Across The Cursed Lands II – 28 – Troska i tęsknota

— Spakowałeś wszystko? — Jefferson rzucił do Williama, kiedy sprawdzał czy dobrze przypiął wszystkie juki i dopiął siodło. Zaraz po tym doszedł do Pigmenta, by zrobić to samo.
Zbierali się do wyjazdu na północ, w stronę Newport, pogoda była dobra, chociaż było chłodniej niż poprzedniego dnia.
— Sądzę, że tak — odpowiedział z zamyśleniem William, przeglądając juki przy Oficerze. W końcu dzielili się bagażem i część jego rzeczy była przy karym ogierze.
Nieopodal widzieli Gavina wyprowadzającego ze stajni swojego konia, a z drugiej strony, od wejścia do domu, wyszła ku nim dziewczynka z warkoczykami. Niosła w rękach jakieś spore zawiniątko w białym materiale. Obrzuciła lekarza krótkim spojrzeniem i zbliżyła się do Rangera.
— Ukroiłam wam kawał koziego sera, żebyście nie umarli z głodu — rzuciła z lekką wyższością w głosie, choć rumieniec na policzkach ją zdradzał. — Jest słony, bardzo dobry. Przygotowałyśmy go z mamą.
Ranger najpierw spojrzał z góry na Florence, po czym jeszcze upewnił się, że strzemiona się nie osuną i kucnął przed nią.
— Masz w nas strasznie małą wiarę, co? — spytał z uśmiechem i potarł dłonią jej głowę. — Ale dzięki. Na pewno zjemy — zapewnił. Był rozbawiony tą butnością dziewczynki. Jakoś nie miał wątpliwości, że wyrośnie na młodą kobietę, która umie sobie poradzić w świecie.
— No. Żeby się nie zmarnowało — fuknęła Florence i wcisnęła mu w ręce zapakowany starannie ser.
William obejrzał się na nich, w duchu bardzo ucieszony tym podarunkiem. Mieli już tylko suszone mięso i trochę chleba.
— No, panowie! Jedziemy?! — zawołał do nich brodaty mężczyzna, wskakując na swojego kasztanowego rumaka.
— Słyszałaś ojca — Jefferson znowu potargał staranie związane włosy dziewczynki. — Opiekuj się bratem — dodał jeszcze, nim wyprostował się, schował podarunek i wskoczył w siodło. Od razu też obejrzał się na Williama, czy ten sobie radzi.
„Radzi sobie” było chyba zbyt pozytywnym określeniem, bo William dopiero za trzecim podejściem wskoczył na siodło Pigmenta. Mimo to, minę miał poważną i pełną godności. Uchylił jeszcze kapelusza dziewczynce i ruszył powoli za Jeffersonem. Nawet nie widział, jak daleko mają do najbliższego miasta.
Nim nie oddalili się od posiadłości Gavina i jego rodziny, nikt się nie odzywał. Jechali spokojnie dość wąską drogą. Kiedy ta się rozszerzyła, pozwalając dwóm jeźdźcom jechać obok siebie, Jefferson, który jechał za Williamem podążającym za ich wczorajszym gospodarzem, zrównał się z lekarzem.
— Siedzisz? — spytał, jakby nie widział.
William poprawił się w siodle, jak zwykle usadowiony dość sztywno i przytaknął.
— Tak, choć chyba bardziej wolałbym spędzić kilka godzin na twoich kolanach z twoim penisem w sobie, niż kwadrans na Pigmencie — odpowiedział przyciszonym, poważnym głosem.
Jefferson mimo to i tak spojrzał do przodu, czy, nie daj Boże, jadący z nimi mężczyzna nic nie usłyszał.
— Ta… Ciekawe porównanie.
— Jestem pewien, że i ty wolałbyś siedzieć na mnie, niż leżeć na stole operacyjnym.
— To chwyt poniżej pasa. Koń i stół operacyjny to zupełnie co innego. Mi leżenie na stole operacyjnym się w życiu nie przyda! — Jefferson jak zwykle trzymał się swego. A sama myśl o byciu pacjentem jakiegokolwiek lekarza wzbudzała w nim nieprzyjemne ciarki.
— Chyba, że zostaniesz ciężko ranny… na przykład w wyniku stratowania przez konia. Wtedy twoje teorie się odwrócą i to koń bardziej ci zaszkodzi, zaś skalpel pomoże — odpowiedział pewny swego William. Znał wartość medycyny i wiedział, że wbrew słowom Jeffersona, ten mógłby kiedyś na niej skorzystać. Tym bardziej w swojej niebezpiecznej pracy.
Ranger skrzywił się i pokręcił ze zniechęceniem głową.
— Jesteś uparty jak ta mała. Albo i bardziej. Do tego taki dumny i pewny siebie — burknął z wyrzutem. — No, jakbyś mi groził tym — fuknął i przewrócił oczami, odwracając wzrok od jego twarzy, a wbijając go w plecy Gavina. Jego myśli błyskawicznie przeskoczyły z tych o operacji do tych dotyczących jego żony. Czy faktycznie mogła być członkiem Boosa?
Nim lekarz zdążył skomentować, Gavin obejrzał się na nich i zamachał ręką. Dotarli w końcu na dużo szerszą, wyjeżdżoną drogę, więc poczekał na nich, aby móc jechać równo.
— Jak tam, panowie? Samopoczucie sprzyja? Amunicja jest? Coraz bardziej niebezpieczne tereny was czekają — zagadał, wskazując ręką w północnym kierunku.
— Jeszcze trochę dokupimy jej w Newport — odparł Jefferson, jadąc po lewej stronie mężczyzny.
— Macie coś poza rewolwerami? Jakąś dubeltówkę? — na twarzy Gavina pojawił się wyraz konsternacji.
— Mamy jeszcze kilka bombek mojej produkcji — wtrącił William, wiedząc, że po polowaniu na korbary parę ich zostało.
— Bombek! Ha! To by Adelka chciała zobaczyć.
— Aż tak jest tym zainteresowana? — spytał ciekawsko Jefferson.
— Jak piętnastolatek dużymi cyckami! — odparł Gavin, śmiejąc się gromko. — Byście widzieli, ile ona czasu potrafi spędzić w laboratorium. Ale my takiego nie mamy, to jeździ do kwatery i tam sobie konstruuje swoje zabawki.
— To musi być trudne, że często jej w domu nie ma, ale… — Ranger się zawahał. — Ma jakieś stałe trasy? Pytam, bo wydaje mi się, że nie ma dużo osób jak pańska małżonka — dodał, przypominając sobie kobietę z Vincennes, które płonęło. Byli dosyć blisko Kansas City, a ona, chociaż dokładnie jej nie pamiętał, wspominała o możliwym wybuchu, jeśli nie zabrała by swojej „paczuszki”.
— Ciężko mi rzec… Wiesz, Jeff, agencja jest tajna, nie mówią mi więcej, niż powinienem wiedzieć. Ale nie sądzę… — Gavin zadumał się. — Była w tym roku na południu, okolice Houston. Potem niemało czasu spędziła w kwaterze, a teraz ostatnimi czasy to wokół Tennessee i Kentucky. Teraz znowu, o, Kansas City i powinna do końca sierpnia do domu zawitać.
Jefferson pokiwał głową. Czyli faktycznie mógł ją widzieć. Aż się uśmiechnął do siebie w duchu.
— Nie myśleliście więc, aby się przenieść bliżej? Dzieciaki chyba chciałyby spędzać więcej czasu z matką?
— Tu się urodziły, nawet nie bardzo by chciały — Gavin zaśmiał się z lekkim skrępowaniem. — Poza tym, sam jestem człowiekiem agencji, jak widzieliście na pewno na liście od Hamiltona, tego psa, więcej nas tu nie ma w okolicy. Muszą tu kogoś mieć.
William zgodził się z tym, bo rzeczywiście, gdyby musieli jechać ponownie do Kansas, a potem dopiero do Chicago, to nadłożyliby sporo drogi.
— Jednak szkoda. Znaczy, jesteś wspaniałym ojcem, a mała to prawdziwa gospodyni, naród może być wam wdzięczny. Jednak, gdyby Adela spędzała tu więcej czasu, a organizacja miała więcej ludzi, nie musiałaby tak często podróżować do kwatery. Niebezpieczna praca, a mało jest odpowiednio odważnych i zaufanych ludzi. Ludzie też chyba inaczej na takie rzeczy patrzą niż kiedyś, kiedy tak głośno było o Boosa. Oni tworzyli coś niezwykłego, nie tylko tak normalnie, ale i w ludzkich sercach. Szkoda, że się to rozpadło — Jefferson mówił spokojnie z zamyśleniem słyszalnym w głosie, a skończył wręcz markotnie. I był świadomy, że trochę podpuszcza mężczyznę, nawiązując w rozmowie do organizacji Boosa.
William przysłuchiwał mu się z niejakim zaciekawieniem. Teraz był moment, w którym mieli odkryć, czy Gavin coś o tym wie. Jeśli tak, przecież musiało się to odbić na jego twarzy, dlatego lekarz spojrzał na niego uważnie, z jeszcze większym napięciem siedząc w siodle.
— Ta… Boosa to było coś… — przyznał mężczyzna, sunąc swoją dużą dłonią po krótko zgolonych włosach. — Teraz nie ma takich ludzi. No, chyba że liczyć nas, z TABiW, ale to już, rozumiesz, Jeff, nie to samo. Teraz wszystko staje się zorganizowane, na papierze, formalne. Adela tego nie lubi w agencji. Formalności. Zawsze był z niej wolny duch, który o… jeździł, gdzie ją nogi poniosły.
— Ta… Inne czasy — Ranger musiał się z nim zgodzić, chociaż też nie był zachwycony jego odpowiedzią. Miał nadzieję, że bardziej się zdradzi.
Według Williama, Gavin nie był światom tego, że Adela niegdyś była członkinią Boosy. Zresztą, ta informacja nie była pewna, więc i lekarz nieco wątpił. Liczył, że będą mieli okazję kiedyś dowiedzieć się prawdy. Na razie jednak musiał skupić się na drodze, na tym, by utrzymać się w siodle i by wysłać raport do kwatery. Wciąż nie do końca mógł się przyzwyczaić do myśli, że odwiedzi rodzinne miasto, ale kiełkowało się w nim spore podekscytowanie. Zobaczy Chicago.

*

Mała lampka paliła się na rogu dużego, masywnego biurka, oświetlając leżące na nim dokumenty. Nad nimi pochylony był mężczyzna. Już od dobrej chwili nie wiedział, co czyta, a miał przeświadczenie, że powinien to dziś sprawdzić, przeanalizować i rozdać rano dyspozycje, co kto ma zrobić. Bawiło go w tej sytuacji, że zapewne nawet Hamilton już spał.
Spojrzał na stojący zegar, aby się jeszcze o tym upewnić. Nie, nie było tak późno. Tu jednak, w podziemiach poczty w Kansas City, Nicholas Orkenzy mógł liczyć tylko na sztuczne światło.
Potarł twarz szeroką, szorstką dłonią odchylając się do tyłu na fotelu, który zaskrzypiał na znak protestu.
Powinien więcej odpoczywać, znaleźć kogoś zaufanego, kto mógłby go w końcu kiedyś zastąpić, aby on miał możliwość spędzania więcej czasu na farmie, razem ze swoim partnerem.
Było bardzo cicho i spokojnie do czasu, aż nie usłyszał delikatnego pukania. Potem drzwi się uchyliły i zobaczył w nich postarzałą twarz mężczyzny w długim fartuchu. Rzadko kiedy widywał Lunda w czymś innym. Oczywiście pod fartuchem miał bardzo eleganckie ubrania, ale biel wierzchniego odzienia zawsze w pewien sposób je zakrywała.
— Nicholasie, słyszałem o przesyłce — powitał generała tymi słowami i wszedł głębiej, uprzednio zamknąwszy za sobą drzwi.
— Tak, przyszła dziś rano — Nicholas potwierdził informację, ale nie dodał nic poza tym. Patrzył z lekkim zmęczeniem na już podstarzałego mężczyznę. Był znużony dzisiejszym dniem, a przesyłka nie była niczym aż tak pilnym, o czym nie mogli porozmawiać rano.
— Rano. Wiesz chyba, jak interesują mnie postępy tej dwójki, Nicholasie. Pisali o jakimś postępie w sprawie? — gość podszedł do biurka i splótł dłonie za plecami. — Wciąż są na tropie Smitha?
— Nie do końca — generał skrzywił się połową twarzy. Trochę dobijał go fakt, że ten starzec miał w tej chwili więcej energii od niego. — Znaleźli jego wóz, jego transport i kilku jego ludzi. Martwych, co ciekawe. Potem kopalnię nad jeziorem, że też ich tam nie zalało… — mruknął do siebie. — A potem wszystko poszło się jebać — podsumował z goryczą. — Ale nie wracają.
— Nie? A ta kopalnia, rozumiem, powiązana jest z Johnem Smithem?
— Wygląda, jakby do niej zmierzał. Więc pewnie jakoś tak, skoro akurat przez tamtejsze lasy jechał, a nie naokoło. Ponoć coś go zatrzymało, jakaś mutacja, mieszkańcy widzieli go w miasteczku przez pewien czas.
— A ta kopalnia? — drążył Lund. — Nicholasie, jeśli Smith coś tam produkował, jestem ciekaw, czy jakoś naprowadzi nas to na powód, dla którego przewoził narządy. Wiem, że to późna pora, ale bądź, proszę cię, bardziej dokładny.
Młodszy mężczyzna westchnął ciężko i podniósł się ze swojego miejsca.
— Masz coś dużo energii dziś, mój przyjacielu. Więcej niż ja, muszę z żalem przyznać. A Black i Lockerbie z listem wysłali kamienie, które tam wydobywali. Mnie nic nie mówią, chociaż są całkiem ładne.
— Może więc produkował biżuterię, by pozyskać fundusze — odparł Lund tonem, jakby żartował, choć flegmatyczny wyraz jego twarzy nie zmienił się ani na chwilę. — Pokaż je, może jestem w stanie je zbadać.
Nicholas zaśmiał się, idąc do jednej z szuflad regału stojącego pod ścianą.
— Może. Chociaż, sam pomyśl: serca w słojach, dziwna galareta i biżuteria. To się łączy… w ogóle właściwie się nie łączy. Ale może — dodał do siebie i wyjął kopertę, a z niej wysypał kilka kryształków. Wziął jeden, a resztę wsypał z powrotem. — Trzymaj.
Lund zbliżył się i położył sobie na lewej dłoni niebieski kamyczek. Przyjrzał mu się czujnie i wyciągnął tę samą dłoń do generała.
— Łatwiej będzie przeprowadzić eksperymenty na większej ilości. Mógłbyś…?
Nicholas westchnął ciężko i wyjął jeszcze dwa kryształki, w kopercie zostawiając taką samą ilość.
— Jeśli znasz kogoś, kto się na tym zna, przekaz mu jeden albo niech się do mnie zgłosi.
— Oczywiście. Warto zbadać każdy szczegół powiązany ze Smithem — Lund schował kryształki do kieszeni płaszcza i ponownie splótł dłonie za plecami. — A co ty tu jeszcze robisz, Nicholasie? Nie powinieneś odpoczywać?
Generał potarł kark dłonią, a nie mechaniczną protezą.
— Odpoczywać? Każdy by chciał odpoczywać. Mam jeszcze dużo roboty. Muszę też posiedzieć nad tą sprawą Smitha, ale najpierw przygotować się na przyjęcie jutro ludzi. Oster i Comberson wracają z południa, wiesz, ze sprawy zniknięcia burmistrza, bo to ponoć przerośnięty nietoperz go zjadł.
— Czasami zapominasz o tym, że pracujesz dla TABiW, a nie nią jesteś. Myślałem, że twój partner dość dosadnie ci o tym przypomina, a ty wydajesz się wciąż, na przekór, robić wszystko, by nie odklejać tyłka od fotela — Lund położył mu dłoń na ramieniu i ścisnął lekko. Musiał przy tym wyciągnąć rękę dość wysoko, bo sam był niskim mężczyzną.
Nicholas wzniósł oczy ku niebu.
— Jednak muszę tu być, chociażby jak teraz. Przyszła ta przesyłka od Blacka i Lockerbie, ktoś musi się tym zająć. Jadą co Chicago, sami. A Smitha jak nie było, tak nie ma. Utknęliśmy w ślepym zaułku, Lund. Nie mogę tego ot tak rzucić, Maverick zrozumie.
— Maverick nigdy nie rozumie — odparł szczerze i dobitnie starszy mężczyzna, cofając dłoń, podobnie jak robiąc krok w tył. — Ale jeśli uważasz to za tak ważne, by o tej porze o tym myśleć, nie zatrzymam cię.
— Sam lepiej zobacz, czy coś da się zrobić z tymi kamieniami, czy to faktycznie zwykła biżuteria. Z całym szacunkiem, Lund, ale nie mam czasu na złote rady, trzeba ruszyć tę sprawę do przodu.
— Tak… Tak jest, generale. Zajmę się tym z samego rana — obiecał i wycofał się do drzwi. Zatrzymał się w nich jeszcze i obejrzał na rosłego mężczyznę. — Dobrej nocy.
Ten znowu się skrzywił, co nie wyglądało ładnie w połączeniu z jego zniszczoną z jednej strony twarzą.
— Tak, tak, idź już. Liczę na ciebie — dodał jeszcze, sięgając znowu do koperty, którą wciąż trzymał. Może jak jeszcze raz przeczyta raport lekarza, to coś przyjdzie mu do głowy. I… gdzie on miał mapę?
W skupieniu się na pracy i zatopieniu myśli w zagadce Johna Smitha oraz przewożonych narządów nie pozwoliły mu kolejne odwiedziny. Naprawdę myślał, że o tej porze nikt już nie zawita do jego gabinetu, gdy kwadrans po wyjściu Lunda bez pukania do środka znowu ktoś wpadł.
— Puk, puk, kostucha przyszła… — zamruczała złowieszczym głosem kobieta, po czym uśmiechnęła się szeroko i wyciągnęła zza pleców butelkę whisky. — Z dobrym trunkiem. Witaj, Mały Nick!
Mężczyzna za biurkiem jak najpierw czuł, że wybuchnie i mało delikatnie wyprosi niezapowiedzianego gościa, tak widząc kobietę, uśmiechnął się lekko. Był padnięty.
— Adela… — zamruczał nisko jej imię i znowu się podniósł. Aż chrupnęło mu na połączeniach kości z metalowym szkieletem. — „Puk, puk” robi się, nim wejdzie — upomniał ją i ostatni raz spojrzał na stertę dokumentów. Teraz już nic nie zrobi. Zgarnął je wszystkie do szuflady.
Kobieta zaśmiała się, jakby nie przyjechała do kwatery dopiero co, a wstała rześka z samego ranka. Zdjęła z głowy mały kapelusik i odpięła dwa duże guziki płaszcza. A gdy przysiadła na fotelu przed biurkiem i położyła na nim butelkę, zdjęła jeszcze swoje wysokie kozaczki.
— Bez przesady z tymi konwenansami, nie znamy się od dziś, Nick! — zawołała. — I masz rację, chowaj te papiery, dawnośmy się nie widzieli.
— Właśnie. Dawnośmy się nie widzieli. Gdzie żeś się podziewała? Przydałaby mi się tu mała pomoc. Show zaginął. Zwierzak kiśnie na farmie. O Jess ani widu, ani słychu. Nie wiem nawet, czy ta gówniara jeszcze żyje — prawie że warknął, zamykając na klucz swoje rzeczy i idąc po dwie szklanice na alkohol. Adela nie piła jak inne kobiety.
— Ano! Jak będziesz miał jakieś wieści od Jess, to ją kopnij w rzyć, bo jak nie, to jej w nią jakąś swoją zabaweczkę zasadzę i, ooo, nie będzie to tak radosne i przyjemne jak twoje igraszki ze Zwierzakiem! — odpowiedziała Adela z jawnym wyrzutem w głosie. — Nie widziałam jej chyba od trzech lat, a ja wiem, że ona doskonale zna mój adres. A byłam to tu, to tam, wiesz… Pracuję dalej nad tymi materiałami, które ci przeklęci grabieżcy stosowali w kopalniach w Kolorado. Mam już cały skład, będziemy mogli ich wytropić po surowcach, których używali.
— Przynajmniej tyle — Nicholas postawił przed nią szklankę, otworzył butelkę przyniesionego, bursztynowego alkoholu i polał im równo i zdrowo. — A Jess, naprawdę nie wiem. Show też się nie odzywa. Mam wrażenie, że siedzę w tym sam. Niemniej, dziękuję za twoją pomoc. Przekazałaś to już komuś, ten skład, czy masz przy sobie?
— Przy sobie, też coś! — fuknęła i gdy stuknęli się szklankami, od razu zdrowo się napiła. Uśmiechnęła się przy tym z ulgą i chwilę delektowała się ciepłem w przełyku i żołądku, nim podjęła temat. — W bagażach mam, jutro się tym zajmę, jak mi wydzielisz do tego jakichś ludzi. A i Show ostatnio nie jechał na południe Teksasu? Wiesz… ta twoja sprawa z Ośrodkiem Zdrowia, o której ni cholerki nic nie wiem.
— Bo to było już… kilkaset mil temu. Show miał się tam spotkać z niejakim Blackiem, Texas Rengerem, który szybciej robi niż myśli, ale oczywiście wykpił się z roboty postrzeleniem. Potem byli tu, a dziś rano dostałem przesyłkę nadaną od twojego małżonka. Sprawa więc idzie do przodu, ale powoli. Tym bardziej, że wyjątkowo mi śmierdzi — zaburczał nisko i nieprzyjemnie, siedząc naprzeciwko swojej dawnej towarzyszki podróży i licznych przygód.
— Oooch, byli u Gavina? I nic nie pisał, że tęskni za żoną? — odpowiedziała z oburzeniem i postawiła z rozmachem szklankę na biurku. Następnie sięgnęła pod poły swojego płaszcza i wyjęła kopertę. — Tak jak ktoś, kto o tobie tak niecnie nie zapomina…? — dodała konspiracyjnie, uśmiechając się chytrze i machając listem, jakby kusiła nim swojego rozmówcę.
Nicholas ściągnął brwi, przyglądając się temu, co kobieta wyjęła.
— Co to jest? I nie, nie pisał. Pewnie nie wiedział, gdzie jesteś. Jak zwykle zresztą — dodał uszczypliwie i skinął na nią ręką. — Daj, jeśli to do mnie.
— Jak przyjechałam, to przejęłam to pod pretekstem zajrzenia do ciebie, żebyś nie pomyślał, że po prostu się stęskniłam — odpowiedziała żartobliwie, podała mu kopertę i ponownie napełniła ich szklanki alkoholem.
— Przejęłaś mówisz? — Nick fuknął pod nosem, otwierając list.
Adela tylko zachichotała. Nicholas za to nie musiał patrzeć na podpis, żeby rozpoznać pismo swojego partnera.

Drogi Nicku,

Wahałem się, czy nie przyjechać do kwatery. Uznałem, że sprawa nie jest pilna, ale proszę cię o pomoc. Przeszła przez ranczo nieduża plaga iglików. Nie wiesz, kim są prawda? I pewnie właśnie robisz głupią minę. To nieduże, trochę zmutowane nietoperze, które zwykle polują na gryzonie, ale też żywią się padliną. Flap wpadł na pomysł uporania się z nimi. Poniósł drobne… rany wojenne. Potrzebuję maści, które trzymam w sejfie w kwaterze. Nie mogę ich zrobić sam, tutaj mi brakuje surowców. Proszę, zależy mi na tym. Flap gorączkuje. Numer słoika podaję niżej.
Mam nadzieję, że masz się dobrze. Że szybko się zobaczymy.

Tęsknię,
Maverick

Nicholas, od momentu kiedy przeczytał o iglikach, cały czas miał wspomnianą w liście „dziwną minę”. Zwierzę partnera było jedynym powodem, dla którego ten chciał odwiedzić kwaterę? A już prawie się ucieszył, czytając pierwsze zdanie. Teraz za to sięgnął do szklanki i wypił całą jej zwartość. Dobrze, że chociaż napisał, że tęskni.
Westchnął ciężko, myśląc, co teraz zrobić, aby pogodzić zarówno pracę, jak i potrzeby Mavericka.
— Co tam słychać u Zwierzaka? — zagadała Adela, widząc jego niepocieszoną minę. — Dalej… wiesz. Ciężko między wami?
Nicholas uniósł na nią znużone, ale i też trochę groźne spojrzenie.
— Kiedy się ostatnio widzieliśmy? — spytał pozornie bez związku.
— Hm? Mamy sierpień… byłam tu z miesiąc temu, ale ciebie nie było… Więc chyba na zimę, w lutym.
— Więc skąd możesz wiedzieć, czy nadal ciężko między nami? — burknął wyjątkowo gorzko. Teoretycznie nie trzeba było odpowiadać na to pytanie.
— Nie mogę, więc pytam! Och, Nick, wiesz, co ci powiem? Jesteś dla niego po prostu za miękki. Pozwalasz mu tam gnić i się starzeć, zamiast go tu wziąć albo dać mu jakąś robotę w terenie… — Adela pokręciła głową i upiła zdrowo.
— Nie zagonię go przecież do pracy. Ma tam te swoje zwierzęta i tego… Flapa — niemal wypluł ostatnie słowo. — Zresztą, by co to zmieniło? Bym nadal widywał się z nim tak rzadko. Tak jak ty i Gavin — wypomniał jej bez cienia uśmiechu, który mógłby sugerować pogodny żarcik.
— Do diabła, Nick! „Ma tam swoje zwierzęta”? To mu na pewno daje się poczuć takim potrzebnym — zironizowała mocno i uderzyła pięścią w blat stołu. — To weź go tutaj! Mało zgłoszeń o mutacjach przychodzi? Wiesz, że on się lepiej na tym zna niż ten młodziak Preston, który niby taki światowy, a nawet penisa nie zamoczył jeszcze w żadnej dziewce! Zwierzak to stary wyjadacz, pomógłby tu, zajął się czymś, a nie siedzeniem na ganku i liczeniem liści na drzewie. I tutaj miałbyś go blisko.
— Odezwała się ta, która zostawiła własne dzieci z mężem, szlajając się po świecie. To na pewno daje im pewność, że zawsze będziesz blisko — odparł oschle i znowu polał sobie i dawnej przyjaciółce. — I nawet…! — podjął nagle, trzaskając dłonią o blat biurka. — Ja nawet jak sugeruję, to on nie chce. Ja ci mówię, on nie chce! Nie chce mnie już znać. Chce żyć po swojemu, ma tam te swoje zwierzęta i one go obchodzą. Teraz co? Nie napisał miłego listu, że siedzi i się nudzi. Ma tu jakiś lek dla tego swojego przerośniętego, latającego skurczysyństwa!
Adela fuknęła pod nosem i wychyliwszy się za biurko, bez pytania wzięła list. Zaczęła szybko czytać, a kiedy skończyła, rzuciła nim prosto w twarz Nicholasa.
— „Flap gorączkuje”! List szedł dobre trzy, cztery dni, ty dojedziesz najprędzej za kolejne cztery i myślisz, że Flap dalej będzie gorączkował? Obudź się, Nick! Nie widzisz, że chce cię ściągnąć do domu? I nie, nie, nie, nie mówię, że to twoja wina tylko, to wszystko — zamachała ręką — co się między wami dzieje. Dlatego, do diabła, mówię, żebyś go ściągnął, a nie pytał, czy przypadkiem nie zechciałby ruszyć swojej świętej rzyci. Znam go, wiem, że to uparty skurczysyn i jak się go za fraki nie weźmie, to się zaprze i nie ustąpi. Ale co ja mogę mówić, w końcu dzieci zostawiłam! — fuknęła z urazą.
Nicholas dość długo na nią patrzył, kiedy ta znowu popijała bursztynowy trunek. Potem rozłożył list, który pogięła i przesunął po nim dłonią. Sam nie wiedział, co się stało.
— Przepraszam, Adela, bez ciebie byłoby jeszcze ciężej i… naprawdę przepraszam, że wywlokłem temat dzieciaków, tylko to… To w ogóle… — zaczął, ale nie skończył.
Kobieta pokręciła głową i wstała z krzesła. Obeszła biurko i pochyliła się, obejmując przy tym Nicholasa za szyję. Pocałowała go lekko w policzek, a potem przysiadła na skraju biurka od jego strony.
Długa, beżowa sukienka prawie zasłaniała jej odziane teraz jedynie w rajstopy nogi. Musiała podróżować wozem, bo Nicholas wiedział, że gdy jechała konno, zawsze zakładała spodnie.
— Nic nie szkodzi. Rozumiem twoją frustrację i mi też ciężko na to patrzeć. Nie widziałam go prawie tak dawno jak Jess… Gdzie się podziały te czasy, kiedy nie mogliśmy przeżyć wieczoru bez wspólnego trunku? — rzuciła z lekką nostalgią.
— Nie wiem — Nicholas wzruszył ramionami. — Sam tylko nie wiem… z czego to wynikło. I … — zaczął trochę łamiącym się głosem. Dopił dla rozluźnienia alkoholu. — Nie wiem, czy nie lepiej by było, jakby to wtedy się skończyło. Maverick ułożyłby sobie życie, wy nie bylibyście w to wciągnięci aż tak bardzo. Show by mógł wyjść z cienia, być tym swoim wielkim naukowcem, którym zawsze chciał być… A Jess… Jess nie musiałaby uciekać przed własnym bratem.
— Nick! — na twarzy Adeli pojawił się wyraz zaskoczenia i oszołomienia. A może i nawet wdarło się na nią oburzenie. Odetchnęła głęboko, jakby chciała się opanować przed uderzeniem go. — Przestań to traktować w ten sposób, jakby to była twoja wina! Dobrze wiesz, że każdy z nas wtedy poniósł osobistą klęskę. Wszyscy czuliśmy się winni i nawet nie wiesz, jak wciąż nas to kłuje w serca. Tylko każdy z nas radzi sobie z tym na swój sposób.
— Tylko że Maverick musi z tą klęską mieszkać. Doprawdy, musi mu być wybornie — warknął generał, wstając ze swojego miejsca. Czuł się fatalnie. Jak jego partner tak na niego patrzył, jakby było mu go żal, z takim politowaniem. I najpewniej żalem do siebie, że musi się z nim męczyć.
— Rzeczywiście, na pewno przeżywa katusze i Flap ma „gorączkę” tylko dlatego, że Zwierzak lubi się męczyć z tą klęską. Tęskni za nią i prosi tak… tak… tak irytująco, jak tylko wy, dumni mężczyźni umiecie, żeby wróciła, bo jest jakimś… masochistą! Wiesz, albo z nim jest coś nie tak, albo ja jestem jakaś nienormalna! — wybuchła Adela, unosząc głos i wstając z biurka. Przeszła kilka kroków, fucząc pod nosem i nie dając dojść do słowa Nicholasowi, ciągnęła swoją mantrę, co teraz dziwnie przypominało jedną z jej wybuchowych histerii. — Ach, poczekaj, jak Gavin znowu napisze i nie wspomni o żonie, to odpisz mu, że chciałbyś takiego męża, bo przynajmniej nie pisze takich głupich rzeczy jak „tęsknię” albo że „ma nadzieję, że Adela ma się dobrze”!
Nicholas już chciał coś odpowiedzieć, zacząć się z nią kłócić, ale w końcu doszedł do innego wniosku.
— Idź już. Zobaczymy się rano — wycedził opanowanym, surowym tonem.
Nie chciał tego słuchać. W końcu, jeśli Maverick by tak „tęsknił”, to jakoś zareagowałby na te jego namowy, aby tu z nim wrócił, a nie wykręcał się, jakby nie chciał go widzieć więcej niż to konieczne. Zresztą, dla niego też musiał to być odpoczynek. Po tym długim czasie, kiedy miał go non stop, cały czas przykutego do łóżka, do niczego się nienadającego. Po co Maverick dalej miałby mu robić łaskę?
Adela zacisnęła zęby i chwilę tylko mierzyła go twardym spojrzeniem. Nie dodała już ani słowa. Wzięła jedynie swoje buty i płaszcz i nie troszcząc się już o butelkę, opuściła gabinet, trzaskając za sobą drzwiami.
Nicholas drgnął, po czym chwycił za szyjkę pozostawionego alkoholu i przechylił do ust. Czuł się fatalnie. Wszystko było na jego głowie, kręgosłup go bolał. Adela się na niego wściekła, a wiedział, że nawet jeśli z rana wyruszy do domu, usłyszy wyrzuty, oskarżenia i pretensje. Nie był w tej chwili wcale pewien, czy tak dobrze się stało, że przeżył atak płazera.

8 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 28 – Troska i tęsknota

  1. Shivunia pisze:

    Basia >> Taaa… William i jego wóz. Eh, przemawia przeze mnie Jefferson. Się jednak okaże, co wygra, upartość, czy zdrowy rozsądek (znowu wg Jeffka XD). A Nick… to stary uparty niedźwiedź jest, od co! I gdyby tylko mógł wiedzieć i wierzyć w to co my.
    Dzięki bardzo. Przyda się jak i czas na pisanie. Także pozdrawiamy ;)

  2. Basia pisze:

    Witam,
    cudowny rozdział, ciekawe czy Will kiedy bedą w większym mieście uprze się na posiadanie wozu… Nickolas do jasnej anielki… nie wmawiaj sobie nic takiego, jesteś ważny dla Mavericka…
    Dużo weny
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Illita pisze:

    Adela to naprawdę świetna babka. Podziwiam ją trochę, serio. To ten typ co każdego do pionu ustawi, a Nickowi to by się baaardzo przydało. Niechże się w końcu ogarnie! Toż aż smutno patrzeć na niego, weź się w garść chłopie!

  4. Katka pisze:

    Saki, dokładnie tak, tamta babeczka w komisariacie, to też była Adela :D brawo za spostrzegawczość. Co do Jeffiątka i jego radosnego ja, kiedy dowiedział się, w czyim domu jest… hehe, nooo, rzadko widzi się go takiego radosnego, ale też dzięki temu łatwo poznać jego nastrój. Jest bardzo naturalny i nie zmusza się do udawanej wesołości, czy czegokolwiek innego. Jego reakcje zazwyczaj są bardzo szczere. Nie trzeba dumać, co on tam może w środku myśleć. Zwykle przynajmniej. A ciepełka Willusia, kiedy śpią, oczywiście że mu brakowało! Sam na pewno nie zdawał sobie z tego sprawy, jak bardzo już do tego przywyknął. Dzięki za dużego komenta odnośnie dwóch rozdziałów :) Także cieplutko pozdrawiamy!

  5. saki2709 pisze:

    Nick’a to aż chciałoby się wziąć za fraki i powiedzieć mu „weź się chłopie w garść”. Taki duży, a zachowuje się jak nieporadny dzieciak. Nie wiem, czy on nie widzi, że Mav się stara, czy nie chce widzieć. Jakby mu nie zależało, to by chyba nie pisał, że tęskni. Adelka ma rację. Tak btw, cieszę się strasznie, że ją w końcu poznaliśmy, tak osobiście, a nie tylko pojawiła się w króciutkim fragmenciku tekstu, nic o sobie nie wnosząc. Tak w ogóle, to jak się zastanawiałam, czy nie spotkali jej wcześniej, to chodziło mi o tą babeczkę z płonącego Vincennes (no i mam wrażenie, że wystąpiła jeszcze w jednym rozdziale, a konkretnie 5 pierwszej serii, kiedy Jeff poszedł na komisariat po zadanie dla siebie. Wtedy też o jakąś paczkę jej chodziłol I opis też jakby się zgadzał). Tak szczerze, to już wtedy podejrzewałam, że należy do boosa, ale to były niczym niepodparte podejrzenia. Teraz mamy już jasność i nawet Jeff zdał sobie z tego sprawę. Jako że nie komentowałam poprzedniego rozdziału ze zwykłego lenistwa, to napiszę to tutaj. Jeff był taki rozentuzjazmowany swoim odkryciem, że aż rozkoszny. Loffam go takiego. Raczej rzadko można go takiego zobaczyć, dlatego tym bardziej cieszy to moje oczki. Zwykle tylko buczy i fuka na doktorka, tak więc to bardzo miła odmiana. Co do tej zbyt odważnej myśli w sprawie tożsamości Małego Nick’a to chyba nawet wiem, o kim pomyślał. I wcale by się nie pomylił XD Może kiedyś będzie miał okazję, żeby potwierdzić swoje „zbyt odważne” teorie. A skoro już jesteśmy przy poprzednim rozdziale, to nie sposób nie wspomnieć o ich seksie. Był gorący. I… mam wrażenie, że robi się między nimi coraz cieplej, z czego się bardzo cieszę i czekam na dalszy rozwój ich uczuć. Bardzo podobało mi się to, że Will sam zdjął opaskę. Wcześniej nie chciał nawet na chwilę jej zdjąć, żeby pokazać się Jeffowi. No i Jeff był słodki z tym „Czyli mogę liczyć na to, że jak stąd ruszymy, to już normalnie będziesz ze mną spał?”. Widać, że tęsknił za ciepełkiem doktorka. Jak ostatniej nocy zasypiał sam, to wyraźnie mu tego brakowało.
    Czekam na rozwój akcji z kruczkiem, bo strasznie mnie intryguje ten wątek.
    No i niech Nick wreszcie ruszy te swoje szanowne cztery litery i pojedzie do kochanka, no i niech nie zapomni o lekarstwie dla Flapa, bo biedny „gorączkuje” XD
    Ciekawa jestem, co z Showem, skoro nawet Nick nie wie, gdzie jest i co się z nim dzieje.
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.

    Pozdrawiam i życzę weny.

  6. Katka pisze:

    Tigram, wiesz, oni robią to od kilkunastu lat, więc jak widać można długo XD Niestety.

    Gordon, hhehehe, cwaaaany, ale masz rację, nawet nie ma co zaprzeczać. Nasza panna z Vincennes, która usilnie podczas pożaru próbowała się dostać do banku, to właśnie Wybuchowa Ad. Jeff gdyby tylko wiedział, pewnie by jej tak łatwo odejść nie pozwolił. Już trzeci członek Ligi Boosa, z którym się spotkał twarzą w twarz, nie wiedząc o tym. I rzeczywiście, polecam poczytanie ATCL od początku, na pewno wiele niejasności stanie się oczywistościami. I masz rację, Nick i Mav robią sobie pod górę jak tylko się da.

  7. Gordon pisze:

    Ej laski, przeczytalem se pod wplywem tego rozdzialu scene pozaru w tym miescie na V. Byla tak babka co sie podobnie zachowywala i jestem teraz pewien ze to Adela! Byloby latwiej na filmie zobaczyc bo tu tylko wybraznia dziala ;p Ale to ona? Jak tak to Jeff nawet nie wie ile juz Boosy spotkal buahahha. Wydawalo mu sie ze skads ja zna wiec pewnie to nie przypadkowe i juz gdzies byla a jesli tak to wpadli na Wybuchowa Ad dwa razy ale jazda xD poczytam cale ATCL od nowa niedlugo to moze znajde ;p Lubie Gavina w ogole, jest spox gosciem, a Nick jest slepy ze nie widzi ze jego facet serio serio teskni. Ale se wmawia. Ci kolesie sami se pod gore robia. Lund jest podejrzany.

  8. TigramIngrow pisze:

    Ja pierdolę, faceci to naprawdę tępe dzidy. Wkurwia mnie już ten cały Nick. Takie „chodź chlebie, zjem ciebie”. No żesz do kurwy, ile się można ze sobą pieścić w ten sposób tylko się od siebie oddalając?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s