innymi. Podpiwniczony, przed podjazdem stał zbiornik na wodę dla koni i nawet pompa. Prezentował się bogato.
— Miał wrogów? — Jefferson spytał dziewczynę, która ich prowadziła, bo nie było wątpliwości, że właściciel musiał mieć pieniądze. A ci zawsze byli tymi, których chętniej chciało się likwidować.
— Nie wiem… Jedyne co, to zazdrośników, ale wrogami bym ich nie nazwała. Zwyczajnie… Miał więcej niż inni — kelnerka wzruszyła ramionami i pchnęła w drzwi wejściowe. Na szczęście okazały się być otwarte.
— I dużo było takich zazdrośników? W ogóle, czym się zajmował? I jak miał na nazwisko? — Jefferson pytał, rozglądając się jednocześnie po eleganckim wnętrzu.
Przedpokój był nie dość, że obszerny, to jeszcze dobrze oświetlony. Po lewej od wejścia pod schodami znajdowało się zejście do piwnicy, po prawej duża jadalnia z okazałym żyrandolem nad ogromnym stołem, dalej był salon, kuchnia i wszystko urządzone wyjątkowo starannie, ze smakiem. Nigdzie też nie znaleźli nieboszczyka. Udali się więc na piętro.
— Rise. Edmund Rise. Był lekarzem, ale ostatnio nie przyjmował wielu chorych — dziewczyna mruknęła z przekąsem i przeżegnała się, krocząc po schodkach jako pierwsza. — A zazdrośników trochę… — dodała niechętnie i gdy już postawiła stopę na piętrze, pisnęła głośno. Zakryła sobie usta dłonią i wskazała palcem na otwarte drzwi do gabinetu. — Głowa… — wydusiła, wpatrując się w tamten punkt.
— Dobrze, że nie ucięta — mruknął do siebie Jefferson, aby dziewczyna nie słyszała i skinął na Williama, aby udał się za nim. Dziewczynę chwycił za przedramię. — Jeśli nie chcesz tu być, to wróć do salunu.
Kelnerka wahała się dłuższą chwilę, ssąc nerwowo dolną wargę. Wyjrzała jeszcze przez ramię Rangera i w końcu pokiwała głową, a jej króciutkie, poskręcane włosy zafalowały.
— Dobra… Wrócę. Po… powodzenia — odpowiedziała z westchnieniem i prędko minęła Williama na schodach, zbiegając w dół.
Lekarz obejrzał się za nią i w końcu wyszedł na piętro.
— Chodźmy — dodał pewnie, ruszając już przez korytarzyk w kierunku mężczyzny, którego głowę faktycznie widać było zza uchylonych drzwi na podłodze.
Jefferson dla pewności wsparł dłoń na kolbie swojego rewolweru i zajrzał do gabinetu. Nikt jednak na nich nie wyskoczył, a na ziemi znajdował się tylko leżący na plecach nieboszczyk. A przynajmniej tak wyglądał. Miał bowiem otwarte oczy, specyficznie ściągniętą w bólu twarz i trzymał zaciśnięte palce zarówno na swoim eleganckim ubraniu, jak i na kilku kartkach papieru. Tych zresztą nie brakowało wokół. Leżały na podłodze, na ciężkim biurku i musiały zostać zrzucone przez nieboszczyka.
William w pierwszej kolejności na niego zwrócił uwagę. Tak, niewątpliwie mężczyzna nie żył, ale na pierwszy rzut oka ciężko było stwierdzić, co było przyczyną śmierci. Przynajmniej po szybkich oględzinach nie dojrzał żadnej rany zewnętrznej.
— Zdążył nabałaganić, nim wyzionął ducha — zauważył, kucając przy ciele i rozglądając się wokół.
Od razu cofnął się myślami do tej rozmowy z Jeffersonem o swoim stabilnym miejscu. Mógłby mieć taki gabinet. Przestronny, z licznymi regałami i szafami, dużymi oknami wychodzącymi na miasto i zadbanymi meblami. Nawet dywan wyglądał na drogi.
— Nie wiesz, ile już tu tak leży? — Jefferson spytał, jednocześnie zaczynając rozglądać się po gabinecie. Był definitywnie użytkowy, bo ilość dokumentów, jaka tu była, nie mogła być przypadkowa.
Zebrał większość kartek z podłogi, odsunął krzesło i usiadł za biurkiem.
— Kilka godzin. Na pewno nie dłużej niż dobę — lekarz odpowiedział, jeszcze przyglądając się zwłokom. — Nie był zastrzelony ani dźgnięty… Musiał być chory albo otruty. Możliwe też, że sam coś wziął… Co tam jest? — zapytał na koniec, unosząc się wreszcie na równe nogi i obchodząc biurko, by móc spojrzeć swojemu towarzyszowi przez ramię.
— Rachunki, dużo, dużo rachunków. Ale nie mam pojęcia na co. Jesteś w stanie wydłubać mu to, co trzyma w dłoni? — Jefferson spytał, unosząc wzrok na swojego towarzysza.
William skinął głową, ale i tak na chwilę zawiesił wzrok na twarzy Rangera. Obecność nieboszczyka zupełnie nie przeszkadzała mu w cieszeniu się fizjonomią Jeffersona.
Podszedł do ciała i starając się nie porwać kartki, wyciągnął ją z zaciśniętych palców. Rozwinął ją i wyprostował na blacie biurka, kilka razy przejeżdżając po niej przedramieniem.
— Różni je coś od tych? — spytał Jefferson, przedstawiając Williamowi pozostałe kartki. Wszystkie były wystawione na jego nazwisko, wypisana była na nich lista specyfików, których Jefferson nie znał, a na końcu widniały łączne koszta. Nigdzie nie było napisane, od kogo są wysłane te rachunki ani skąd.
— Nie… To wszystko to rachunki i zamówienia… Nie tylko medykamentów, ale widzę też zwykłe, nieprzerobione surowce… To mi wygląda bardziej na naukowca niż lekarza. Może dziewczyna miała rację. Nie przyjmował pacjentów, bo zajmował się nauką — dywagował William, przyswajając wszystkie te informacje zawarte w dokumentach.
— Pytanie, na co mu to wszystko było. I gdzie to trzymał, bo… — Jefferson przyjrzał się jednej z kartek. — Po chuja byłoby mu w kuchni pięć galonów wielorybiego tranu?
— Powinien mieć tu jakieś laboratorium w takim razie, a może robił to w…
— Hej! Jest tu ktoś?! Hej! — usłyszeli naraz męski, groźny głos dochodzący z parteru, a potem odgłos ciężkich i pospiesznych kroków, jakie nagły przybysz musiał robić po całym domu, szukając ich.
William obejrzał się za siebie i odruchowo wcisnął kartkę pod poły marynarki. Jefferson ściągnął brwi i oderwał dłonie od szuflad biurka, które właśnie sprawdzał i które okazały się być zamknięte. Wstał, skinął na Williama, że dobrze robi i jeszcze dłonią dał mu znak, aby wrócił do ciała mężczyzny. Sam z dłonią na kolbie rewolweru wyjrzał z gabinetu.
— Tu, na górze! Kto idzie?
Usłyszał szybkie kroki na schodach i po chwili ujrzał na końcu korytarzyka mężczyznę w mundurze. Długie, skręcone na końcach, ciemne wąsy, głęboko osadzone, zielone oczy i kapelusz na głowie. Do tego… gwiazdka na piersi.
— Szeryf, do cholery, a kto?! Wy mi się lepiej spowiadajcie, ktoście są i co tu robią bez zezwolenia?! — warknął na nich rozwścieczonym głosem, zbliżając się szybko.
Jefferson wziął głębszy oddech i samemu pokazał mu swoją odznakę.
— Texas Ranger, Jefferson Black. A przy nieboszczyku jest państwowy lekarz. Proszę się uspokoić.
Szeryf uśmiechnął się nieprzyjemnie i gdy stanął przy nich, bez ceregieli szarpnął Jeffersona za ramię, wyciągając go z gabinetu. To samo zrobił z Williamem, dosłownie odrywając go od zwłok za ramię.
— Tutaj moja jurysdykcja jest większa niż pana, panie Black. Proszę opuścić tę posesję, jeśli nie chcą państwo odpowiadać za bezprawne wtargnięcie na cudzą własność!
Jeff nie dał sobą szarpać i od razu wyrwał się mężczyźnie.
— Gdzie z łapami?! Opanuj się! — syknął na niego. — Także pracujemy dla państwa, nie dla osób prywatnych. Jesteśmy tu, aby pomóc, więc się opanuj, a nie zachowujesz, jakby paliła ci się rzyć.
William, który przez szarpnięcie znalazł się tuż obok Jefferson, również wyglądał na urażonego takim traktowaniem. Do tego teraz szeryf stał pomiędzy nimi a nieboszczykiem, jakby go bronił jak jakiś pies.
— To już sobie pooglądaliście? Jak tak, to wara stąd. To nie jest sprawa, z którą by sobie nie poradziły tutejsze służby — szeryf odparł wrogo, patrząc po ich twarzach ostro. Trzymał przy tym wymownie dłonie na kaburach.
— Czyli nie interesuje szeryfa, czego się dowiedzieliśmy? — Jefferson spytał, przybierając niemalże identyczną pozę. Mierzył się z przedstawicielem tutejszej władzy spojrzeniem i już wiedział, że nie lubi tego mężczyzny.
— A czego się takiego dowiedzieliście w ciągu tych kilku minut i czego ja nie mógłbym się dowiedzieć, również spędzając te kilka minut sam na sam z nieboszczykiem? — odparł lekceważąco szeryf i chyba ani myślał odsunąć się i dopuścić ich do miejsca wypadku.
— Może chociażby tego, co jest w stanie zobaczyć lekarz, a taki pierwszy burkliwy szeryf nie. Ale — Jefferson wzruszył ramionami — skoroś jest taki oświecony, to my nie przeszkadzamy.
Szeryf milczał chwilę, mierząc ich czujnym wzrokiem, po czym uśmiechnął się paskudnie i skinął na nich jak na przeszkadzające zwierzaki.
— No? To już, sio. Co tu jeszcze robicie?
William ściągnął brwi i delikatnie dotknął ramienia Jeffersona.
— Chodź. Nic tu po nas.
— Ta, nich szeryf za nadto się nie przepracuje, bo jeszcze go ożywi — Jeff fuknął pod nosem i ruszył w dół schodów. Tam wskazał Williamowi drzwi, aby wyszedł frontowymi, a sam, upewniając się jeszcze, czy szeryf ich nie obserwuje, zawinął do kuchni. Tam cichcem otworzył zasuwę okna i dopiero ruszył do wyjścia.
— Co zrobiłeś? — zainteresował się William, stojąc już przed budynkiem.
— Nie dam się przepędzać jak pierdolonego burka spod rzeźni. Wrócimy tu jeszcze, coś mi nie pasuje — odparł oschle, ale swoje cięte słowa kierował do szeryfa, a nie swojego rozmówcy.
— Mnie też, chociaż jeszcze nie wiem co… W każdym razie mam tę kartkę z zamówieniem tego mężczyzny, chociaż nie wiem, czy coś nam ona powie — stwierdził lekarz, krocząc już u boku Rangera w kierunku gospody.
— Pewnie niewiele. Ale warto to sprawdzić. Może coś ciekawszego się dowiemy. Jednak, czy to aż tak nasza sprawa?
William zamyślił się, bo faktycznie miał wrażenie, że wpakowali się w coś, co znowu nie jest ich problemem. W końcu jednak uniósł palec i dotknął nim tors Jeffersona.
— Wielka Stopa nie była naszą sprawą, a się zaangażowaliśmy. To był twój pomysł, jak zwykle, gdy pojawiają się mutacje. Teraz sprawa dotyczy lekarza… pozwól więc mi się w to trochę zagłębić.
Jefferson wzruszył ramionami zlewczo.
— Jak chcesz. Zresztą, co ja mówię? Jestem ciekaw, o co chodzi. Koleś wykitował, ale szeryf zachowuje się jak szajbus. I po chuja kolesiowi te wszystkie rzeczy? Zresztą Smith tu był.
— Trafiliśmy więc na więcej niż jedną zagadkę — podsumował lekarz, podchodząc do drzwi gospody. — Ale najpierw… wyśpijmy się. Jestem zmęczony.
— Dobrze. Na razie i tak trzeba poczekać, aż ten nadgorliwiec się nie wyniesie z posesji — Jeff przytaknął i kiedy już wchodzili do salunu, prawie zderzyli się z wychodzącym wąsaczem. Ten bowiem miał do nich dotrzeć i zrelacjonować, czego się dowiedział od świeżo upieczonej wdowy.
William cofnął się nieco, aby mężczyzna na niego nie wpadł i już chciał pójść dalej, ale ten go zatrzymał.
— Czekajcie panowie… Edmund rzeczywiście kopnął w kalendarz?
— Tak, niestety mąż pani Carli nie żyje — przytaknął William.
— No, to tera będzie pani tego miasta — burknął oberżysta, który dolewał alkoholu kobiecie. Ta była już dużo spokojniejsza. Nie było o to trudno, bo była też już pijana.
Nie ubyło zbyt wiele osób z salunu po tym, jak Jefferson i William wyszli. Teraz wszyscy wpatrywali się w nich, jakby czekali na zbawienie. Lekarz przez to trochę zaniemówił, bo nie wiedział, co miałoby być tą informacją, dzięki której poczuliby się lepiej. Że Edmund umarł bezboleśnie? Tego nawet nie wiedział.
— Czy Edmund był chory? — zapytał, w końcu podchodząc do baru, żeby samemu też się czegoś napić, skoro wyglądało na to, że szybko nie pójdą z Jeffersonem spać.
— Nic nam o tym nie wiadomo. Zresztą sam był lekarzem i naukowcem. Nie mamy nawet kogo, aby się spytać, czy na coś nie cierpiał. Ale coście tam widzieli? — wąsaty mężczyzna spytał, przejmując głos za wszystkich zgromadzonych. — Szeryf przybył?
Jefferson na ostatnie pytanie prychnął pod nosem, ale nie odpowiedział nic, dając Williamowi dojść do głosu.
— Przybył, ale niestety nie było z nim żadnej współpracy. Zostaliśmy odsunięci i sądzę, że nie życzy nas sobie w tamtym miejscu, mimo że sprawa jest dość zagadkowa — odpowiedział lekarz i poprosił o szklankę whisky dla siebie i Jeffersona, kiedy przysiadł na barowym stołeczku.
— Więc… więc nic nie wiecie, co było mojemu mężowi? — wdowa popatrzyła na nich zmarnowanym i smutnym spojrzeniem zaczerwienionych od płaczu oczu.
— Spróbujemy się dowiedzieć, jeśli tylko będziemy mieć taką możliwość — blondyn zapewnił ją i napił się zdrowo ze szklaneczki. — Myślę, że był to jakiś uraz wewnętrzny lub… nieprzemyślane spożycie jakichś środków — uściślił dość okrężnie, żeby otwarcie nie oskarżać zmarłego o zażywanie narkotyków.
— Boże… miej jego duszę w opiece — kobieta znowu załkała, a Jefferson darował sobie komentarz, że Bóg nic w tej sytuacji już nie pomoże. Zresztą, przy kobiecie ciężko było teraz rozmawiać i dowiadywać się czegokolwiek o nieboszczyku, aby jej nie urazić.
— Będzie pani nocować tutaj albo u jakiejś przyjaciółki? — spytał, nie chcąc, aby ta nawet po spożyciu nocowała w domu, skoro planował się tam włamać.
— Wezmę ją do siebie — powiedziała szybko ta sama krótkowłosa kelnerka, która odprowadziła ich do domu nieboszczyka. Teraz podeszła do Carli i pomasowała ją po ramionach czule. Pocałowała ją nawet w czubek głowy i uśmiechnęła się pokrzepiająco. — Dobrze?
Wdowa zgodziła się skinieniem głowy i ponownie otarła policzki z łez.
Jefferson, tak samo jak i wąsaty mężczyzna, którego imienia do tej pory nie poznali, podziękował kelnerce i pożegnał się też z wdową. A kiedy obie kobiety wyszły, w końcu mogli porozmawiać swobodniej.
— Kim był Edmund?

9 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 32 – Tajemniczy Edmund Rise

  1. Katka pisze:

    Basia, hehe, nooo, masz sporo nadrabiania. Ale uważam, że w przypadku takich opowiadań jak ATCL to jakiś plus. Bo tutaj dobrze nadążać za całą intrygą. Trzymam kciuki, by udało Ci się nadrobić i oczywiście będziemy liczyć na jakiś komentarz ;) Pozdrawiamy również.

  2. Basia pisze:

    Hejka,
    właśnie teraz popatrzyłam na datę tego rozdziału i zdębiałam, mam praktycznie 4 i pół miesiąca zaległości… mam nadzieję, że bonus hallowenowy nie będę czytała na wielkanoc ;] pocieszam się jedynie tym, że przyszły tydzień mam najprawdopodobniej wolny, więc może uda mi się trochę podgonić.. ;]
    mam bardzo dziwne wrażenie, że za tym wszystkim stoi nasz dobry znajomy John Shmit, a jeśli tak to znaczy, że pozbywa się dowodów jak i osób, które mu nie są potrzebne…
    multum weny…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Saki, dokładnie, szczęście jest tutaj względne. Niby Smith im zwiał, ale jednak nawet nie spodziewali się, że wpadną na jego ślad. Więc już mają jakieś dodatkowe informacje, a i pojawił się nowy, podejrzany ślad. Więc raczej mają więcej szczęścia niż rozumu ;) A co do przypadkowości… hehehe, jest to opowiadanie, w którym mało co jest przypadkowe. Staramy się budować całą intrygę na szczegółach, więc grunt, to je dostrzegać i spróbować złożyć w całość jak puzzle. Dzięki wielkie za literówki i serdecznie pozdrawiam :)

    Gordon, nie da się zaprzeczyć, że za Smithem ciągnie się szlag z trupów. Pytanie, czy rzeczywiście to jego sprawka, a jeśli tak, to po co i w jaki sposób się to dzieje. A szeryf to faktycznie trochę dziwnie odrębna historia, ale bardzo cieszę się, że już podświadomie dostrzegacie takie podejrzane zachowania i staracie się to ogarnąć :D

  4. Gordon pisze:

    Intryga nowa, cos co lubie najbardziej. Mi sie wydaje ze Smith na swojej drodze kazdego powiazanego ze sprawa zabija i sie okaze ze Edmund mial cos wspolnego z narzadami. Tylko dziwne ze szeryf jeszcze zyje. Moze Smith nie wiedzial ze ma cos z tym wspolnego dlatego go oszczedzil.

  5. saki2709 pisze:

    Tak blisko, a tak daleko… Znowu się chłopakom nie poszczęściło. Chociaż, jak popatrzeć na to z innej strony, nie szukali gościa, tylko jechali sobie do Chicago, więc może im się poszczęściło, że wpadli na jego ślad. W każdym razie, ciekawi mnie, o co chodzi z tym trupem, czy ma coś wspólnego ze „sprawą” i jak bardzo zaangażowany jest w to (morderstwo/śmierć Edmunda) szeryf. Gość od początku mi się nie spodobał i jest mocno podejrzany. Jestem niemal pewna, że ma coś wspólnego z tą niewyjaśnioną śmiercią doktorka naukowca.
    Ciekawa jestem, co też takiego chłopcy odkryją, kiedy ten szeryf się już zmyje. Coś mi mówi, że ta przypadkowa śmierć wcale nie jest przypadkowa, tylko ktoś jej pomógł i że to ma coś wspólnego z tą całą sprawą z Jonem Smithem. Swoją drogą, brawo dla Willa za spostrzegawczość. Nie wiem, czy na jego miejscu zauważyłabym taki szczegół. Zwłaszcza że miał wpisać się tylko na listę i nie miał pojęcia, że Smith podążał w tym kierunku.

    „Łatwiej się skupić, kiedy pracuje się cichym, bezpiecznym miejscu.” – „w cichym”.
    „Był definitywnie użytkowy, bo ilość dokumentów, jakie tu była, nie mogła być przypadkowa.” – „jaka”.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  6. Katka pisze:

    O., może zabił, może nie zabił… Will i Jeff spróbują się tego na pewno dowiedzieć. Haha, Jeffko malujące Willa… bardziej abstrakcyjnej wizji nie mogłaś mieć XD A co do Generała, to jednak zapewniam, że zostaniemy chwilowo przy Jeffie i Willu, skoro na taką intrygę się natknęli :)

    Hoshii, do momentu kulminacyjnego tej części na pewno się zbliżamy :) Jeszcze trochę rozdziałów będzie, ale już mniej niż więcej. A samosądy – taka klasyka gatunku! XD

    Dante, my też lubimy intrygi :D Grunt, to się w nich nie zaplątać. Mam nadzieję, że jakiś zaskok będzie, a już na pewno podsycenie emocji. To w końcu najważniejsze. I tak, szeryf podejrzany jak najbardziej… :)

  7. Dante pisze:

    Uwielbiam takie intrygi <3 hmmmm O. może słusznie gdybać, ale ja się na nic nie nastawiam i myślę, że mnie troszkę zaskoczycie ^^'. Zachowanie szeryfa też jest z deczka podejrzane. Jeszcze się okaże, że więcej osób w tym wszystkim siedzi. Czekam z niecierpliwością na dalsze losy <3.

  8. Hoshii. pisze:

    czuję w kościach, że zbliżamy się do momentu kulminacyjnego… a może teraz całą wieś weźmie pochodnie i ruszy w pogoń za mordercą? (którym okaże się John^^) oooh, uwielbiam samosądy XD

  9. O. pisze:

    Czyżby Edzia zabił John?
    Szkoda, że Jeff nie potrafi malować i nie namaluje portretu Willa z furką. Właściwie z futrem, ale nie wnikajmy w szczegóły xD To teraz trzeba poczekać 9 dni aby dowiedzieć się rozwiązania zagadki, damy radę :D No chyba, że wrócimy do Generała… xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s