No Exit – 10 – Dzisiaj mnie boli

Marvin ucieszył się, że tego poranka zbudził się pierwszy. Musiało być naprawdę wcześnie, bo Jaz jeszcze spał obok, a zwykle, kiedy Marvin wstawał, ten już był na swoim porannym joggingu. W tym czasie zwykle starszy mężczyzna ćwiczył na macie, a następnie wspólnie jedli śniadanie. Wypracowanie tego zwyczaju zajęło im niewiele, bo dwa pierwsze dni wspólnego mieszkania. Była to bardzo przyjemna część dnia. Zazwyczaj popołudnia spędzali osobno, na swoich sprawunkach czy jakichś spotkaniach, chyba że planowali zakupy albo wypady do kina. Albo były to te dni, kiedy mogli w klubie poćwiczyć przed otwarciem, wykorzystując scenę. Każdy dzień mijał im w podobny sposób i było to… przyjemne. Nie tak jak teraz, gdy Marvin nawet po przebudzeniu oczami wyobraźni ujrzał twarz Orvela i jego obleśny członek.
By odgonić jakoś tę myśl, chociaż na chwilę, spojrzał na leżącego obok mężczyznę. Ten miał rozchylone usta i ręce rozrzucone na każdą stronę świata. Kołdra też oczywiście była skotłowana i przykrywała mu jedynie brzuch. Reszta była naga.
Marvin przesunął delikatnie dłonią po jego umięśnionym udzie. Przymknął oczy na uczucie jego ciepłej, gładkiej skóry pod dłonią i dopiero po chwili wstał. W salonie znalazł porzucony przez siebie szlafrok, więc zarzucił go na ramiona i podążył do łazienki. Potem jeszcze zmył talerze, przestawione przez kochanka ze stołu do zlewu z wodą, i dopiero przysiadł przy laptopie. Postanowił wykorzystać fakt, że Jasper spał. Kiedy wszedł na przeglądarkę, wpisał w wyszukiwarce adres zamieszkania oraz imię Orvela, licząc, że cokolwiek się znajdzie.
Na samo dzień dobry znalazł zupełnie bezsensowny bełkot. Jakieś przeglądy artykułów i osobę na facebooku, która miała na imię Orvel i na nazwisko tak, jak ulica, na której mieszkał ten skurwysyn. Musiał spróbować inaczej.
Stukał palcami w blat biurka, wpatrując się w wyszukiwarkę. Potem poszedł zrobić sobie kawę, z którą ponownie zasiadł przed laptopem i znowu próbował wyszukać tego sukinkota. Postanowił przejrzeć biura nieruchomości, a raczej ich archiwa. Patsy wspominał, że Orvel przeprowadził się tu całkiem niedawno. Dlatego wpisał adres jego nowego domu w różnych biurach. Było to mozolne zajęcie, bo była ich cała masa, ale wreszcie znalazł to konkretne mieszkanie w jednym z większych biur, jako ogłoszenie nieaktualne. Stamtąd, znalazłszy nazwisko sprzedawcy, skopiował sobie jego adres mailowy i napisał mu wiadomość:

„Dzień dobry, dostałem Pana adres od przyjaciela, łącznie z jeszcze kilkoma, które polecał mi, gdy szukałem mieszkania pół roku temu. Zarzuciłem poszukiwania, bo dopiero teraz z żoną podjęliśmy ponownie decyzję o przeprowadzce. Czy Pana mieszkanie jest jeszcze dostępne do sprzedaży?”

Podpisał się fikcyjnym nazwiskiem z fikcyjnego konta, które szybko założył i wysłał, mając nadzieję, że jak facet odpowie, to pociągnie go za język, komu je odsprzedał.
Na odpowiedź jeszcze musiał poczekać. A bez nazwiska, jak się okazywało, w Internecie było bardzo ciężko cokolwiek znaleźć. Została mu więc jeszcze jedna nudna sztuczka, a mianowicie sprawdzanie, czy ten skurwysyn nie ma konta na facebooku. Wpisał więc jego imię, sprecyzował, że szuka osoby i dodał do wyszukiwania jeszcze nazwę miejscowości. Cóż, może coś znajdzie.
Kiedy tak szukał, nie zauważył, że przez salon przeszedł leniwie Jasper, ubrany jedynie w bokserki i teraz właśnie stanął za nim i pochylił się.
— Mmmm… Wcześnie wstałeś. Co robisz? — spytał zaspanym głosem.
Marvin właśnie na liście wyświetlonych osób zobaczył niejakiego Orvela Arroyo, którego zdjęcie profilowe przypominało tego podłego szantażystę. Wcisnął je, jakby nigdy nic, i wskazał konto kochankowi.
— Nudzę się. Więc zobacz kogo znalazłem. Jednego z dwójki kumpli Karla — powiedział spokojnie i siorbnął kawę, nawet nie odwracając się do Jaza, tylko czytając informacje Orvela.
— Och… — wyrwało się Jasperowi. — To ten facet tej plastikowej laleczki? — dopytał się jeszcze, nie pamiętając idealnie faceta, więc wolał się upewnić. — O, zobacz, chodzi na siłownię, tu u nas niedaleko — dodał na widok jednego z jego wpisów.
— Mhm — zamruczał Marvin, kodując to w pamięci. Wcale nie ratowało to w jego oczach wizerunku Orvela. Co z tego, że wyglądał dobrze, jak był skończonym dupkiem, który wykorzystał go i zamierzał robić to nadal? — Ale spójrz, nie jest stąd. Prosto z Nowego Orleanu. Ciekawe, co robił… — rzucił cicho, patrząc w rubryczkę „praca”, ale tam nie było żadnej wzmianki o miejscu zatrudnienia. Jedynie niżej była wpisana jego dawna szkoła i studia. Miał dobre wykształcenie. Z informacji też wyniósł, że jest „wolny”, co tylko znaczyło, że nie jest out w Internecie albo to Patsy nie miał konta na facebooku, w co akurat szczerze wątpił, biorąc uwagę jego charakter. W mieście się jednak nie krył. To mogło znaczyć, że w jego pracy fakt, że jest homoseksualistą, nie był źle postrzegany. To niezbyt Marvina ucieszyło.
Zajrzał jeszcze na jego zdjęcia, ale było ich mało. Kilka znad wodospadu Niagara, na których był razem z jakimiś innymi facetami, najpewniej kolegami. Kilka takich zrobionych z zaskoczenia, dwa ze spaceru po Waszyngtonie. Na każdym twarz Orvela była równie odrzucająca jak na żywo, a przynajmniej w jego oczach. Zwyczajnie nie chciał dopuszczać do siebie myśli, że komuś mógł się ten facet podobać.
Zacisnął zęby, patrząc na niego i wreszcie wyłączył facebooka.
— Dobra, koniec tej zabawy. Idziesz biegać? — Okręcił się na krześle, by spojrzeć wreszcie na kochanka.
— Tak. Ale najpierw mi powiedz… — Jaz pochylił się do niego nisko i cmoknął go w policzek. — Co cię tak zainteresował zajęty facet, hmm? — zainteresował się, pokazując w ten sposób typową dla siebie zaborczość. Był zazdrośnikiem i nie zamierzał tego ukrywać, tym bardziej przy tym, jaki rozwiązły był jego kochanek.
— Zapewniam cię, stary, że nie zainteresował mnie tak, jak myślisz — Marvin odpowiedział z wymuszonym rozbawieniem i pogłaskał swojego mężczyznę po włosach.
— A więc jak cię zainteresował, hmm? — dopytywał, przychylając się jeszcze bliżej kochanka. Przesunął nosem po jego szyi.
— Może robi się ze mnie jeszcze większa baba, skoro ciekawość mnie pcha do przeglądania profili, mm?
— Pieprzysz. — Zaśmiał się. — Gadałeś z kolesiem?
— Nie, tylko mi przemknął w klubie. Za to jego „Patsy” wypowiadał się o nim w samych superlatywach — prychnął Marvin. — Ale ty leć biegać, stary, a ja się trochę powyginam.
— A nie chcesz znowu iść ze mną pobiegać?
— Chyba jednak wolę porobić przysiady, pompki i inne wygibasy bardziej w moim guście. Zrobić ci kawę przed wyjściem, nim się ubierzesz?
— Nie, dzięki. Ale jak wrócę, z chęcią się napiję. Ale… — Jaz zawahał się, przeciągając się. — Nie masz wrażenia, że gęba faceta skądś znana?
— Tak sądzisz? — zapytał od razu Marvin, ściągając brwi i patrząc na kochanka bystro i przenikliwie. — Z telewizji?
— Nie, nie. Muszę pomyśleć… ale jakbym go już gdzieś widział. Nie wiem, pomyślę i popatrzę, jak wrócę z biegania, dobra?
— Jasne — zgodził się Marvin, wręcz zaskoczony tą informacją. Więc możliwe, że Orvel był kimś znanym. Kimś ważnym. Jeśli tak, wiele mogłoby mu zaszkodzić. Potrzebował coś na niego znaleźć. Cokolwiek! I to jak najszybciej, nim ten facet znowu się do niego odezwie.
— To idę się ubrać i spadam — rzucił jeszcze Jaz i przeszedł do sypialni, aby przygotować się do biegania.
Marvin też nie zamierzał tracić czasu, kiedy już nie miał nawet pomysłu, czego szukać w Internecie. Z szafy w salonie wyciągnął matę i rozłożył sobie na środku podłogi, gdzie zrobiło się wolne miejsce po przesunięciu niskiego stoliczka pod ścianę. Potem zarzucił na tyłek bieliznę i włączywszy sobie muzykę, zaczął się rozgrzewać.
Sekundę po tym usłyszał, jak Jaz z głośnym „Cześć!” wychodzi na dwór, aby pobiegać. Tam mężczyzna mógł pomyśleć, wyżyć się i odreagować, wszystko. Całe te ostatnie dziwne dni. A i dzięki joggingowi trzymał niezłą kondycję. Same plusy.
Było dzisiaj ciepło i, mimo że wiał silny wiatr, słońce dość mocno świeciło. Może dlatego w parku było sporo ludzi, co jednak nie przeszkadzało Jazowi w bieganiu.
Biegł truchtem po swojej stałej trasie, kilka razy mijając już punkt wyjściowy, którym była niewielka fontanna z kamienną rzeźbą w kształcie dziewczyny z parasolem. Aż nagle dojrzał przy budce z hot-dogami managera klubu No Exit, Harleya Buncha. Mężczyzna właśnie zdejmował rękawiczki, by zapłacić sprzedawczyni i przyjąć zamówionego hot-doga.
Jasper uśmiechnął się pod nosem i pobiegł w jego stronę, aby się przywitać.
— Siema, szefie! — Uśmiechnął się radośnie. — Co tam? — wydyszał, łapiąc przy okazji głębszy oddech chłodnego powietrza.
Harley odwrócił się do niego i uniósł brwi z zaskoczeniem.
— Cześć, Jasper. — Wyciągnął do niego dłoń, witając się. — Śniadanie, jak widzisz, mało pożywne. Ale widzę, że ty trenujesz, hm? Chwali się, chwali. — Uśmiechnął się kątem swoich wąskich ust. Drugi kącik miał nieruchomy, zapewne przez jakiś paraliż, który był jednak bardzo mało widoczny, jeśli się nie przyglądało albo jeśli nie uśmiechał się szerzej, bo wtedy różnica pomiędzy napięciem mięśni była wyraźniejsza. Był bardzo postawnym mężczyzną, który, kiedy nie miał na sobie garnituru jak zwykle w pracy, wyglądał jak sportowiec, trenujący boks lub inną siłową dyscyplinę. Zresztą, kto wie, czy kiedyś tak nie było. Nie był zresztą tak młody, jak chociażby Jaz.
— No, jak co dzień rano. — Jasper uśmiechnął się szeroko, wciskając dłonie w kieszenie bluzy. — A szef co tu robi?
— Idę na spotkanie z facetem, który nam załatwia nowe nagłośnienie. Trzeszczy nam coś, kurwa, ostatnio w głośnikach nad barem. Marvin nawet się skarżył. A a propos jego, to ty go też na jogging wyciągaj, bo wraca na scenę niedługo, a jak mu kondycha padnie, to mu z pensji potrącę — rzucił Harley z lekkim uśmiechem i wgryzł się w swoje śniadanie.
— Spoko. Zatroszczę się o to. I sam przecież szef wie, że to profesjonalista, nie pozwoli, aby coś na scenie źle wyglądało.
— Za to go wszystko kochają. No, i za tyłek. Myślałem też nad tym ochłodzeniem — manager wspomniał o niedawnej prośbie Jaspera. — Da się załatwić. I jak jesteśmy poza murami klubu, powiedz mi ze swojego scenicznego punktu widzenia, co myślisz o daniu Karlowi większej szansy.
Zaskoczony pytaniem Jasper uniósł brwi. Niby podchodząc, chciał się tylko przywitać, ale w takich okolicznościach mógł chwilę dłużej porozmawiać, nawet narażając się na chłód.
— Pytasz mnie o danie szansy konkurencji? Lepiej najpierw powiedz, czy to jakoś odbije nam się na zarobkach.
— Wam nie, miałby inne wieczory niż wasze, te, w których jest mniej ludzi. Wiesz, mi się to wiąże z zatrudnieniem jeszcze jednego tancerza, żeby Karl sam nie machał tyłkiem — odparł Harley, zapychając usta kolejnymi kęsami hot-doga. — Myślę jeszcze o tym i zbieram opinie.
— To jak dla mnie masz na to jeszcze trochę czasu. Chłopak jeszcze musi trochę poćwiczyć albo znajdź dla niego faktycznie kogoś, kto jest jeszcze trochę lepszy od niego. Ale to już krzyknie o większą kasę za występy. Znaczy wiesz, takie jest moje zdanie, jak o nie pytasz.
— Uhm… Też mi się zdaje, że wiele by zależało od partnera, którego by miał na scenie. No, dobra, to głębsza sprawa. Na razie odpicujcie ten swój występ na piątek. I dobrze by było, jakby mu tym razem nie stanął… — Harley westchnął ciężko, oblizując palce z ketchupu i musztardy.
— Założy mu się najwyżej ciaśniejsze gacie i wsadzi tam lód. —Jasper zaśmiał się. — Postaramy się, ale — uśmiechnął się znowu szeroko i z podekscytowaniem — zajebiście, że Marvin wraca, co nie? Ludzie coś mówili?
— Wiesz, że to nasza gwiazdka. Ludzi już w spodniach świerzbi na myśl, że znowu go w pończochach zobaczą. — Harley zaśmiał się donośnie, po czym nieco spoważniał. — Ale mam nadzieję, że Marvinowi też dobrze zrobi ten powrót, bo facet wygląda ostatnio jak siedem nieszczęść. Struty jakiś. Z… z wami wszystko okej?
— Z nami? Och, widzę, że nie ma co tu ukrywać, skoro wszyscy wiedzą — Jasper żachnął się. Czego się spodziewał? Że nikt nie będzie wiedział w gejowskim klubie, że ze sobą chodzą. Wolne żarty. — Ale, tak, chyba tak — dodał i wzruszył ramionami. — Ma jakieś problemy ze starym mieszkaniem, ale jest za dużym chłopcem i nie chce mojej pomocy. Trochę mnie to wkurza, ale cóż. Nic na siłę.
Harley pokiwał głową ze zrozumieniem.
— Spoko, to trzymam kciuki, by się sprawa szybko rozwiązała, tak? Macie błyszczeć erotyzmem za te niecałe dwa tygodnie.
— Będziemy. Spoko, a teraz pozwól, że się będę zwijać, bo zaczynam przymarzać do gruntu. — Jaz zaśmiał się, już przebierając nogami w miejscu. Dres, jak doskonały do biegania termicznie, tak nie sprawdzał się podczas konwersacji na mrozie.
— No, nie zatrzymuję cię. Miłego i pozdrów kochasia — odparł Harley, wyrzucając do pobliskiego kosza papierowe opakowanie po hot-dogu, po czym machnął Jazowi na pożegnanie i udał się w swoim kierunku.
Jasper też mu skinął i pobiegł dalej. Miał do zrobienia jeszcze minimum trzy kółka.
Gdy pół godziny później wracał już do domu, drzwi do mieszkania okazały się zamknięte. Potwierdził swoje przypuszczenia, że Marvina nie ma w domu, gdy wszedł do środka i powitała go cisza oraz brak kurtki mężczyzny na wieszaku.
Rozejrzał się zagubionym wzrokiem po mieszkaniu, szukając jakiejś karteczki. Nie znalazł jednak nic. Nawet kawy, którą Marvin mu obiecał.
Zdenerwowany, wykręcił do niego numer na komórce. Jego kochanek zachowywał się ostatnio dziwnie. Jaz starał się być wyrozumiały, ale miał złe przypuszczenia. A teraz to niezapowiedziane zniknięcie…
— Kurwa mać! — zaklął szpetnie, kiedy po kilku sygnałach został rozłączony.
Może Harley miał rację. Coś działo się zdecydowanie gorzej, niż chciał sobie do tej pory z tego zdawać sprawę.

*

Marvinowi bardzo ciężko było się powstrzymać przed zamachnięciem się i przywaleniem Orvelowi w twarz albo chociaż przed złapaniem go za szyję, przyparciem do ściany i nie puszczaniem, póki nie przestanie się ruszać. Był wręcz dumny z siebie, gdy ujrzawszy go w otwartych drzwiach jego mieszkania, wciąż stał spokojnie, nie wykonując żadnego agresywnego gestu.
— Wodę — zażądał, wchodząc do środka w swoich ciężkich, motocyklowych butach.
Gospodarz zaśmiał się i udał, że ma ciarki.
— Oooch, jaki władczy. Już mi się podoba. — Zachęcił go gestem, aby wszedł i zamknął za nim drzwi wejściowe.
Marvin tylko obdarzył go zimnym spojrzeniem i wszedł głębiej do mieszkania. Jak miał mu znowu ciągnąć, wolał gdzieś, gdzie jest miękko, a nie tak jak ostatnio, na kamiennej posadzce w przedpokoju. Dodatkowo był sfrustrowany, że musiał odrzucić połączenie od Jaza. Bo co by miał mu powiedzieć? „Nie mogę gadać, zaraz będę ciągnął temu facetowi, co trzyma nasze zdjęcia z pieprzenia się u Karla.”? To, co robił swojemu facetowi, było niesprawiedliwe. Tym bardziej, że wiązało się z kolejnym kłamstwem.
Orvel jeszcze zlustrował go wzrokiem i nim wyszedł do kuchni po wodę, jeszcze poklepał Marvina po policzku.
— No, już, uśmiechnij się i rozbierz się. Zapraszam do salonu.
— Nie dotykaj mnie, bo ci te palce połamię — Marvin rzucił za nim niskim, złowrogim tonem i zdjął kurtkę oraz buty. Został w samej czarnej bluzie z kapturem oraz jeansach i podążył do salonu, już wiedząc, że ten będzie aż irytująco ekskluzywny.
Nie pomylił się ku swemu rozgoryczeniu. Stolik stojący na środku był ciemny, błyszczący, o krótkich, wygiętych nóżkach. Do tego dopasowana, skórzana kanapa, a poza całą minimalistyczną, ale nowoczesną formą panującą w pokoju na fotelu stała skrzynka, a na niej leżał jakiś czarny, gumowy kształt złożony w kostkę, jak materiał.
Marvin jedynie obrzucił go spojrzeniem i usiadł na kanapie, popatrując po całym pomieszczeniu. Nie lubił skórzanych mebli. Miał zawsze wrażenie, że im dłużej na nich siedzi, tym bardziej się do nich przyklejają, szczególnie, jak było ciepło, a do tego dziwnie „skrzypiały”. Do Orvela jednak pasowały. Cała jego postać mu zgrzytała, więc mieszkanie także.
Zawahał się przed napisaniem do kochanka, że niedługo oddzwoni, ale opanował się i tylko schował z ciężkim sercem komórkę do kieszeni. I czekał, aż ten skurwiel wróci, by mógł odwalić swoje i wrócić do domu, nadal szukać na niego informacji. Do tego usiłował zdystansować się do tego, co teraz się działo. Nie chciał nawet wspominać jego chuja ani tym bardziej poczuć znowu jego smaku. Już wiedział, że czeka go cały dzień głodówki, bo nie będzie w stanie nic wziąć do ust po tym, co się tu zaraz wydarzy.
Po chwili musiał o nim znowu pomyśleć, bo go zobaczył. A raczej Orvela, całego nagiego, ze szklanką wody w dłoni i obleśnym uśmiechem na ciemnych ustach.
— Och. Mówiłem, abyś się rozebrał — rzucił od razu od progu, podając mu wodę, o którą gość poprosił. Zaraz po tym podszedł do skrzynki i materiału, który na niej leżał. Kiedy go rozłożył na jednym z foteli, okazał się być gumowym prześcieradłem, jakich używało się, aby niczego nie zabrudzić.
Marvin obrzucił je zaniepokojonym spojrzeniem i napił się małego łyka wody. Dobrze mu zrobiła, bo nieco mu zaschło w ustach. I jak jeszcze chwilę temu chciał zrobić, co musiał i odejść, tak teraz wolałby odroczyć to na później. Dlatego też, zupełnie ignorując nagość Orvela i materiał, który rozłożył, rzucił:
— A gdzie twój Patsy? Wie, jakim jesteś sukinkotem?
Orvel westchnął ciężko, na moment zatrzymując się w swoich poczynaniach i zerknął na Marvina. Gdyby ten tak tancerza nie odrzucał, można byłoby powiedzieć, że jest całkiem przystojnym mężczyzną, o całkiem przywozicie wyćwiczonym ciele, mocnej szczęce, przeszywającym spojrzeniu i specyficznym kolorycie skóry, zdradzającym jego pochodzenie.
— Och, moje największe słoneczko? Jest zajęty. Nie mógłby nam towarzyszyć, ale… myślałem, że nie lubisz takich cukiereczków jak on. I prosiłem, rozbierz się.
— Po co? Nie mów mi, że poza obciągiem, twoje słoneczko nie pozwala ci na więcej? Nie, żebym się dziwił — odparł Marvin, patrząc mu bez skrępowania w oczy, mimo narastającej niechęci i dziwnego odczucia, że jest przylepiony do tej kanapy i nie może się ruszyć. Było mu niedobrze na myśl, co tu robił. W ogóle nie powinien się w to pakować, nie powinien namawiać Jaza na tamten seks przy Karlu. I na samą myśl, że teraz jego kochanek gdzieś tam był i myślał o nim, i może się jak głupek niepokoił, że nie odbiera telefonu, miał ochotę zakopać się w ziemi.
— Pozwala, pozwala, ale to nie jest twój… — Orvel urwał, bo przerwał mu dzwonek telefonu, który rozbrzmiał z kieszeni Marvina. — Oho, ktoś się chyba martwi. Chyba nie chcesz, aby martwił się bardziej? Odbierz. Powiedz swojemu misiaczkowi, że właśnie robisz striptiz przez obcym facetem.
— Pierdol się — odparł ostro Marvin, unosząc się z kanapy i zrzucając przez głowę bluzę. Starał się ignorować dźwięk dzwonka, który dobitnie mówił mu, że źle robił. Był jak namacalny, a nie tylko siedzący mu w głowie, wyrzut sumienia. — Nie twój interes, kto do mnie dzwoni i lepiej mi powiedz, czego chcesz — warknął, zostając już tylko w czarnej podkoszulce opinającej jego klatkę piersiową i umięśniony brzuch oraz w spodniach.
Orvel pomachał na nie, aby je też zrzucił.
— Zobaczysz, najpierw do nagusia i siadaj na foteliku. Zobacz, jak ładnie ci tam prześcieradełko rozłożyłem, abyś mi mebli nie pobrudził.
Marvin zacisnął zęby, już czując to nieprzyjemne pulsowanie w żyłach i dudnienie serca. Bynajmniej nie z podniecenia. Nie odpowiedział już, by skończyć tę bezsensowną konwersację i przejść do rzeczy. Musiał, koniecznie musiał znaleźć na niego… cokolwiek. Może Jaz mu powie, kim ten facet jest, skoro skojarzył jego twarz.
Tymczasem bez specjalnego ociągania i bez swojego naturalnego seksapilu zdjął wszystkie ubrania oraz usiadł na fotelu. Uniósł powoli swoje przejrzyste, zielone oczy na mężczyznę, który nie powinien w ogóle go nago widzieć.
— I nóżki szeroko. Jak na porodówce — rozkazał Orvel, samemu siadając naprzeciwko na drugim fotelu. Tajemniczą skrzynkę postawił niedaleko siebie.
Marvin zwęził powieki, gdy spojrzał na niego bystrzej. Nogi miał przed nim rozkładać? Nie wiedział, czy chciał, by to zaszło dalej. Nie miał pojęcia, co ten pojeb planował.
Zawahał się przez moment, ale wreszcie, wciąż obserwując go ze wzmożoną czujnością, rozłożył szeroko uda, opierając je o podłokietniki. Już nawet nie myślał o tym, jak się z tym czuje. Wiedział, że to było podlące, totalnie brudne i obleśne, ale myślał tylko o tym, by Jaz się nie dowiedział. Żeby nie wiedział, co robił, by te pieprzone zdjęcia utrzymać w ukryciu.
Orvel obserwujący go swoimi czujnymi oczami aż pochylił się do przodu, uśmiechając się z zadowoleniem. Oglądał jego śniade pośladki, umięśnione, teraz smakowicie rozłożone uda i widoczną, maleńką i wyjątkowo mocno ściśniętą szparkę.
— No, proszę, proszę, twój misiaczek nie lubi, jak dupcia jest wydepilowana jak u niemowlaczka? — spytał bezpośrednio.
— A ty takie wolisz? — Marvin odpowiedział bez rumieńca zawstydzenia. — Ups — dodał z przekąsem, nieprzejęty tym, że jest bardziej owłosiony, niż kiedy się depilował do pracy na scenie.
Orvel zaśmiał się pod nosem.
— Nie, mi nie szkodzi, dupciu. Mam urozmaicenie — dodał z obłudnym uśmiechem, po czym schylił się i sięgnął go skrzyneczki. Otworzył ją i wyciągnął z niej jakąś małą, plastikową buteleczkę, którą rzucił dosłownie w Marvina, niby aby ten złapał. — Wiesz, co z tym zrobić.
Marvin spojrzał na lubrykant, który dostał i na moment znieruchomiał. Przecież jak Jaz będzie chciał się pieprzyć, to wyczuje, że jest rozciągnięty! Tym bardziej, jeśli Orvel… Aż nie mógł skończyć tej myśli. Nie chciał w sobie jego chuja. W ogóle nie chciał tu być, do cholery!
— Usta! — odparł ostro i odrzucił mu buteleczkę. — To miało być w sekrecie, indiański popaprańcu. Nikt ma się nie dowiedzieć! — zawarczał na koniec, złączając z powrotem nogi.
Zaskoczony mieszaniec uniósł wysoko brwi na tak negatywną odpowiedź. A raczej widać było po jego twarzy, że nie jest zatroskany i smutny. Grał takiego, co niestety było wyraźne. Przez to jego aparycja wydawała się jeszcze bardziej odrzucająca i obłudna.
— Och. Dupciu, ale wiesz, ty nie masz tu nic do gadania. — Rzucił mu opakowanie. — Rozkładaj nogi i wsadzaj se tam paluchy albo się pożegnany, a świat zobaczy więcej, niż ja w tej chwili chcę zobaczyć.
Marvin sapnął głośno, czując, że wszystkie emocje się w nim kotłują, a najbardziej dotkliwa była bezradność. Zwyczajnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie może zrobić nic, nie może się przeciwstawić i musi spełniać rozkazy tego odpychającego faceta. Było mu niedobrze, jak na niego patrzył.
— Zabiję cię kiedyś — rzucił nisko i aż ciężko było powiedzieć, czy mówi poważnie, czy nie. Nie dał też wiele odczytać ze swoich oczu, bo zamknął je, gdy już wylał sobie na palce poślizg i rozłożywszy nogi, skierował je do swojego tyłka.
— Och, takie groźby, dupciu, są karalne. A i nie zapomnij podtrzymać jąderek, chcę dobrze widzieć — usłyszał głos Orvela. Aż żałował, że uszu też nie może zamknąć. Nie znosił jego niskiego głosu z charakterystycznym akcentem, w którym te wszystkie zdrobnienia brzmiały jeszcze gorzej.
Nie skomentował jego słów. Nie chciał się z nim wdawać w żadną konwersację. Uniósł tylko wolną dłonią jądra i wsunął w siebie jeden palec, by za bardzo nie rozciągać zwieracza. Zresztą sam poczuł, jaki jest spięty, gdy nawet ten jeden palec od razu został mocno okolony przez wnętrze i szparkę. Nie mógł się zupełnie rozluźnić w tym miejscu, przy tym facecie. Na tym fotelu i obleśnej czarnej gumie, która nie była ni cholery wygodna, mimo że pod nią znajdowała się znacznie wygodniejsza gąbka.
— Co dalej? — Nie wytrzymał w końcu i na niego popatrzył. Czuł się jeszcze gorzej, niż robiąc mu tamtego loda. I mimo że starał się opanować, cały czas myślał o Jazie. O tym, co by zrobił, powiedział, gdyby wiedział, że właśnie siedzi przez tym oblehem z rozkraczonymi nogami i sobie wsadza palce w odbyt.
— Kolejny. Aż do czterech masz dojść, dupciu — odparł Orvel i co gorsza, Marvin zobaczył, jak ten sobie trzepie. Na razie powoli, ale jednak.
Znowu zrobiło mu się niedobrze. Nie powinien był jeść śniadania. Źle reagował fizycznie na bliskość tego faceta. I myśl o wsadzeniu sobie w mocno zaciśnięty ze stresu odbyt czterech palców była wręcz straszna.
Zacisnął zęby, starając się rozluźnić, wmówić sobie, że to już ostatni raz i odchylił głowę na kark. Zamknął oczy, pomasował wejście i przecisnął drugi, śliski palec przez dziurkę. Syknął krótko i widocznie zadrżał. Od razu usłyszał jękniecie z fotela naprzeciwko. Pełne podekscytowania i zadowolenia. Taki też był głos Orvela, kiedy ten się odezwał.
— Boli?
Marvin na ułamek sekundy zawahał się nad odpowiedzią. I w końcu uchyliwszy lekko powieki, zmusił się do spojrzenia na niego.
— Trochę — odpowiedział zgodnie z prawdą i chociaż w pierwszej chwili zamierzał zaprzeczyć, by nie dawać temu dupkowi satysfakcji, tak przeważyło nachalne pragnienie, żeby jak najszybciej to skończyć. A to wiązało się z doprowadzeniem Orvela na szczyt.
— Och, cudnie, cudnie. Musisz strasznie się ściskać na tych swoich paluszkach. Na filmie ten wielki chuj w ciebie tak gładko wchodził, jak w rozmiękłe masło — zamruczał, oblizując się i nadal pocierając dłonią po swoim penisie. Coraz większym i sztywniejącym.
Marvin tylko spiął się bardziej po tych słowach, więc by jakoś przygotować się na wsadzenie sobie trzeciego palca, odchylił głowę na oparcie fotela i zamknął oczy. Zaczął powoli kręcić w sobie dwoma palcami, rozgrzaną, drżącą dłonią trzymając w górze jądra. Sam był zupełnie miękki. Nie podniecało go w tym kompletnie nic, nawet wspomnienie penisa Jaza, bo w ustach Orvela nie brzmiało to, jak coś dobrego. Czuł się jak szmata. I nią też na pewno był w oczach siedzącego przed nim, ciemnoskórego mieszańca. Obleśnego i nieprzeciętnie niemoralnego, który właśnie wstał po cichu. Wyjął coś ze skrzynki i niemalże na palcach zbliżył się do Marvina. Kucnął kawałek przed nim.
Ten nawet tego nie wyczuł ani nie zauważył, bo wpatrywał się w ciemność zamkniętych powiek. Masował też właśnie swoje wejście trzecim palcem, by naprzeć nim na nie po chwili i spróbować przecisnąć. Znowu się spiął, a skraj skrępowania osiągnął, kiedy poczuł, jak o udo coś mu się ociera. Kiedy otworzył oczy, zobaczył Orvela kucającego przed nim i dotykającego go po nodze sztucznym, czarnym penisem. Jego własny sterczał mu między nogami.
Marvin aż bardziej wcisnął się w oparcie fotela i zatrzymał ruchy palców w swojej szparce. Dildo. Częściowo był świadom, że lepsza zabawka niż penis Orvela, ale z drugiej strony nie chciał w sobie nic w jego obecności. Nie czuł się ani gotowy, ani podniecony!
— Nie masz dość? — sapnął z frustracją, mając ochotę to dildo wepchnąć temu facetowi w gardło, by się nim udławił.
Orvel wskazał na swojego penisa.
— A wyglądam, jakbym miał dość? Bierz, co dają i baw się dobrze. — Rzucił mu zabawkę na brzuch, samemu siadając blisko Marvina, na skraju stolika.
Siedzący nago na fotelu mężczyzna wysunął powoli palce ze swojej szparki i chwycił dildo. Potem sięgnął po porzucony lubrykant i wylał na zabawkę bardzo dużą ilość, mając nadzieję, że to pomoże w całym przedsięwzięciu. Rozsmarował dokładnie żel i nawet nie patrząc na Orvela, skierował czubek do swojej szparki.
Ściągnął brwi ze skupieniem i nacisnął, ale to nie dało rady tak łatwo przejść. Sztuczny penis był naprawdę wielki, twardy i chłodny. Co z tego, że śliski? Ciężko było mu go przepchnąć, kiedy czuł się spięty.
Mieszaniec, a raczej skurwysyn, gapił się na niego i trzepał sobie, dysząc według Marvina skrajnie odrzucająco.
— No, wciskaj to sobie, kurwiszonku. Wiemy przecież obaj, jak lubisz mieć pełną dupę.
Marvin przeklął w duchu najszpetniej jak umiał, a głośno zamruczał i potaknął:
— Mmm… Już, musi być gotowa. — Czuł się koszmarnie, chciało mu się rzygać, ale bardziej chciał stąd zwyczajnie uciec, więc robił, co szantażysta kazał i wreszcie zacisnąwszy zęby, pchnął mocniej, aż dildo wcisnęło się w niego i boleśnie rozepchało. — O kurwa…! — jęknął, czując, jak dziurka pulsuje bardzo nieprzyjemnie i jak całe jego ciało mu mówi, że mu się to bardzo, ale to bardzo nie podoba.
W przeciwieństwie do Orvela, który zajęczał i zaklął na znak zadowolenia. Nawet przychylił się, aby popatrzeć, jak mięśnie zwieracza zaciskają się na za dużym obiekcie, który stanowi dla nich opór.
— Tak… jeb się nim! — wydyszał, coraz mocniej się masturbując i nawet sięgając palcami do dildo, aby je wcisnąć w mężczyznę.
Ten warknął od razu na gospodarza, cofając tyłek, choć równocześnie poruszenie sprawiło, że bardziej się zacisnął.
— Sam! — wydyszał, z mocnymi wypiekami przez wysiłek, jaki kosztowało go to, co robił. — Sam się będę jebał!
Mężczyzna roześmiał się i uśmiechnął paskudnie.
— Tak, dupciu. Tak mi mów, jara mnie to, jaką niegrzeczną kurwą jesteś. Pokaż, jak bardzo lubisz mieć dużego chuja w dupsku. Tak jak na filmiku.
Marvin wiedział, że tej sytuacji teraz daleko do tamtego seksu z Jazem, ale nie powiedział tego głośno. Jedynie oblizał usta, zarzucił jedną nogę wyżej na podłokietnik, by chociaż szerszym rozwarciem sobie pomóc. I zaczął powoli i mozolnie poruszać zabawką, rozpierając swoje wnętrze. Dość płytko, bo nie był w stanie wziąć jej głębiej. Czuł znaczny opór i ból. Tylko zerkał co raz na obleśnego kutasa Orvela, mając nadzieję, że zaraz wystrzeli, ale z każdym ruchem, który wykonywał, miał coraz większe wrażenie, że trwa to wieki.
Szantażysta tylko gapił się, dyszał jak jakiś spaślak na bieżni i machał byle jak swoją dłonią na penisie. A przynajmniej tak widział to Marvin, który zmusił się do seksownego pojękiwania i wyprężania swojego ciała na fotelu. Umiał to robić, choć jeszcze nigdy, chyba nawet bardziej niż na swoim pierwszym występie, nie miał tak wielkich oporów i trudności, by pokazywać swoje ciało dla czyjejś uciechy. Robił to jednak, wyginając kręgosłup i co raz malowniczo podrygując. A przy tym czuł się cholernie podle i źle.
Do tego ten przeklęty telefon, który zostawił w spodniach znowu dzwonił, okrutnie przypominając mu, że Jasper został sam w domu i nie ma pojęcia, gdzie jest i co robi.
Marvin spiął się mocno, a im dłużej telefon dzwonił, tym trudniej mu było.
— Kurwa… — niemalże wyskamlał, a jego ręka, którą trzymał i poruszał dildem, drżała mu z wysiłku. — Już nie mogę…
Orvel zaklął i sam sięgnął pomiędzy jego nogi. Pchnął dłonią w jego, wbijając mu dildo znacznie, znacznie głębiej niż dotychczas. Jednocześnie sam aż drgnął, będąc już na skraju.
Marvin wrzasnął głośno, nawet nie rejestrując, że niemal równocześnie drugi mężczyzna osiągnął orgazm. Zacisnął mocno jedną dłoń na zabawce, a drugą na podłokietniku, drżąc z bólu i napięcia.
Trwało to kilka sekund, ale opanował się szybciej niż Orvel, więc szybko wyszarpnął z siebie dildo i wstał z fotela. Kolana się pod nim ugięły, ale podtrzymał się fotela i dopadł swoich ubrań. Zaczął się pospiesznie ubierać, drżąc na całym ciele i cudem powstrzymywał się przed stęknięciami, kiedy w środku mocniej go zakuło przy gwałtowniejszych ruchach.
Gospodarz, jeśli w ogóle można było go tak nazwać, uśmiechnął się podle, siedząc nadal na stoliku i głośno dysząc.
— Już lecisz? — spytał zaczepnie, zadowolony z własnego orgazmu.
— Praca czeka… — wydyszał Marvin, zapinając szybko spodnie i sięgając po koszulkę. Zarzucił ją na siebie drżącymi rękami.
— A może pędzisz do swojego żywego kutasika, co? Póki jesteś taki rozjechany, ten będzie mógł cię przerżnąć, jak dziwkę spod latarni.
— Jest dużo lepszy niż twoja zabawka, zapewniam cię. I dalej strzela, niż twój żałosny kutas — odwarknął, zarzucając przez głowę bluzę i od razu ruszając do przedpokoju. Musiał się przy tym raz podeprzeć o ścianę, nie mówiąc już o tym, że szedł krzywo, z wyraźnym dyskomfortem.
— Och, czyli jednak? Chciałbym, aby cię wypełnił po tym, jak do żywego rozjebałeś se dziurę! — Orvel krzyknął za nim, kładąc się na plecach na blacie stołu. Odprowadzaniem gościa się nie kłopotał. Wiedział, że ten znajdzie drzwi.
Zerknął na porzucone dildo i uśmiechnął się pod nosem. Ciekawiło go, czy jak przetrze je papierem, to będzie na nim krew.
Marvin po chwili wypadł z jego mieszkania, dysząc głośno i gdy tylko zatrzasnął drzwi, ciężko oparł się plecami o ścianę. Przetarł rozpaloną twarz i sięgnął trzęsącą się dłonią do spodni. Wyjął komórkę i dopiero zaczął powolnym, krzywym krokiem zmierzać do windy. Bolało go na dole, było mu niedobrze i teraz nawet posadzka wyglądała na dość wygodną, by na nią upaść i się nie ruszać. Nie zrobił tego jednak, tylko wszedł do windy i z trudem napisał do Jaza: „Będę za jakiś czas.”.
Nie musiał długo czekać, aby telefon się rozdzwonił. Widocznie jego kochanek miał go przy sobie. Nie było to pocieszające, bo znaczyło, że był zaniepokojony jego zniknięciem i brakiem odpowiedzi.
Marvin zaklął głośno, skoro był sam w windzie i po chwili wahania przyłożył komórkę do ucha.
— Jaz, nie mogę rozmawiać.
— To po chuj odbierasz?! — to nie było miłe przywitanie. Musiał więc być zły. — Gdzie jesteś, do diabła?! Nie mogłeś…? Uch. Kurwa! To wracaj, w domu pogadamy, jak jesteś tak zajęty! — warknął Jaz i sam się rozłączył.
Marvin zacisnął pięść na komórce i aż poczuł, jak niecałkiem zagojona rana od kieliszka go piecze. Warknął ponownie z frustracji. Chciał kucnąć i na moment zamknąć twarz w dłoniach, ale gdy tylko spróbował, tyłek znowu strasznie go zapiekł. Zrezygnował więc z tego głupiego pomysłu i gdy tylko drzwi windy się otworzyły, ukazując mu hol apartamentu z kilkoma ludźmi w środku, przybrał na twarz neutralny wyraz i bardzo, bardzo powoli ruszył przed siebie.
Nikt nie obejrzał się za nim. Każdy zajęty własnym życiem, nieświadom tego, jak parszywy szantaż odbywał się niedaleko nich. W ich sąsiedztwie, za ich ścianami. Marvin nie zważał na to, cieszył się wręcz, że nie wiedzieli. Nie chciał, by ktokolwiek wiedział.
Dotarcie do domu zajęło mu prawie godzinę. I pod koniec było mu już tak słabo i niedobrze, że kilka razy zrobiło mu się ciemno przed oczami. Był jednak zdeterminowany, by dojść do domu i położyć się na brzuchu. Wreszcie móc odpłynąć.
Kiedy już był pod drzwiami i wyjmował klucze, drzwi się otworzyły i w nich stanął Jasper. Zmierzył kochanka wzrokiem.
— Gdzie byłeś? — spytał ostro jeszcze w progu.
Marvin spojrzał na jego twarz i położył mu dłoń na klatce piersiowej, by wepchnąć go do mieszkania.
— Na drugim końcu miasta. Stary, mogę… mogę chociaż wejść? — sapnął słabo.
Jaz nie ruszył się. Stał tak jak wcześniej z niesympatyczną miną. Marvin nie miał siły go przepchnąć, kiedy ten wyraźnie nie chciał go wpuścić do środka.
— To znowu z tym mieszkaniem? I nie możesz nawet odebrać telefonu albo napisać, że wychodzisz? Hmm? — spytał, a Marvin wyczuł w jego głosie irytację, wątpliwość i podejrzenia.
— Nie mogłem odebrać — wycedził przez zaciśnięte zęby, bo tylko to pomagało mu w tej chwili utrzymać się na nogach. Nie mógł mu przy tym spojrzeć w oczy. Czuł się parszywie! Jasper tu na niego czekał, martwił się o niego i zależało mu na nim jako osobie, a on oddawał siebie i całą swoją pseudo męską godność tamtemu skurwielowi. — Jaz… — Zacisnął palce na jego bluzce. — Wpuść mnie…
Mężczyzna chwilę to rozważał. Widać było po nim, że się wahał, czując jednocześnie coś nieprzyjemnego na dole żołądka, kiedy na niego patrzył.
— Z… — chciał zacząć. Spytać się, czy go zdradza, czy spotyka się w swoim mieszkaniu z tym kolesiem, któremu je sprzedał, a może robi tam jeszcze coś innego. Coś gorszego. Jednak widok klatki schodowej, świadomość, że każdy mógł to słyszeć, powstrzymała go. Trudno, najwyżej potem… sam nie wiedział, co zrobi. Wyrzuci go?
Bez słowa się odsunął, robiąc miejsce w przejściu. Marvin odetchnął i wszedł do środka krzywo. Zatrzasnął za sobą drzwi, zrzucił kurtkę i zawahał się przed pochyleniem się do butów. Zanim to zrobił, zmusił się, by spojrzeć na Jaza.
— Skąd kojarzysz Orvela? — zapytał z determinacją, choć cały był rozedrgany.
— Co…? — Jaz wydawał się tym pytaniem tak zaskoczony, że początkowo nawet się nie obruszył, a i złość na chwilę z niego zeszła. — Czemu o niego pytasz, do diabła? — warknął na koniec. Co tu się wyprawiało?
— Jaz, kurwa, skąd go kojarzysz?! — wydyszał Marvin i znowu mu się zrobiło słabo, więc przytrzymał się ściany jedną ręką.
Mężczyzna spojrzał na kochanka i widząc jego stan, warknął pod nosem wściekle. Coś musiało być na rzeczy i aż się w nim gotowało na tę myśl.
Zamiast coś powiedzieć, po prostu się odsunął i przeszedł przez przedpokój, twardo uderzając gołymi piętami w podłogę. Dosłownie wpadł do sypialni.
Marvin ściągnął brwi, patrząc za nim. Wziął kilka głębszych oddechów i odepchnął się od ściany, by podążyć za nim. Musiał się dowiedzieć. Musiał!
Nim wszedł do sypialni, w przejściu spotkał się z Jasperem. Ten patrzył na niego chłodno i dosłownie wcisnął mu w dłonie… książkę.
— Masz! — warknął.
Marvin rzucił mu krótkie spojrzenie, ale szybko ulokował wzrok na okładce. Na niej widniał tytuł „Zapomniany rodowód” oraz malowany akwarelami obraz jakiejś równiny i zachodzącego nad nią słońca. Na dole było nazwisko i imię. Na pewno nie Orvela.
— Skrzydełko — dodał burkliwie Jaz, zakładając ręce na klatce piersiowej.
— Co to za książka? — spytał Marvin, nic nie rozumiejąc i odwrócił skrzydełko okładki.
— Nudna. Mojej byłej. Długa historia — ukrócił dalsze pytania, a Marvin, kiedy zerknął do środka, zobaczył zdjęcie Orvela w garniturze, ale z wplecionymi w czarne włosy indiańskimi ozdobami. Pod spodem był oczywiście jakiś opis, rok urodzenia i inne drobiazgi o autorze. Pisał pod pseudonimem.
Nie mógł się nawet wczytać w opis, bo brak skupienia i gonitwa myśli mu na to nie pozwoliły. Potaknął tylko i spojrzał na twarz Jaza. Jęknął cicho i wyciągnął dłoń do jego policzka.
— Muszę zapalić — oznajmił słabym głosem.
Jasper mało delikatnie odtrącił jego dłoń, po czym złapał go za nadgarstek i ścisnął. Szarpnął go przy tym lekko.
— A mógłbyś mi najpierw wszystko, do cholery, wytłumaczyć? — syknął.
Marvin milczał chwilę, patrząc na jego, w swoim mniemaniu, strasznie seksowną i przystojną twarz.
— Na łóżku — rzucił w końcu zachrypniętym głosem, ale Jasper prychnął pod nosem i puścił jego nadgarstek, wręcz odrzucając jego dłoń od siebie.
— Pojebało cię chyba! — Odepchnął go. — Chyba nie wyobrażasz sobie teraz przeprosinowego seksu czy czegoś w tym stylu?! To jakaś kpina, Marvin, posłuchaj sam siebie! Co mi, kurwa, starasz się wcisnąć i po jaką jasną cholerę pytasz o tego kolesia?!
— Na łóżku, bo… bo ustać, kretynie, nie mogę…! — Marvin warknął w końcu, dysząc głośno i jęknął, gdy tylko zrobił znowu gwałtowny krok do kochanka. — Pytam, bo ten koleś ma nasze foty i filmik …! I grozi, że… kurwa — jęknął ponownie, ni to na całe wyczerpanie, jakie czuł, ni to na bezsilność, że nie ma już pomysłu, jak to ukryć. — Że to ujawni… — wydyszał już niemal szeptem.
Jasper, który do tej pory trzymał Marvina na odległość i patrzył na niego srogo, teraz stał jak wmurowany i pierwsze co zrobił, to nawet się nie zdziwił na jego słowa. Zareagował na grymas bólu, jaki przeszedł przez ciało kochanka i odbił się na jego twarzy.
Niewiele myśląc, reagując instynktownie, przyciągnął go do siebie, schylił się i łapiąc go pod kolanami, dźwignął. Od razu odwrócił się, aby położyć go na łóżku. W głowie aż mu huczało! Od tego co usłyszał, jak debilnie się zachował i, najważniejsze, od zalewającej mu każdy skrawek świadomości wściekłości.
Ktoś. Groził. Jego. Facetowi.
I… najpewniej go skrzywdził. Nie było już innego wytłumaczenia na jego stan. Czuł się jak głupiec przy tym wszystkim. Od razu pojął, jak jakieś foty i jakiś filmik mogły się znaleźć u skurwysyna od książki. Karl. Że też nie sprawdził jego skrzynki, że też w ogóle pozwolił mu… Miał ochotę teraz stłuc gnojka, mimo że go nawet lubił. Buzowało w nim!
Marvin rozszerzył powieki, gdy Jaz go uniósł, a potem ścisnął go mocniej, łapiąc za szyję. Nawet ciężej zaczął oddychać przez nagły napływ dziwnych emocji i gdy tylko Jaz położył go na łóżku, nie pozwolił mu się odsunąć, wciąż się go trzymając.
— Nie będziesz mnie po tym chciał — wydyszał z bólem.
Jasper, chcąc nie chcąc, przysunął się do niego, zawisając nad nim. Ciężko mu było być spokojnym czy racjonalnym.
— Puść mnie, to po pierwsze. Po drugie, nie pierdol głupot. Po trzecie… — Aż sapnął wściekle, rozszerzając nozdrza. — Co… — Oblizał usta, aby się chociaż trochę uspokoić, a raczej opanować, bo na to pierwsze nie było szans. — Co ci zrobił? — spytał, domyślając się, że jeśli facet go szantażował, a Marvin teraz wygadywał takie rzeczy, to… nie mogło być to nic błahego.
Marvin, słysząc ostatnie pytanie, rozluźnił uchwyt na jego szyi i ostatecznie zupełnie go puścił. Skierował dłonie do swojej twarzy i na moment ją w nich zamknął, czując, że jeszcze nigdy nie było mu tak wstyd.
— Najpierw chciał pieniądze… — zaczął z wahaniem, gdy wreszcie odetchnął i popatrzył na twarz Jaza.
Ten tylko zacisnął pięści, aby Marvin nie widział. Aż bolały go wnętrza dłoni od tego, jak wbijał w nie palce. Słyszał nawet w uszach, jak krew mu pulsuje.
— A potem? — odważył się spytać, już rozumiejąc, że to przedłużenie wpłaty za mieszkanie wcale nie było tym, o czym mówił Marvin.
— Potem zadzwonił, żebym do niego przyjechał — kontynuował, zsuwając wzrok na klatkę piersiową Jaza. Miał wrażenie, że bardziej niż mocno nadużyty tyłek boli go to, że musiał to Jazowi powiedzieć. — I kazał sobie obciągnąć.
— Zrobiłeś to? Dziś? — spytał drugi mężczyzna. Siedział na skraju łóżka, patrząc na kochanka z wieloma skrajnymi emocjami w sobie. Jego klatka piersiowa unosiła się głęboko.
— Wczoraj — odparł krótko Marvin, przez co kwestia nagłego żądania gumek się wyjaśniła.
— A dziś?
Marvin tym razem zacisnął zęby, nie mogąc nic wydusić przez dłuższą chwilę. Jeszcze godzinę temu był w mieszkaniu tego pojeba i brał w dupę jego wielką zabawkę, wsadzał sobie palce, by ten mógł się podniecić i to wszystko wydawało mu się tak obleśne, że nie był w stanie spojrzeć kochankowi w oczy i to powiedzieć.
— Dzisiaj mnie boli, Jaz — wydusił w końcu, odkręcając się na bok, plecami do niego, czując, jak twarz go pali.
Jasper spodziewał się, że to usłyszy, ale teraz był pewien. Przetarł twarz dłonią i sięgnął do jego spodni, wyciągając mu z nich telefon.
— Idź zrób sobie kąpiel — dodał, po czym wstał, aby wyjść z sypialni.
— Jaz… kurwa, chodź tu. Co robisz? — Marvin spojrzał za nim, nie ruszając się jednak z miejsca. Nie był w stanie. Jak już się położył, nie miał sił się ruszyć.
Nie usłyszał odpowiedzi. Jasper wyszedł z pokoju, zabrał papierosy, zarzucił kurtkę, wcisnął stopy w buty i wyszedł z mieszkania.
Musiał zapalić, ochłonąć, pomyśleć i… sam nie wiedział co. Zamknął też mieszkanie od zewnątrz, aby nie można było z niego wyjść. Kiedyś nie pojmował, po cholerę tak buduje się zamki. Było to jego zdaniem debilne i niebezpieczne. Teraz jednak miało sens. Nie mógł pozwolić, by Marvin za nim wyszedł, a on… coś, do cholery, musiał zrobić! Był jednak zupełnie rozbity. Kłamstwami, brakiem zaufania Marvina, tym, co jakiś skończony skurwysyn mu zrobił i ochotą zemsty. Tak silną, że aż pragnął krzyczeć i uderzać we wszystko, co znajdowało się wokół niego. Był jak w amoku. Musiał odreagować, aby nie wyżyć się na kochanku. To by tylko pogorszyło jego stan, a tego nie chciał. Niestety też nie umiał być w tym momencie wsparciem i pocieszeniem.

13 thoughts on “No Exit – 10 – Dzisiaj mnie boli

  1. Katka pisze:

    Basia, dokładnie, Orvelowi powinno się coś urwać. Chyba nawet wiem co. A co Jasper zrobi… cóż, poczytaj, a się dowiesz, niemniej tutaj ważniejszym pytaniem jest, czy to, co zrobi, zaradzi problemowi.

  2. Basia pisze:

    Hejka,
    co za skurwiel z tego Orvela, mam ochotę mu coś po prostu urwać, albo odciąć tępą siekierą ;] na całe szczęście Jasper poznał prawdę, ciekawe co zrobi, może pójdzie do niego i go skopie…
    weny…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    Saki, dokładnie, lepiej późno niż wcale. Pomyśl, co by to było, jakby to zaszło dużo dalej i np. Jasper by się po paru miesiącach dowiedział, że jego facet od długiego czasu był na posyłki innego. Brrr. A Orvel… Mam wrażenie, że on i Roger z FDTS są postaciami, które ukazujemy w czysto złej postaci. Nie wiem, czy to dobrze, bo ludzie mają i wady i zalety, ale cóż, taki jest jego cel, by być czarnym charakterem. I jak widzę, udaje się. I taaaaak, zdecydowanie to, co czuje Jasper, to rozdarcie wewnętrzne. Bo na pewno jest mu równie żal Marvina, co jest na niego zły. Pytanie, co weźmie górę i czy wesprze go odpowiednio. Chociaż w mojej opinii też nie ma lekko, mimo że nie jego bezpośrednio za cel zabrał sobie Orvel. Haha, a Karl jakby tylko wiedział… Zdecydowanie narobił wielkiego bajzlu. Dzięki za komentarz i tak wyrażone w nim odczucia! :) Pozdrawiamy cieplutko.

  4. saki2709 pisze:

    Nareszcie się Jasper dowiedział. szkoda trochę, że Marvin tak długo z tym zwlekał, no, ale lepiej późno niż wcale. Szkoda mi Marvina, bo się biedny nieźle nacierpiał. Orvel to… wiecie co? W słowniku chyba nie ma takich słów, które by go określiły. On jest straszny. Jak mu to jego kochane słoneczko nie wystarcza, to niech se na dziwki chodzi, a Marvina niech zostawi w spokoju. Zachciało mu się w szantażystę bawić. On jest obleśny. A ta scena w jego domu była straszna, choć bałam się, że będzie jeszcze gorzej. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę do tego jego głupiego indiańskiego łba mogło wpaść coś dużo gorszego. Chyba że koleś stopniuje napięcie i naprawdę stać go na dużo więcej.
    Co do Jaza… Mam nadzieję, że nie będzie działał impulsywnie i nie zrobi nic głupiego. W końcu wziął telefon kochanka, a tam powinien być numer telefonu do tego skur…. i smsy, jeśli Marvin ich nie skasował. Poza tym Jasper musiał być nieźle rozdarty. I musiało go trochę zaboleć, że jego kochanek mu nie ufa. Swoją drogą Marvinowi musiało być ciężko się do tego przyznać. Na pewno łatwiej by mu było powiedzieć to, zanim to wszystko się zaczęło – to znaczy zanim Marvin zaczął ulegać szantażyście – ale jak to mówią, człowiek mądry po szkodzie. Mam nadzieję, że to się wszystko jakoś ułoży. Karl nawet nie zdaje sobie sprawy, jakiego bajzlu narobił. Powinien się wstydzić za tę swoją głupotę i bezmyślność.
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału i tego, co też Jasper zaradzi – oby tylko nie działał na własną rękę, tylko najpierw poinformował o swoich zamiarach kochanka. Co dwie głowy to nie jedna i może razem wymyślą coś bardziej sensownego
    niż osobno. I powiem to jeszcze raz. Biedny Marvin. Jaz też, chociaż trochę z innego powodu. A Orvel to zło w czystej postaci które wypełzło z najgłębszej czeluści piekła.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  5. Katka pisze:

    Rehab-e, no teoretycznie teraz powinno być okej… ale pytanie, czy Jasper będzie w stanie wymyślić dobre wyjście z sytuacji. Jeśli nie, to wciąż tkwią w punkcie wyjścia. No i ładnie, Orvel zasłużył sobie na miano najgorszej postaci… w sumie nie ma się co dziwić, jest cholernie perfidny. I fakt, może mu słoneczko nie wystarczać, chyba że po prostu nudzi mu się i szuka urozmaicenia. Ale ja go bronić nie mam zamiaru XD Szkoda tylko, że Marvin Cię nie przekonuje XD Ale jak wynoszę, Jasper tak, więc przynajmniej tyle XD

  6. rehab-e pisze:

    no nareszcie! już myślałam, że to będzie trwać i trwać…ale na szczęście Jasper się wszystkiego dowiedział i teraz już powinno być oke, c’nie?
    Orvel jest pisarzem? bosz, jak Ci ‚artyści’ potrafią być pieprznięci. No naprawdę, on jest koszmarny! Jak dotąd to najgorsza postać ze wszystkich opowiadań…
    leczyć się powinien i tyle! poza tym najwidoczniej to jego ‚słoneczko’ mu nie wystarcza, skoro szuka zabawy w porno na żywo z innymi -.-
    Karl powinien dostać ostry wpierdol, o!
    O Orvelu nawet nie wspominając…
    choć mam nadzieję, że Jasper się jednak powstrzyma, żeby później nie mieć problemów…
    czekam na więcej! Oby ktoś mnie wreszcie przekonał do Marvina, bo naprawdę nie wytrzymam z nim ;c

  7. Katka pisze:

    Hoshii, dokładnie, pat pat pat… :( Ale teraz przynajmniej ma jakąś psychiczną ulgę i nie jest w tym sam…

    Sharon, Twoje poświęcenie jest godne podziwu XD Takie… „podążaj za tym, co kochasz”, w sensie że idziesz tam, gdzie cię ciągnie. To na swój sposób fajne, ale mam nadzieję, że przy tym mimo wszystko sesja nie ucierpi XD A co do policji, Mavin tego nie widzi, w ogóle nie chce, żeby to wychodziło za bardzo na większy widok, w sensie nie bardzo ma ochotę, by więcej osób o tym wiedziało, chciałby to załatwić po cichu. Poza tym nie bardzo wierzy w moc policji :/ Orvel ma kasę, czasami to wystarcza…

    O., ooch nie dałaś rady? Na swój sposób upewnia mnie to w tym, że scena jest odpowiednio… obrzydliwa. Bo inaczej nie da się nazwać tego, co Orvel zrobił. A co będzie dalej… cóż, głowy powinny polecieć. Pytanie czyje i jak szybko polecą.

    Inertia, yey, bardzo fajnie, że komentujesz! :D Uwielbiamy widzieć takie postanawiające nadrobić osóbki :D I jako osoba, która nie pisze Jaspera, mogę powiedzieć, że doooskonale Cię rozumiem, Jaz to taki facet do rany przyłóż, do którego można się przytulić i poczuć z nim bezpiecznie. I szczególnie poczuć się kochanym :D Fajnie, że Marvin też jakoś Cię przekonał, a co do Orvela… zgadzam się, przydałaby mu się sroga kara… :/ Przegina facet. Dziękujemy za wenę i mamy nadzieję, że do kolejnego komentarza :)

  8. Inertia pisze:

    Jej… dzięki wam odkryłam jak zdać sesję przy minimalnym wysiłku i znikomych śladach wiedzy O_o aż sama sobie się dziwię, że nie czeka mnie żadna poprawka :D Ale wracając do tematu, zazwyczaj czytam na telefonie, a tam komentowanie jest praktycznie niemożliwe, ale chyba pora zacząć nadrabiać zaległości ;)
    No Exit pokochałam od pierwszego rozdziału, a w szczególności Jaza! Jak on mnie rozczula x) Marvin na początku był denerwujący, ale sie wyrobił i nawet mu współczuje. W takim jednym horrorze „I Spit On Your Grave 2”, była taka scena jak laska zmiażdżyła takiemu kolesiowi jądra w imadle. Tak samo postąpiła bym właśnie z Orvelem :D Eh, mam nadzieję, że mimo moich sadystycznych wizji i tak poniesie karę, nawet jeżeli nie miałaby być tak bolesna :D
    Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć weny :)

  9. O. pisze:

    Nie mogłam przeczytać momentu w domu Orvela….Nie i koniec ;(
    Ale Marvin teraz pewnie się załamie bo nie może źle odebrać wyjście Jaza i to, że ten go zamknął… Jestem ciekawa co na to wymyślą i jak skończą z Orvelem, i on i Karl zasługują na wybicie zębów.

  10. Sharon d'Arc pisze:

    Żadnych więcej przerw na stronie T.T nie przeżyję tego… Wystarczy, że poprzednia wypadała w moje urodziny T.T Sesja poczeka. Olałam naukę, żeby pojechać na Love Parade do Berlina to i mogę średnio co 3 dni olać nockę, żeby sobie poczytać :3 No ale serio, czemu oni nie poszli na policję to ja nie wiem. Policja przecież nie walnęłaby tego filmu na billboard, ale z drugiej strony historia nie byłaby wtedy taka ciekawa. Mam tylko nadzieję, że wszystko się dobrze skończy a Orvel umrze, o.

  11. Katka pisze:

    Sharon, no cóż, Marvinek się wygadał i faktycznie teraz we dwójkę mogą myśleć, jak z tego wybrnąć… ale wciąż jest to dość patowa sytuacja, więc nie wiadomo, czy szybko coś wydumają. A Orvel wciąż ma zdjęcia i może szantażować… I masz rację, nie powinno się ulegać, ale Marvin to zrobił i był to jego pierwszy błąd. A sesja… powinnyśmy zrobić dla takich ludzi jak Ty długą przerwę na stronie XD

  12. Sharon d'Arc pisze:

    Orvel normalnie ląduje na pierwszym miejscu mojej listy znienawidzonych *cenzor*. Ale Marvin się w końcu wygadał, Jasper się owszystkim dowiedział i teraz będzie już dobrze, prawda? Musi być…Niech wybijają do tego walniętego Karla, wbiją mu trochę rozumu a potem niech z tym kolorowym dziwakiem coś ogarną. Każde dziecko wie, że szantażyście nie należy ulegać… rany, tylko mnie wkurzają…. a tu sesja za miesiąc, trza się zacząć uczyć… Lol, nope, czytaj opowiadania i przejmuj się problemami ludzi, którzy nawet nie istnieją… komentarz krótki, bo dziwnie się pisze na tablecie… o.O

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s