Across The Cursed Lands II – 29 – Samcza fiutolandia

Newport, miasto przy samej granicy na północy stanu Kentucky, nie było duże i szczególnie przyciągające wzrok naukowca, jednak i tak cieszyło Williama. Wiedział, że następnym dużym miastem, które będą mijać, będzie najprędzej Indianapolis będące dość daleko. Korzystał więc, ile mógł i oglądał budynki, a w końcu, kiedy Jefferson uznał, że powinni zrobić zakupy, William postanowił na niego zaczekać nad rzeką Ohio. Nie miał już siły dalej siedzieć w siodle. Bolały go pośladki, uda i krocze. Dlatego teraz tylko siedział na trawie, nad brzegiem rzeki, z Pigmentem przywiązanym obok do drewnianego pala i ostatnim kawałkiem koziego sera od Florence w ręce.
Niedaleko stał wysoki, niemalże monumentalny most. William dawno takiego nie widział, ale cieszył się, że stoi, bo dawał przyjemny cień, a konkretniej jego dwa filary stojące na brzegach rzeki. Między nimi zawieszona była droga. Konstrukcja wydawała się naprawdę potężna i na tyle wysoka, że bez problemów przepływały pod nią parowce.
Przyglądał się jej z zaciekawieniem, aż nie ujrzał stojących na moście dwóch mężczyzn. Obserwowali go uważnie, aż w końcu jeden szturchnął drugiego, coś do niego powiedział i zeszli mostem na ten sam brzeg rzeki, na którym siedział William, ale już dużo głębiej w miasto.
Lekarz jakoś mimowolnie zawiesił na nich wzrok, nie umiejąc nawet za bardzo sprecyzować, co było tym czymś, co sprawiało, że wyróżniali się z tłumu innych ludzi. Cóż, ubrani byli tak właściwie dość podobnie i może jedynie to, że na niego patrzyli, wzbudziło jego ciekawość. Jakoś automatycznie pomyślał o tym, w jaki sposób w Newport radzą sobie mężczyźni podobni jemu pod względem… preferencji seksualnych. Może to właśnie to?
Zagryzając ser, obejrzał ich obu z góry na dół. Niestety na głębsze oględziny czy poznanie nie miał szans, bo ci znikli za budynkami, pomiędzy które wcinała się droga schodząca z mostu.
Myślał o tym, o czym kiedyś usłyszał od jednego ze swoich kochanków w Chicago. Że w niektórych miastach były specjalne miejsca, w których ludzie tacy jak oni, mogli znaleźć towarzystwo na wieczór. Miejsca takie, jak zwykłe knajpy, ale w których widziało się tylko mężczyzn i żadnemu z nich nie przeszkadzało, gdy wystosowywało się do niego dwuznaczne propozycje. Marzył o ujrzeniu takiego miejsca. Ponoć i w Chicago takie były, ale nigdy nie był na tyle głupi, żeby się tam udać. To byłoby zbyt niebezpieczne.
Znowu zapatrzył się na rzekę i otrzepał spodnie z okruszków. W dłoni trzymał jeszcze odrobinę sera i zerknąwszy na swojego konia, zlitował się nad nim. Wyciągnął do niego rękę z serem, a kiedy Pigment zjadł, już spokojnie siedząc, czekał na powrót Jeffersona. Miał nadzieję, że nie zejdzie mu długo, mimo że mówił coś o kupowaniu nie tylko jedzenia, ale i amunicji.
Po jakimś czasie, dość długim, będąc szczerym, usłyszał, że ktoś się do niego zbliża. Kiedy się odwrócił, zobaczył swojego towarzysza drogi i prowadzonego Oficera, na którego siodle leżał duży, materiałowy worek, a do siodła przyczepiona była jeszcze strzelba na pasku oraz skrzyneczka. Nieduża, ale dobrze zapięta skórzanym paskiem.
— Jak tam? Wynudziłeś się?
— Nie bardzo, odpoczywałem. Widzę, że kupiłeś strzelbę — zauważył William, podnosząc się z trawy. Sięgnął też z niej po kapelusz, otrzepał go o udo i założył na głowę. Był ciekaw, co nabył jego towarzysz, więc zbliżył się ostrożnie do Oficera.
Koń tylko na niego popatrzył, ale szczególnie się nie zainteresował.
— Mhm, dwie konkretnie. Dla ciebie, z czego pewnie się cieszysz, też — dodał ironicznie Ranger, sięgając do worka na siodle swojego konia i skinął na Williama. — Pomóż mi to zdjąć.
Lekarz rzucił mu krótkie spojrzenie, jakby się upewniał, czy Jefferson naprawdę oczekuje od niego większego zmniejszenia dystansu pomiędzy nim, a Oficerem, ale nic nie powiedział. Podszedł bliżej i pomógł Rangerowi zdjąć duże zakupy z siodła.
— Kupiłeś jakieś pożywienie niebędące zwierzęcym truchłem? — zapytał przy tym.
— Ta… Dużo kukurydzy, bataty, dużo batatów, fasolę zarówno taką w ziarnach, jak i taką puszkowaną. Tak naprawdę w tym worku jest głównie żarcie dla ciebie. Kupiłem jeszcze pledy i dwa koce, w końcu jedziemy na północ, za jakiś czas może być chłodniej. Kupiłem też dużo amunicji i… — zawiesił głos teatralnie, kiedy już rozwiązał sznurek worka, aby blondyn mógł zobaczyć, co kupił. I tak wszystko trzeba było przepakować na dwa konie. Po tym podszedł do skrzyneczki. Pokazał ją Williamowi z szerokim uśmiechem na tej swojej przystojnej twarzy. — Zgadnij co to?
— Nie wiem… Jakaś broń? Trutka na szczury? — lekarz uśmiechnął się delikatnie, nie mając pojęcia, co się może w takiej skrzyneczce znajdować.
Jefferson jeszcze szerzej się wyszczerzył i otworzył drewnianą skrzynkę. W środku były, odpowiednio zabezpieczone, aby się nie obijać… laski dynamitu.
— Utargowałem, jak kupowałem amunicję.
William otworzył szerzej oko. Tego się nie spodziewał!
— Niedługo będziemy mieli przy sobie tyle materiałów wybuchowych, że sama Wybuchowa Ad mogłaby być z nas dumna — wydusił, delikatnie dotykając jednego z dynamitów.
— Pomyślałem, że mogą się przydać, tym bardziej, jeśli umiesz coś z tym zrobić. A zawsze to będzie jakaś metoda na jakie większe bydle.
— Tak, rzeczywiście może się przydać, jeśli znowu wpadniemy na kogoś pokroju braci Dog, a ty uznasz, że dobrze byłoby im pomóc w polowaniu na coś dużego i krwiożerczego — William rzucił mu dość wymowne spojrzenie. — Ale masz rację, może się przydać. Tylko musimy uważać, żeby przypadkiem nie dostał się do nich ogień. Staraj się… nie strzelać w kierunku tej skrzyneczki.
— Dlatego ty je bierzesz. Masz już te swoje… bombki, to akurat będzie do kompletu. Ale musimy jeszcze przełożyć rzeczy, aby konie były w miarę równo obciążone. I widziałeś już swoją strzelbę? Kupiłem ci naboje do niej i do rewolweru.
— Dziękuję, to bardzo uprzejme z twojej strony, Jeff, ale strzelby też dotychczas nie używałem. Może od dziś, skoro czeka nas bardzo wiele dni na otwartym terenie, mógłbyś codziennie poświęcać mi trochę czasu, bym mógł… nauczyć się strzelać? — zaproponował z ciężkim sercem. Im dalej jechali, tym mocniej atakowało go przeświadczenie, że ta misja nie będzie polegała jedynie na siedzeniu przy biurku i odważaniu substancji, badaniu minerałów i zgniłych narządów. Wiedział, że im dalej byli, tym niebezpieczniej się robiło, a on na tyle cenił swoje życie, że wolał umieć je obronić, kiedy będzie taka konieczność.
— Taki mam plan. Zważ, że kupiłem głównie warzywa i tylko trochę peklowanego mięsa. Dlatego będziesz mi pomagał w polowaniu na węże, ptaki czy zające, bo nie wyżyję na zielonym — zaśmiał się Jefferson sięgając do worka po pudełeczka z nabojami.
— Zawsze mogę posiedzieć nad rzeką z wędką… — rzucił ciszej lekarz, ale nie kłócił się z nim już w tym temacie. — Podzielmy te pakunki i poszukajmy jakiegoś hotelu. Niebawem słońce będzie zachodzić.
Krótkie i zdawkowe „mhm” było jedyną odpowiedzią, na jaką William mógł liczyć. Niemniej, Ranger zamiast rozmawiać i tracić czas, dzielił ich rzeczy po równo, chociaż z każdym kolejnym workiem miał wrażenie, że będą wyglądać jak podróżni kupcy. Taka ilość zapasów była jednak wytłumaczalna. Co prawda była dopiero połowa sierpnia, jednak rzeczywiście na północy mogło być dużo chłodniej, a też nie wiedzieli, czy coś dłużej nie zatrzyma ich w drodze. Dlatego ciepłe koce, które nabył Jefferson, mogły być przydatne.
Kiedy ruszyli powoli wzdłuż jednej z szerszych ulic Newport, by znaleźć miejsce na nocleg, William zagadał swojego towarzysza o to, o czym myślał przez ten długi czas oczekiwania.
— Jeff, byłeś kiedyś w jednym z tych miejsc, w które chodzą jedynie mężczyźni naszego pokroju, szukając uciech cielesnych? — spojrzał przy tym na niego spokojnie, choć z iskrą zainteresowania w oku. Oczywiście nie jechał na Pigmencie, lecz szedł u jego boku, prowadząc go za lejce. Miał już dość jazdy, a i tak cały czas wydawało mu się, że zbyt szeroko rozstawia nogi.
Ranger także prowadził swojego karego konia, aby łatwiej było rozmawiać.
— Jakim miejscu? — spytał z pełną braku zrozumienia miną.
William odetchnął cichutko i rozejrzał się. Mało kto patrzył w ich kierunku, bo nie wyróżniali się specjalnie. Sporo było tu osób z końmi wiozącymi wypchane juki. Zapewne powodem był fakt, że znajdowali się w ścisłym centrum i ludzie robili tu zakupy.
— Chodzi mi o bary, w których można spotkać jedynie mężczyzn zainteresowanych mężczyznami — wyjaśnił spokojnie.
Ranger zrobił większe oczy.
— Są takie?
William z kolei delikatnie uniósł brwi, nie takiej odpowiedzi się spodziewając. Z drugiej strony… gdyby sam nie dowiedział się o tym od kochanka, to mógłby zrobić podobną minę na takie pytanie. W końcu publicznie ten świat praktycznie nie istniał, a w gazetach opisywany był w samych negatywach. By dostać się do takiego baru, trzeba było zazwyczaj być zaufaną osobą zaufanego znajomego któregoś z zaufanych gości.
— Tak, są, ale działają skrycie, pod przykrywką zamkniętych grup, sklepów czy stowarzyszeń. Trudno się dostać do takiego miejsca. Ale po twoim pytaniu wynoszę, że nigdy w takim miejscu nie byłeś.
Ranger pokręcił żywo głową na boki. Nawet nie przypuszczał, aby coś takiego istniało, ale jednocześnie bardzo go to zaciekawiło. W końcu jakoś nigdy nie obcował z więcej niż jednym takim mężczyzną na raz.
— A ty byłeś? Wiesz, jak takie coś wygląda?
— Jedynie z drugiej ręki, przyznam — odpowiedział William i wskazał dłonią na duży, pionowy szyld z napisem „HOTEL” kilka budynków dalej. — Może tam? — zasugerował i od razu podjął temat. — Mój znajomy, który był w jednym z takich miejsc, mówił, że mieściło się w piwnicach. Bardzo… obrazowo opisywał mi tamtejszą duchotę i żar, całość określając jako… jak on to nazwał… — zamyślił się, chwilę patrząc ze ściągniętymi brwiami w swoje wysokie buty — samczą fiutolandię. Wybacz mój język, znajomy był bardzo młody i niewychowany — dodał już poważniej, kierując wzrok na towarzysza.
Ten za to zaczął się śmiać pod nosem.
— Dobre. Samcza fiutolandia — powtórzył, wyraźnie rozkoszując się nowymi słowami. — Dobre, podoba mi się! Miałbyś tam co robić! — zarechotał, czekając, aż jeden wyjątkowo spieszący się konny przejedzie, a potem ruszyli dalej do hotelu. — A ten znajomy, co jeszcze o tym miejscu mówił, dawał się tam, że tak te fiuty rozpamiętywał?
— Tak, bardzo lubił wszelką dominację — przyznał lekarz, wracając wspomnieniami do tamtej znajomości. Był nią zmęczony już po trzech tygodniach, bynajmniej nie ze względu na częstotliwość seksu, który miał z tamtym chłopakiem, a na jego usposobienie. — W każdym razie mówił, że po pierwszej wizycie w tamtym barze zaskoczyło go, jak wielu mężczyzn tam było. Przez cały jego pobyt przewinęło się ich kilkudziesięciu. Ale to było w jakimś dużym mieście, chyba gdzieś w Wirginii.
Ranger ściągnął brwi, wyobrażając sobie zarówno tego „znajomego”, jak i tych wszystkich mężczyzn. Fantazjował o tym na tyle żywo, że po chwili jego samego to, co pojawiało mu się w głowie, zaczęło dziwnie niepokoić.
— Ale to co? On tam tak… z każdym?
— Nie. Oczywiście, że nie. Nigdy nawet nie udało mu się kochać z dwoma mężczyznami na raz, mimo że próbował — William mówił dalej, dopóki nie doszli pod drzwi hotelu. — Poczekaj, nie rozmawiajmy tutaj o tym. Zamówmy najpierw pokój i miejsce w stajni — zaproponował, wyciągając do niego lejce Pigmenta, by zająć się wszystkim w recepcji.
Jefferson skinął głową, trzymając już oba konie za lejce, kiedy jasnowłosy towarzysz wszedł do budynku. Rozejrzał się po ulicy. Większość budynków była jednopiętrowa, niektóre niewiele wystawały ponad sąsiednie. Głównie takie jak hotel, przed którym stali, burdel czy kasyna, które udostępniały gościom pokoje. Niektóre sklepy też miały dobudówki nad sobą, aby ich właściciele mogli się tam urządzić.
Kiedy podążali przez centrum, miał wrażenie, że w barach sporo pieniędzy przechodziło z rąk do rąk. Widział w końcu przez okna licznych gości grających w karty czy kości. Newport miało więc swój specyficzny, nawet przyjemny klimat, który bardziej mu odpowiadał niż te miasta pełne fabryk i maszyn. Chociaż wojskowe baraki przy rzece wciąż przypominały o wojnie, co było już mniej przyjemnym doświadczeniem.
Gdy William wrócił do niego, towarzyszył mu jakiś młody, najwyżej piętnastoletni chłopak, który miał zająć się ich końmi. Oddali je więc pod jego opiekę i ze swoimi bagażami ruszyli na pięterko. Dostali pokój na samym końcu korytarza. Był trochę ciasny, ale czysty i przytulny, na co miał wpływ głównie miękki, zielony dywan pod stopami, świeża pościel w tym samym kolorze i kilka drewnianych bibelotów ze starannymi, drobnymi żłobieniami.
— Mamy i wodę — zauważył lekarz, gdy rozebrał się z kapelusza i płaszcza i na komódce dostrzegł całkiem dużą misę z wodą, a obok ręczniki.
— To dobrze. Trochę tu ciasno, ale przynajmniej się wyśpisz przed drogą — Ranger usadowił się na jednym z łóżek i zdjąwszy niepotrzebne ubrania, takie jak płaszcz czy kapelusz, wyjął swoją broń z kabur. — A i daj mi swój rewolwer, to jak mamy trochę czasu, to go przeczyszczę.
Lekarz musiał poszperać w swoich bagażach, bo nawet nie był pewien, gdzie dał swojego Colta Civilan. Kiedy wreszcie go odnalazł, podał go Rangerowi i sam podszedł do misy, by obmyć twarz i dłonie.
— Wracając do tamtego tematu, to podobno bardzo niebezpieczne miejsca, mimo że zgodzisz się ze mną, że kuszące. Wyobraź sobie, że dowiaduje się o nich niewłaściwa osoba i w jeden wieczór wszyscy goście zostają zgarnięci do aresztu.
Ranger zakręcił młynkiem rewolweru lekarza, po czym zaczął go rozmontowywać.
— No, nieciekawie. Więc może to i lepiej, że o żadnym takim miejscu nie słyszałem. Ale, ten twój znajomy — uniósł spojrzenie czarnych oczu na towarzysza. — On się nie bał. Ty nie chciałeś się z nim udać? I o co chodziło z tym, że próbował z dwoma mężczyznami?
— Mieszkałem wtedy w Chicago, a nie chciałem, by ktoś… — urwał, by wytrzeć mokrą twarz ręcznikiem. Robił wszystko plecami do Jeffersona, bo musiał do tego zdjąć opaskę, chociaż już nie wstydził się tego tak bardzo jak kiedyś. Przynajmniej przed nim. — By ktoś znajomy mnie zauważył przy takim miejscu. Z dwoma mężczyznami zaś… Długo fantazjował o byciu branym z dwóch stron. Oralnie i analnie, Jeff.
— No, domyślam się, wiesz, ale czemu mu się nie udało? Był jakiś ułomny z wyglądu, czy źle szukał? — pytał, także za bardzo nie patrząc na rozmówcę, tylko zajmując się swoją pracą. Oliwieniem, czyszczeniem, sprawdzaniem odpowiednich części, aby gładko chodziły i nie zacięły się w najgorszym momencie.
— Był czarny — wyjaśnił skrótowo i dość wymownie William. Sam nie miał uprzedzeń, ale niestety był czasami jednym z niewielu.
— I ty się z nim spotykałeś? — Jefferson zabrzmiał, jakby było to coś gorszącego. Nie myślał tak bynajmniej, tylko był zaskoczony.
— Przez krótki czas, ale tak. Dlaczego cię to dziwi?
— Bo jakoś nie widzę cię z czarnym.
— Moje ukierunkowanie na mężczyzn, a nie kobiety, dość ogranicza wybór, Jeff. Czasem nie warto kręcić nosem. Dopiero teraz, kiedy mam ciebie, mógłbym rzeczywiście odmówić czarnoskóremu chłopakowi — stwierdził lekarz i wpierw zamierzał obsunąć na powrót rękawy koszuli, ale ostatecznie zdjął ją całkiem. Postanowił przemyć się, skoro woda była ciepła, a obok było kilka czystych ręczników.
Młodszy mężczyzna zerknął na jego nagie plecy. Za długo non stop widział Williama, aby być tego pewnym na sto procent, ale miał wrażenie, że widzi na jego ciele więcej mięśni niż kiedyś. I, co już było pewne, miejsca zakryte ubraniem były jaśniejsze niż chociażby dłonie czy głowa.
— A wtedy brałeś jak leci. Trochę rozumiem.
— Dlatego takie miejsca, jak ten bar, są dobre dla mężczyzn, którzy nie mają… stałego partnera — William zawahał przy ostatnich słowach, bo tak naprawdę nie znał wielu mężczyzn, którzy faktycznie byli w związkach. Jedynie mógł na własnym przykładzie uznać, że przy odrobinie szczęścia mają stałych kochanków na maksymalnie kilka miesięcy. — Newport nie jest duże, ale ciekaw jestem, czy w Indianapolis znalazłby się taki bar — dodał luźno, namaczając ręcznik i zaczynając obmywać swoje ciało.
— W Chicago był, tak? Ale w ogóle, czemu jesteś ciekaw? Marzy ci się jak temu czarnemu z dwóch stron?
William aż obejrzał się na niego z delikatnie ściągniętymi brwiami.
— Oczywiście, że nie — odparł chłodno. — Jestem ciekaw, jak takie miejsce wygląda.
— Pewnie tak, jak mówił. Jak samcza fiutolandia! — Ranger zaśmiał się krótko i aż pokręcił głową, coraz bardziej widząc to przed oczami. — Zgraja napalonych facetów, pragnących tylko zamoczyć kutasa w czyjejś dziurze albo ustach. A do tego uchlewanie się na umór, jeśli to faktycznie bary. I czemu byś nie chciał? Myślę, że nieźle byś wyglądał! — Zarechotał z wrednym uśmiechem, wzrokiem rozbierając lekarza już tylko ze spodni.
William westchnął cicho i odłożywszy ręcznik, zaczął rozpinać pasek.
— Przyznam, że wydaje się to podniecające, ale… — urwał na moment, choć jego palce dalej sprawnie radziły sobie z guziczkami i obsuwaniem spodni w dół. — Najbardziej intryguje mnie w tym swoboda, która musi tam panować. Nie trzeba ukrywać spojrzeń ani zachowywać pozorów mężczyzny zainteresowanych kobiecymi genitaliami. Można obserwować męskie pośladki i nie zostać za to uderzonym.
— Ty i tak to robisz! — żachnął się Jefferson. — Pamiętam, jak się poznaliśmy i gapiłeś się jak krowa w malowane wrota. I jakoś nie bałeś się, że oberwiesz.
— Zwykle się staram. To ty byłeś zbyt niecodziennym i zbyt atrakcyjnym mężczyzną. Nie umiałem się opanować.
Ranger wskazał go placem, jakby mu groził.
— Nie zwalaj na mnie winy. Nie wiem, co we mnie takiego niecodziennego.
Spojrzenie błękitnego oka Williama przesunęło się po jego ciele, od końcówek ciemnych, krótkich włosów, aż po stopy. W ciągu tych kilku sekund obejrzał jego duże, śniade dłonie, przystojną twarz, mocną szczękę, szerokie ramiona i pakunek w spodniach.
— Jestem pewien, że nie raz wymieniałem, co jest w tobie takie niecodzienne — odpowiedział w końcu i wrócił do obmywania się. I… jego wzrok padł na opaskę leżącą na komodzie, co sprawiło, że nagle stracił trochę animuszu. Zapomniał założyć ponownie. Nie oglądając się już na Jeffa, wrócił do mycia się. Z drugiej strony, jak teraz rozmawiali, to drugi mężczyzna ani razu nie zerknął na jego bliznę, tak żeby William poczuł się skrępowany. Rozmawiał z nim zwyczajnie, jak zawsze.
— Niby tak, ale ja jakoś tego nie widzę. Chociaż to może i dobrze, bo bym bardziej żałował, że chociażby taki Scott nie ma twoich… — zaciął się, szukając słowa — zainteresowań.
— Też był atrakcyjny, ale daleko mu było do ciebie. Mnie bardzo cieszy, że masz odpowiednie zainteresowania.
— Zainteresowanie w takich jasnych kartofelkach? — spytał, zerkając na Williama z szerokim, łobuzerskim uśmiechem.
— Jasnowłosych lekarzach, chciałeś powiedzieć? — starszy mężczyzna spojrzał na niego za to z dezaprobatą, chociaż również delikatnym rozbawieniem w oku. Przy tym skończył się myć i wycierać, więc szybko zabrał się zakładanie opaski.
Ranger zwrócił na to uwagę.
— Nie zakładaj.
William, który już przytknął brązową, sztywną opaskę do oka i właśnie miał ją związać z tyłu głowy, obejrzał się na niego pytająco.
— Dlaczego…?
— Nigdzie już nie wychodzimy. Po co masz w tym spać? — odparł Jefferson, zupełnie luźno i lekko. Nie przeszkadzała mu ta blizna, a uważał, że spanie w czymś takim na twarzy nie może być zupełnie wygodne.
Lekarz wahał się długo. Kiedyś z uporem obstawałby przy tym, że jest ona konieczna, ale naprawdę zaczął wierzyć, że Jeffersonowi to nie przeszkadzało. Gdyby tak było, dlaczego sugerowałby mu, żeby jej nie nosił?
Odetchnął ciężej i bez słowa odłożył ją ponownie na komodę. Potem jednak podszedł do palącej się lampy oliwnej i delikatnie zmniejszył długość palącego się knota, jakby gorsze światło miało ukryć ten szpecący go akcent na twarzy.
— Skończyłeś już? — zapytał, by nie przebywać w ciszy i usiadł nago za plecami Rangera. Delikatnie objął go w pasie i pocałował w kark.
Jefferson zerknął na mężczyznę, po czym wrócił wzrokiem do broni na kolanach.
— Jeszcze nie, ale nie musisz przestawać. Zaraz skończę — odparł, samemu trochę cofając się do tyłu. Dodatkowo był zadowolony z tego, że William się go posłuchał.
Poczuł, jak dłonie lekarza masują go przyjemnie po brzuchu, gdy udało im się wedrzeć pod jego koszulę. Do tego William spojrzał mu przez ramię na to, co robił z bronią.
— Ty też masz bardzo sprawne palce.
— Na pewno bardzo szybkie — Jefferson uśmiechnął się pod nosem i w końcu podał Williamowi jego Colta. — Pamiętasz jeszcze co i jak?
— Tak, myślę, że tak. Okaże się, kiedy będziemy ćwiczyć. — William wyciągnął się do niedużej i dość niskiej szafki przy łóżku. Nie chciał z niego schodzić, więc tam odłożył broń i znowu objął Jeffersona.
Ten okręcił się w jego ramionach i pocałował go w prawy policzek, tuż pod okiem.
— Dobrze. A teraz mnie na moment puść. Muszę schować broń, rozebrać się i umyć.
William przytaknął i z żalem odsunął dłonie. Potem przesunął się bardziej w stronę wezgłowia łóżka, gdzie w jego mniemaniu nie docierało tyle światła z lampki co w reszcie pokoju. Wciąż jednak mógł obserwować stamtąd Jeffersona, który najpierw odłożył swoje rewolwery, po czym zamknął na klucz drzwi od pokoju i zaczął się rozbierać. Powoli, już zupełnie ignorując śledzące każdy jego ruch niebieskie oko lekarza. Eksponował swoje śniade, silne ciało kawałek po kawałku.
Penis lekarza nie musiał być nawet dotknięty, żeby zesztywniał. Co prawda nie do pełnego wzwodu, ale czubek zaczął się wyraźniej ukazywać pod napletkiem, kiedy William w milczeniu obserwował swojego towarzysza. Wydawało mu się, że było wyjątkowo cicho. Okna musiały być bardzo szczelne, bo pora jeszcze nie była na tyle późna, by miasto całkiem zasnęło. Oni jednak wiele od ulicy nie słyszeli, a może to William tak bardzo skupił się na Jeffersonie, że nie docierało do niego nic więcej.
W końcu, kiedy ten był nagi, przestawił sobie balię z wodą na podłogę, aby obmyć nie tylko górę ciała. Wszystko to robił w milczeniu, wiedząc doskonale, że jest obserwowany. Nie miał jednak siły i argumentów, aby nakazać lekarzowi, aby się nie patrzył, nawet kiedy już wilgotnym ręcznikiem przemywał swoje krocze.
Więcej wilgoci poczuł również William, ale w ustach, kiedy zgromadziło mu się tam więcej śliny i musiał ją przełknąć. Tak, obserwowanie tego młodego mężczyzny za każdym razem było równie doskonałe. Miał wrażenie, jakby nigdy nie znudził go żaden skrawek jego skóry. Już wiedział, że będzie potrzebował spełnienia.
Jefferson w tym czasie dokładnie się podmywał, a gdy usłyszał głośne przełkniecie śliny z boku, zerknął na towarzysza, kucając nad balią wody.
— Tę opaskę to mogłeś se na drugie oko założyć.
— Nie, nie mogłoby mnie to ominąć — William westchnął cichutko i w końcu przesunął dłonią po swoim brzuchu, w dół, aż do penisa.
— Gapienie się, jak się myję? — żachnął się Ranger. Że też ten facet nie miał nic lepszego do roboty.
— Tak. I jeśli już o tym wspomniałeś… skończyłeś już?
— Bo co? — spytał, ale rzeczywiście się już podniósł i nogą przesunął balię bliżej drzwi, aby nie wadziła. Stał tak, nagi, wyprostowany i lekko wilgotny, kiedy odwrócił się znów twarzą do Williama.
— Bo dawno się nie kochaliśmy — ten odpowiedział prosto, choć jego ton głosu był nieco zmieniony, jakby zduszony przez delikatny ścisk w gardle. Powoli masował się po kroczu, a drugą rękę wyciągnął w stronę Rangera w zapraszającym geście. — Chodź.
Ten najpierw chciał odmówić, rzucić jakimś komentarzem odnośnie tego, że dla Williama i pięć minut to długa przerwa od seksu, ale… sam uważał, że przydałby się im seks. Podszedł więc do blondyna, klęknął jednym kolanem na materacu, złapał go za tył głowy i pocałował. Mocno, zdecydowanie, wpychając mu język między wargi.
William chętnie rozchylił wargi, pozwalając mu zdominować ten pocałunek, ale sam równocześnie sięgnął do jego ciała i przesunął mu dłonią po ramieniu. Było takie silne, twarde… Ścisnął je delikatnie i pociągnął go bardziej do siebie.
Jefferson zaburczał nisko, ale nie w oznace protestu i przycisnął własnym ciałem ciało lekarza do wezgłowia łóżka i materaca. Sięgnął drugą dłonią do jasnego uda mężczyzny pod sobą i odsunął je na bok. Otarł się zaraz po tym własnym kroczem o podbrzusze Williama.
Ten oddychał już dużo ciężej, a i na dole był bardziej sztywny. Wpierw długie obserwowanie uchylającego się spod ubrania tak zbudowanego ciała, a teraz dotknięcie go, jakby po wieczności wyczekiwania na to, wprowadziło go w bardzo przyjemny i ekscytujący stan. Martwiło go w tym tylko to, że nie miał na twarzy opaski, ale starał się o tym nie myśleć. Dotykał Rangera, masował go i sam poruszał biodrami, by mocniej trzeć o niego własnym penisem. Nie przerywał tych pieszczot, a wręcz wzmagał je, gdy sięgnął do fiolki na swoim łańcuszku i odkręciwszy ją, wylał płyn na place.
Jefferson w tym czasie nadal pożerał jego usta. Podgryzał je, szczypał, czy ssał na zmianę z lizaniem ich. Chciał, aby były napuchnięte i czerwone. Do tego objął się w pasie nogą lekarza i gładził go po udzie z podobną pasją, z jaką wsuwał palce między jasne włosy z tyłu jego głowy. Żaden sznureczek nie zaczepiał się mu przy tym o palce.
W tym wszystkim William nawet nie był w stanie i nie miał kiedy jęknąć. Jego usta były zajęte i coraz bardziej wrażliwe od pocałunków, a szybkie tempo pieszczot i gorący żar ciała Rangera wprawiał go w jeszcze prędzej osiągniętą erekcję niż zwykle. Miał wręcz wrażenie, że nieco się dusi od tego nadmiaru doznań, a równocześnie ani na sekundę nie chciał przerywać. Wręcz przycisnął go mocniej za szyję i odrzuciwszy byle gdzie pustą fiolkę, na ślepo sięgnął palcami do jego pośladków.
Ranger, czując jego śliskie dłonie na swoim tyłku, na moment oderwał się od całowania. Zerknął za siebie, ściągając groźnie brwi.
— Ty się nie zmienisz, prawda? — spytał i sam wsunął dłoń z uda na szczupły, jasny pośladek lekarza.
— Nie miałeś olejku, nie chciałem tracić czasu — odparł William z dość spornym argumentem, chociaż faktycznie, to teraz on miał nawilżone palce, a nie Jefferson. I to one teraz powoli objęły pośladek Rangera, czubkami sięgając do rowka.
— Zużyłeś teraz cały? — spytał ten, zaraz po tym jak stęknął nisko, czując, jak od razu zwieracz mu się zaciska, a skóra na jądrach obkurcza.
— Tak. Chcę, żeby było nam dobrze — William wychylił głowę i lekko musnął wargami szyję Jeffersona, po czym pocałował ją już mocniej, równocześnie dwoma palcami już masując jego wejście. Samo uczucie pomarszczonej skórki, tak kompulsywnie się poruszającej, wprawiało go w coraz większe podniecenie. Chciał już poczuć, jak go okala, a twarde pośladki drugiego mężczyzny reagują drżeniem.
— Egoista — odburknął Jefferson, odchylając głowę na pocałunki, co było dowodem, że mówi to wszystko bardzo mocno na wyrost i wcale tak nie myśli. Tak czy inaczej, sam też ścisnął blady pośladek, a kciukiem przesunął po rowku lekarza.
Od razu poczuł gorący oddech na skórze, kiedy William odetchnął głębiej. Byli przy tym bardzo blisko siebie, a lekarz miał wrażenie uwięzienia pomiędzy ciałem Rangera a wezgłowiem i poduszkami na łóżku. Było to wyjątkowo przyjemne, bo czuł własnym ciałem mięśnie Jeffa i jego zapach. A żeby było lepiej i by móc sprawić więcej przyjemności swojemu towarzyszowi, powoli i ostrożnie wprowadził w niego dwa, śliskie palce, przy tym nieznacznie kręcąc nimi na boki.
Ranger z początku zacisnął się na nich, ale w końcu rozluźnił, powoli wypuszczając powietrze z ust. Nagle intensywnie zadrżał, kiedy po całym ciele przeszły mu dreszcze kumulujące się zarówno w jego penisie, jak i w samym karku. Oblizał wargi i znowu wpił się nimi w usta Williama. Otarł się przy tym o niego, a ten mógł poczuć, że jego wzwód ma się dobrze.
Och tak, znał ciało Jeffersona, wiedział, jak sprawić mu przyjemność. Tak samo jak wiedział, że jego przekleństwa nie zawsze oznaczają jego złość, ale w chwilach słabości właśnie duże podniecenie i fakt, że czerpie rozkosz z tego, co mu robi.
Delikatnie docisnął palce najgłębiej jak mógł i zaczął go rozciągać. Starał się przy tym masować jego plecy i rozluźniać spięte mięśnie. Tak, uwielbiał to ciało niemal na równi jak emocje, które pokazywał przy tym Jefferson i jaki w ogóle cały był.
— Kurwa… — wyrwało się po niedługim czasie z ust młodszego mężczyzny. Zgodnie z przypuszczeniami Williama, który jakby za karę, że to usłyszał, został ugryziony w ucho. Potem sam poczuł, jak Jeff pcha biodrami do przodu, ocierając się o niego i… pieszcząc jego zwieracz. — Wpuść.
Stęknął krótko i spojrzał w jego ciemne oczy.
— Pośliń — poprosił, samemu poruszając palcami w wilgotnym od złotego olejku tyłku Jeffa już nie tylko na boki, ale i w przód i w tył, dociskając za każdym razem prostatę. Na razie jednak delikatnie, bo więcej przyjemności chciał mu dać penisem.
Jefferson popatrzył na lekarza już z lekko rozbieganym spojrzeniem, po czym zabrał dłoń od jego pośladków. Pocałował go bardzo dominująco w usta, które następnie ukąsił.
— Wysuń palce — zażądał ponownie.
Lekarz wpierw oblizał wargi, czując, jak już go pieką i jak nabrzmiałe są od tych pocałunków, ugryzień i ssania. Wręcz dziwnie mu się nimi poruszało. Wyciągnął w końcu z niego palce i ścisnął kilka raz jego twardy pośladek, delektując się jego sprężystością.
Jefferson przełknął ciężko ślinę. Było mu już gorąco, ale na myśl o tym, co chciał zrobić, było mu jeszcze cieplej. Aż paliły go policzki!
Przycisnął nos do prawej strony twarzy Williama, wykorzystując fakt, że ten z tej strony gorzej go widzi i wsunął w siebie jeden palec. Od razu poczuł, jaki jest tam wilgotny. Jak kleisty żel oblepia jego palec.
Lekarz dopiero po chwili pojął, co się dzieje. Pierwszą reakcją było silne drgnięcie jego penisa, który wręcz lekko zachybotał i uderzył kilka razy Jeffersona w brzuch. Potem przycisnął młodszego mężczyznę bliżej siebie i masując jego plecy i pośladki, czerpał z tego, jakie drżenie od niego wyczuwa, jaki żar i męski zapach.
— Jest w tobie coraz więcej niecodziennych aspektów do podziwiania — wydyszał w kontekście poprzedniej rozmowy i złożył kilka wilgotnych pocałunków na jego skroni.
— Pierdol się! — zawarczał odruchowo i bardzo obronnie Jefferson. Wziął jeszcze kilka głębszych oddechów, po czym wyjął palec i teraz spokojnie mógł już mężczyzny nie nawilżać, nim znowu naparł na dziurkę.
Ciche stęknięcie wydobyło się spomiędzy ust Williama, gdy już wilgotne palce rozciągnęły jego zwieracz. Otarł się mocniej nogą o bok Jeffersona, ścisnął jego lewy pośladek dość mocno i kompulsywnie oraz pocałował go równie nagle i gwałtownie. Jeff stęknął nisko, ocierając się o blondyna i pieszcząc jego tyłek. Było mu całkiem dobrze.
Obaj oddychali ciężko, byli bardzo mocno przytuleni, a przez małą przestrzeń pokoju i zamknięte okno mieli wrażenie jeszcze większej duchoty. Była ona jednak przyjemna i wręcz bardziej ich nastrajała do dalszych pieszczot, tak jak Williama właśnie do ponownego sięgnięcia do tyłka Rangera i wsunięcia w niego dwóch palców. Jednak nie z jednej dłoni, a po jednym z każdej, by móc rozewrzeć je na boki i otworzyć szparkę mężczyzny. Ten ponownie zadrżał i zaklął w szyję lekarza jakąś wiązankę przekleństw. Chciał już dalej, ale nie ośmielił się tego powiedzieć. Na szczęście William wyczuł to szybko. Pocałował go znowu w szyję, potem w ramię, a w końcu wilgotną dłonią przesunął po swoim penisie. Teraz już lśnił od olejku, będąc wilgotnym głównie na samym czubku.
— Spróbuj usiąść — zasugerował.
— Usiąść? — Jefferson spojrzał na niego najpierw z lekkim oburzeniem i pytaniem na twarzy, a potem zupełnie niespodziewanie polizał go po lewym policzku, aż do miejsca, gdzie zaczynał się oczodół czaszki.
William od razu drgnął i odwrócił głowę w prawo, bliżej poduszki, cofając ją przed jego językiem.
— Jestem pod tobą… To ty musisz się nabić — odpowiedział z mniejszym spokojem.
Jefferson ściągnął znowu brwi i fuknął, klnąc coś pod nosem.
— Nie.
William odetchnął ciężko i sam obsunął się odrobinę w dół, zjeżdżając niżej na poduszkach. Obiema dłońmi chwycił za pośladki Jeffersona i przycisnąwszy go do siebie, do odpowiedniej pozycji, kilka razy uniósł biodra, ocierając się o jego jądra i rowek.
Jefferson wcale nie widząc, aby miało im być teraz wygodnie, tym bardziej, że William przez swoją nową pozycję był jeszcze bardziej rozkraczony, czyli nie miał szans, aby dobrze i szybko się poruszać.
— Czekaj — Ranger położył dłoń na klatce piersiowej swojego kompana, klęknął, po czym przeszedł nad jego nogą i położył się na łóżku bokiem.
William przekręcił się w jego stronę i nie zważając na to, że taka pozycja też nie była najwygodniejsza, pogłaskał go po boku. Od żeber, przez biodro, aż na pośladek. Pocałował go w środek klatki piersiowej i szepnął mu do ucha:
— Tak będzie wygodniej — po tych słowach przeszedł nad nim i nie zwlekając ani nie czekając na jego odpowiedź, potarł czubkiem penisa o jego śliski zwieracz.
Jefferson przewrócił się przez to bardziej na brzuch, podpierając się jednak jedną ręką uparcie z boku, aby chociaż góry ciała nie mieć wbitej w pościel. To nie zmieniało faktu, że wiedział, że tak czy inaczej, właśnie w ten sposób skończy.
Zaklął bardzo niekulturalnie, także pod adresem Williama, wspominając coś o jego szarogęszeniu się, ale nie szarpnął się. Jego żebra tylko rozszerzały się i zwężały, a on przesuwał palcami stóp po pościeli, napinając ją.
Nie musiał długo czekać na rozpieranie. Niemożliwie twardy członek drugiego mężczyzny zaczął wchodzić w niego coraz głębiej i głębiej, a jego pośladek został delikatnie odchylony na bok, jakby William chciał dokładnie widzieć, co się dzieje na dole. W końcu zanurzył się w nim cały i przylgnął do pleców Rangera. Szerokich, apetycznie napiętych i męsko pachnących. Pocałował go w kark i objąwszy w pasie, zaczął wykonywać głębokie ruchy.
Jefferson znowu rzucił w jego kierunku jakiś niecenzuralny epitet, ale można było się do tego przyzwyczaić. Bo za każdym razem, kiedy klął, też mocniej drżał albo się spinał, przyjemnie ściskając Williama. To był doskonały dowód tego, jak było mu dobrze, jak lubił być w ten sposób pieszczony, a lekarz czerpał z tego, ile się dało. Chciał całym sobą go czuć, więc był z nim ciasno spleciony i często zmieniał rytm, by wyrwać z ust Jeffa kolejne zaskoczone stęknięcie. Nawet sięgnął do jego sutka i lekko poszczypał.
Na to oczywiście Ranger zareagował warczeniem poprzedzonym głośnym syknięciem, ale i tak w międzyczasie zacisnął się rozkosznie. Po kilku minutach już podciągnął wyżej nogę zgiętą w kolanie, zapierając się stopą o ściągniętą pościel, którą dodatkowo ściskał w pięściach i gryzł zębami. William musiał używać bardzo dużo samokontroli, by nie dojść od samej obserwacji tych wszystkich reakcji.
Bardziej wszedł na niego, przytłaczając go trochę swoim ciałem do pościeli i przyspieszył. Teraz ruchy jego bioder sprawiały, że pośladki Jeffa za każdym razem się odkształcały, a specyficzne plaskanie rozlegało się po pokoju. William chciał mu powiedzieć coś o tym, jak mu wspaniale w jego ciasnym tyłku, ale wiedział, że dobrze by się to nie skończyło. Ograniczył się więc do sięgnięcia pod jego ciało i potarcia dłonią jego penisa.
Jefferson od razu jęknął głośniej, potem zawarczał i jak początkowo się przed tym wzbraniał, tak teraz wcisnął twarz w materac, aby zdusić głośniejszy jęk. Jego mięśnie ramion napięły się bardzo mocno, kiedy ściągnął do swojej twarzy poduszkę.
William sam jęknął na ten widok i zbadał zgięcia na skórze na jego ramionach wargami. A potem delikatnie przesunął końcem języka po każdym zagłębieniu, wzdychając głęboko. Przez to wręcz na moment zwolnił ruchy bioder, delektując się kształtem ramion i muskulaturą Jeffersona. Dopiero potem, gdy odetchnął i spojrzał na niego z większego dystansu, pchnął nagle mocno i taki już pozostał jego rytm, gdy dociskał w niego penisa, zbliżając się do orgazmu.
Jefferson jeszcze raz zaklął, trochę niewyraźnie, bo cały czas w poduszki i sam poruszył żywiej biodrami, pieprząc dłoń Williama, która wciąż obejmowała jego penisa. Było mu duszno, gorąco, trochę wstyd jak zawsze, ale i też cholernie dobrze. Jak zwykle był przy tym trochę zły, że tak to wygląda, że gra kobiecą rolę, jednak coraz łatwiej uciekało mu się od tych myśli. Tym bardziej, kiedy robiło mu się ciemno przed oczami. Kiedy dochodził.
Spazmatyczne ściskanie jego wnętrza doprowadziło Williama do mocnego orgazmu, więc dość szybko po tym, jak Jeff sam spuścił się na pościel, poczuł w sobie wilgoć. Nie tylko zresztą w tyłku, ale i na plecach, kiedy rozedrgany po spełnieniu lekarz muskał jego skórę zaczerwienionymi ustami.
— Mmm… — wymruczał przy tym cicho, przymykając powiekę i leniwie falując biodrami.
Jefferson też jeszcze spinał mięśnie i podrygiwał swoimi, przesuwając penisem po łóżku i łapiąc coraz większe hausty powietrza. Było mu błogo. Miał przyjemne ciarki na plecach i przymknięte oczy.
Dopiero po dłuższej chwili dłoń lekarza puściła jego członek i wysunęła się spod niego. Podobnie jak jego penis opuścił wilgotne, wymęczone wnętrze Rangera.
— Podam ci mokry ręcznik — zaproponował William zmęczonym, ale pełnym satysfakcji i zaspokojenia głosem. Pocałował jeszcze raz kark towarzysza i niezgrabnie uniósł się z łóżka.
Jefferson zaburczał i poczekał, aż lekarz znowu się zbliży. Kiedy ten podawał mu wilgotny materiał, chwycił go za nadgarstek i z dużą siłą przyciągnął do siebie. William opadł na materac, został szarpnięty za udo, aby leżeć bardziej równolegle z łóżkiem, po czym młodszy mężczyzna wszedł na niego, klękając nad nim i jeszcze raz wpił mu się w usta z mocnym pocałunkiem. Oparte łokcie trzymał tuż przy jego barkach, a palce wsunął w jasne włosy.
Szeroko otwarte oko lekarza wpatrzyło się w niego, a z ust wydobyło się głośne stęknięcie zaskoczenia. Jego oddech znowu przyspieszył niemalże do takiego tempa, jak jeszcze chwilę temu, gdy tak żywo i chaotycznie wsuwał się w Rangera.
Nie spodziewał się takiego pocałunku po takim seksie. Sam był wręcz zaskoczony, jak przyjemnie i ciepło mu się przez to zrobiło. Że Jefferson mimo spełnienia nie odsuwał go jak dziwkę po skończonym stosunku, tylko chciał jeszcze dzielić z nim bliskość.
Dotknął dłońmi nagich boków młodszego mężczyzny i odpowiedział na pocałunek. Jefferson jeszcze trochę w tak przyjemny sposób męczył jego usta, aż w końcu się od nich odsunął, aby móc mówić.
— Zdecydowanie łatwiej cię złapać teraz za te kudły.
— Kto by pomyślał, że są jakiekolwiek plusy nienoszenia przeze mnie opaski — odparł William aż dziwnie zachrypniętym głosem, badając spojrzeniem jego przystojną twarz i mając nadzieję, że Jefferson nie robi tego tak uważnie z jego własną. Nie w tym stanie.
Ten jednak tylko się uśmiechnął i pocałował go najpierw w jeden, potem drugi policzek.
— Następnym razem, moja kolej — zarzekł się i w końcu wyprostował, tym samym na chwilę siadając Williamowi na biodrach. Ta piękna chwila, przez którą łatwo było sobie wyobrazić go ujeżdżającego penisa, nie trwała jednak długo. Ranger wstał, zabrał ręcznik i podszedł do balii z wodą, aby się znowu umyć.
— Dobrze — zgodził się lekarz i sam się uniósł, żeby poszukać porzuconej fiolki. Znalazł ją na dywanie tuż pod łóżkiem. Jutro przed wyjazdem obiecał sobie napełnić ją ponownie olejkiem, a na razie odłożył ją na szafkę, na której leżał też jego rewolwer.
Gdy Jefferson się obmywał, uchylił jeszcze okno, żeby wpuścić do pomieszczenia trochę świeżego powietrza. Mimo to miał nadzieję, że zapach Rangera nie uleci zbyt szybko. Lubił to, jak ziemisty, naturalny i przyjemnie ciężki był.
— Mógłbyś zgasić lampkę, gdy będziesz szedł do łóżka? — zapytał, samemu już wsuwając się pod pomiętą, ale świeżą pościel. Uprzednio pozbył się resztek spermy Jeffa przy pomocy jednego z ręczników.
— Mhm — odparł Ranger, a kiedy już się wytarł, nadal nago podszedł do łóżek.
Po drodze zgasił lampkę. W pokoju zrobiło się zupełnie ciemno. Kiedy tu przyszli, jeszcze nie zmierzchało. Musieli więc długo się kochać. Stanął między nimi i spojrzał na Williama.
— Chcesz spać sam?
Lekarz od razu uchylił powiekę, by spojrzeć na bardzo słaby zarys jego postaci.
— Nie, jeśli nie masz nic przeciwko, chętnie położę się z tobą — odpowiedział, unosząc się lekko. Tak, zdecydowanie lepiej i przyjemniej mu się spało, gdy mógł przytulić się do Jeffersona.
— To chodź. Ale bez numerów — dodał, mimo że przed chwilą mieli seks i położył się na drugim łóżku. Ułożył się wygodnie na plecach, podkładając sobie poduszkę pod głowę i kark, a rękę kładąc sobie na brzuchu.
Nie widział wiele w tych ciemnościach, za to doskonale poczuł ciepło i ciężar ciała lekarza, kiedy ten położył się tuż przy nim. Nakrył ich obu czystą pościelą i przylgnął do niego w taki sam sposób, w jaki go obejmował przez wszystkie te wspólnie spędzone noce. Z policzkiem na jego klatce piersiowej. Tak, zaczynało to już być ich rutyną. Dość przyjemną rutyną.
Jefferson objął go w ramionach, od razu zamykając oczy. Po chwili jednak jeszcze raz wychylił się i pocałował Williama. Tym razem w łuk brwiowy nad prawym okiem.
— Tak też ci dobrze — zamruczał nisko i bardzo cicho. Jakby przez to, że zrobiło się ciemno, głos był dużo lepiej słyszalny.
William chwilę nie odpowiadał, ale bynajmniej zasnąć jeszcze nie zdążył. Nie wiedział po prostu, jak zareagować. Bo z jednej strony sam ten temat sprawiał mu duży dyskomfort psychiczny, a z drugiej za każdym razem, gdy Jefferson dawał mu znak, że nie jest to dla niego problem, robiło mu się bardzo miło.
— Dziękuję. To… Nie wiem, dlaczego cię to nie odrzuca, ale przyjemnie się z tym czuję — odpowiedział w końcu. Po tym, co się stało we Frankfort, gdzie Jeff uprawiał seks z Malvinem Berry, Ranger prosił, żeby jasno mówił mu, jak się czuje, bo czasami nie nadąża. A William chciał, żeby rozumiał, jak ważne było to dla niego. Jak… jak to doceniał.
— No… I dobrze — podsumował Jefferson i mocno przycisnął go do siebie, ponownie całując. Tym razem w usta, bo jeszcze uniósł mu w zdecydowany, pewny sposób głowę za brodę. Jakoś po tych ciężkich chwilach ostatnio, gdy William był zraniony przez jego… „zdradę”, brakowało mu z nim tych prozaicznych czułości. Czuł się pewnie, gdy miał go w swoich ramionach. — Nie masz co się przejmować głupią blizną. Jest i tyle. Tak samo to, że wolisz takiego… jak ty to ująłeś, niecodziennego? — spytał. Miał myśl, ale w połowie uciekło mu słowo.
William uśmiechnął się leciutko i przytaknął.
— Znalazłbym wiele innych, równie trafnych określeń, ale tak, niecodziennego — odpowiedział i mocno wymęczonymi podczas tego wieczoru wargami jeszcze raz musnął jego usta.
— No, ale niecodziennego, więc mówię, ta blizna jest, tak jak jest to, że wolisz takiego niecodziennego towarzysza w łóżku niż jakąś dziewkę z burdelu. Nie myśl o tym tyle, hm? Poprawiasz się trochę — dodał i potarł go po ramieniu, na koniec mocno je ściskając w dłoni. — To też dobrze. I na Pigmenta wsiadłeś. Będą z ciebie ludzie.
— Jednak jest dla mnie nadzieja… A tak krytycznym wzrokiem patrzyłeś na mnie, kiedy się spotkaliśmy — William nie potrafił się nie uśmiechnąć po takich słowach. Jefferson był z reguły bardzo oszczędny, jeśli chodziło o komplementy pod jego adresem, a co by lekarz nie mówił, chciał mu się podobać. Co prawda wierzył w swoje zdolności i doświadczenie w łóżku, ale… od kiedy czuł, że ich relacje nie ograniczają się do seksu, tak chciał, by Jefferson widział w nim kogoś, kto może go interesować.
— Mhm, jakaś tam nadzieja dla ciebie jest! — Jeff zaśmiał się krótko i poprawiając siebie i Williama, ponownie zamknął oczy. — Ale śpij już. Wykażesz się jutro w siodle i pokazując mi, że nie zapomniałeś, czym jest rewolwer.
William obiecał, że to zrobi i wtuliwszy się w jego klatkę piersiową, zamknął powiekę. Uśmiechnął się jeszcze raz do siebie, bo Jefferson tego nie widział i odetchnął głębiej. Żałował, że mieli nocować tu tylko dzisiaj.

10 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 29 – Samcza fiutolandia

  1. TigramIngrow pisze:

    Hmm… Nie pamiętałam tego zagrania z opaską. Rozmaślam się na samą myśl o tym, jakie widoki miał Jeff. Nick by się że mną niekomfortowo czuł, bo jemu też bym się non stop patrzyła na twarz i walczyła z tym, by jej nie dotknąć.

  2. Katka pisze:

    Renka, ach te ambicje życiowe… XD Lepiej się nimi nie chwalić. Haha, ale super, że rozdział nie zawiódł :D No i fajowo, że czytasz ATCL. Pasuje do obecnie panującej pogody (wreszcie ciepełko!)

  3. Renka pisze:

    NARESZCIE! Od kiedy ujrzałam ten tytuł, mym życiowym celem i motywacją dla wszystkich moich czynów stało się pragnienie przeczytania tego rozdziału i zaprawdę powiadam wam, nie zawiodłam się. :3 Good job!

  4. Katka pisze:

    Basia, bo Jeff ma z tym większy problem. Duma Williama jest trochę inna niż duma Jeffa, więc obrażają się o inne rzeczy. Ale też lubię czułostki Jeffa XD Są jak na lekarstwo, więc się bardziej docenia XD

  5. Basia pisze:

    Hej,
    o jejciu, co się tak Jeff wkurza, że czasami gra kobieca role, William jakoś się tak o to nie rzuca… podobały mi się te czułostki ze strony Jeffersona..
    weny, pomysłów….
    Pozdrawiam serdecznie

  6. Katka pisze:

    Aoi, no proszę, jak ostatnimi czasy marudziliście na brak czułostek i seksu, tak teraz jest tego chyba pod dostatkiem, co? ;) Raz na wozie, raz pod wozem, wystarczy cierpliwie poczekać, jak widać. Och, no i fakt, już to nie jest numerek „bo jest, to czemu nie skorzystać?”. Teraz bardziej siebie potrzebują, niż tylko chcą. A stworeczek na pewno jakiś się znajdzie. A jak nie stworeczek, to inne niebezpieczeństwo :D

    Hoshii, aż się głośniej zaśmiałam XD

    O., Twój koment poleciał, nie wiem czemu, do spamu :( Ale jak już napisałaś nowego, to nie będę tamtego wyciągać ;) Czuły Jeff jako doskonały facet? Nooo, w sumie czego więcej trzeba? Przystojny, odważny, silny, seksowny, samodzielny i czuły. Pełen pakiet :D Och, a co do żarciku, taaaa, pewnie tylko żarcik, raczej nie chciałby go widzieć w takiej roli. Ale, ale, czasami fantazje są przyjemne, a i często jest tak, że fantazjuje się o czymś przyjemnie, a w realu nigdy by się tego nie zrobiło. I widzę, że ogólnie masz ochotę na mizianki XD Słooodko!

    Saki, dzięki za literówkę :) Noooo i Jeff poszedł na całość! Żeby paluszki w siebie wsadzać… sama bym nie pogardziła takim widoczkiem. Will ma zdecydowanie za dobrze, zresztą jak większość naszych postaci XD Co do zmiany, noo, ogólnie by było to bardziej widać, jakby tak zestawić wycinek ich rozmowy z kiedyś w porównaniu do teraz, albo sposób dotykania się chociażby. Fajnie jednak, że w ogóle bierzesz to pod rozwagę, że widzisz te zmiany. Idzie im to powoli, ale idzie. I to jest ważne. I to, co lubię najbardziej – domyyyysły XD Hehehe, ciekawe, czy jak intryga wyjdzie na jaw, to zrobicie takie „OMG, ale szok!” czy „Było do przewidzenia” XD Jakakolwiek będzie reakcja, oby się spodobało. I uwierz, sama marzę o tym, by Jeff się przekonał i poujeżdżał XD Saaam seks.

  7. saki2709 pisze:

    O rajusiu, Jeff serio to zrobił? Mówiąc „to” mam oczywiście na myśli, że sam z własnej woli wsadził sobie paluszki. Ta wizja jest naprawdę gorąca. Willcio miał na co popatrzeć. Nie dość, że wziął, co (a raczej kogo XD) chciał to jeszcze taki miły widok dla oczka.
    Te pocałunki były słodkie. A najbardziej mi się podobał ten pod koniec, tuż po seksie. W ogóle coraz więcej czułostek między nimi można dostrzec i bardzo mi się to podoba. To jest naprawdę tak różne od tego, co mieli na początku znajomości, kiedy to naprawdę był tylko seks. Teraz to zdecydowanie coś więcej i myślę, że obaj chłopcy to zauważyli.
    Czekam na te lekcje strzelania. No i oczywiście na to, aż coś ruszy w sprawie Smitha, no bo ciekawa jestem, co z tymi narządami. Nie tylko tymi serduszkami co z nimi teraz Will z Jeffem do Chicago jadą, żeby je doktorek mógł zbadać, ale z całą tą resztą. No bo na co komu te narządy? Bo chyba nie, żeby je sprzedawać na czarnym rynku. Takie coś nie może długo stać w takich warunkach. Przez ostatni wykład z farmakologii zaczęłam się zastanawiać, czy nie było to coś w stylu „testów na zwierzętach”. Że testowali na nich jakieś leki czy coś w tym stylu, a potem badali. Skoro wśród zwierząt tyle mutacji, to mogli zrobić takie nielegalne eksperymenty na ludziach… Dobra, może bredzę, ale tak mi się jakoś skojarzyło. Ale tak w ogóle, to zeszłam z tematu.
    Przez te fantazje doktorka sama zaczęłam sobie wyobrażać, jak dosiada kogoś, kto nie jest Oficerem ani Pigmentem XD Chciałabym to kiedyś „zobaczyć”. Może jest szansa, że kiedyś się Jeff przełamie?
    Swoją drogą, ciekawe, czy ludzie z obsługi hotelowej czy gdzie tam nocują Will i Jeff podejrzewają, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami XD

    „Podzielny te pakunki i poszukajmy jakiegoś hotelu. Niebawem słońce będzie zachodzić.” – „Podzielmy”.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  8. O. pisze:

    Usunęło mi komentarz? Czy znowu do spamu poszedł? ;o

    Nie spodziewałam się po Jeffie tego co sobie tu zrobił <3333333333 Ale uroczo, że nie chciał wsunąć suchego palca w Doktorka, tylko dziwne, że słowo "pośliń" nie skojarzyło mu się z wsunięciem palca do ust xD Ale tak było pięknie! <3333333333333333333 Czuły Jeff jest doskonałym facetem i jeszcze te jego ochoty na czułości po seksie <3333333333333 William powinien fruwać z radości! I Jeff serio widzi Willa branego przez dwie osoby? Może przez niego i kogo jeszcze? Jak on mógł sobie coś takiego wyobrazić? Mam nadzieję, że to serio był tylko żart. Jakoś nie wyobrażam sobie ich w takim barze, Will by prędzej we wszystkich tam osobach widział następcę Marviego niżeli jakieś obiekty dla siebie, I słodko tak wspominali początek swojej znajomości! Może zechcą sobie przypomnieć jakiś stosunek z tamtego okresu? Niech się chłopcy wycałują, wypieszczą, wymiziają, wykochają! Bo coś czuję, że niebezpieczeństwo ukryte jest za najbliższym rogiem xD

    Weny <333333

  9. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    nie no moje drogie tym rodziłem znów zdobyłyście moje niewinne serduszko. Spodziewałam się wszystkiego ale nie takiego stężenia seksu i czułości. Jeff mnie bardzo ale to bardzo zachwycił, nie spodziewałam się po nim az takiej otwartości i tego że jest tak chętny na całowanie się z Willem. Bardzo mnie cieszy że to co jest między nimi w końcu zaczyna przypominać związek a nie tylko seks na szybcika, bo można i jest druga chętna osoba. Moi mali chłopcy chyba w końcu zaczęli dojrzewać emocjonalnie, jestem strasznie wzruszona :P. Miłość, seks, bron, emocje brakuje mi teraz do szczęścia jeszcze ataku jakiegoś zmutowanego stwora na naszych przystojniaków :D
    Weny :*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s