Across The Cursed Lands II – 22 – Wyjątkowo zachwycający mutant

William wykorzystał fakt, że Jefferson poszedł zanieść siodło do stajni i zamówił sobie ciepłą wodę. Przygotowano mu ją w czasie, kiedy odniósł swoje zakupy do pokoju i wśród bagaży wyszukał świeżą bieliznę. Resztę ubrań oddał do pralni hotelowej. To samo zrobił z ubraniami Jeffersona, nie zamierzając pytać go o zgodę. Nie powinien się o to obrażać, w końcu będzie miał świeże i pachnące odzienie.
Kluczyk do pokoju zostawił na dole, w recepcji, aby jego towarzysz mógł go odebrać, po czym poszedł się umyć do osobnego, przeznaczonego do tego pomieszczenia będącego specyficzną łaźnią.
— Szlag by te drzwi! — zaklął Jefferson, dodając jeszcze kilka epitetów skierowanych w stronę drzwi, które przez przeciąg trzasnęły z wielką mocą, kiedy wszedł do pokoju.
Sprawdził siodło, chwilę zajął się zarówno Pigmentem, jak i Oficerem. A teraz wrócił do, jak się okazało, pustego pokoju. Ziewnął, nie krępując się i nie kłopocząc zatykaniem ust, po czym rozebrał się z butów, spodni i kamizelki. Miał w końcu prawo trochę odetchnąć.
Zauważył, że część jego ubrań zniknęła. Podobnie jak i część z juków Williama. Nie zdążył jednak rozważyć, co mogło być powodem, bo drzwi ponownie się otworzyły i do pokoju wkroczył jego jasnowłosy towarzysz podróży.
Był odświeżony i ubrany jedynie w długie, lniane spodnie do spania. Jego kapelusz leżał na szafce, a włosy miał wyraźnie wilgotne. Do tego pachniał jakimś olejkiem i wyglądał na zadowolonego z tego faktu.
— Kazałem zagrzać jeszcze wodę dla ciebie — poinformował go, odkładając pudełeczko z grzebieniem i olejkami z powrotem do swoich toreb.
Jeff powąchał powietrze, wyczuwając od razu charakterystyczne, świeże i… co tu dużo mówić, dość nietypowe jak na co dzień zapachy.
— Mam nadzieję, że nie z tymi pachnidłami? — spytał z rezerwą, ale wstał ze swojego łóżka, aby faktycznie pójść się umyć.
— Nie. Choć nie wiem, co ci w nich nie odpowiada — odparł od razu William bardziej suchym tonem. Cóż, nie powinien się spodziewać „dziękuję” z ust Jeffersona za to, że zapłacił mu za kąpiel, tylko przecież kolejnej utarczki. Czasami się zastanawiał, jak wiele czasu musi minąć, aby całkowicie do tego przywyknął.
— Nic… Tylko niespecjalnie mi pasują — Jefferson zdjął jeszcze koszulę, dochodząc do wniosku, że nie ma sensu jej brać. Mógł też iść na bosaka. Zabrał tylko coś do wytarcia się. Mijając Williama, złapał go ramieniem za szyję i przyciągnął do siebie. Powąchał jego włosy i szyję. — Nie to, co tobie — dodał i wyszedł, aby się umyć. Po whisky nie będzie mu się chciało.
William oblizał delikatnie wargi, patrząc za nim, dopóki drzwi się nie zamknęły. Dopiero wtedy poszperał w dzisiejszych zakupach za słonecznikiem oraz wyciągnął butelkę whisky z reszty bagaży. Była naprawdę duża i domyślał się, że nie z najniższej półki. Nie otworzył jednak alkoholu, zanim nie wrócił Ranger, a jedynie uchylił okienko i usiadł na łóżku z woreczkiem nasionek słonecznika. Zaczął je dość apatycznie pojadać, rozmyślając o wszystkim i o niczym.
Na swojego towarzysza zresztą nie musiał długo czekać. Nie, żeby się nie spodziewał. Ten musiał się szybko umyć i teraz właśnie wchodził do ich wspólnego pokoju tylko w białym, płóciennym materiale przewiązanym przez biodra. Musiał się nim wycierać, bo miejscami był bardziej mokry.
— Już skubiesz? Rozlałeś, czy pijemy normalnie? — rzucił, odkładając jeszcze w międzyczasie swoje rzeczy.
— Nie mam szklanek, nie zmieściły się do juków — odpowiedział lekarz, wsadzając do ust kolejne ziarenka. Sięgnął po butelkę i odkręcił ją. — Usiądź obok, będziemy pić z butelki — dodał, odsuwając się kawałek na pościeli. Łóżka były dość szerokie, przysunięte jednym bokiem do ściany, więc mogli oprzeć się o nią i wygodnie popijać.
Jefferson zaśmiał się pod nosem i rzeczywiście usiadł obok lekarza. Nadal miał na sobie tylko ten biały, wilgotny materiał.
— Wyrabiasz się — rzucił, trochę ucieszony z braku szklaneczek. Mógł dzięki temu pić bardziej po swojemu, a nie czekać, aż William skończy swoje, czy też na odwrót.
Lekarz nie skomentował tej uwagi, za to obejrzał z góry na dół całego Rangera. Och, jak on uwielbiał jego ciało. A do tego po kąpieli było takie czyste, wilgotne… William musiał przyznać, że lubił je w każdej postaci, ale teraz było jakoś dziwnie elektryzujące. I ten specyficzny dla Jeffersona zapach, który nie zniknął nawet mimo mydła…
Opanował się przed dotknięciem go i upił odrobinę ciemnej whisky prosto z butelki. Od razu lekko się skrzywił i zamrugał. Nie spodziewał się, że będzie taka… mocna.
— Uch… Smaczna — przyznał z podziwem i podał ją Rangerowi, równocześnie poprawiając woreczek ze słonecznikiem na kolanach, by ziarenka się nie wysypały.
— Mocniejsza niż ta twoja? — Jefferson przejął butelkę, napił się i aż chuchnął, po czym przeklął do siebie i do alkoholu.
— Tak, Jack aż tak nie kopie. Barman był bardzo hojny, a twoje pragnienie upicia się jest przy tym alkoholu chyba bardzo realne — William delikatnie się do niego uśmiechnął.
Jefferson kątem oka popatrzył na mężczyznę, mrużąc oczy. Napił się jeszcze łyka, nim oddał alkohol.
— Chyba… Tylko nie miej głupich pomysłów, że to coś znaczy.
— A co by to mogło, według ciebie, znaczyć? — zapytał spokojnie lekarz, chętnie a to popijając, a to pojadając nasionka. Podobało mu się to połączenie smaków.
— Cokolwiek, gdzie masz głupie pomysły — rzucił niby wrogo Jeff, ale William już wiedział, kiedy było to naprawdę wrogo, a kiedy zaczepnie wrogo. Tym bardziej, że Ranger sięgnął do jego woreczka z nasionkami, biorąc kilka. A że woreczek spoczywał bardzo blisko krocza Williama, ten na chwilę znieruchomiał.
— Obiecuję, że nie będę miał głupich pomysłów, a ewentualnie takie, które tobie na pewno się spodobają — odpowiedział w końcu.
— Bylebyś się nie przeliczył — odparł młodszy mężczyzna, rozłupując łupinki między palcami. — Ale, zadowolony z miasta? Kolejne z tych, gdzie chętnie byś został?
Nad tym pytaniem lekarz musiał się głębiej zastanowić. Rzeczywiście Frankfort wydawał mu się przyjemnym miejscem do życia, chociaż i tak uważał, że Austin było ładniejsze. A może po prostu spokojniejsze.
— Nie do końca. Nie zrozum mnie źle, miasto jest bardzo przyjemne, ale w Austin miałem mniejsze wrażenie… bycia niezauważonym — odpowiedział z lekkim wahaniem. Nie umiał określić dokładnie, jak się tu czuje. — Tam też było dużo ludzi, ale każdy był świadom obecności drugiego i nawet nieznajomi w przypadku skrzyżowania spojrzeń, skinęli na powitanie.
— Czyli jednak bardziej południe? — Jeff znowu zagadał i napił się zdrowo. Aż poczuł ciepło w żołądku. Może powinien zjeść coś bardziej sytego niż słodkie, przerobione owoce i nasiona od Willa.
— Raczej tak. Choć nie miałbym nic przeciwko dłuższemu pobytowi tutaj — podkreślił, napił się i ponownie oddał butelkę Rangerowi. — A tobie coś się tu podoba? Nie czujesz się obco, im bardziej na północ jedziemy? — zapytał, świadom, że Jefferson wychował się na południu.
— Trochę — przyznał, odkładając resztki po nasionkach na tę samą kupkę, którą tworzył William. — Zimniej tu, a czym bardziej na północ, tym chłodniej. A tu, co mi się podoba, we Frankforcie? Sprzedawczyni z tym owocowym smarowidłem.
— Masz na myśli to, że miała owocowe smarowidło, a nie sama sprzedawczyni…?
— A niby jak sama sprzedawczyni miałaby mi się podobać?
— Tak to zabrzmiało. Miałem kiedyś kochanka, który lubował się zarówno w męskich, jak i żeńskich ciałach — rzucił William swobodnie, bardzo sprawnie pozbywając się skorupek z nasionek. Zwinność jego palców była czasami bardzo widowiskowa.
Jefferson za to spojrzał na niego pytająco, znowu pijąc.
— Mmmm… — przełknął. — I?
— Traktował mnie jak kobietę — przyznał William ze swoistym spokojem, chociaż Jefferson mógł dostrzec lekkie pobłażanie w jego oku. — Ale nie tak, jak tobie czasem zdarza się porównać mnie, nie wiem dlaczego, do panny.
— Więc jak? — Jefferson powoli czuł ciepło wywołane alkoholem promieniujące z żołądka. Podobnie William, który mimo wszystko nie przywykł do tak mocnych trunków. A na jego jasnej skórze rumieńce były jeszcze bardziej widoczne.
— Jak… Przykładowo… lubił mnie nosić i klepać w pośladki dość mocno protekcjonalnie. Raz mi nawet kupił kwiaty — dodał wymownie poważnym tonem, unosząc do tego brwi.
— Nosić… w sensie nie jak worek kartofli? — prychnął rozbawiony Jefferson. Od razu też w jego głowie zmaterializowała się wizja Williama z naręczem polnych kwiatków.
— Nie. Jak worek kartofli nosiłeś mnie tylko ty — odpowiedział dosadnie lekarz i napił się zdrowo z butelki. A kiedy odsunął ją od ust, uśmiechnął się. — Naprawdę dobra…
Jeff przyjął butelkę, napił się bursztynowego płynu i aż odetchnął.
— I mocna — przytaknął, po czym odbiło mu się. Zaśmiał się z tego pod nosem. — Ale to co? Nie podobało ci się z takim… dżentelmenem?
— Nie mówię, że było źle. Seks był bardzo przyjemny. Ale nie czuję się kobietą — William niespodziewanie złapał w dwa palce podbródek Jeffersona i spojrzał mu z bardzo bliska w ciemne oczy swoim przewiercającym, błękitnym. — Nawet, kiedy daję.
Jefferson zdziwił się, ściągnął brwi i prychnął w końcu pod nosem.
— Taa… dało się zauważyć — rzucił, odsuwając rękę lekarza od siebie.
— A ty? Nie czujesz się wtedy… na gorszym miejscu? — zapytał lekarz, odbierając od niego butelkę. Kilka ziarenek słonecznika wypadło z woreczka na jego uda i pościel, ale chyba tego nie zauważył.
— W sensie kiedy?
— Kiedy ja cię pieprzę — wyjaśnił, patrząc na Rangera lekko wilgotnymi od alkoholu oczami.
Ten spoważniał, na ile był w stanie i fuknął dosyć wrogo.
— Skąd w ogóle taki pomysł? Ty może tak myślisz? Odbijasz sobie, czy coś?
— Nie… — William również nieznacznie spoważniał, ściągając lekko swoje jasne brwi, które teraz, kiedy miał opaskę, a nie fular, były widoczne. Przesunął swoimi szczupłymi palcami po szyjce butelki i upił odrobinę. — Upewniam się, czy tak nie myślisz po tamtym… incydencie. Ale mam nadzieję, że po rozmowach w tej mieścinie od Wielkiej Stopy już… jest między nami w tej kwestii… dobrze — skończył dość płasko i czknął.
— Incydencie… — Jefferson prychnął pod nosem i zabrał mu butelkę. Napił się dużego, za dużego łyka. Aż go zapiekło w żołądku. — Nazywanie tego mądrym słowem nie wybiela tego. Ale… ta, powiedzmy że jest nawet dobrze. Byle byś — wskazał go szyjką butelki — nie myślał durnie.
— Nie myślę — zapewnił go William i przechylił się nieco na bok, opierając bok głowy o jego umięśnione, opalone ramię. Wsadził między wargi kilka wyłuskanych ziarenek.
Młodszy mężczyzna zwęził ciemne, przeszywające oczy, które teraz, przez upojenie alkoholem, nie były już takie srogie.
— Co? — spytał, mając na myśli nową pozycję blondyna.
Ten najpierw tylko wciągnął do płuc więcej powietrza, a jego już nie tak blada jak kiedyś klatka piersiowa uniosła się wraz z medalikiem Boosy i fioleczką śliskiego żelu. Dopiero po chwili, kiedy kolejne ziarenka wylądowały w jego ustach, William się odezwał.
— Tamten mężczyzna, który czuł też pociąg do kobiet… Ojciec go wykastrował. Jak myślisz, skąd to mamy? — Przekręcił nagle głowę, spozierając na Jeffersona z bliska. — Że podobają się nam mężczyźni? — dodał i musnął wargami jego ramię.
Ranger zapatrzył się dłuższą chwilę na twarz blondyna. Na jego dość ładną twarz, w porównaniu z tymi, do jakich przywykł. Niektórzy Texas Rangerzy też byli przystojni, ale pamiętał tylko jednego, czy dwóch takich jasnych blondynów. Nawet nie znał ich z imienia. A do tego jeden z nich mógłby być spokojnie ojcem Williama, jeśli chodziło o wiek. Z nich wszystkich, podobało mu się może kilku, garstka albo jeszcze mniej. Nie liczył.
— Nie mam pojęcia. Może nasze matki miały coś we krwi — powielił kiedyś zasłyszaną opinię.
— Może… — William niemal odmruczał i zabrał mu butelkę, równocześnie prostując się na swoim siedzeniu. — A może jesteśmy niczym te wszystkie stwory, zmutowani — dodał z lekkim, dość pijackim uśmiechem i napił się zdrowo mocniej whisky.
Jefferson oparł tył głowy o ścianę i przymknął oczy. Świat, ciemność wirowały mu tak charakterystycznie.
— To ciekawe jak jeszcze ludzie inaczej mutują.
— Ale jeśli to mutacja, to jesteś wyjątkowo zachwycającym mutantem — William wystosunkował do niego ten specyficzny komplement z takim uśmiechem, jakby rzeczywiście mówił mu coś miłego, ze szczerego serca. Na pewno było w tym wiele winy alkoholu, który cały czas w siebie wlewał.
Jefferson roześmiał się pijacko.
— Pierwszym zmutowanym potworem, który ci się podoba! — zasugerował, zerkając na lekarza. Miał lekko zmrużone, zmęczone od całego dnia i alkoholu oczy.
William zamrugał powieką, jakby sens słów Jeffersona uderzył w niego z wyjątkowo dużą siłą.
— Och… Rzeczywiście. Mogliśmy jednak przehandlować coś za dziennik Zwierzaka. Mogły tam być o tobie jakieś skryte informacje, o których jeszcze nie wiem! — odpowiedział żywo, unosząc dla wzmocnienia powagi palec.
— Mi się wydaje, że Zwierzak nie widział jeszcze takiego mutanta. Ja przynajmniej go nie widziałem, jak mnie rysował. — Ranger śmiał się, a w głowie przyjemnie mu szumiało. — O do stu… jak tu się zrobiło duszno! — dodał, nadal roześmiany i wstał. Otrzepał materiał, którym miał przewiązane biodra i poszedł otworzyć okno. Kiedy się zachwiał, jeszcze głośniej się roześmiał.
William obserwował go sobie chętnie, pojadając nasionka, w drugiej dłoni trzymając butelkę. Lekko się chwiał, mimo że siedział. Nie zauważył też, że słonecznik znajdował się już nie tylko w woreczku, ale i na jego białych spodniach i pościeli.
— A może napisał… Hm… — myślał chwilę, mrużąc powiekę i popatrując na plecy i tyłek Rangera. — „Jefferson Black… Można spotkać na karych ogierach… Zwykle milczący, unikający technologii. Uważać z mądrymi słowami, bo może ofuczeć lub zastrzelić. Być ostrożnym, nie dać się zwieść wspaniałemu uśmiechowi…” — plótł, kiwając głową na boki.
Jeff prychnął pod nosem, jakby na potwierdzenie słów Williama.
— Znowu to robisz! — wskazał go dłonią, odwracając się przodem i opierając pośladki o parapet. Za jego plecami już było otwarte okno. A on bynajmniej trzeźwy nie był.
— Co robię? — spytał William z dość głupią na siebie miną. Zamachał przy tym, źle oceniając odległość od Rangera, bo wydawało mu się, że może go tym odsunąć od okna.
— Mądrzysz się — oświadczył tonem, jakby właśnie coś odkrył.
— Nie. Ja dywaguję! — zaprzeczył lekarz i wreszcie jakoś uniósł się z łóżka. Poskutkowało to wysypaniem resztek słonecznika, ale na szczęście butelka przetrwała. Blondyn wciąż ściskał ją za szyjkę, gdy ruszył w stronę swojego towarzysza… bardzo chwiejnym krokiem. — Nie stój tak — wymamrotał, pokonując do niego ostatnie kroki.
— Bo?
— Bo wypadniesz — William przystanął przy nim i złapał go za dłoń, ciągnąc w swoją stronę.
Jeff, zamiast dać się pociągnąć, sam przyciągnął Williama do siebie i pocałował go w usta. Krzywo, uderzając swoimi zębami w jego, ale i tak pocałował.
— Nie wypadnę — dodał po tym prawie że w jego wargi, ale faktycznie pchnął Williama i odsunął się już razem z nim od okna.
Blondyn oblizał się zupełnie odruchowo.
Zza okna dochodził do nich chłodny, w tej chwili dość przyjemny powiew. Miasto było ciche, a zza ścian nie dobiegały ich żadne odgłosy, więc albo pokoje były puste, albo nocowali tam spokojni klienci. William jednak nie zwracał na to wszystko uwagi. Ani na miękki dywan pod bosymi stopami, ani na cichutko stukające wskazówki ozdobnego zegara. I to nie tylko ze względu na alkohol, który właśnie odłożył na szafkę. Towarzystwo Jeffersona, a szczególnie ten niespodziewany pocałunek, skutecznie otępiały wszelkie zmysły lekarza.
— Byłoby bardzo źle, gdybyś wypadł. Na pewno mutacja nie robi z nas ludzi nieśmiertelnych — odpowiedział, bredząc trochę, po czym objął Rangera w pasie, przytulając się.
— Nie… A… — Jeff znowu zarechotał, w ogóle nie myśląc, że pocałunek mógł obudzić w Williamie chęć do czegokolwiek. On był w nastroju do picia. Chyba tylko do picia. Chyba. — A i nie otwierałem okna, abyś mnie grzał.
— Och… rozumiem, że ci za ciepło. Wybacz — odpowiedział lekarz, puszczając go i cofając się. Przy tym jednak… złapał za skrawek materiału, którym Jefferson był owinięty w pasie i cofając się do łóżka, pociągnął za niego. Uśmiechnął się lekko i pijacko, gdy Ranger został nagi, a on sam usiadł i przerzucił ręcznik przez swoje ramię. — Teraz też na pewno lepiej. Wieje ci po pośladkach — oznajmił.
Jefferson wpierw ściągnął brwi, a potem spojrzał na Williama, jakby zaraz miał go skrytykować. Chwycił jednak tylko butelkę i napił się z gwinta, stojąc przed lekarzem całkiem nagi. Pokazywał mu całe swoje śniade, umięśnione ciało. O mocnych nogach, płaskim brzuchu, który był dodatkowo podkreślony przez biodra. Jego sutki miały taki ładny kolor i apetycznie odstawały od szerokiej klatki piersiowej. Owłosiony też był tak akurat na oko Williama. W ogóle w jego mniemaniu był idealnie zbudowany. Tak samo jak góra, dół jego ciała był perfekcyjny i właśnie tam spoczął teraz wzrok Williama. Silne uda, kształtne genitalia, wysportowane łydki… I pośladki, których teraz lekarz nie widział, a jednak wiedział, że są cudownie jędrne. Jefferson definitywnie miał wspaniałe ciało. Za to jeśli tyczyło się jego charakteru, to było w nim wiele zadr, podobnych do zmarszczek, które kiedyś, za kilkanaście lat mogłyby pojawić się na jego skórze. Nie zmieniało to faktu, że jego towarzystwo William wyjątkowo lubił. Choć… często bywało męczące, denerwujące i przykre.
— Wieje i grzeje — Jefferson w końcu się odezwał, kiedy oblizał dolną wargę po alkoholu, a następnie przetarł usta dłonią. — Dawaj — wyciągną do lekarza butelkę na znak, aby się ten z nim zamienił na jego prowizoryczne ubranie.
— Nie oddam. Tak ci dobrze — stwierdził William, ale po butelkę chętnie wyciągnął dłoń.
— Abyś się gapił tym swoim oczkiem? Nie ma. Oddawaj, albo sam się rozbieraj — Jefferson zabrał mu butelkę, kiedy tylko lekarz musnął ją palcami.
Powieka Williama lekko się zmrużyła na tak podstępny warunek.
— Zdejmę, jeśli oddasz butelkę.
— Jak zdejmiesz, to ci dam. Wszystko — odparł Jefferson, unosząc brodę i starając się wyglądać na poważnego. Nie zauważał w tym, jak bredzi i jego słowa i pomysły są głupie i sprzeczne z tym, co zrobiłby na trzeźwo. Ale co mógł poradzić na to, że teraz, kiedy hamulce mu puściły za sprawą mocnego trunku, myślał o tym, że jakkolwiek William nie wyglądał, to mu się podobał? Może przez to, że był obecnie jedynym dostępnym, ale coś mu jednak mówiło, że to nie tylko to. William go podniecał i jakkolwiek irytujący momentami nie potrafił być, tak po prostu… był obecny. A Jefferson chciał go jeszcze bliżej.
Lekarz przesunął spojrzeniem po całej postawie Rangera i odetchnął cichutko. Dopiero potem rozwiązał tasiemkę, która ściągała pas jego białych spodni do spania. Nie miał innego wyboru. Przecież chciał się jeszcze napić, a cena mimo wszystko nie wydawała mu się wygórowana, bo przez to, że stał przed nim nagi, seksowny i gorący mężczyzna, było mu bardzo gorąco. Dlatego też zdjęcie bielizny ostatecznie przyniosło mu ulgę, choć i na pewno Jefferson mógł zauważyć, że przez tę rozmowę i sytuację jego penis był nie do końca miękki. Na chwilę też tam zerknął, chyba nawet nie zauważając tego samemu. Był na to za bardzo pijany. Jak i na zdanie sobie sprawy z tego, że jego pomysł i to co powie, może zdenerwować Williama.
— Mówiłem. Wszystko… — dodał, patrząc w końcu na twarz towarzysza.
Lekarz w pierwszej chwili nie zrozumiał. Olśnienie na pewno nadeszłoby szybciej, gdyby był w pełni władzy nad ciałem i umysłem. Ale w końcu nadeszło i wyraźnie skonfundowanie odbiło się na jego obliczu.
— To już jest żart, prawda? — zapytał, dotykając skórzanej opaski. Poczuł się mniej pewnie.
— No, już, ściągaj — Jefferson pogonił go gestem dłoni, a kolejny pomysł zaświtał mu w pijanym umyśle. Zbliżył się więc o krok bliżej łóżka, na którym siedział William. Przesunął denkiem szklanej, chłodnej butelki po nodze drugiego mężczyzny.
Ten momentalnie drgnął, sapnął cicho i wbił spojrzenie w butelkę. Oblizał też powoli usta i w końcu z niejakim oporem, powoli sięgnął do tyłu, by rozwiązać opaskę. Przełknął ślinę i na moment zamknął oko, gdy zsunął ją wreszcie z twarzy.
Potem usłyszał nad swoją głową ciężkie uderzenie, ale nim zdążył się go przestraszyć i sprawdzić, co je spowodowało, poczuł na ustach coś ciepłego i… bardzo przyjemnego. Mimo odurzenia, szybko rozpoznał usta Jeffersona, który teraz pochylał się nad nim, opierając się jedną dłonią o ścianę, a drugą, w której wciąż trzymał butelkę za szyjkę, przesunął knykciami po policzku Williama. Z tej strony, po której ten nosił opaskę.
Powieka blondyna otworzyła się równie gwałtownie, jak gwałtownie zabiło jego serce. Palce tylko zacisnął na pościeli wyjątkowo mocno, ale na pocałunek po krótkiej chwili dziwnego zamrożenia odpowiedział. Obserwował przy tym oczy Jeffersona, jakby sprawdzając, w którym kierunku ten patrzy, a dotyk jego dłoni na policzku… był wyjątkowo specyficzny. Bo wywoływał w nim pewien opór i niepewność, ale równocześnie był bardzo przyjemny i ciepły.
Jefferson jeszcze chwilę lekko go całował, nie naciskając, ani nie przekraczając tej cienkiej granicy. Patrzył też tak zwyczajnie i normalnie. Nie licząc oczywiście zamglenia wywołanego alkoholem.
— Widzisz… — zaczął, kiedy już się odsunął od ust lekarza, ale nadal był nad nim pochylony. — Już ci mówiłem — rzucił trochę bez kontekstu, ale dla niego samego to przecież miało wiele sensu. On go nie osądzał po wyglądzie, nie przeszkadzała mu ta blizna i brak oka. I… chciał, aby William też nie oceniał go po wyglądzie. Nie… nie chciał tylko jego ciała? Sam chyba do końca nie wiedział. A fakt, że był pijany, nie pomagał w zebraniu myśli. Zależało mu jednak na tym, aby lekarz doceniał go całego, ze wszystkimi wadami i zaletami.
— Chcesz mnie… mimo tej wady — ni to spytał, ni to stwierdził William. Chciał się upewnić w tym, co zrozumiał nie tylko z jego słów, ale i dotyku. A i sam teraz sięgnął powoli w górę i dość delikatnie dotknął szyi Jeffersona. — A ja cię wciąż lubię, mimo że chcesz torturować mój tyłek dalszą jazdą konną…
Jefferson wpierw miał coś odpowiedzieć, żeby William nie robił z niego siebie i że on nie patrzy tylko na wygląd, jednak kiedy usłyszał ostatnie zdanie, roześmiał się i aż musiał oprzeć czoło o czoło blondyna, bo dłoń, na której się podpierał, zrobiła się słabsza.
— Już… już myślałem, że mówisz — zarechotał, znowu ledwo mówiąc przez śmiech — o innym torturowaniu twojego tyłka!
— Dobrze wiesz, że nie ma dla mnie nic gorszego od tego, do czego mnie zmuszasz ostatnimi dniami — odmruknął sucho William, ale… przecież Jeff się tak cudnie śmiał. W porządku, aktualnie rechotał, jakby usłyszał żart stulecia, a on był śmiertelnie poważny, ale wciąż było w tym trochę uroku. Musiał jednak trzymać twarz, by Ranger przypadkiem nie myślał sobie, że sprawa jego jazdy konnej to błahostka. Nie uległ więc temu radosnemu obliczu i wyrwał mu z dłoni butelkę, pijąc z wyrazem twarzy mówiącym: „Naprawdę, nawet nie próbujesz zrozumieć”.
Jefferson, widząc go takiego, wpadł w kolejny atak śmiechu. Był pijany, nagi i w doskonałym humorze z powodu swoich skojarzeń, powagi Williama i w ogóle tego, jaki ten był. Ledwo się przez to wszystko nad nim trzymał, więc dosłownie zwalił się na materac po prawej stronie, tuż obok blondyna. Łóżko aż skrzypnęło w proteście, a Ranger nadal z szerokim uśmiechem na twarzy, mocno zmrużonymi oczami, złapał drugiego mężczyznę za bok twarzy i cmoknął go bez żadnego wyczucia w kość policzkową.
Przez to William aż nieco oblał się resztkami whisky. Zakrztusił się, potem otarł usta i spojrzał na Jeffersona, mocno wykręcając w jego stronę twarz.
— Lubię twoje pocałunki z zaskoczenia, kiedy nie mam kilkudziesięciu procentów w ustach — wychrypiał.
Ranger znowu się zaśmiał i liznął jego wargi.
— Było przewidzieć, doktorku!
— Doktorku, nie wieszczu — wytknął mu wymownie William, ale nie powstrzymał się przed oblizaniem ust. Smakowało mu połączenie smaku ust Jeffersona z whisky. — Jesteś dobrym koktajlem alkoholowym — palnął, mówiąc na głos swoje skojarzenie. — Ranger z whisky — podkreślił, jakby Jeff nie zrozumiał, po czym wsunął się bardzo niezdarnie głębiej na materac i opadł obok młodszego mężczyzny, by pocałować go jeszcze raz i zasmakować tego „koktajlu”.
Ranger stęknął nisko podczas pocałunku i nawet go oddał. Bardzo niezgrabnie jak na siebie. Zwykle miał w tym więcej wyczucia, ale można było mu to wybaczyć, skoro nie odpychał lekarza.
— Bardzo dobrze, że nasz pokój znajduje się na tak wysokim piętrze… — wymamrotał w końcu William, kiedy przerwali pieszczotę, a on mógł swoim jedynym okiem obejrzeć przystojne oblicze Rangera.
— Czemu? — Jeff ściągnął brwi, wolniej kojarząc.
— Obaj jesteśmy nadzy i obaj nie mamy pomiędzy nogami żeńskich genitaliów — wyjaśnił rzeczowo lekarz, podpierając głowę na dłoni, a jego jasne kosmyki lekko przesłoniły mu czoło.
Jeff znowu się zaśmiał i przymknął oczy, opierając głowę o ścianę.
— Mmm… Mhm. Miał rację, że to dobry trunek.
— Napiłbym się mleka prosto od krowy — wypalił niespodziewanie lekarz, starając się skupić spojrzenie na Jeffersonie, chociaż średnio mu to wychodziło. Bujał się przy tym na ręce, aż mu czasem głowa opadała do tyłu.
— Krowy? — Ranger uchylił jedno oko, a świat bardziej mu się zakręcił. Nie miał pojęcia, jak jutro znajdzie siły na cokolwiek.
— Nie. Nie Pigmenta. Pigment nie daje mleka — William plótł bez sensu, a po swoich słowach uśmiechnął się nieco szerzej niż miał w zwyczaju.
Ranger za to długo milczał, analizując. Chwilę jeszcze podumał, sięgnął po butelkę, napił się jeszcze i spojrzał na Williama większymi oczami.
— Skopałby cię — obwieścił w swoim mniemaniu oczywistość. Bo jak inaczej miałoby się skończyć „dojenie” konia?
Usta Williama od razu wykrzywiły się z lekkim niesmakiem i obawą. Nie podobała mu się myśl ani dotykania członka Pigmenta, ani zostania przez niego skopanym.
— Jeśli będzie mi się dzisiaj śnić koński penis i kopyto na twarzy, to nigdy więcej nie postawię ci… — czknął — whisky, Jeff.
— Ale to była moja whisky! — ciemne brwi młodszego mężczyzny ściągnęły się, jakby znowu stracił wątek. — Kurwa… i mocne.
— Nasza. Ty uratowałeś syna barmana… ja odciąłem mu nogę — odpowiedział William nieco poważniejszym tonem, mimo że wciąż niewyraźnie. Już dawno przestał odczuwać przyjemny chłodek dochodzący z uchylonego okna. Teraz było mu wyjątkowo ciepło, ale nie powstrzymało go to przed niezdarnym podsunięciem się do Jeffersona i objęciem go w pasie. — Co byś wybrał? — zapytał nagle.
— Co, co bym wybrał? — Jefferson znowu nie zrozumiał. Z każdym łykiem było mu trudniej myśleć. Ale w końcu chciał doprowadzić się do takiego stanu. Na wyrzuty sumienia przyjdzie czas. Rano.
— Żebym odciął ci nogę, czy pozwolił umrzeć — wyjaśnił William, mocno się plącząc w sylabach, ale starał się mówić powoli i wyraźnie. Chociaż fakt, że przylepił twarz do klatki piersiowej Rangera mógł utrudnić usłyszenie go.
— Nogę… Albo nie. Nie chciałbym żyć bez nogi. Byłbym leżny… zależny — poprawił się i przy okazji zsunął po ścianie w dół. W efekcie zaległ na plecach na pościeli z mocno skrzywionym kręgosłupem w pasie i butelką w ręce.
William wyjął mu ją z niej, napił się, a potem nieporadnie odstawił ją na podłodze. Nie miał pojęcia, czy rozlał resztki, czy nie, bo wszelkie jego zmysły były oszołomione i nawet nie wiedział, co słyszał.
Potem podsunął się znowu do Jeffersona i wymamrotał pijacko:
— Zająłbym się tobą.
— Mhm… — usłyszał tylko z góry od pijanego, wykrzywionego tak, że rano będzie tego żałował, Jeffersona, który powoli odpływał w bujającym się i szumiącym zmęczeniu.
William już nic nie dodał, bo jego powieka opadła ciężko w dół. Też nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ciężko może mu być rano wstać. Jak niepewnie się poczuje, gdy spostrzeże, że nie ma na twarzy opaski, że są nadzy na pełnej kropli whisky i ziarenek słonecznika pościeli. Że spali w niewygodnych pozycjach i że mocny alkohol definitywnie nie zadziała dobrze na ich poranne samopoczucie.
Na szczęście, brak świadomości tego wszystkiego pozwolił mu oddać się pijackiej błogości.

13 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 22 – Wyjątkowo zachwycający mutant

  1. Katka pisze:

    Basia, witaj z powrotem! A i spoko, wyjazdy się zdarzają, różne sprawy wymagają poświęcenia, więc luzik, ważne, że wracasz i przede wszystkim chcesz wracać ;) Na pewno z czasem nadrobisz ;) Życzymy miłego czytania, oby się przyjemnie nadrabiało. No i jest plus, masz więcej rozdziałów do czytania niż ci, którzy są na bieżąco ;)

  2. Basia pisze:

    Witajcie dziewczyny,
    niestety dawno tutaj nie zaglądałam, i mam dość spore zaległości ale no cóż nagły wyjazd, no i niestety nie wiem kiedy nadrobię to wszystko…
    a co do rozdziału bardzo mi się spodobał, ciekawe czy Jeff rano będzie psioczył, no ta whisky to naprawde musiała być mocna, rewelacyjna scena z tym rozbieraniem ….
    Dużo weny
    Pozdrawiam serdecznie

  3. Katka pisze:

    O., poleciało do spaaaamu, wordpress nas czasami nienawidzi XD ale OMG, jakie cudne zobrazowanie! XD To JEST master of paint, chodzi o przekaz a nie piękno XD Chociaż te serduszka są piękne! I to określenie: „Jill” XD haha, rzeczywiście brzmi jak imię dla dziewczyny. A co do terapii – czuję, że miałaby ona duże powodzenie XD Chyba że ktoś by się jednak bał, co takiego może zdradzić pod wpływem. Och, a Jeffko jednak sprawiedliwe być potrafi, więc musiał przyznać, że jest okej :) Will się w końcu tak stara zrekompensować mu swoje wcześniejsze zachowanie :)

    kaczuch_A, tam od razu nienawidzić… XD Pozdrawiam i życzę udanej reszty tygodnia :)

  4. O. pisze:

    Katka bo moja miłość do Rynny wygląda mniej więcej tak – http://fotoo.pl/show.php?img=767303_bezntytu-u.png.html wiem nie jestem mistrzem paint’a xD Aleee po prostu nie da się zauważyć kogo kocham po nich, gdy miłość do nich zalewa drugie miejsce xD JA też są bliscy serduszkomanii, ale po tym odcinku przeważyli Jill xD możecie tak jakąś dziewczynkę nazwać xD W sumie to co się wyprawia w kolejce to jest niewidoczne przez Rynnę, ale muszę przyznać, że jestem jej wierna od początku~! No ale nie mowa o tym xD

    Hahaha „Serdecznie Państwa zapraszam na ‚Pijacką analizę emocji’, terapia ta skupia się na wnętrzu, które uzewnętrznia każda forma alkoholu. Zapisy pod nr xxxx” Ciekawe ile osób by to przyciągnęło xD

    A wiadomo, że nasi panowie to częściej się ścierają w rozmowach, bo żaden nie chce mówić wprost, ale oczekuje tego od drugiej strony xD Gdy chodzi o ich relację xD No i miło, że Jeff powiedział, że jest w miarę dobrze między nimi po tamtym incydencie xD

  5. Katka pisze:

    Tigram, hehe, no właśnie ostatnio taaacy pewni wszyscy byliście, że będzie seksik, a tu psikus. Na prima aprilis XD jak widać, jak nie piją Jacka, to jednak inaczej się upijają. Gorzej XD Och i tak, znam Twoją słabość do blizn, no ale… Willusiowi jak one na kimś innym nie przeszkadzają, tak sam nie lubi swojej. Na szczęście Jeffko myśli inaczej :) No i gratuluję intuicji XD

    Kaczuch_A, faaajnie, że się przyjemnie czytało :D Może dlatego, że chłopakom było lekko na główkach i może w jakiś sposób się to Tobie udzielało. Byle kacyk się tak nie udzielił XD Haha, a co do FDTS i jego rzekomego zakończenie — tak, to był żarcik prima aprillisowy i to bynajmniej nie mój pomysł! XD Ale widzę, że kilka osóbek mocno się tym przejęło XD Mam nadzieję, że odpowiedź jaaaakoś Twój dzień uratuje ;*

    Gordon, hehe, ale ich podsumowałeś XD nie ma się co kłócić, to opowieść drogi z dodatkiem walk i gejowskiego seksu XD Wiem, że może być momentami monotonna, ale jednak staramy się, aby nie było tak zbyt często. Tym bardziej, że im dalej panowie zajeżdżają, tym więcej intryg się będzie odkrywać, więc liczę, że będzie ciekawie ;)

    Hoshii, jak już pisałam, FDTS się nie kończy. Ale nadrabiać możesz XD Chociaż jak ja zawsze powtarzam – nic na siłę. Najlepiej dopiero, kiedy wena nadejdzie. Ewentualnie sesja, wychodzi na jedno XD A „kocham cię” w ich wykonaniu to truuudne zadanie, ale też liczę na to, że kiedyś przebrnie to przez ich gardziołka, hehe.

    O., yey, serduszka XD Jakoś przez to Twoje obrzucenie miłością Rynny, albo zapomniałam, albo nie wiedziałam o tym, że to jest Twoja druga ulubiona parka. To faaajnie ;) Bo na pewno mniej osób czyta ATCL niż FDTS, więc fajnie, że są oddani fani tejże parki. „Pijacka analiza emocji” – brzmi jak nowa nazwa terapii XD Szkoda, ze niemoralna, bo bym ją chętnie wprowadziła w swojej przyszłej pracy, hehe, przecież pijany człowiek jest taaaki szczery. Jak widać po Jeffkowych myślach. Och, a taka utarczka słowna, w której mówi się za dużo – to trochę podobne do tego uchlania się. Człowiek też za dużo nie myśli o tym, co mówi, tylko mówi, co mu ślina na język przyniesie.

  6. O. pisze:

    „On go nie osądzał po wyglądzie, nie przeszkadzała mu ta blizna i brak oka. I… chciał, aby William też nie oceniał go po wyglądzie. Nie… nie chciał tylko jego ciała? Sam chyba do końca nie wiedział. A fakt, że był pijany, nie pomagał w zebraniu myśli. Zależało mu jednak na tym, aby lekarz doceniał go całego, ze wszystkimi wadami i zaletami.” <33333 Ogl to jest moja druga ulubiona para xD <3333 Więc mogę serduszkować <33333

    Też jak Tigram się zdziwiłam, że nie było mleka "co, jak to?" xD Aleeee podobało mi się to, że tu jednak bardziej zostało poddane pijackiej analizie ich emocje xD A ponoć człowiek pijany powie prawdę xDD Przy dojeniu krowy myślałam, że Will chce zrobić Jeffowi loda xD i miałam w sobie takie ciche "jupiii", mimo że porównanie do krowy jest bardzo mało seksowne…Ale oddałby za te wszystkie króliki i ziemniaki xD

    "Ale co mógł poradzić na to, że teraz, kiedy hamulce mu puściły za sprawą mocnego trunku, myślał o tym, że jakkolwiek William nie wyglądał, to mu się podobał? Może przez to, że był obecnie jedynym dostępnym, ale coś mu jednak mówiło, że to nie tylko to. William go podniecał i jakkolwiek irytujący momentami nie potrafił być, tak po prostu… był obecny. A Jefferson chciał go jeszcze bliżej." <33333333333 Wcześniej nam dane było zapoznać się z tym, że Will chce Jeffa w całości, z całym pakietem zalet, wad, pomysłów, milczenia, zaczepiania etc xD Super że ten również to odwzajemnia xD Teraz skoro my już mamy to czarno na białym to teraz trzeba poczekać na jakaś ich utarczkę słowną w której to oni by się dowiedzieli tych przyjemnych rzeczy i wypowiedzieli je na głos xD

  7. Hoshii. pisze:

    koniec FDTS? ale jak to koniec?… mam takie braki, że wstyd się przyznać, wypadałoby w końcu nadgonić, a wy mi tutaj, że koniec.
    dwóch pijanych facetów to chyba ponad moje siły… ale lubię Jeffersona, jak już zrzuca tą swoją maskę „jestem taki męski i nic mnie nie rusza”. czekam na „kocham cię” w jego wykonaniu.
    chciałam napisać jakiś długi, ambitny komentarz, ale nie wyszło.

  8. Gordon pisze:

    Mi sie tez dobrze czytalo nawet jak pieprzenia nie bylo. Ci goscie w ogole sie kreca zwykle wokol kilku rzeczy. Zabijania, pieprzenia, iscia przed siebie na koniach i chlania xD Od czasu do czasu jeszcze babrania sie w trupach mwahaha zajebiste zycie. Spox bylo to ze Jeff kazal doktorkowi zdjac wszystko z opaska wlacznie. Kreci go doktorek i lubie te kawalki gdzie to jest napisane. Pewnie ich czeka ciezki poranek ]:->

  9. kaczuch_A pisze:

    Rozdział bardo przyjemny i uroczy~! Dziwne, że seksu nie było, ale i tak przyjemnie się czytało tak uroczo aż. Jestem na tak. Niech się obudzą przytuleni i niech Jeff Willa obejmuje <3 moment z blizną cudny. I kurde doktorek się w jakimś stopniu Jeffowi podoba i to mi się podoba.

    Imoł to co widzę na Waszym Twitterze mnie przeraża, jak to koniec FDTS~?! Jak to~?! Nie godzę się, po prostu nie. To musi płynąć dalej. To jest przeca najzajebistrze opowiadanie w języku polskim jakie dane było mi czytać (a uwierzcie czytałam wiele i jeszcze więcej) nie wyobrażam sobie tego, że rozdziały Fire Dragon się nie będą pokazywać, po prostu nie~!

    Idę płakać~! Znowu. Dzisiejszy dzień był do dupy. Myślałam, że zła passa się skończyła. Ale gdzie tam jak dobijać to po całości. Myślałam, że będzie lepiej, a nie jest. Kuźwa.

  10. TigramIngrow pisze:

    Tyle czasu od północy i żeby nie było komentarza? No to jest do niczego nie podobne. Otóż jestem zdziwiona tym, że po alkoholu nie było seksu. Chociaż w sumie po takiej whisky to tylko by Willowi stanąŁ, a to i tak pewnie z przyzwyczajenia. Fajna scena z tym rozbieraniem się ze wszystkiego, łącznie z opaską. Ja bardzo lubię blizny i ogólnie takie może nie tyle deformacje, ale własnie powypadkowe. Rozumiem jednak obawy Willa, że może to go szpecić w oczach Jeffa. Cóż, czułam po tytule, że jak mutacja ma być przyjemna to musi być z penisem i miałam rację :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s