Across The Cursed Lands II – 30 – Zwierzak, furka i mysz

Informacje o mutacjach w dzienniku nie były pełne. Maverick to wiedział, bo przecież zgubił dziennik bardzo dawno temu, ale przez te wszystkie lata cały czas nabywał wiedzę na temat wszelkich stworzeń żyjących na ziemiach Stanów Zjednoczonych. W taki dzień jak ten, kiedy nie miał zbyt wiele do roboty, bo bydło pasło się samo, a nałowił dość ryb, by mieć co jeść w najbliższym czasie, postanowił zająć się ubogacaniem swoich notatek. Siedział więc na ganku, z dziennikiem na kolanie i co raz zanurzał pióro w buteleczce z atramentem stojącej na stoliczku obok.
Jego pupil Flap leżał z pyskiem złożonym na łapach, tuż przy jego nogach. Do czasu aż zastrzygł uszami, po czym poderwał się, słysząc, że ktoś się zbliża. Zaskrzeczał nisko, potem wysoko i popatrzył na Mavericka, przebierając łapami.
Mężczyzna ściągnął brwi i uchylił rondo kapelusza. A gdy dostrzegł sylwetkę jakiejś postaci na horyzoncie, odłożył pióro i dziennik i sięgnął po strzelbę opartą o ścianę domu za plecami.
— Zostań. Spokój — zwrócił się do swojego pupila, samemu nie ruszając się z miejsca.
Flap jednak nie był zupełnie uległym pupilem, więc zamiast posłuchać się polecenia, zamachał mocno skrzydłami, podrywając się odrobinę z ziemi i głośniej skrzecząc. W tym czasie przez zawsze otwartą bramę wjechał młody mężczyzna na koniu, do którego siodła przyczepione były duże, skórzane torby.
— Dobry! — krzyknął już z dala. — Maverick Bailey?
Gospodarz wykrzywił usta i wstał z bujanego fotela.
— Zostań! — powtórzył twardo do Flapa, wiedząc, że ten i tak popełznie za nim. Sam zszedł po schodkach, wciąż dzierżąc w dłoni strzelbę. — Tam była bramka. Tam się trzeba było zatrzymać — rzucił wrogo do nieznajomego mężczyzny.
— Nie słyszałby mnie pan — odparł ten butnie, mimo wymierzonej w jego stronę broni. Był szczupły, o ostrym nosie i w pocztowym uniformie, a teraz patrzył podejrzliwie, uspokajając konia, kiedy Flap zeskoczył na ziemię. Szybował nawet przez chwilę na swoich rozłożonych skrzydłach, po czym zaczął węszyć wokół końskich kopyt.
— Wolisz być martwy niż niesłyszany? — warknął Maverick i skinął na niego bronią. — Czego chcesz?
— Przesyłkę przywiozłem. Co innego może robić kurier na takim nigdzie? — odparł jeździec, sięgając od razu do jednej z toreb. Odpiął zapięcie, szukając przesyłki.
Maverick fuknął pod nosem i podszedł do niego szybko, odsuwając mu ręce od torby. Przy tym cały czas mierzył do niego z dubeltówki. Samemu pogrzebał w jego jukach, nim nie znalazł odpowiedniej przesyłki.
Dobrze wiedział, od kogo była. Oznaczało to jedynie, że Nicholas znowu nie chciał go widzieć. Sam nie miał pojęcia, jak wytłumaczyłby brak gorączki u Flapa czy jakichkolwiek innych obrażeń. Pewnie wymyśliłby jakąś historię z zastępczym lekarstwem. Ale… sam nie wiedział, dlaczego w ogóle się łudził, że jego partner przyjedzie do niego na złamanie karku. Po co miałby to robić? Żeby go zobaczyć? A Flapa i tak nie znosił.
— Zrobiłeś, co miałeś zrobić. A teraz wynoś się z mojej ziemi! — wyładował swoją frustrację na kurierze, trącając go w tors końcem lufy.
Ten skrzywił się i fuknął pod nosem.
— Spokojnie, panie, nie gorączkuj się tak, bo ci się bruzdy porobią — odburknął, zapinając szybko swoje rzeczy i odjeżdżając. Nie miał ochoty na rozmowę, tym bardziej, że koń już był mocno spłoszony skrzeczeniem tego „czegoś”, bo pierwszy raz widział zwierzę pokroju Flapa.
Maverick, który po tej uwadze jeszcze mocniej zacisnął zęby, strzelił pod nogi odjeżdżającego wierzchowca, a ten spłoszył się i pognał gwałtownie przed siebie, podrzucając nieszczęsnego kuriera na siodle. Flap też głośniej na to zareagował, ale tym już się mężczyzna nie przejmował. Ściskał w dłoni przesyłkę, jakby miał wrażenie, że wraz z nią ściska swoje serce. Czuł w nim taki nieprzyjemny uścisk i sam nie wiedział, po co pisał do Nicholasa. Po co to sobie robił? Żeby znowu zadać sobie kolejną ranę, żeby ponownie, jak każdego, samotnego poranka, uświadomić sobie, że już nie ma „ich”. Że jest już tylko „Maverick” i „Nicholas”. Osobne historie, toczące się w innych miejscach.
Miał wrażenie, że ganek jest bardzo daleko, kiedy zawrócił w jego stronę. Apatycznie odłożył dubeltówkę na swoje wcześniejsze miejsce i usiadł ciężko na bujanym fotelu. Minęło kilka długich minut, nim zdecydował się otworzyć przesyłkę.
Zapakowany w szary papier i obwiązany sznurkiem był mały, metalowy pojemniczek, na którym znajdowała się karteczka informująca, że jest to tym, o co prosił partnera, kiedy wmawiał mu, że Flap ma gorączkę. Poza tym był jeszcze list w równo złożonej na pół kopercie.

Maverick,

Wysyłam to, o co mnie poprosiłeś. Rozkazałem, aby była to jak najszybsza przesyłka, bo, mimo że nie trawię Flapa i dobrze o tym wiesz, nie chcę, aby coś mu się stało — w tym miejscu znajdowało się zamazane słowo, którego nijak nie można było rozczytać. — Nie chcę, aby było ci z jego powodu jeszcze bardziej przykro.
Poza tym do kwatery przyjechała Adela, przywiozła wyniki swoich badań. Ludzie, o których ci wspominałem ostatnio, kierują się do Chicago.
Show się nie odzywał. W kwaterze spokojnie. Mam nadzieję, że dobrze się czujesz. Adela sugerowała, abyś przyjechał. Znowu się pokłóciliśmy.

Kocham Cię,
Nicholas

Maverick impulsywnie zmiął w dłoni kartkę, po czym poderwał się raptownie i rzucił buteleczką z całej siły. Zobaczył, jak ciemne szkło roztrzaskuje się o twardą ziemię i nie było mu tego ani trochę szkoda.
Oddychał ciężko, stojąc na skrzypiących deskach i patrzył w dal. Nie chciał myśleć, chciał się wyłączyć, w jakiś sposób pozbyć tych wszystkich emocji, które uderzały w niego za każdym razem, gdy Nicholas mu odmawiał. Niedosłownie, ale gdy każdy jego gest, każde słowo, każdy czyn były dla niego tak jasne, jak namacalne odepchnięcie. Miałby teraz przyjechać? Bo Adela chciała? Nie, nie zrobi mu tego.
Nie wiedział tylko, dlaczego nie umiał po prostu przyjąć rzeczy takich, jakie były, dlaczego nie umiał nauczyć się żyć ze świadomością, że nie może być jak dawniej, że nie może już… odzyskać Nicholasa. Wciąż miał nadzieję. A może nie, po prostu wciąż nie umiał przestać go kochać i łaknąć jego bliskości. Był jej głodny i desperacko się tego trzymał. Chciał się nią zachłysnąć, a miał wrażenie, że od kilkunastu lat może jedynie spijać ją małymi łyczkami, gdy raz na kilka tygodni mógł go przytulić.
Dotyk ciepłego języka Flapa na dłoni wyrwał go nagle z tych myśli. Spojrzał w dół i chwilę patrzył w jego czarne jak węgle oczy, nim w końcu zupełnie go zignorował i zwyczajnie zamknął się w domu. Pomięty list upadł na deski ganku tuż przed tym, jak drzwi się zatrzasnęły.
Flap obwąchał jeszcze zmiętą kulkę papieru i zapiszczał cienko, siadając tuż przed drzwiami. Po chwili bez odpowiedzi zaczął je drapać i robił to do czasu, aż drzwi nie otworzyły się z nieprzyjemnym skrzypieniem, do złudzenia przypominającym jego skrzek. Maverick spojrzał na niego z góry bez słowa. Był głupi, że nie chciał, żeby nawet Flap widział go z wilgotnymi oczami.
Zwierzę zapiszczało jeszcze, po czym przecisnęło się pomiędzy jego nogami, wchodząc do domu. Z jedyną w swoim rodzaju ignorancją usadowiło się na kanapie w salonie i patrzyło na swojego pana, którego bardzo rzadko słuchało.
Maverick nie miał w tej chwili siły, żeby go wyganiać. Nie chciał się na nim wyżywać. Wolałby pognać za tamtym kurierem i odstrzelić mu głowę za to, że przywiózł mu ten przeklęty list.
Zostawił otwarte drzwi, żeby Flap mógł wyjść i sam wrócił do mieszkania. Kapelusz odrzucił na fotel i zaparzył sobie zioła. Już sam nie wiedział, czy czuje się wyprany z emocji, czy tak nimi przepełniony, że nie umie ich sprecyzować i dać im upust w jakikolwiek sposób. Usiadł więc tylko na fotelu i patrząc w puste wnętrze kominka, pił ciepły napar. Jak niemal każdego popołudnia, sam na sam ze swoim dzikim zwierzakiem. Starał się tylko nie wyobrażać sobie, jakby to było, gdyby teraz obok siedział Nicholas. Nie było go. Powinien wreszcie się tego nauczyć, bo czuł, że w końcu nadejdzie taki czas, że nie będzie go już w ogóle. Że nie będzie czuł, że wraca do chociażby namiastki domu. Zresztą… czy kwatera już nie stała się jego domem? Sam nie wiedział, czy już rzeczywiście nie było za późno.

*

Było pewne, że William swoim strzelaniem wcale nie ułatwiał Jeffersonowi łowienia ryb. Podejrzewał jednak, że ten może robi to z braku laku albo zwyczajnie czerpał z tego przyjemność. Na szczęście nie oddawał się temu całkowicie i co raz zerkał na bok, by przyjrzeć się treningowi lekarza, poinstruować go w razie popełniania błędów i doradzić. William był mu za to wdzięczny, szczególnie, że kiedy zalecał się do jego instrukcji, to strzelanie rzeczywiście szło mu lepiej. A wiadomym było, że kiedy coś się udaje, to chętniej się to robi. Dlatego lekarz już drugą godzinę z drobnymi przerwami celował do drzew. Najpierw tych bliższych, a potem dalej, podwyższając sobie poprzeczkę.
— Może, jeśli już porywasz się na ten konar, to spróbuj pójść gdzieś i coś zabić, co się jednak rusza. Przy okazji nie będziesz straszył naszego obiadu — zasugerował Jefferson po pewnym czasie z naturalną sobie ironią, ale i też spokojem.
William rozejrzał się czujnie, ale nie miał takiego dobrego oka jak Jefferson, żeby wypatrzeć jakąś zwierzynę. Może dlatego, że wypierał z głowy istnienie wszelkich istot, kiedy jechali i czasem wydawało mu się, że są jedynymi żywymi duszami w okolicy.
— Dobrze, tylko nie polegaj na mnie za bardzo i postaraj się coś złowić. Nie ma dużego prawdopodobieństwa, że coś upoluję — odpowiedział niechętnie lekarz, poprawiając kapelusz.
— Nie martw się, nawet na to nie liczę. Ale, a nuż coś ci się trafi, więc spróbuj — zasugerował Ranger z wrednym uśmieszkiem.
Lekarz obdarzył go chłodnym spojrzeniem, które jednak nie świadczyło o jego złości. Przywykł do takiego zachowania, a teraz nawet na dłużej zatrzymał wzrok na twarzy towarzysza.
— Ładniej ci, kiedy uśmiechasz się szczerze i miło — powiedział, po czym ruszył przed siebie, w głąb gęściej rosnących drzew.
Ranger wpierw zrobił duże oczy po tej uwadze, po czym tylko prychnął pod nosem i wrócił do łowienia ryb. Na razie tym, co złapał, czyli jedną małą rybką, nie mieli szans się najeść. Nie spieszyło mu się, więc liczył, że coś jeszcze złowi. Uznali, że dzisiaj zrobią dłuższy postój, żeby William poćwiczył, więc ostatecznie jechali całe rano, od świtu, a niedługo po południu zatrzymali się, bo znaleźli dość dogodne miejsce. Była rzeka, były drzewa i większa polana, na której mogli rozpalić ognisko. Pogoda też im sprzyjała, chociaż czuć było w powietrzu, że mogą nadejść chłodniejsze dni. Jefferson był tego pewien. Północ zawsze była chłodniejsza niż południe.
Naraz spokój Rangera został zakłócony, kiedy rozległy się wystrzały. Kilka pod rząd, w nierównych odstępach czasu, a z drzew, z miejsca, z którego docierały dźwięki, nagle w powietrze uleciała chmara kolorowych, niedużych ptaszków. Potem znowu rozległ się podwójny wystrzał, ale tym razem połączony z głośnym okrzykiem.
Jefferson od razu zbystrzał. Co prawda zakładał, że William zwyczajnie się czegoś przestraszył, ale wolał się upewnić. Zostawił swoją prowizoryczną wędkę, wstał i z dłonią na rękojeści rewolweru szybkim marszem udał się w stronę, skąd pochodziły wystrzały.
Słyszał jęki swojego towarzysza, więc dość szybko go odnalazł. No, co prawda trudno było go ujrzeć, ale po chwili dostrzegł kończynę…
William leżał w gęstych chaszczach, a na nim znajdowało się coś, co w pierwszej chwili kojarzyło się tylko z wielką, bo nie mniejszą jak cielak, futrzaną kulą. Włosy były bielusieńkie jak mleko, choć miejscami brudne od błota. Kiedy Jefferson ujrzał poskręcane poroże oraz długi jak u wiewiórki ogon, poznał zwierzę. Było wyjątkowo niegroźne i co by nie mówić, bardzo chude. Jedynie futro optycznie je powiększało. Była to prawie tak częsta mutacja jak bandamy, ale sposobem obronnym tych zwierząt była ściągająca się w wyjątkowo szkaradnej formie morda i nieprzyjemne syczenie. Pazury w przednich łapach też miało niczego sobie, ale rzadko korzystało z nich w ataku, bo było roślinożerne.
William musiał to coś zastrzelić, bo teraz ciało zwierzęcia było zupełnie nieruchome, a lekarz stękał i próbował je z siebie skopać.
Jefferson zaśmiał się krótko i rozejrzał się po okolicy.
— Jak żeś na to wpadł? — spytał ze śmiechem, chowając rewolwer i łapiąc martwe zwierzę za rogi. Pociągnął je za nie, zwlekając z mężczyzny.
— Pojawiło się… Jak… uch… jak uniosłem dłoń z bronią, to zasyczało jak jakaś zjawa… — wydyszał William, patrząc z przerażeniem na zwierzę i wręcz odczołgując się do tyłu po trawie. Całe jego ubranie było we krwi zwierzęcia. Nawet swoje jasne włosy miał nią umoczone, podobnie jak policzek. — Potem… wyskoczyło na mnie i… Och, moje serce… — jęknął, łapiąc się za klatkę piersiową i przecierając czoło. Jego kapelusz leżał obok.
— A potem co się stało, że zabawiłeś się z tym na trawce? Musiało być dziewicą, bo jesteś cały we krwi! — zarechotał Jefferson, ale wyciągnął dłoń do lekarza, aby pomóc mu wstać. Jeśli mieli zdobycz Williama, to już nie musiał się martwić rybami.
Mężczyzna uniósł się z jego pomocą i sięgnął po swoje nakrycie głowy. Popatrzył po sobie i skrzywił się. Następnie wycelował gromy z oczu w stronę futrzanego zwierzęcia o upiornej mordzie. Miał ochotę podejść i to kopnąć, ale wolał zachować godność.
— Wystrzeliłem znowu, jak na mnie biegło, a potem jak skoczyło i… Martwe zwaliło się na mnie — skończył swoją opowieść, po czym zacisnął lekko usta i ściągnął swoje wąskie, jasne brwi. — Nie śmiej się.
— Nie śmieję się przecież — odparł Ranger, nadal chichocząc jak głupi. Ale i tak, mimo szerokiego uśmiechu na ustach, poklepał Williama mało delikatnie po ramieniu. — No, ale zobacz, jakie bydle dzielnie ustrzeliłeś! Szkoda, że cały magazynek na to wyjebałeś, ale sztuka się liczy.
— Muszę się umyć. Smacznego — odpowiedział lekarz, wciąż pełen nerwów. Może gdyby miał przynajmniej podstawową wiedzę o mutacjach, jak Jefferson, to tak by nie zareagował. Nie mógł jednak mieć pojęcia, że ten stwór nie jest szkodliwy. Tym bardziej, kiedy wyglądał jak pomarszczony, opętany noworodek, kiedy z tą twarzą na niego zasyczał.
Ruszył powoli w powrotnym kierunku, oddychając ciężko i starając się nie dotykać brudnych ubrań. Jego towarzysz, nadal podśmiewając pod nosem, schylił się. Zabrał zwierzę na ramię, aby się nie pobrudzić krwią i ruszył za swoim towarzyszem.
— Po drodze możesz się już rozbierać. Możemy ci też zrobić ceremonię przejścia, wiesz, pierwsza ofiara, przejście z chłopca w mężczyznę.
— Zabiłem dla ciebie kiedyś lelka — wypomniał mu William, oglądając się na niego z chłodnym spojrzeniem. Przy jego pobrudzonej krwią twarzy wyglądał całkiem złowrogo. Jeffersonowi jednak daleko było do bania się go. Nie teraz bynajmniej, kiedy on trzymał martwe zwierzę, a William starał się nie dotykać siebie z obrzydzenia.
— Lelek to ptak, a teraz prawdziwe zwierzę. Szczegół, że głupie niczym bandama, ale zwierzę.
— Znasz je? — zainteresował się William i wreszcie wkroczył na polanę, na której się rozłożyli. Od razu rzucił kapelusz na koce, a sam pokierował się do rzeki, by się umyć.
— To furki, fury, różnie je nazywają, ale najczęściej właśnie furka! — odkrzyknął Jefferson, zrzucając ciało pokryte białym, gęstym futrem obok ogniska. — Będziesz chciał futro?
William obejrzał się na Jeffersona, zatrzymując się z dłońmi przy guzikach płaszcza.
— Sądzisz, że dobrze ociepla? Może moglibyśmy się nim przykrywać w chłodne noce — zasugerował, wracając do rozbierania się. Miał nadzieję, że po wypraniu płaszcz wyschnie do jutra.
— To w końcu futro. Powinno ocieplać, ale dużo go nie będzie. I tak je zdejmę, to będziesz miał w razie czego.
William zgodził się skinieniem głowy i wrócił do rozbierania się, kiedy Jefferson zabrał się za uporanie się z furką. Całe szczęście, że na niebie nie było chmur i słońce ocieplało skórę lekarza. Kiedy rozebrał się do końca, poza spodniami od bielizny, Jefferson mógł zauważyć… mocniejsze mięśnie na jego rękach, kiedy ten pochylił się do rzeki i zaczął czyścić z krwi płaszcz. Napinał przy tym ramiona i zdecydowanie były bardziej umięśnione niż kiedyś. Oczywiście daleko mu było do postury pięściarza, ale teraz, w tym świetle i w tej perspektywie, Ranger zdecydowanie mógł potwierdzić swoje wcześniejsze przypuszczenia — William się zmieniał.
Uśmiechnął się pod nosem. Spojrzał jeszcze na nóż, który zdążył wyjąć z swoich rzeczy w celu oprawienia zwierzęcia ze skóry, po czym odłożył go na bok, tuż obok brzydkiej, ozdobionej rogami głowy. Podszedł cicho do kucającego przy rzeczce lekarza i pochyliwszy się nad nim, przesunął dłońmi po jego ramionach. Brodę oparł o czubek jego głowy.
Ciało lekarza drgnęło i znieruchomiało. Jego sprawne dłonie przestały pocierać materiał.
— Jesteś cieplejszy niż słońce — powiedział, a Jeff poczuł, że wziął głębszy oddech.
— A my będziemy zimniejsi niż ziemia, jeśli złapią nas mrozy w drodze do Chicago — odparł, nadal pochylając się nad lekarzem i masując jego ramiona. — Jak się czujesz?
— Myślę, że dużo lepiej niż minutę temu, kiedy byłeś dalej — William znowu potarł o siebie materiał płaszcza, barwiąc wodę w rzece na czerwono. I znowu głębiej odetchnął. Szalał za ciepłem i dotykiem tego młodego mężczyzny, a jeszcze bardziej za jego głosem, kiedy brzmiał tak ciepło jak podgrzane mleko w zimny wieczór.
— A fizycznie? — Jefferson drążył tylko sobie znany temat. Nie przestał przy tym dotykać ramion blondyna, upewniając się w swoich obserwacjach sprzed chwili.
— Dobrze. Przyzwyczajam się do jazdy konnej. Nogi mnie już tak nie bolą, kiedy jedziemy kilka godzin — odpowiedział lekarz, skupiając wzrok na plamach krwi, a myśli na tym, co czuł na nagich ramionach. Wciąż spinały się pod dłońmi Rangera, kiedy pocierał płaszcz, ale przyjemnie się rozluźniał przez tę bliskość.
— To dobrze — mruknął Jefferson bardziej do siebie niż mężczyzny, którego zaczął całować wpierw po włosach, a następnie po nagiej szyi i ramionach.
Z ust Williama najpierw wydobyło się głuche westchnienie, a potem ten znowu przestał zajmować się swoim odzieniem. Obejrzał się za to na Jeffersona, nie wiedząc, co go skusiło do takich pieszczot, ale bynajmniej nie zamierzając oponować. Każda inicjatywa Jeffa go pobudzała.
— A ty? — zapytał. — Jak się czujesz?
— Dobrze. Miałem już wziąć się za furkę, ale… — przesunął nosem po karku blondyna, a dłońmi po jego bicepsach. — Chyba w końcu trochę wyglądasz jak człowiek.
— Och, bo dotąd wyglądałem jak królik? Mysz? Może ziemniak? — odpowiedział sceptycznym tonem William, chociaż nie dało się w nim nie wyczuć delikatnego rozbawienia.
— Jak myszka! — Jefferson zaśmiał się i lekko ścisnął jego ręce. Po tym puścił go i wyprostował się. — Upierz te ciuchy, bo ci nie wyschną.
William odetchnął i zgodził się z nim, chociaż już miał wzwód w swoich spodniach od bielizny. Uniósł się jednak jeszcze na moment i odwrócił do niego.
— Pocałuj mnie jeszcze.
Jefferson teatralnie westchnął, ale złapał lekarza za brodę i pocałował go. Mocno i zdecydowanie. Najbardziej „po męsku” jak umiał.
Wywołał tym oczywiście ciche stęknięcie lekarza, który nawet dotknął jego przedramienia mokrą dłonią. Po przerwaniu pocałunku, wciągnął głębiej powietrze.
— W takim razie… wróćmy do swoich obowiązków — rzucił mało przytomnie.
Jefferson skinął głową i jeszcze zerknął na krocze towarzysza.
— Właśnie. Przy okazji możesz sobie tam zrobić zimny kompres — dodał żartobliwie i jeszcze raz cmoknął lekarza, nim się odsunął. Wiedział, że jak już zacznie patroszyć biało-futre zwierzątko, to William poczeka, aż skończy, aby samemu nie pokryć się krwią.
Lekarz odprowadził wzrokiem swojego towarzysza i z cichutkim westchnieniem wrócił do prania ubrań. Jeśli takie reakcje u Jeffersona miał tym wywoływać, to bardzo chętnie częściej będzie się podejmował tych czynności. Na razie jednak starał się skupić na krwi na ubraniach, a nie tej, która spłynęła mu do krocza chwilę temu. Och, jak niewiele mu było trzeba, żeby się podniecić. Czuł, że dzisiaj będzie potrzebował bardziej… sensualnego spełnienia niż takiego, które wywoływała ręka.

*

Duże, dwuskrzydłowe i skrzypiące drzwi do stajni były zamknięte, więc do środka nie wpadało wiele światła. Promienie słoneczne przebijały się częściowo przez nieszczelne deski w ścianach i dachu i padały na porozrzucane wokół siano. Nacoma pasła się poza stajnią, Flap drzemał gdzieś w wysokich trawach, a Maverick półleżał na sianie, oparty plecami o ścianę stajni i dotykał się. Potrzebował rozluźnienia, a dzisiaj, nie wiedzieć czemu, był dziwnie napalony. Nie miał pojęcia, skąd się to wzięło, ale postanowił wykorzystać chwilę spokoju od swoich zwierząt i trzymał w dłoni swój członek, wpatrując się w jego wilgotną główkę. Koszulę miał rozchyloną, kamizelka leżała obok na drewnianym boksie, a kapelusz miał zsunięty nisko na czoło. Dyszał.
Nic nie zaprzątało jego spokoju ani przyjemności. Tylko przez moment zastanowił się, czy Flap zaakceptowałby jakiegoś kota, bo niedaleko, prawie przy swoim bucie, zobaczył ruszającą się w sianie mysz. Nie poświęcił jej jednak wiele uwagi, bo masturbował się już kilka długich minut i jego ciało było bardzo rozgrzane. Dzisiejszy dzień w ogóle był dość upalny, a on zaczął żałować, że bardziej się do tej czynności nie rozebrał.
Co chwilę oblizywał usta i przymykał powieki, gdy robiło mu się coraz przyjemniej. Chciałby, żeby to jego partner go tak dotykał, by sam mógł go do siebie przyciągnąć, ale teraz skazany był na własne dłonie. Jedną zacisnął na umięśnionym udzie, aż mu paliczki zbielały, a drugą coraz szybciej poruszał po swoim penisie.
Nie udało mu się jednak zaznać spełnienia, bo zupełnie nagle z fantazji i przyjemności wyrwał go głośny skrzek jego podopiecznego. Flap musiał kogoś dostrzec, bo darł się dalej, obwieszczając wszem i wobec czyjeś nadejście.
Maverick rozchylił szeroko usta i zerwał z głowy kapelusz. Spojrzał na swoje genitalia i wydał z siebie głośny dźwięk pełen frustracji. Jeśli to znowu najstarszy syn tego starego Gobbsona chce odkupić jego ziemię, to osobiście postrzeli go w kolana!
Wcisnął jeszcze sztywnego penisa do spodni, wstał i nie kłopocząc się zapinaniem koszuli ani nie zwracając uwagi na mocne wypieki na policzkach, sięgnął po leżącą obok strzelbę. Kapelusz ponownie wcisnął na głowę i wyszedł ze stajni z marsową miną.
Zaraz przy jego nogach zlądował Flap, który nie przestawał wydawać z siebie głośnych dźwięków. Szurał po ziemi długim ogonem i podskakiwał z przednich kończyn na tylne. Po chwili znowu odbiegł i wzbił się w powietrze, lecąc w stronę zmierzającego w ich stronę wozu. I jeśli Mavericka nie mylił wzrok, ten zaprzężony był do masywnego siwka.
Jeszcze przez moment na jego twarzy trwał wyraz skrajnej irytacji i frustracji przerwaną masturbacją, ale szybko złagodniał. Brwi Mavericka się rozluźniły, a potem ten przełknął ślinę, czując rosnące napięcie. Na samą myśl o tym dużym, umięśnionym, seksownym ciele Nicholasa na wozie jego penis zrezygnował z dalszego mięknięcia.
Wziął kilka głębszych oddechów, rozluźnił dłoń na strzelbie i powoli pokierował się w stronę zbliżającego się osobnika.
Po chwili, w akompaniamencie przekleństw skierowanych pod adresem zwierzaka Mavericka i skrzeków, przez podjazd przejechał wóz, a na nim generał Orkenzy. Zatrzymał konia tuż przy czekającym na niego mężczyźnie.
— Stój, stój, już… — rzucił do konia i spojrzał na partnera. — Hej.
— Hej — odpowiedział automatycznie Maverick, rzucając szybkie spojrzenie na jego twarz, po czym machnął strzelbą w kierunku skrzeczącego przeraźliwie zwierzęcia. — Flap! Spokój! Ekscytujesz się Nickiem za każdym razem, jakbyś pierwszy raz go widział!
Zwierzak zaburczał nisko, odsunął się na chwilę, ale tylko na chwilę, bo zaraz był z drugiej strony wozu i plątał się pod nogami zdegustowanego Ducha, siwego konia Nicholasa.
— Poczekaj, zejdę — Nick już nie skomentował zachowania potworka swojego partnera, tylko z mozołem i ostrożnie zsunął się na ziemię. A kiedy tylko dotknął podeszwami butów gruntu, Flap na niego przeniósł swój entuzjazm. — Poszedł, won!
Flap, jak na „rannego”, jak głosił ostatni list Mavericka, wyglądał na całkiem żywotnego. Na szczęście odrobinę się uspokoił, kiedy jego właściciel znowu go pogonił, ale wciąż pałętał się nieopodal i wskakiwał na wóz.
— Jesteś głodny? — zapytał Maverick, rzucając strzelbę na wóz i sięgając po lejce Ducha.
— Trochę… — odparł Nicholas, ściągając swoje grube brwi i patrząc za partnerem. Nie przywitał się, nie poczekał nawet, aby on się przywitał. Zabrał konia i poszedł. Skrzywił się boleśnie na myśl, że już ta poczwara, Flap, bardziej się ucieszyła z jego przyjazdu.
Nie był świadom, że Maverick tak naprawdę nie chciał po sobie pokazywać, że chwilę temu się dotykał. Sam nie wiedział dlaczego, ale poczuł się tym dziwnie skrępowany. Nie chciał, żeby Nicholas poczuł się do czegoś… zobowiązany.
— Wystarczy ci na razie chleb z zimną pieczenią? Nie zrobiłem jeszcze nic na obiad — Maverick posłał mu krótkie spojrzenie przez ramię.
— Wystarczy…! — odkrzyknął za nim Nick, stojąc sztywno w miejscu. Nie do końca wiedział, co ma ze sobą zrobić. Najchętniej by za nim poszedł, ale jeśli miałby dalej być tak ignorowany, to nie czuł się na siłach. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Maverick przystanął z Duchem i wozem przy wejściu do stajni i obejrzał się na Nicholasa niepewnie. Ściągnął brwi.
— Nick…?
Mężczyzna słysząc swoje imię, trochę się ożywił i wyrwał z letargu. Droga była ciężka, liczył na chwilę ukojenia u boku ukochanego, ale czym bliżej był, tym znowu posępne chmury zbierały mu się nad głową.
— Idę! — odkrzyknął i kulejąc na metalową nogę, ruszył w stronę stajni.
W tym czasie jego długoletni partner zajął się odczepieniem Ducha od wozu. Gdy się z tym uporał, zanim wprowadził konia do stajni, dopiął swoją koszulę i zawahał się krótką chwilę. Spojrzał na Nicholasa, który ciężko ku niemu kroczył i… Zakląłby, gdyby miał w zwyczaju. Pewnie normalnie unikałby z nim kontaktu cielesnego, nie chcąc go do niczego zmuszać, ale przez to, co robił w stodole i że nie doprowadził się do spełnienia, chciał poczuć chociaż odrobinę fizycznej przyjemności. Chociażby przez pocałunek.
Z nerwów przesunął wierzchem dłoni po ustach i zaroście wokół i w końcu podszedł pewnie do Nicholasa. Zacisnął kurczowo palce na jego koszuli z boku i czując kumulujące się w całym ciele napięcie, pocałował go.
Nicholas początkowo znieruchomiał, zupełnie zaskoczony tym nagłym pocałunkiem, po czym złapał jedną ręką starszego mężczyznę w pasie i przycisnął do siebie, oddając pocałunek. Miał przy tym wrażenie, że serce wyskoczy mu gardłem.
Maverickowi zrobiło naraz jeszcze bardziej gorąco i delikatnie cofnął biodra, za to klatką piersiową mocniej przycisnął się do generała. Stęknął cicho, smakując jego usta.
— Ha… — odetchnął, gdy ich usta się rozłączyły. Spojrzał w brązowe oczy Nicka i uśmiechnął się do niego łagodnie.
Ten przełknął głośno ślinę, także patrząc mu w oczy. Nic nie mówił. Bał się, że jak się odezwie, to czar pryśnie, Maverick pożałuje swojego ruchu i się odsunie. A on nie chciał, aby się odsuwał. Nie po to jechał tyle mil, aby być od niego daleko.
Dłoń Mavericka na jego koszuli delikatnie się rozluźniła i powoli podążyła na plecy generała. Zatrzymała się nagle, gdy u ich stóp rozległ się głośny skrzek, a Flap wyskoczył i spróbował chapsnąć niedawno wygojoną po ugryzieniach dłoń swojego pana.
— Flap, do jasnej…! — krzyknął Maverick, odsuwając się od Nicka i na szczęście cofając rękę. Trzasnął w pysk swojego pupila, rzucił krótkie spojrzenie na Nicholasa i czując, że dzisiaj chyba każda jego próba… czegokolwiek fizycznego skończy się fiaskiem, wziął wreszcie Ducha do stajni.
Nicholas popatrzył za mężczyzną, potem jednak wbił nienawistne spojrzenie w tę irytującą mutację, która siedziała teraz u jego nóg i popiskiwała o uwagę.
— Won! — syknął, marszcząc się groźnie i wrogo. Tak jak nieraz ludzie z TABiW mieli okazję go widzieć. Takiego siebie też zawsze starał się chować przed Maverickiem. Ten zresztą nie lubił w nim chyba całej jego generalskiej otoczki.
Flap skrzeknął jeszcze raz i w końcu poczłapał w tylko sobie znanym kierunku, a chwilę później Maverick wyszedł ze stodoły z wieścią, że koń dostał jeść i pić, a teraz kolej dla Nicholasa. Generał więc podążył za nim, by móc zjeść i odpocząć po podróży… tylko co dalej…?

9 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 30 – Zwierzak, furka i mysz

  1. Basia pisze:

    Hej,
    no, Willaimowi udało się coś upolować ;] no i Jeff z taką inicjatywą, aż…. miałam wielką, przeogromną ochotę kopnąć Nicka w tyłek, bo powinien wysłać lek i zaraz przyjeżdżać, ale nie zrobię tego bo jednak przyjechał…
    weny…
    Pozdrawiam serdecznie

  2. Katka pisze:

    Shin, nooo, mogliby… Ale chyba są naszą kolejną parą, u której komunikacja mocno kuleje. A okazywać sobie uczucia się trochę boją, w obawie, jak zareaguje druga strona :/

    O., hahaha, Willuś w reklamie prania… Co się z tym światem dzieje?! XD No i widzisz, jak sobie doktorzyna radzi, lekcje się opłacają :) A mediatorzy w postaci Jaya i Lena by się przydały faktycznie… niestety, urodzą się w innym stuleciu, więc Nick i Mav by musieli długo czekać XD

    Hoshii, o tak, z tym że są siebie warci się zgadzam! Bo w sumie jakkolwiek każdy z nich ma trochę inny problem ze sobą, tak wszystko skupia się na strachu o tym, co myśli druga osoba. I zachowują się obaj jak skończeni idioci. A porozmawiać? To się tak da? XD Oni chyba tego nie łapią. Niestety :(

  3. Hoshii. pisze:

    mam ochotę złapać Mavericka i Nickolasa za szmaty i porządnie potrząsnąć. obaj siebie warci, no CO ZA IDIOCI?! jakby nie mogli POROZMAWIAĆ jak ludzie, tylko jeden myśli, że ten drugi go nie chce i odwrotnie… jak dzieci w podstawówce, serio.

  4. O. pisze:

    Nie ma to jak podniecające pranie! <333 Will może mógłby wystąpić w jakiejś reklamie? :D I gratuluję mu zabicia Furki! Jeszcze trochę a będzie sprawnym rewolwerowcem <33333333 Będą sobie z Jeffem robić zawody xD

    Ou… Mavi i Nick znowu mają kłopoty z porozumiewaniem się i odczytywaniem swoich potrzeb…Trzeba ich wysłać na terapię do Jasona i Lenny'ego! Już oni coś na to zaradzą :D

  5. shin97 pisze:

    kurde… Maverikck i Nicholas mogliby w końcu dowiedzieć się że oboje myślą tak samo :/ Powinni zacząć okazywać sobie uczucia :<

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s