Across The Cursed Lands II – 26 – Pośrednik

Poranek w odczuciu Jeffersona Blacka był normalny, chociaż zaskakująco chłodny. I nie ze względu na temperaturę powietrza. Ostatni raz spał zupełnie sam i nie w łóżku już jakiś czas temu i teraz, budząc się ze wschodem słońca, dopiero zdał sobie z tego sprawę.
Nie budząc lekarza, wstał po cichu i na chwilę oddalił się od obozowiska. Wczoraj natknął się podczas swojego małego polowania na gniazdo w wysokiej trawie. Nie wiedział do jakiego zwierzęcia należało, ale teraz miał ochotę na jajecznicę. Kilkanaście minut później już grzał ją na maleńkiej patelni, na powoli stygnących, wciąż jednak żarzących się na czerwono kamieniach, piasku i ziemi.
William przebudził się, kiedy jajka akurat się ścinały. Przekręcił się na bok i uchylił powiekę spod kilku rozburzonych kosmyków. Jego wzrok jakoś szybko zmienił się z zamglonego na dość poważny i czujny.
— Dzień dobry — wymruczał i usiadł, zsuwając przy tym z siebie koc.
— Dobry, dobry. Zjesz jajka — poinformował go Jefferson, kucając tuż przy małej patelni. Był już w pełni ubrany, chociaż nie złożył wszystkich swoich rzeczy.
— Jajka… — powtórzył William, lekko się wychylając, by wciągnąć ich zapach. Lubił jajka. — Znalazłeś gniazdo? — dopytał, sięgając po swoje buty nad kostkę, które stały kawałek od posłania.
— Tak, chociaż nie wiem konkretnie czego. Były jednak świeże, więc zrobiłem jajecznicę — odpowiedział i jeszcze poszurał widelcem po patelni, nim w końcu zdjął ją z ciepła. Postawił ją na ziemi przed Williamem. — Przyniosę ci łyżkę.
Lekarz spojrzał na niego krótko. Bardzo krótko jak na siebie, bo dotychczas Jefferson był przyzwyczajony do tego, że ten wzrok, jak raz się przykleił do jego ciała, to nie odwracał się przez minimum dziesięć sekund.
— Dziękuję — odpowiedział blondyn i zabrał się za wiązanie butów, chociaż śniadanie bardzo kusiło.
— Mhm — usłyszał z boku, a kiedy Jefferson usiadł obok niego i wręczył mu łyżkę, sam przysunął patelnię i wziął widelcem pierwszy kęs. Był głodny.
William najpewniej też, mimo że dopiero się zbudził. Ale kiedy skończył wiązać buty, chętnie zabrał się za jedzenie. Mniej chętnie się odzywał, bo jak zwykle Ranger mógł szybko usłyszeć jakąś uwagę chociażby związaną z obserwacją pogody czy obolałymi nogami, teraz słyszał tylko szuranie łyżki o patelnię i przełykanie. Sam też jakoś nie kwapił się do zaczynania pogawędki. Nie bardzo wiedział o czym. Wczorajsza rozmowa była ciężka i nie do końca wiedział, co z nią teraz zrobić.
— Studiowałem wczoraj mapę — William uratował go i odezwał się pierwszy. Nie spojrzał jednak na niego, a wciąż skupiał się na wyskrobywaniu jajka z patelni. — Z moim tempem jazdy powinniśmy być na miejscu do czterech godzin.
— To dobrze. Coś się wyjaśni niedługo… Chociaż coś.
— Będę nalegał, bym mógł zbadać to serce. Liczę na to, że kimkolwiek ten człowiek jest, wyrazi zgodę — dodał, chociaż równocześnie przez myśl mu przeszło, czy jeśli by się zgodził, to czy Jefferson nie dostałby w tym czasie innego zadania. W końcu teoretycznie nie był potrzebny przy badaniach.
— A gdzie je zabrać? — zaciekawił się Jefferson, jednocześnie mając dość podobny tok myślenia do lekarza. Czy dziś po południu nie dostaną jakichś nowych wytycznych?
— Jeśli mają odpowiednie laboratorium w kwaterze w Kansas City, mogłoby być tam. Jednak w szpitalu, w którym pracuje moja matka, w Chicago, jest wręcz nieograniczony dostęp do różnych substancji i narzędzi, więc byłoby to pewniejsze i wygodniejsze dla mnie — przyznał William, który już wiele o tym myślał. W swoim rodzinnym mieście, o którym przez ostatnie dwa lata wiele się słyszało, miałby olbrzymie możliwości. Chicago rosło w siłę na polu technologii, medycyny i ogólnie postępu.
Jefferson pokiwał głową i kiedy skończyli jeść, zabrał swoje rzeczy, aby spakować je na siodło.
— Niegłupi pomysł. Tylko teraz jest ponoć pełno mutacji w tym całym Chicago.
— Mapa mówi, że więcej wokół, niż w mieście. Miasto jest bezpieczne — zaoponował William, którego światopogląd zakładał, że miasto równa się cywilizacja i bezpieczeństwo, a natura równa się nieprzewidywalność i drapieżcy. Oczywiście doświadczył, że zdarzają się wyjątki, jak pożar w Chicago, ale przecież piorun nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce.
Również zabrał się za zwijanie obozu i przygotowywanie do dalszej podróży. I mimo że prowadził z Jeffersonem rozmowę dość spokojnie i rzeczowo, wciąż czuł dziwny ciężar. Nie podobało mu się to. Bardzo. Lubił, kiedy było między nimi… dobrze. Ale mimo że wiedział, że teraz to on sam miał wpływ na to, jak się dogadywali, to nie potrafił być w pełni rozluźniony i przyjazny.
— Bo je ponoć ogrodzili, bo ataki były codziennie — Jefferson pochwalił się swoją wiedzą, nie wiedząc do końca, czy jest prawdziwa. Tak słyszał. — I zbieramy się, czy coś jeszcze? — spytał, chcąc jakoś nawiązać do wczoraj. Nie mieli daleko do człowieka z TABiW, a nie wiedział, czy jeszcze po spotkaniu z nim będą mogli zadecydować coś sami.
William rozejrzał się, czy czegoś nie zapomnieli i podszedł do Pigmenta, który był uwiązany, ale całkiem luźno. Jak zwykle, nie zareagował specjalnie na chwilową wolność ani w ogóle na obecność swojego pana obok. Jadł.
— Możemy jechać, jeśli jesteś gotów — odpowiedział lekarz, tym razem na dłużej zatrzymując spojrzenie na postaci swojego towarzysza. — Chyba, że…
— Chyba, że…?
William zawahał się, po czym jednak wskoczył, jak zwykle wyjątkowo niezgrabnie, na Pigmenta.
— Porozmawiać możemy w drodze. Nie ma co marnować czasu — zdecydował, mimo że planował zrobić to w spokoju, na stojąco.
Jefferson mruknął jeszcze coś do siebie, pod nosem. Niewyraźnie i do złudzenia brzmiąc jakby przeklinał, po czym podszedł do Williama i położył mu dłoń na udzie, a drugą przytrzymał konia, aby nigdzie się nie ruszył.
— To powiedzmy, że byłoby tak, jak sobie ludzie obiecują. Albo, że… no — psyknął między zębami, patrząc przez chwilę na linię horyzontu, a nie na swojego rozmówcę. — Jak chcesz, to ze mną, a jak ja, to z tobą. Tylko. No i tylko tak. I by ci tak pasowało? Byłoby w porządku? — spytał, krzywiąc się lekko, bo stał pod słońce.
Nawet nie musiał się jakoś doszukiwać emocji na twarzy Williama, bo wyraźnie widział jego zaskoczenie. I fakt, że ten milczał przez kilka dobrych sekund, też mógł świadczyć o tym, że się tego nie spodziewał. Potem jednak jego dłoń z rożka siodła powoli przesunęła się w kierunku dłoni Jeffersona, ale palce zaledwie ją musnęły.
— Tak… Byłoby w porządku — odpowiedział w końcu. — I chcesz tego, tak jak ja?
Jefferson nadal mrużył jedno oko, patrząc na lekarza.
— Nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Chyba… Najwyżej ci powiem, czy coś. Ale głupio mi, jak się tak krzywisz i zachowujesz jak koń ze złamaną nogą. Ani odstrzelić, ani pomóc. A jesteś… no… dobrym kompanem.
William uśmiechnął się do siebie leciutko, chyba pierwszy raz od wczorajszej sprzeczki. Porównania Jeffersona go bawiły. W większości przypadków były powiązane z jakimś zwierzęciem.
— Mówiłem ci kiedyś, że jak porównasz mnie do konia, to już będzie poważna sprawa — odpowiedział, po czym pochylił się w dół, trzymając się siodła i… pocałował Jeffersona.
Ten westchnął z wyczuwalną, a przynajmniej dla siebie, ulgą. William niepokoił go, kiedy był taki wygaszony, a on też nie był dość cierpliwy, aby czekać, aż mu przejdzie. Z drugiej strony… Z Williamem miał seks regularnie, kolejny okazjonalny z kimś obcym mógł mu się trafić nawet za rok, więc nie czuł, że coś traci w zamian za swoją obietnicę. Miał tylko nadzieję, że William nie będzie oczekiwał od niego jej przestrzegania, jeśli dziś po południu jeden uda się do Chicago, a drugi z powrotem do Kansas City i nie zobaczą się przez kolejne pół roku albo więcej.
— No — podsumował, kiedy lekarz się od niego odsunął. Też się uśmiechnął i poklepał towarzysza po policzku. — To załatwione.
William skinął głową. Niekiedy prostota Jeffersona była dla niego… skomplikowana i nie potrafił odpowiednio się do niej dostosować, aby łagodzić niektóre konflikty. Ale w tym przypadku pomogła. Przynajmniej miał nadzieję. W końcu nie był pewien, czy Jefferson odpowiednio zrozumiał, co go w tym wszystkim zabolało, ale zachowywał się tak, jakby rozumiał.
— Tak. Wiemy, czego od siebie oczekiwać — odpowiedział, nie dodając głośno „przynajmniej na te kilka godzin”. Nie chciał uzmysławiać sobie, że mogą się pożegnać jeszcze dziś. Jeśli już tak miałoby się stać, nie chciałby, żeby to było dziś. Po wczorajszym ciężkim wieczorze, nieprzyjemnej, chłodnej nocy i ze świadomością, że to nie on był ostatnio blisko z Jeffersonem.
Jeff uśmiechnął się znowu kątem ust, strzelił Williama w udo, wręcz boleśnie i dopiero się odsunął.
— No i trochę się rozchmurz, bo aż mi wczorajsza kolacja na żołądku leży, jak jesteś taki osowiały! — rzucił przez ramię, podchodząc do czarnego ogiera i wskakując na jego grzbiet jak sprężyna.
Lekarz znowu przytaknął, choć nie potrafił się tak do końca rozchmurzyć. Wciąż niechciane myśli nie dawały mu spokoju. Widział, że Malvin dziwnie się patrzył na Rangera. Mógł się domyślić.
— Jeśli opuścimy razem domostwo tego człowieka, będę musiał ponownie napełnić twoją fiolkę — rzucił, spinając lejce Pigmenta, kiedy ruszył za Jeffersonem niespiesznym stępem przez trawę.
Ranger obejrzał się na niego i prychnął pod nosem. Czuł się już lepiej niż wczoraj, chociaż wolał nie patrzeć w żadne lustro, bo czuł, że jednak boli go miejsce, gdzie oberwał. Od Williama. To go bawiło w tym najbardziej.
— A nie wystarczy jedna? Jak już ustaliliśmy, że tylko wspólnie będziemy ją opróżniać?
— Gdy ja jestem za twoimi plecami, łatwiej mi sięgnąć do swojej szyi, by cię nawilżyć. Tobie też łatwiej będzie zająć się mną, gdy będziesz miał ją bliżej. Boli mnie każda chwila zwłoki, by cię dotknąć, gdy jest już między nami gorąco — zaoponował swoim spokojnym głosem William.
Było chłodno jak na początek sierpnia, zapewne przez ten wiatr, ale… czuł się odrobinkę lżej. Jeff w końcu zgodził się na wyłączność. Miał wrażenie, że to bardzo wiele.
Sam był człowiekiem, który miał… duże potrzeby. I nigdy dotąd nie udało mu się, a nawet nie szukał czegoś takiego, co miał z Jeffersonem. Po prostu miał kontakty z mężczyznami, którzy przychodzili na seks i odchodzili, by powrócić za kilka tygodni. I nigdy przecież nie pytał, czy robili to z kimś innym, nie interesowało go to. Dlaczego więc teraz czuł się inaczej?
Teraz czuł, że Jefferson jest bardziej… jego. Że to przecież takie proste i oczywiste, że powinni tak działać, że skoro mają siebie, nie powinni mieć nikogo innego. A to w swej prostocie było tak proste, że aż niezrozumiałe. I William czuł, że jeśli razem podążą dalej, to będzie się nad tym zastanawiał dużo głębiej niż nad zagadką dziwnego stanu serc w słoiku, czy nad motywami działania Johna Smitha. Bo zagadka medyczna zawsze jest logiczna, a to… to było coś innego, coś, czego do końca nie rozumiał.
I nie tylko on, jednak jego towarzysz, idąc na łatwiznę, postanowił o tym nie myśleć. Nie należał do tęgich umysłów, przez co nie raz kłócił się z Isaakiem Hamiltonem, ale to miało też swoje plusy.
Brał większość rzeczy takimi, jakie są.

*

Kiedy zboczyli z drogi na lewo, tak jak mówiła im mapa, już byli pewni, że osoba, do której zmierzali, nie mieszkała w żadnym miasteczku. William był tym wręcz zaskoczony, bo spodziewał się, że dotrą do miasta połączonego koleją z Kansas City. Podejrzewał, że członkowie TABiW muszą być w ciągłym kontakcie, a oni zmierzali gdzieś w stronę rzeki Ohio, na dziwnym odludziu. Co prawda wokół znajdowała się sieć wyjeżdżonych dróg, ale i tak spodziewali się, że do najbliższego miasta nie było specjalnie blisko.
— To może gdzieś za tymi drzewami — zasugerował, popatrując to na mapę, to na krajobraz przed sobą.
— Pojedziemy tą drogą i zobaczymy — Jefferson skinął brodą na wąską, piaszczystą drogę tuż przed nimi.
Po jej bokach rosły pojedyncze drzewa dające odprężający cień. Czym bliżej rzeki byli, tym więcej mijali zarośli oraz wysokich, liściastych drzew, na których gałęziach gęsto rosły liście. Niedaleko po ich lewej musiały też być tereny, gdzie rzeka wylewała, bo trawa tam była inna. Wysoka, o grubych liściach, do tego krzaki w niej ukryte były niskie i rozłożyste. Grunt musiał być niestabilny i Ranger nie miał najmniejszej ochoty tam trafić.
William westchnął cicho do siebie i schował mapę z powrotem do kieszeni w kamizelce. Już kilkanaście razy dzisiaj upewnił się, czy ma słoik z sercami przy siodle. Oczywiście też sprawdził, czy substancja izolująca działa tak, jak powinna. I najwyraźniej bandamy Malvina Berry’ego były zdrowe, bo nic nie wskazywało na to, żeby się psuła.
William starał się myśleć neutralnie o tym mężczyźnie, choć za każdym razem, gdy zerkał na słoik, przypominało mu się, że Jefferson uprawiał z nim seks. Nie było to przyjemne, więc chciał już być na miejscu i zająć myśli czymś innym. Do tego jego towarzysz wydawał się naturalnie beztroski. Jakby temat był skończony, nic się nie stało i to wszystko było już przeszłością.
— Jest jeszcze coś w notatkach tego przylizanego chuja? O tym do kogo jedziemy? — nawiązał Jefferson, zerkając lekko za siebie na towarzyszącego mu lekarza.
— Jedynie jego inicjały. A. A. Nie wiem o nim nic więcej. Sam wiesz, że ta mapa jest dość ogólna, zapewne z uwagi na bezpieczeństwo tych osób.
— Wiem, ale Isaac myśli, że jak do tego człowieka trafimy? Skoro nie wiemy nawet, jak wygląda? — fuknął znowu, negatywnie myśląc o Isaaku Hamiltonie, którego z czystą satysfakcją nazywał „przylizanym chujem”.
— Na pewno nie ma w tej okolicy zbyt wielu domów. Możemy zapytać domowników o drogę — zasugerował lekarz, mimo że uważał, że pytanie kogoś jedynie o inicjały jest co najmniej dziwne. Na szczęście Jefferson był Texas Rangerem, więc to mogło zadziałać.
Chciał jeszcze coś dodać, ale gdy tylko wychylili się za kolejne wysokie i bujne drzewo, ujrzeli postać. Siedziała całkiem blisko na jakimś zwalonym pieńku i plotła wianek. Wyglądała na nie więcej jak jedenaście, dwanaście lat, miała dwa, wyjątkowo długie i ciemne warkocze, a do tego patrzyła na nich w milczeniu, czujnie, wręcz z podejrzeniem mrużąc oczy. Ale mimo całej napiętej postawy, jej dłonie wciąż pracowały nad splotami.
Jefferson na widok dziecka rozejrzał się dodatkowo, czy nigdzie w pobliżu nie ma jego rodziców bądź rodzica. Nikogo nie zauważywszy, zatrzymał Oficera tuż przy pieńku, na którym siedziała dziewczynka.
— Witaj — skinął jej głową, unosząc rondo kapelusza. — Sama tak tu siedzisz?
— A widzisz kogoś innego? — odpowiedziała, unosząc wymownie brwi. Głos oczywiście miała dziecięcy, ale dość… butny. Podobnie jak to czujne spojrzenie dużych, niebieskich ślepi.
Nie wyglądała na zaniedbaną, więc obaj towarzysze byli pewni, że nie jest porzuconą sierotą. Miała na głowie ładny, słomiany kapelusz, skórzane, nieznoszone sandały oraz sukienkę wiązaną z przodu rzemykami. William ocenił też jej skórę na zdrową, opaloną, a dłonie wyjątkowo ruchliwe i zwinne.
— Nie, dlatego też cię pytam, czy jesteś tu sama — odpowiedział Jefferson, nie tracąc rezonu. Przywykł do takich odpowiedzi. — Gdzie najbliżej znajdziemy kogoś dorosłego? Bo sadząc po twoim tonie, nie powiesz nam, co tu robisz, hm?
— Chyba widać. Plotę — odfuknęła, mrużąc oczy, jakby chciała wystrzelić gromami w Jeffersona.
— Dla kogoś z rodziny? Może dla mamy? — odezwał się William, chcąc wrócić do tematu kogoś dorosłego. W końcu dziewczynka na pewno wiedziała coś o okolicznych mieszkańcach.
— Mamy nie ma. I dla siebie plotę. Chybaaaa że chcesz kupić — dodała łaskawym tonem, jakby lekarz tylko marzył o posiadaniu na głowie kwiecistego wianka.
— Nie, dziękuję. Ale mój przyjaciel zadał ci pytanie.
Dziewczynka fuknęła znowu i zaplotła do końca wianek. Potem nałożyła go na swój słomiany kapelusz i zeskoczyła z pieńka.
— Za tymi drzewami mieszkam — pokazała drogę biegnącą w stroną rzeki. — Z bratem, tatą i mamą. Ale mamy nie ma — powtórzyła.
— Ale ojciec jest. To z nim pojedziemy się zobaczyć — Jefferson zmierzył dziecko spojrzeniem z góry, a potem wychylił się do niego w dół z wyciągniętą ręką. — Pojedziesz z nami, skoro już zdążyłaś skończyć wianek.
Dziewczynka założyła ręce na piersi, patrząc na mężczyznę długą chwilę. Wychyliła się jeszcze, zaglądając, gdzie trzyma broń i dopiero z pomocą jego dłoni wskoczyła na siodło. Williama wyjątkowo ukłuło w serce, że zrobiła to bardzo zwinnie, pewnie i bez strachu.
— Jedźmy zatem! — oznajmiła tonem osoby, która czuje się w tym momencie bardzo ważna.
Młody mężczyzna uśmiechnął się pod nosem i jedną dłonią objął dziewczynkę w talii, a drugą poprowadził karego ogiera we wskazaną stronę.
— Bardzo pewna z ciebie młoda dama.
— Wiem. Tak trzeba, żeby sobie radzić w życiu — zapewniła dziewczynka, brzmiąc, jakby powtarzała nauczaną przez kogoś mantrę. W jej głosie słychać było, że bardzo w to wierzy.
— I twoja mama cię tego nauczyła? Czy tata? Jak w ogóle się nazywasz? — Jefferson wypytywał ją, skoro ta zdecydowała się mówić, a nie zbywać go.
— Florence — odpowiedziała poważnym głosem i zarzuciła warkocze do tyłu. Trzymała się przy tym luźno jedną ręką siodła i wydawała się przy tym bardzo swobodna. — A nauczyła mnie mama. Mama jest bardzo mądra, ale jej nie poznacie.
— Tata, mamy nadzieję, że też jest gościnnym człowiekiem? — zapytał William, delikatnie spinając boki Pigmenta, żeby przyspieszył, a nie wlekł się tak mozolnie za Oficerem i robił mu wstyd.
— Jest, jest. O, tam mieszkamy!
Kiedy Jefferson i William unieśli spojrzenie we wskazanym kierunku, ujrzeli piętrowy domek. Nie był duży, ale miał w swoim ogrodzonym polu studnię i kilka skrzyń. Ujrzeli nawet drewnianego konika stojącego obok ganku. Z komina unosił się dym.
— Bardzo ładnie — Jefferson pochwalił ich domostwo, mimo że uważał je za zwyczajne, jakich wiele w całym kraju. Niczym się przecież nie wyróżniało. — A powiesz nam jeszcze, jak rodzice mają na imię? I wiem, że się nie boisz, ale nie musisz się nas obawiać. Mój towarzysz jest lekarzem, a ja stróżem prawa.
— Mama nazywa się Adela, a tata Gavin. Tatę zaraz zawołam, bo nie możecie wchodzić bez jego zaproszenia — odpowiedziała dziewczynka i zanim Jefferson zdążył cokolwiek dodać, zsunęła się zwinnie z Oficera i pobiegła szybko w stronę domu. Trzymała się przy tym za kapelusz, żeby wiatr nie zwiał jej go z głowy.
William delikatnie ściągnął brwi i zrównał się z Rangerem.
— Myślisz, że to ci ludzie są członkami agencji? — zapytał z lekkim niedowierzaniem w głosie. Jeśli rzeczywiście mieszkali tutaj całą rodziną, to dlaczego mieliby pracować dla tajnej agencji?
— Nie wiem, ale warto się dowiedzieć. Nie wiemy, jak się nazywają, ale mąż ma na imię Gavin, więc nie pasuje. A żony nie ma w domu, co też nam nie pomaga — odparł Ranger, patrząc w stronę domu, gdzie w drzwiach właśnie znikła Florence. — A miejsce przynajmniej orientacyjnie się zgadza? — spytał lekarza, gotów samemu zajrzeć do map, jeśli ten nie byłby pewien. — Spokojnie tu — dodał do siebie, rozglądając się. Wodząc wzrokiem po niskim płocie, drzewach dających cień, ławeczce stojącej między nimi… Ogólnie po okolicy. Czy nic nie zamąci jego osądu?
— Miejsce tak, ale może nieopodal jest jeszcze jeden dom… — odmruknął William, w duchu niepocieszony takimi komplikacjami. Lubił, kiedy wszystko było jasne. Chociaż to nie dotyczyło medycznych zagadek. One, kiedy posiadały wiele niewiadomych, były wyjątkowo intrygujące.
Ujrzeli, jak z drzwi domostwa wyłania się męska postać, a potem macha do nich, żeby podjechali bliżej. Tuż przy gospodarzu stała jego córka, z założonymi na piersi rękami i wyprostowanymi plecami.
— Zobaczymy — rzucił Jefferson, nim pociągnął lejce Oficera, aby ten skręcił i ruszył w stronę mężczyzny, który wyszedł im na spotkanie. Kiedy był już na tyle blisko, aby dało się rozmawiać, zatrzymał się i skinął mu na powitanie kapeluszem. — Dobry. Mamy nadzieję, że nie przeszkadzamy zanadto.
— Nie. Jesteście przejazdem? — zagadał mężczyzna, schodząc ciężko z ganku.
William w myślach ocenił go na „pokaźnego”. Oczywiście daleko mu było do postury generała Orkezny, który osobiście lekarza tym wyjątkowo zaskoczył, ale i tak umiał poszczycić się szerokimi barkami. Do tego szelki opinały się na jego ramionach dość mocno. Gęsta, ciemna broda okalała jego twarz, chociaż włosy miał bardzo krótko przycięte. A spod krzaczastych brwi spozierały na nich podobnie niebieskie do tych Florence oczy.
— Flo mówiła, że szukacie kogoś dorosłego — dodał z lekkim uśmiechem i kiedy stanął już o krok przed Oficerem, wcisnął dłonie w kieszenie.
— Mhm, dokładnie tak. Szukamy tu poleconego nam człowieka, mamy nadzieję, że pan nam pomoże — Jefferson przejął dowodzenie w rozmowie. Nie wdawał się ani w szczegóły, ani nie był zbyt ogólnikowy, jak przynajmniej miał nadzieję.
Gospodarz uniósł pytająco brwi, popatrując na obu gości, a William dodał:
— Skierował nas tu pan Hamilton.
Najpierw po usłyszeniu tego nazwiska Gavin skrzywił się i chyba odruchowo splunął przez ramię. Potem uśmiechnął się do nich z większym zrozumieniem i zawołał przez ramię:
— Flo! Zajmijcie się z Quinnem końmi naszych gości! Zostaną na obiad!
Jefferson obejrzał się jeszcze na Williama i dopiero zeskoczył z siodła. Z równą lekkością co dziewczynka wcześniej, ale do tego widoku lekarz przywykł.
— Widzę, że zna pan w takim razie naszego „drogiego” przyjaciela, pana Hamiltona? — spytał, podając dłoń mężczyźnie przed sobą. Był podobnego mu wzrostu, ale starszy co najmniej o piętnaście lat. — Jefferson Black, miło mi.
— Gavin Hall. I ciężko mi nazwać Hamiltona przyjacielem. Moja żona, którą najpewniej Hamilton wam polecił jako pomoc, zwykła nazywać go lizodupem generała.
William delikatnie się uśmiechnął i również przedstawił się gospodarzowi, gdy stanął obok nich.
— Ten człowiek jest doprawdy nielubiany — skomentował, oglądając się przy okazji, jak Florence podbiega do Oficera, a za nią biegnie jakiś chłopczyk. Musiał być młodszy o kilka lat i nieśmiały, bo ani się nie przywitał, ani na nich nie spojrzał. Pewnie jednak złapał lejce Pigmenta i pociągnął go za siostrą i czarnym ogierem.
— Zapraszam — gospodarz wskazał im dom i sam ruszył w kierunku ganku. — Mam nadzieję, że będę mógł pomóc, mimo że żona udała się w drogę.
Jefferson obejrzał się jeszcze za dziewczynką i swoim czworonożnym towarzyszem. Miał nadzieję, że nic się nie stanie. Ani jej, ani Oficerowi, ale Florence wydawała się na tyle pewna, że mógł się o to nie martwić. Aż tak.
— Też mamy taką nadzieję, bo przyda nam się pomoc.
Gavin mruknął na potwierdzenie i wprowadził ich do środka. Było bardzo zadbane i czyste. Ze sporym kominkiem w salonie i równie dużym stołem, teraz pustym.
— Niech panowie usiądą dalej, na kanapie. Obiad będzie później, a na razie porozmawiamy — zaproponował, zdejmując buty jeszcze przed progiem pokoju gościnnego. Już boso wszedł na jasny dywan.
William poszedł za jego przykładem i pozbył się również kapelusza oraz płaszcza. Podobały mu się zapachy, jakie tu panowały. Nie było czuć zwierząt ani tej specyficznej, końskiej woni, która towarzyszyła mu ostatnimi czasy. Wyczuł za to jakieś zioła, a zapach ten dochodził z garnka ustawionego nad maleńkim ogniem w kominku.
Jefferson, też pozbywszy się butów, chociaż czując się z tym dziwnie, wszedł głębiej.
— Dziękujemy z góry za gościnę. A co do rozmowy, to jeśli możemy spytać… Jeśli małżonka jest teoretycznie osobą, której szukamy, to pan, jak bardzo jest… wtajemniczony?
Gavin zaśmiał się pod nosem, potarł po bujnej brodzie i usiadł ciężko w fotelu. Kiedy i dwójka jego gości zajęła miejsca, odrzekł:
— Na tyle, na ile powinienem być, jeśli ktoś z agencji przyjedzie po radę.
Jefferson skinął głową gorliwie, w duchu wzdychając z ulgą.
— W takim razie zna pan może sprawę Johna Smitha? Zostaliśmy wysłani jego śladem, ale ten zniknął przy jeziorze Laurel River, ale mamy coś w zamian za niego.
— Z tego co wiem, mieli panowie wyśledzić, jaki jest cel jego drogi. I tak, znam tę sprawę dość dokładnie. Generał uważa ją za priorytetową. A co macie panowie w zamian?
— Pokazałbym, ale jest to przy moim koniu. Chodzi o serca ludzi Johna Smitha, którzy… — odezwał się William i mówił dość długo, zdradzając szczegóły całej sprawy z porzuconym wozem z narządami i martwymi ludźmi z dziwnie zniszczonymi sercami. Pozwolił przy tym Jeffersonowi dodać szczegóły, które zapamiętał.
W tym czasie do domu wróciła Florence i jej młodszy brat. Dziewczynka bez słowa podeszła do garnka, by zamieszać w tym, co w nim było, a Gavin splótł dłonie na karku i odchylił się na fotelu.
— I teraz oczekują panowie dalszych rozkazów? — zapytał domyślnie.
— Byłoby dobrze wiedzieć, co dalej robić. I nie popełnić przy tym błędu, podejmując samodzielną decyzję — Jefferson siedział pochylony do przodu, z łokciami wspartymi o kolana.
Stracili Johna Smitha, ten przepadł jak kamfora, mieli serca w słoju wypełnionym dziwaczną wydzieliną, a do tego nadal nie posiadali wiedzy o celu przewożenia tych organów z ośrodka zdrowia w Luizjanie.
— Trzeba się nad tym głębiej zastanowić — przyznał Gavin i spojrzał na Williama. — Sugeruje doktor, by zbadać serca, z czym się oczywiście zgadzam. Sprawa wygląda podejrzanie. I… wygląda na to, że jest to na razie jedyna rzecz, jakiej możemy się uczepić, skoro Smitha nie ma.
— Najwyraźniej. Jeśli generał Orkenzy jest gotowy zaufać mojej wiedzy medycznej, chętnie się tego podejmę — odpowiedział poważnie lekarz. Sprawa wyjątkowo go intrygowała.
— A pan, panie Black? Moją propozycją byłoby, żeby z całym sprawozdaniem, jakie mi tu panowie złożyli, pojechał do Kansas, by zdać je generałowi.
Jefferson skinął głową, pośrednio się z tym zgadzając, jednak…
— A doktor Lockerbie gdzie planowałby robić te swoje badania? — spytał go, jednak zerknął też na goszczącego ich mężczyznę. Sam nie wiedział, co było lepsze dla sprawy, ale na pewno dla Williama samotna podróż gdziekolwiek nie była najbezpieczniejsza.
— Chciałbym w Chicago — zabrał od razu głos lekarz, zanim Gavin zdążył cokolwiek wtrącić. — Na pewno wie pan, jakie to daje możliwości dla zwykłego lekarza, a ja dodatkowo mam tam rodzinę, która ma z kolei dostęp do bardzo dobrego szpitala.
— Ooo, Chicago! — ucieszył się ich gospodarz. Nie wydawał się skrępowany obecnością córki, która właśnie doprawiała czymś najwyraźniej ich obiad. — To brzmi bardzo dobrze, ale nie jestem pewien, czy generał wyraziłby na to zgodę z uwagi na mutacje. Jest ich tam od groma, panowie! Chyba że umie się pan bronić, bo przyznam, że nie znam panów akt.
— Nie umie — odpowiedział Jefferson zamiast lekarza. — Byłem początkowo wyznaczony do ochrony doktora Showa, potem jego miejsce zajął właśnie doktor Lockerbie, dlatego też czuję się i jestem odpowiedzialny za jego bezpieczeństwo. Dobrze byłoby więc znaleźć jakąś inną możliwość, gdzie on nie zostaje sam. Oczywiście jeśli to możliwe — dodał, aby nie było, że na to naciska.
William nie pokazał nic po sobie poza profesjonalnym chłodem, chociaż gdzieś w środku czuł bardzo, bardzo silną nadzieję na to, że ten mężczyzna zezwoli na ich wspólną dalszą podróż. Chciał jechać dalej z Jeffersonem, poza tym… jeśli rzeczywiście wokół Chicago było tak niebezpiecznie, to on sam na Pigmencie, jadący przez te przeklęte ziemie, czułby się bardzo… bardzo zagrożony.
— Jeśli o mnie chodzi, najchętniej wysłałbym telegram do Kwatery, by zorientować się, czy nie są w stanie przysłać dodatkowych ludzi do ochrony przy podróży w stronę Chicago… Tam jest naprawdę źle — burknął Gavin i rozłożył ramiona. — Jechanie tam teraz to całkowite ryzyko.
— Więc co robimy? — spytał konkretnie Ranger. — Czy czekamy, licząc, że jakimś cudem ta substancja, w jakiej są serca, które mogą okazać się dość kluczowe, wytrzyma jeszcze trochę? Czy cofamy się do najbliższego miasta i tam doktor Lockerbie robi sobie gabinet, gdzie da radę to zbadać, a ja w tym czasie wracam do Kansas City? Czy ryzykujemy podróż na północ?
— Czas jest istotny, chciałbym wtrącić — odezwał się lekarz, zakładając nogę na nogę. — Substancja działa dobrze, ale do jakiegoś czasu. Jak też nie wiedząc, co jest nie tak z tym sercem, nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak długo pozostanie w obecnym stanie.
— Kurwa — mruknął Gavin i od razu jego córka wyprostowała się znad garnka, by do niego krzyknąć:
— Tato! Wyrażaj się!
Gavin zaklął jeszcze raz, ale bardziej pod nosem, co brzmiało jak „przeklęta, mała Adelka”. Potem znowu zwrócił się do swoich gości.
— A niech mnie, niech panowie jadą. Wyślę jeszcze jutro telegram, że zmierzają panowie do Chicago, a pan doktor mi poda adres, na który Hamilton będzie mógł wysłać telegram z dalszymi rozkazami.
— W takim razie postanowione. Jedziemy na północ i niech nam szczęście sprzyja, aby nie była to nasza ostatnia podróż! — Jefferson uśmiechał się, mówiąc to, jakby wyjątkowo się cieszył z zagrożenia, w jakie się pakują.
William miał ochotę go za to skarcić, ale sobie podarował. Cieszył się, że nie musiał się dzisiaj z nim żegnać. Tym bardziej, jeśli sam w drodze do Chicago zginałby z rąk jakichś szponów, szczęk czy czegoś gorszego.
— Dziękujemy za poparcie naszej propozycji. Zapewniam, że Chicago daje nam największe możliwości, jeśli chodzi o zbadanie tych serc — odpowiedział.
— Miejmy nadzieję, panowie, miejmy nadzieję — przytaknął gospodarz i klepnął się głośno w uda. — To co? Weźcie swoje bagaże ze stajni, dostaniecie pokój na noc i przyjdźcie na obiad. Lada moment będzie gotowy.
— Mhm — Jefferson zgodził się i kiedy wstał, klepnął Williama w ramię. — To pójdę po to wszystko, ty zostań i niech panowie porozmawiają — rzucił, nim wyszedł z pokoju. Już długo tu siedzieli i rozmawiali, na samo streszczenie Gavinowi tego, co przeżyli i co się wydarzyło w lesie niedaleko Laurel River, minęła ponad godzina. Miał nadzieję, że te dzieciaki dały ich koniom chociaż wodę.
William zgodził się z nim skinieniem głowy i ponownie spojrzał na gospodarza. W tym czasie w salonie pojawił się jego syn, najwyżej ośmioletni chłopiec, który zaczął rozkładać talerze i sztućce. Zapach jedzenia coraz bardziej unosił się w powietrzu i lekarz na szczęście nie czuł w nim mięsa. Było na pewno trochę pomidorów, ziół i chyba fasola.
— Pan, panie Hall, nie jest bezpośrednio zaangażowany w sprawy agencji? Pana żona jaką pełni tam funkcję, jeśli można spytać? — odezwał się do Gavina z zaciekawieniem.
— Tu chyba mnie pan ma, bo najwyraźniej jestem na tyle niezaangażowany, że sam do końca nie wiem, co robi Adela! — Gavin wybuchnął śmiechem i podrapał się po swoich krótkich włosach. Jego ramiona pod szarawą koszulą napięły się przy tym mocno, co nie umknęło uwadze lekarza. — Często jest w drodze, więc kiedyś się z niej śmiałem, że jest gońcem.
— Do czasu, aż ci za to brody nie podpaliła! — wtrąciła Florence, a jej brat zachichotał pod nosem. Gavin za to skrzywił się i machnął ręką.
— Z tego co wiem, amunicja i tajne informacje to jej domena. Więcej… niech ją ktoś przypala, a nie powie. Niby dla dobra mojego i dzieci.
William pokiwał głową ze zrozumieniem. To było dość jasne. I tak było dla niego zaskoczeniem, że tak swobodnie rozmawiali przy tych dzieciach.
— To ciekawi mnie, czy był pan kiedyś w kwaterze? Poznał pan generała?
— A byłem tam ze dwa razy, ale to, można powiedzieć, przejazdem, bo na długo tam nie zasiedziałem. Miałem jednak okazję poznać Hamiltona, ale i też generała. Jednak tylko za pierwszym razem. Nie zawsze jest dostępny — wyjaśnił, nie wdając się w szczegóły, których też nie znał za dobrze.
Nie był czynnie związany z organizacją, a jedynie przez swoją żonę. Dostawał mimo tego upoważnienia, a z racji tego, że kiedyś też pełnił ważną, rządową funkcję, a teraz zażywał przyjemności jej opuszczenia, to dostał od generała upoważnienia, aby pod nieobecność Adeli móc decydować i radzić członkom TABiW.
— Faktycznie wyglądał na zajętego człowieka — przyznał William. — I z tego co zauważyłem, ma liczne protezy. Wie pan może, co mu się stało?
— Nie mam pojęcia. Nie wiem nawet, czy nasz ulubiony pan Hamilton wie! — Mężczyzna zaśmiał się pod nosem i potarł brodę. — A pan co? Miał z nim styczność?
— Bardzo krótką. Nie wyglądał na mężczyznę, który chętnie porozmawia o życiu przy szklance whisky — przyznał William, a dzieci zawołały ich do stołu. A przynajmniej Florence, bo Quinn tylko usiadł na krześle i grzecznie czekał, aż pozostali usiądą. — Ach, zanim zaczniemy jeść… — lekarz przypomniał sobie coś i uniósł się z kanapy, aby sięgnąć do małego mieszka przy pasie. Tam miał w końcu te podejrzane, niebieskie kamienie, które zebrali przy jeziorze. Wyciągnął je do gospodarza. — John Smith spalił budynek, w którym działo się coś na pewno związanego z tymi kamieniami. Znaleźliśmy zejście do groty, w której było ich bardzo wiele.
— W sensie, składowali je tam, czy wydobywali? — spytał Gavin, biorąc w dłoń kamyczki i przyglądając się im pod światło.— Możemy je jutro wysłać. Dobrze, że panowie zebrali więcej niż jeden.
— Było ich tam bardzo wiele i wyglądało na to, że je wydobywali. Niestety, wnętrze budynku było w zgliszczach, więc nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co tam robili. Ale może warto by było, jeśli oczywiście agencja ma odpowiednich ludzi, wysłać tam kogoś, by zbadał sprawę. Niestety, ja znam się tylko na medycynie i mechanice.
Mężczyzna pokiwał głową, chwilę obracając niebieski kamień w palcach. Przysunął go do nosa, wąchając go zaraz po tym, jak potarł go w dłoni o inny. Potem jeszcze coś rzucił, aby gość siadał do stołu i poszedł zamoczyć jeden kryształek w wodzie.
W tym czasie do domostwa wszedł Jefferson. Był obwieszony bagażami, ale widząc, że obiad został podany, zostawił wszystko przy drzwiach.
— Pięknie pachnie! — uśmiechnął się, mówiąc do małej kucharki.
Gavin po ponagleniach córki także dosiadł się do stołu.
— Mam wrażenie, jakbym gdzieś już coś takiego widział — mruknął, nim życzył wszystkim smacznego. Patrzył na wilgotny kamień, który dzięki temu zyskał żywszej i wyraźniejszej barwy.
— Tato, jedz — burknęła Florence, kiedy przeżegnała się i sięgnęła po łyżkę.
Jej brat zrobił to samo, nie odzywając się ani słowem. Jedzenie pachniało warzywami, pływały w nim też grubo skrojone kartofle, a w szklankach na stole był chyba jakiś sok, a przynajmniej tak ocenił William. Za jedzenie zabrał się z radością. Brakowało mu czegoś ciepłego.
— Może ludzie w kwaterze się czegoś dowiedzą. Jestem ciekaw, jak powiązane są te minerały z wyciętymi narządami. Przyznam, że jestem dość zdezorientowany — odezwał się, gdy już posmakował jedzenia.
Jefferson także zabrał się za obiad, przyjmując strategię Quinna i na razie nie odzywając się słowem, tylko jedząc. Cieszył się, że William przejął inicjatywę w dyskusji, a także, że nie będzie wracał do kwatery. Podróż dalej na północ wydawała mu się dużo ciekawsza i bardziej ekscytująca.
— Ja też, ja też… Tym bardziej, że… No, do jasnej cho… — Gavin zaczął, ale uciszył się pod naporem córki i odłożywszy kamyczek, zabrał się wreszcie za obiad. — Tym bardziej, że naprawdę już to gdzieś widziałem. Ale cóż, panowie? Teraz nic z tym nie zrobimy, a i wy macie się martwić tym sercem, a nie kamieniem.
— Z tym na pewno zrobię coś więcej — przyznał William. Popatrywał to na tego sympatycznego mężczyznę, to na Jeffersona, bo szczęście chciało, że ten usiadł naprzeciwko niego. Naraz jednak do jego głowy dotarła pewna myśl, więc szybko zapytał: — A niech pan wybaczy, ale na mapie od pana Hamiltona to miejsce opisane było inicjałami A.A. Pan z kolei ma na nazwisko Hall?
Gavin roześmiał się ze skrępowaniem i pomachał łyżką.
— Adela ma Allen. Nie chciała zmienić, uparta kobieta.
— A długo się państwo znają? — tym razem Jefferson zabrał głos, już prawie kończąc. William przywykł do tego, że ten je wyjątkowo szybko. Jakby zawsze gdzieś mu się spieszyło.
Gavin ściągnął swoje grube brwi i spojrzał na córkę.
— Flo, ile ty masz lat?
— Tato…! — oburzyła się dziewczynka, na co jej ojciec roześmiał się w głos, jakby udał mu się bardzo dobry kawał.
— Oj, no z dwanaście, trzynaście lat będzie.
— I cały czas tu mieszkacie? A raczej pan mieszka z dziećmi? — Ranger uśmiechnął się uszczypliwie, widząc po przykładzie, chociażby sprzed chwili, że może pozwolić sobie na taki dowcip.
Gavin znowu zachichotał, mieszając w swoim daniu i zapatrując się na nie.
— To Adela jest bardziej niesfornym duchem, nie usiedzi na rzyci.
— Bo mama dużo pracuje… — szepnął Quinn, nie unosząc spojrzenia. I tak ledwo wystawał ponad wysokim stołem i widać było głównie burzę jego ciemnych włosów oraz długie rzęsy.
— I zawsze dużo podróżowała. Widać, nie zmieniło się to za bardzo, ale czasem udaje nam się ją tu zatrzymać na jakiś miesiąc — dodał Gavin.
— Jeff też nie umie usiedzieć w jednym miejscu — wtrącił się William. — Czasem mam wrażenie, że pośpiech spowodowany naszym zadaniem jest dla niego tylko wymówką, by jak najszybciej jechać dalej.
Ranger spojrzał na lekarza z dystansem.
— Mamy pracę. To chyba normalne, że lepiej się nie ociągać. Zresztą, sam byś najpewniej gdzieś osiadł, gdybym cię nie popędzał.
— Zapewne nasze przystanki trwałyby dłużej niż nocleg i śniadanie, ale znam wagę tego, co robimy — William zapewnił spokojnie.
Dzieci tylko popatrywały na nich znad talerzy i szklanek z sokiem, a Gavin uśmiechnął się, choć gdy robił to tak delikatnie, niezbyt to było widać, bo brodę i wąsy miał bujne.
— Dogadałbyś się z moją żoneczką — rzucił do Jeffa. — A i wiecie, że w Chicago nikogo nie mamy? Jakbyście czegoś potrzebowali, to stamtąd chyba najbliżej z powrotem do kwatery… albo do miejsca zamieszkania generała, bo słyszałem, że on też nieopodal… ale o tym to chodzą tylko plotki… — dodał z zamyśleniem.
— To on nie mieszka w Kansas City, w kwaterze? — Jefferson podziękował za posiłek i teraz, dając czas Williamowi na posilenie, zajmował gospodarza. Cóż, nie spieszyło im się w tej chwili nigdzie, więc mógł go trochę zagadać. Zresztą, chyba nie miał tu często gości. — A i, często tu ktoś bywa? Zostaliśmy przydzieleniu temu zadaniu, ciekawi mnie więc, czy obecnie wiele się tu dzieje?
— Nie ma tu często gości, ale jak widzicie, pokój gościnny mamy i co jakiś czas ktoś z niego korzysta. Agencja prowadziła swego czasu czynną walkę z KKK, więc jak jeszcze Quinna na świecie nie było, gości mieliśmy tu co tydzień, dwa — opowiadał Gavin, skupiając na sobie wzrok wszystkich przy stole. — Nawet doktor Show był tu raz.
— Mieliśmy swego czasu z nim przyjemność. Jednak uległ wypadkowi i zastąpił go doktor Lockerbie — wytłumaczył Jefferson i krótko zerknął na Williama. — Rozumiem, że jest też osobistością w TABiW?
— Ta… Są tam perełki. Tacy jak ja to tylko szeregowcy, ot, od zadań mniej ważnych. W kwaterze na pewno poznaliście doktora Lunda, który zna się na chemii lepiej niż sam Show. Hamilton też jest znany wszem i wobec, nie tylko ze względu na swój… jad! — Gavin roześmiał się gromko i wygrzebał resztki kartofli z dna misy. — Jest jeszcze paru, jak choćby Adelka, kilku doradców samego prezydenta czy spec od mutacji.
Jefferson zaśmiał się pod nosem.
— To ta menda coś umie poza sączeniem tego jadu? — żachnął się, a widząc, że córka Gavina wstaje od stołu, aby zebrać talerze, kiedy wszyscy zjedli, ruszył z pomocą.
— Oczytany człowiek z niego. Jakbyś zapytał, to by ci zacytował niejedną pozycję, co do słowa — przyznał niechętnie gospodarz, przeciągając się na krześle.
Quinn w tym czasie podziękował i również pomógł siostrze i Jeffersonowi zanieść brudne naczynia do kuchni. William skorzystał z tego i wstał.
— Ja na razie przeproszę i pójdę opisać nowe informacje w liście. Skoro mamy to posłać do kwatery, chciałbym możliwie najdokładniej wszystko przedstawić.
— Ależ proszę bardzo. Nie będę panu przeszkadzać. Quinn, pokaż panu pokój, co?! — Gavin zawołał syna, widząc, że ten jest w kuchni najbardziej zbędny.
Ranger jeszcze obejrzał się na Willa i dodał, kiedy przelewał zupę z garnka do podstawionego przez dziewczynę słoja:
— Potem do ciebie dołączę i przyniosę rzeczy.
William przytaknął i wyszedł za synem gospodarza z saloniku, czując się naprawdę komfortowo z myślą, że spędzą wieczór i noc w takich warunkach. Mimo że od urodzenia mieszkał w większym domu i ze służbą, tak ostatnimi czasy lepiej odnajdywał się w takich spokojnych miejscach. Właściwie to od czasu pożaru w Chicago. Tak czuł się spokojniej i bezpieczniej, a i praca w tych warunkach wydawała się przyjemniejsza. Nawet jeśli w tym momencie miała ograniczyć się do spisania ich doświadczeń od czasu wyjazdu z Kansas City. A trochę się tego działo. Chociaż, miał wrażenie, że w czasie tej drogi więcej się działo w sferze kontaktów między nim a Jeffersonem. Od skrajnie złych, przez nawet dobre, aż znowu po złe, kiedy… okazało się, że nie myślą podobnie o sobie nawzajem. Na szczęście tych kwestii nie musiał poruszać w raporcie, a jedynie swoje i Jeffersona wnioski i spostrzeżenia odnośnie tego, co zobaczyli.
Szykował się długi wieczór przy oliwnej lampce.

14 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 26 – Pośrednik

  1. TigramIngrow pisze:

    „Ale głupio mi, jak się tak krzywisz i zachowujesz jak koń ze złamaną nogą. Ani odstrzelić, ani pomóc. A jesteś… no… dobrym kompanem.” Cóż za wysublimowany komplement!

  2. Katka pisze:

    Basia, William cały czas przezwycięża swoje opory, więc kto wie, czy kiedyś zupełnie naturalne i przyjemnie nie będzie dla niego takie życie w dziczy. Na pewno Jefferson byłby z tego rad. Choć z drugiej strony z wychowaniem nie wygrasz… Willa raczej wciąż będzie ciągnąć do wygód. Ale może przynajmniej niewygody nie będą mu tak przeszkadzać ;) A Adela, hehe, no innej nie znamy (poza moją koleżanką z pracy XD) Pozdrawiamy również :)

  3. Basia pisze:

    Witam,
    hohoho Jeffowi coś przeszkadzała bardzo ta oziębłość Willa, jak widzę to William coraz lepiej radzi sobie w siodle, ciekawe czy doczekamy się momentu, że wóz mu nie pasuje i że woli spać pod gołym niebem, niż wygodnym łóżku ;] Adela, Adela czyżby to była ta Adela z BOSSY?
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie

  4. Katka pisze:

    Saki, haha, ano, trafiłaś :D A czy poznacie osobiście, to jeszcze niewykluczone ;) Sporo się jeszcze wydarzy. A drogi mogły się rozejść, gdyby odpowiednio dyplomatycznie nie poprowadzili tej rozmowy XD Na szczęście udało im się odpowiednio wyprosić taki, a nie inny rozkaz. A gdybanie o tym, co by było, jakby zastali Mava zamiast Nicholasa… hehehe, no cóż, to na pewno nie coś, czego by się spodziewali, ale na pewno też William wolałby go zobaczyć niż Flapa XD „Ciekawe gdzie się Adela podziewa. Mam jakieś dziwne wrażenie, że kiedyś ją już spotkali…” – heheehe, no cóż… XD Tak, warto uważnie czytać i uważać, czy przypadkowo spotkane osoby są rzeczywiście przypadkowe XD A Isaaka nikt nie lubi, bo to chujek z przerostem ego, ot co XD Pozdrawiamy cieplutko!

  5. saki2709 pisze:

    Serio zgadłam, że ta tajemnicza osoba z agencji to Wybuchowa Ad? Miałam nadzieję, że poznamy ją osobiście, ale widać się na to nie zanosi… No cóż. Przynajmniej się coś o niej dowiedzieliśmy.
    Już się bałam, że ich drogi się rozejdą po tym, jak sobie wszystko tak ładnie omówili i w ogóle. No ale na szczęście podróżują dalej. Fajnie, że się na tą wyłączność Jeff zgodził. Są na dobrej drodze do stworzenia prawdziwej pary.
    Fajnie by było, jakby odwiedzili domek generała i dajmy na to otworzyłby im Mav. Niezłe by musieli mieć miny. Ciekawe czy zastanawialiby się nad tym, czy przypadkiem nie pomylili mieszkań – choć w tym przypadku to mało prawdopodobne, bo Nick i Mav mieszkają na takim odludziu, że nie wiem, czy szybko znaleźliby jakiś inny w pobliżu – czy może zastanawialiby się, co ten robi u niego w domu. Albo jakby niesforny Flap wyskoczył nagle na doktorka XD To by musiał być niezły szok. Dobra, bo za bardzo odbiegam od tematu.
    Ta Florcia to ma chyba charakterek po mamusi. Widać, że nie da sobie w kaszę dmuchać XD
    Ciekawe gdzie się Adela podziewa. Mam jakieś dziwne wrażenie, że kiedyś ją już spotkali… Ale może się mylę. Ciekawe czy będzie im dane ją zobaczyć w najbliższym czasie.
    Chyba nikt nie lubi Isaaca. Rozbawiło mnie to, że Ad też nadała mu przezwisko, za które na bank by się obraził.
    Z niecierpliwością czekam na następny rozdział.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  6. Katka pisze:

    Gordon, ooooj, nie mogli sobie wyjaśnić, co do siebie czują, bo sami nie wiedzą XD Ale aż jestem ciekawa, co z tych zakładów by wyszło. Tym bardziej, że nie jest powiedziane, ile będzie części ATCL. Nooo i ta nieświadomość o Boosie tak blisko nas osobiście też bawi, bo śmiesznie pisać tę ich niewiedzę, kiedy same wiemy znacznie więcej. I masz rację, tylko Jess już została całkowitą zagadką, nic o jej życiu „po” nie wiadomo na razie. Na razie XD

  7. Gordon pisze:

    Podobala mi sie scena pierwsza co Jeff z Willem se wszystko wyjasnili. Poza tym ze cos do siebie czuja ;p Bede organizowal niedlugo zaklady kiedy se powiedza o tym. Ale scena nastepna pobila te pierwsza bo na bank sa w domu Wybuchowej Ad! Ale jazda muahahaha i nawet o tym nie wiedza xD Moze sie polapia. Goscie nawet nie wiedza jak blisko sa BOOSY. Zajebiste jest ze poznajemy zycie Ligi po jej ligowych latach. To juz tylko nic nie wiemy o Jess, bo reszta w miare poznana. Moze juz ja gdzies na drodze spotkali ale o tym nie wiadomo. Akcja sie rozwija zajebiscie. Nie moge wyczekac nastepnego rozdzialu czy sie polapia gdzie sa.

  8. Katka pisze:

    O., haha, no niestety, na tym polu dramy nie będzie. Ale masz rację, niewątpliwie byłoby ciekawie, jakby to wszystko opowiedzieli komuś niewłaściwemu… Taki fail! XD Oooooch i trzymanie się za łapki, taaak! Słodkie jest strasznie i fajnie by było, jakby sobie raz tak poleżeli na jakiejś łączce w słoneczku i trzymali za rączki :D

  9. O. pisze:

    Czemu żona Gavina jest z agencji? Czemu nie ma tu jakiejś podpuchy xD Drama by się nam zwiększyła gdyby podzielili się informacjami nie z tym z kim trzeba xD

    Ale Jeff odczuwający chłód poranka <3333 Dobrze mu tak! Niech ma za swoje! <3 Może teraz uda im się razem choć trochę poleżeć w łóżku ;o xD

    Tu jest nie tylko zalążek do związku, ale do trzymania się za ręce też " Potem jednak jego dłoń z rożka siodła powoli przesunęła się w kierunku dłoni Jeffersona, ale palce zaledwie ją musnęły." a ja to jakoś tak bardzo lubię <3333

  10. Katka pisze:

    Aoi, Willuś wybaczył szybko, bo sam też pamięta, że skrzywdził Jeffa swego czasu, więc byłoby hipokryzją w innym wypadku. Ale wybaczyć a zapomnieć to dwie różne rzeczy, jak to się mawia i zobaczymy, czy rzeczywiście przeszedł już z tym do porządku dziennego. Och i pozytywne zaskoczenie ze strony Jeffa… taaa, on też potrafi czasem urzec. Czasem XD haha, William by się chyba w duchu trochę śmiał, jakby Jeffa tyłeczek został zaszczycony ugryzieniem przez jakieś stworzonko XD

    Sharon, hehehe, są bliżej Boosy niż im się wydaje :D I ooooch, Pigment został doceniony XD Taaak, trawa jest dla niego ważna, traaawa. So high XD A co do Willa i jego foszka… Rzeczywiście, Jeff go tylko zdradził XD Och, Willuś myśli chyba coraz bardziej serduszkiem niż kutasem ;)

    Kan, dokładnie! Wyłączność to jeden z pierwszych kroków do bycia parą-parą :D Kurcze, a co do seksu z Jeffem jako aktywem… nawet nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy będzie, bo musiałabym przewertować zapasik tekstu, ale sama też liczę, że niedługo XD Bo też coś mam wrażenie, że dawno nie było…

    Kruha, hehehe, Jefferson próbujący przekazać coś istotnego, czego sam nie rozumie – taaaa, tez to lubię. I oj, nie było krótko, wielkość rozdziału standardowa. Na pewno to tylko wrażenie! Następny chyba będzie tyć dłuższy spoko ;)

  11. Kruha pisze:

    Nie mogłam na komórce skopjować cytatu, ale to pokrętne tłumaczenia Jeffa było esencją tego odcinka. Btw, co tak strasznie krótko? Ledwo zaczęłam, a tu koniec…. buuuuu

  12. kan pisze:

    Wyczuwam zalążek związku, ta obietnica jest taką pierwszą cegiełką ;d Mam nadzieję, że w końcu doczekam się porządnego seksu z Jeffem w roli aktywa, jakoś już dawno nie było takiej sceny jeżeli nie liczyć ich zabaw na koniu ;d

  13. Sharon d'Arc pisze:

    No, następny członek ukochanej organizacji Jeffa poznany… nieoficjalnie.
    Ale Pigment i tak jest moją ulubioną postacią tutaj. Jest taki luzacki :D I jedzenie jest dla niego takie ważne. Ale no serio nie ogarniam Willa. Są tylko towarzyszami podróży a on to sklasyfikował jako „związek”. Normalnie jak dziewczyna, która myśli, że jak chłopak jej powie „cześć” to znaczy, że ją kocha i zaczyna planować ślub… Ale to może lepiej dla Jeffa, przynajmniej będzie miał regularny seks :D chyba, że doktorek znowu strzeli focha. Strasznie fochliwy jest…

  14. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    no no nooooooooooo nie spodziewałam się że Will tak szybko da się „przeprosić” i ulegnie. Jeff pozytywnie mnie zaskoczył, miło że poczuł taką pustkę jak Will spał daleko od niego :D. Ogólnie bardzo przyjemny rozdział tylko martwiłam się chwilę że panowie rozjadą się każdy w inną stronę ale ufffff na szczęście jadą dalej razem.
    Co najfajniejsze po drodze spotkają jeszcze dużooooooooooo zmutowanych zwierzątek, wiec mam nadzieje że któreś ugryzie Jeffa w tyłek bo kara musi być nawet po tym jak doktorek mu wybaczył. Weny moje drogie weny :*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s