Across The Cursed Lands II – 21 – Na tropie bandam

We Frankforcie, stolicy stanu Kentucky, mieli być dwa dni temu. Taki był pierwotny plan, a przynajmniej do czasu, aż wóz Williama nie uległ destrukcji. Ten wypadek znacznie opóźnił ich w drodze, ponieważ lekarz zwyczajnie nie był w stanie jechać szybko i długo. Dlatego też dopiero dziś, czwartego sierpnia 1873 roku mogli dojechać do miasta. A do tego jeszcze go nie widzieli, co wyraźnie martwiło Williama. Był w siodle już kilka godzin i co prawda przez te sześć dni jako tako przywyknął, tak wciąż nie czuł się pewnie na koniu.
Westchnął do siebie cichutko i delikatnie wykręcił się na Pigmencie, aby sięgnąć po manierkę z wodą. Upił odrobinę i równie ostrożnie schował ją do juków.
— Myślisz, że będziemy musieli poszukać bandam w okolicy i na nie zapolować, czy będzie można kupić je w aptece? — rzucił, byle coś powiedzieć, bo był pewien, że Jefferson nie jest w najmniejszym stopniu zorientowany w tym temacie.
Wczorajszego wieczora dużo rozmawiali o ewentualnym sposobie zabezpieczenia serc przed zgniciem, a raczej William mówił, a Ranger słuchał. I z uwagi na fakt, że wyciąg z dziąseł bandamy skutecznie utrzymywał odpowiednią temperaturę w jego mechanicznym pajączku, uznał, że będzie to idealna substancja do zakonserwowania serc w słoiku.
— Nie wiem — burknął Jefferson, który wyglądał na zmęczonego, ale bynajmniej nie fizycznie. Od kiedy William przeżywał jazdę konną jak kobieta ciążę, czuł się obdarty z opanowania, spokoju ducha i zwyczajnej cierpliwości. Chciał odpocząć od bolących nóg, które nie były jego, od niestabilnego siodła nie dla niego, ogólnie od tematów związanych z tym, jak to jest źle podróżować na grzbiecie wierzchowca. I jak bardzo rzadko, chciał już miasto.
— Pewnie dopiero jutro będziemy mieli okazję to sprawdzić, skoro jeszcze nawet nie widać miasta… — zauważył lekarz, któremu dzisiaj rano humor znacznie poprawiła świadomość, że wreszcie wyśpią się w łóżku. Liczył jednak, że zostaną chociaż na kilka dni i będzie mógł dać odpocząć nogom.
— Byłoby je szybciej widać… — Ranger przewrócił oczami, wziął głębszy oddech i obiecał sobie, że się upije. — Niedługo będziemy.
Ujrzeli na końcu ścieżki zarys woźnicy, z którym chwilę później się minęli. To dobrze świadczyło o drodze. Najwyraźniej rzeczywiście byli blisko miasta.
— Jesteś zmęczony? — William zauważył niecodzienną ospałość w zachowaniu swojego towarzysza. Co prawda bywał często milczący i spokojny, ale dzisiaj jakoś wyjątkowo często… wzdychał.
Jefferson wzruszył ramionami, jadąc na swoim karym ogierze odrobinę bardziej z przodu.
— Chcę się upić — przyznał na swój sposób rację lekarzowi, a raczej wyznał część prawdy. Bo zmęczony był, ale nim. Chociaż miał coraz więcej dobrej woli w stosunku do niego i starał się go nie obrażać. Tak często.
Jasne brwi lekarza uniosły się nieznacznie w górę, chociaż przez opaskę zrobioną z fularu i tak nie były specjalnie widoczne. William zdecydowanie zdziwił się taką odpowiedzią, ale nie zareagował negatywnie. Wręcz przeciwnie.
— Mamy jeszcze tę butelkę whisky od barmana za uratowanie jego syna — przypomniał, a młodszy mężczyzna odwrócił się do niego połową ciała.
— Za pozbawienie go nogi. Ale… co tam. Jak dotrzemy i będzie spokojnie, to wypijemy za jego zdrowie. — I za Pigmenta, że jest takim spokojnym, ospałym koniem, dodał w myślach. Nawet nie chciał wyobrażać sobie swojego koszmaru, jeśli William byłby w posiadaniu innego wierzchowca, mniej chętnego pod dosiad.
— Dobrze, chętnie rozluźnię się po tej ciężkiej podróży. Może uda się jeszcze dokupić do tego jakieś pestki — William rzucił już trochę do siebie. Lubił takie drobne dodatki.
— Pestki?
— Tak. Albo orzeszki? Chętnie bym coś przegryzł do tej whisky, co jednak nie jest serem ani chlebem. Ostatnio zbyt monotonnie jadamy…
— Jadasz — poprawił go Ranger, który uważał swoje mięso, fasolę i… mięso za zróżnicowaną dietę.
— Gdybyś pomieszkał ze mną w stałym miejscu przez dłuższy czas, zobaczyłbyś, co to jest różnorodne i zdrowe jedzenie, Jeff — odpowiedział spokojnie i poważnie William, nawet nie myśląc, jak brzmi to, co mówił. Jakby sugerował, że w ogóle mogliby kiedyś razem na jakiś czas zamieszkać. Ale rozmowa skutecznie odsuwała jego myśli od siedzenia w siodle, więc chętnie prowadził ją dalej.
— No tak. Różne rodzaje trawy, liści albo serów. I jak ty to nazywasz zdrową dietą, to ja nie wiem… — odparł Ranger surowiej niż zamierzał. — Powiedz ty mi lepiej, co ci tak przeszkadza w mięsie. Nie mogę tego pojąć.
— Matka mnie tak nauczyła. Jest zdrowo, zresztą znasz moją niechęć do zwierząt i nie ogranicza się ona do strachu przed nimi.
— To mścij się na nich i je zjadaj.
William spojrzał na niego chłodno, bo ta logika zdecydowanie nie trafiała w jego gusta.
— A ty zjadłbyś Isaaka Hamiltona?
— Nie. Ale mógłbym go upiec nad ogniem! — Jeff zaśmiał się pod nosem z wybitnym i specyficznym czarnym humorem. William znał go na tyle, że mógł być pewny, że właśnie ma na twarzy lekki uśmieszek, nawet, mimo że nie widział jego twarzy.
— Nie sądzę, żeby generał Orkenzy był z tego rad. Chociaż przyznam, mógłby to być ciekawy widok… Mimo że ogień nie jest moją ulubioną rzeczą — William dodał ostatnie zdanie bardziej do siebie i zadarł wyżej głowę, by chociaż spróbować dostrzec coś poza wzniesieniem i drzewami. Na razie jednak nic nie widział. Nie napawało to nadzieją i optymizmem.
— A co jest?
— Hm? — lekarz znowu spojrzał na swojego towarzysza i zamyślił się. — Lepsze było to, kiedy połamaliśmy palce tamtemu bandycie od Pigmenta — odpowiedział w końcu z delikatnym uśmiechem czającym się w kąciku jego ust.
Jefferson nie był tak subtelny. Roześmiał się głośno, a humor poprawił mu się chociaż na chwilę.
— Ta… to było dobre. Jemu też można by było co nieco połamać. Szczękę chociażby.
Na myśl o szczęce Isaaca Hamiltona William, nie wiedzieć czemu, pomyślał o jego specyficznym wąsiku. Puścił się jedną dłonią rożka siodła, którego przez całą drogę trzymał się mocno, i przesunął palcami nad górną wargą.
— Wiem, że za nim nie przepadasz, ale co myślisz o tym modnym wąsiku? — zapytał, kierując spojrzenie na swojego przystojnego towarzysza.
Ten prychnął pod nosem, nadal rozbawiony wyobrażeniem połamanej szczęki Hamiltona.
— Że wygląda, jakby się czymś tam usmarował i przykleił se tam końskiej sierści.
William nie potrafił się nie uśmiechnąć. Jefferson bywał tak prostolinijny, a jego słownictwu daleko było do wysublimowanej kurtuazji. A mimo to lekarzowi, który wychował się w wielkim mieście, wcale to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie, fascynowała go w tym Rangerze ta inność, naturalność i prostota.
— Więc nie przeszkadza ci, że nie jestem specjalnie owłosiony?
— Wyglądałbyś jak kurczak z futrem. Co komu pasuje, temu pasuje. Tobie bynajmniej nie. Tak jak mi to, że zapewne jeszcze będę musiał zobaczyć tę facjatę — dodał, najpewniej znowu odnosząc się do Isaaca.
— Nieprędko — William w pewien sposób go pocieszył. — A przynajmniej mam nadzieję, że gdy dotrzemy do tej osoby z agencji, która mieszka niedaleko Frankfortu, nie wyśle nas ona z powrotem do Kansas City.
— I że nie okaże się jakaś zrypana — Jeff dodał swoje surowym, burkliwym tonem, jakby to, w jak ostry sposób to powie, miało przenieść się na osobowość osoby, do której zmierzali, chociaż jej nie znali.
— Zobaczymy… — odpowiedział krótko jego towarzysz.
Najchętniej poznałby jakiegoś osobnika pokroju Benjamina Showa, który mógłby go jakoś zaciekawić swoją wiedzą, a dodatkowo może pomógłby im rozwikłać sprawę serc, które przewozili. Domyślał się jednak, że na to są małe szanse, ale pomarzyć mógł. Tak samo jak teraz jego myśli popłynęły do wspólnego picia dobrej whisky z Jeffersonem. Och tak…
Po tym jeszcze chwilę rozmawiali. O niezbędnych zakupach, które będą musieli dokonać w mieście, o cenach dobrych siodeł, o nauce strzelania Williama i o tym, że ten nic z tym nie robi.
Tak upłynął im czas, aż w końcu obaj zobaczyli w oddali miasto. Rozpościerało się po drugiej stronie rzeki, do której się zbliżali.
Jadąc, w końcu trafili nad brzeg wody oraz kryty most, który przez nią prowadził. Kawałek dalej dotarli do wysokiego wiaduktu, który przecinał rzekę Kentucky. Nim poprowadzone były tory kolejowe wbiegające do miasta.
Jak na stolicę przystało, Frankfort uraczyło ich widokiem wysokich budynków, tłumów ludzi na ulicach i licznych fabryk, które skupiały się głównie nad brzegiem rzeki. Dlatego też, poza zadbaną zielenią wokół, widać było dym unoszący się znad tych większych budynków. William dodatkowo obejrzał się na prawo, gdy już jadąc główną ulicą przez miasto, minął ich jadący w dość powolnym tempie pociąg. Ogromne wrażenie robił fakt, że powoli toczył się górą, wysokim nasypem, w który był wmontowany niski most. Dołem, pod nim, biegała ulica Wilkerson. Dzięki temu drogi zarówno pociągu, jak i konnych czy wozów nie krzyżowały się. Czuć było dzięki temu postęp.
Lekarz odetchnął z wyraźną ulgą i zatrzymał Pigmenta, gdy minęli większy tłumek ludzi.
— Poszukajmy hotelu — zwrócił się do swojego towarzysza, ostrożnie zsuwając się z siodła. Wolał resztę drogi przejść, ciągnąc swojego konia za uzdę, niż siedząc na nim. To już nie było konieczne, nie spieszyli się tak.
— Jak chcesz. Jakieś sugestie? — Jefferson spojrzał na niego z góry, już mając ochotę ruszyć dalej. Albo chociaż już być u tego człowieka z agencji TABiW.
William chwycił za uzdę i ruszyli dalej, w stronę widocznego na tle innych budynków ratusza. Konkretnie to jego wieża z kopułą wystawała ponad innymi dachami.
— Nie byłem jeszcze w tym mieście. Musimy się rozglądać, czy gdzieś nie ma odpowiedniego przybytku — odpowiedział spokojnie, co raz zadzierając głowę i starając się ignorować pojedyncze spojrzenia przechodniów na jego nieprofesjonalnie przewiązaną fularem twarz.
Dwie przecznice dalej, na wprost ratusza, skręcili w prawo, na północ. Ulica St. Clair była chyba najbardziej reprezentatywną w tym mieście. Budynki były nawet pięciopiętrowe, do tego liczne sklepy usytuowane na wysokości ulicy. Ludzi też było tu mnogo, a porządku pilnowało dwóch przechadzających się stróżów prawa. W identycznych służbowych uniformach. Na końcu ulicy, po prawej stronie znaleźli też spory hotel.
To wyjątkowo ucieszyło dwójkę towarzyszy. Jefferson zajął się oddaniem koni pod opiekę tutejszej służby, za to William poszedł zapłacić za noc w dwuosobowym pokoju. Okazało się, że ceny są wysokie, dlatego nie brał dwóch.
Poczekał w obszernym holu na swojego kompana, aby wraz z nim udać się na trzecie piętro. Miał nadzieję, że będą mieli z pokoju dobry widok na miasto. I rzeczywiście, z góry widać było ulicę, a wychyliwszy się, nawet zarys mostu w oddali.
— Jak ci się podoba, Jeff? — William odsunął się od okna i obejrzał na Rangera.
Pokój był odpowiednich rozmiarów, dwa dość szerokie łóżka zaścielone błękitną pościelą, która jakoś dziwnie skojarzyła się lekarzowi z tą w Ośrodku Zdrowia Karmazynowa Rzeka. Do tego białe kwiaty na jasnej szafce w rogu i czysta podłoga.
— Stajnia jest mała jak jasna cholera, ale zadbana — odparł Ranger, siadając ciężko na jednym z łóżek. Obok niego rzucił swoje rzeczy. Od razu też zaczął zdejmować buty. Kiedy już postawił jeden na podłodze, powąchał powietrze. — Mam nadzieję, że za takie pieniądze grzeją tu wodę bez dopłat — mruknął do siebie, czując, że nogi nie pachną mu najlepiej. Cóż, trudno. I tak nie było aż tak źle, jak mogłoby być.
— Też na to liczę — przyznał William, który wziął przykład z Jeffersona i usiadł na drugim łóżku, a potem opadł do tyłu na plecy. Przez to kapelusz spadł mu z głowy i sturlał się na podłogę, ale lekarz nie przejął się tym. Przymknął za to oko, czując, jak nogi odpoczywają mu po tej długiej, męczącej jeździe konnej.
— Jakieś plany? Na teraz? — usłyszał głos swojego towarzysza i nic poza tym. Ten musiał więc dalej siedzieć boso na swoim łóżku.
— Pójdę poszukać sklepu z żywnością. Kupię coś na dalszą drogę, jakieś orzechy może… Jeśli trafię na aptekę, zapytam o bandamy… — William myślał głośno, nie uchylając powieki. Jego głos był spokojny i monotonny. — A potem chętnie skorzystam z ciepłej wody i wieczorem możemy zakosztować naszej podarowanej whisky.
— Opaska? — padło krótkie pytanie z naprzeciwka, które sprawiło, że lekarz od razu stężał. Uniósł się nawet do pozycji siedzącej i dotknął fularu.
— Poszukam.
— Albo to zwyczajnie zdejmij.
Jeff właśnie rozpinał kamizelkę, nadal siedząc na swoim miejscu z jedną nogą podciągniętą do siebie. Nie wydawał się specjalnie zaangażowany w rozmowę.
Po chwili wstał i wyjął z bagaży zabezpieczoną w ubrania butelkę alkoholu. Postawił ją na stoliku, a z przygotowanego przez obsługę dzbana nalał wody do małej miski i obmył twarz. Przeciągnął się jeszcze.
Cały czas śledziło go błękitne ślepię Williama, który był bardziej zainteresowany tymi prozaicznymi czynnościami Rangera niż chociażby lustrem nad niewielką toaletką czy jakimś obrazem przedstawiającym naturę, który wisiał nad jednym z łóżek.
Nie skomentował sugestii Jeffa, bo uznał ją za niedorzeczną. Uniósł się za to i podszedł do porzuconych pod drzwiami bagaży, aby wyciągnąć z nich więcej pieniędzy i swoją laseczkę.
— Chcesz mi towarzyszyć, czy spotkamy się już wieczorem?
Jeff cmoknął między zębami i podrapał się w kark.
— Na ratuszu był zegar? — spytał trochę bez związku z zadanym mu pytaniem.
— Nie jestem pewien, ale bardzo prawdopodobne — odpowiedział blondyn, chowając do sakiewki przy pasku fundusze na ewentualne zakupy.
— Bo możemy się spotkać o którejś godzinie. Chyba że chcesz sam wybrać sobie siodło?
William, który już miał zawrócić się po swój kapelusz, zastygł i spojrzał na Jeffersona poważnie i wręcz dość srogo.
— Kupimy nowy wóz.
— Kupimy siodło. — Jefferson wydawał się bardzo przekonany w tym, co postanowił. Nie będzie się po raz kolejny męczył z Williamem, jeśli wóz znowu się zepsuje, a on będzie marudził na drogę. A teraz była przynajmniej nadzieja, że w końcu lekarz nauczy się czegoś przydatnego i niezbędnego. Takiego jak jazda konna.
— Nie. Nie jest nam potrzebne, skoro będziemy mieć wóz. Dobrze wiesz, Jeff, że moje tempo jazdy znacznie nas opóźnia — naciskał William, który tężał na samą myśl dalszej drogi na Pigmencie. Wciąż miał wrażenie, że ma jego grzbiet pomiędzy nogami, a uda, za każdym razem po zejściu z siodła, długi czas były nieprzyjemnie sztywne.
Ranger poruszył ustami, starając się nie wypowiedzieć kilku przekleństw, które cisnęły mu się na nie.
— Ale potem będzie szybciej. Wygodniej — nie miał zamiaru pozwolić lekarzowi znowu kupować wozu! Teraz była idealna szansa, aby mu to wyperswadować. Nie dopuści do tego! Choćby miał mu zabrać pieniądze!
— Zanim ja nauczę się jeździć, to to serce mimo wyciągu z dziąseł bandam zdąży się rozłożyć — odpowiedział zimno William, zupełnie nie wierząc, by miał jakikolwiek potencjał zdolności jeździeckich.
Jefferson spojrzał na Williama z niejaką pretensją.
— I tak będziesz jechał w siodle — zarządził, zakładając na powrót buty. Nogi mu się trochę przewietrzyły i odpoczęły.
— Odmawiam. Nie możesz decydować za mnie, Jeff. To nie ty się męczysz! — William delikatnie podniósł głos, wciąż stojąc w miejscu, cały spięty i zaciskając szczupłą dłoń na laseczce.
— Nie ja? Ja się non stop z tobą męczę, jak tak zrzędzisz. Jedziesz w siodle i koniec dyskusji! Nie będę się potem szarpał z twoim wozem, jak gdzieś utkniesz! Nawet Show jeździł konno, nie zachowuj się jak dziecko! — Ranger też odparł dużo głośniej, bardziej agresywnie. Nie da się znowu przekonać. Nie ma mowy!
— Nie pouczaj mnie — wycedził zimno lekarz, mrużąc powiekę. — Jeździsz konno od dziecka, a ja niemalże pierwszy raz i już muszę spędzać w siodle po kilka godzin. Nie jestem w stanie się nauczyć tak dobrze jeździć jak ty, Jeff. I prędzej w razie jakiejś ucieczki przed stadem czegokolwiek spadnę z Pigmenta niż z wozu. Dlaczego wóz tak ci przeszkadza? Dotychczas nie narzekałeś zanadto.
— Bo byłeś uparty tak jak teraz! „Nie i nie, i nie… ja chcę wóz, ja chce wóz”! — przedrzeźniał go, krzywiąc się na twarzy. — Nauczysz się. I nikt ci nie każe jeździć jak ja. Masz się trzymać w siodle, tak jak teraz. I nie marudź, chociaż od tego dupa nie zrobi ci się płaska jak od tej dechy w wozie.
William zacisnął usta, patrząc nieprzyjemnym wzrokiem na twarz towarzysza.
— Widzę, że twoje zamiłowanie do dogryzania mi przeszło ze słownych utarczek do mniej przyjemnej formy. Chyba że to kolejna próba ukarania mnie za to, co ci zrobiłem — mówił oschle, podchodząc już po swój kapelusz i nasuwając go na głowę. — Jeśli tak, kolejny raz nie mam zamiaru przepraszać, ale to wyjątkowo nieprzyjemne, że tak mnie lubisz dręczyć — dodał na koniec i nie dodając nic o ewentualnej godzinie spotkania, ruszył do wyjścia z pokoju.
Jefferson zamrugał, zupełnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Czym go niby tak uraził, że William zaczął się zachowywać jak rzucona pannica?!
— A ciebie co, do cholery, ugryzło? Burmoczysz się jak jakaś baba z dobrego domu!
— Och, może dlatego, że cały czas ze mnie kpisz — odpowiedział wrogo lekarz, już z dłonią na klamce. — Że podróż ze mną jest męcząca, że zrzędzę, że nie możesz wytrzymać, gdy marudzę, że mnie nogi bolą, a i tak chcesz, żeby bolały mnie bardziej. A teraz jeszcze mi mówisz, że mam płaskie pośladki.
Młodszy mężczyzna zwęził oczy i spojrzał na lekarza, jakby nie wierzył.
— Robisz aferę dlatego, że powiedziałem, że od wozu spłaszczy ci się tyłek?
— Nie robię „afery”… Ja… — William już zaczął, chcąc mu wyjaśnić, że nie lubi tych momentów, kiedy Jeff każdym słowem sugeruje mu, jak bardzo nie jest w jego typie, jak bardzo nie odpowiada jego standardom i jak bardzo ciężkim w obyciu towarzyszem jest. Jak dobrze by było wszystko w nim zmienić, żeby faktycznie był odpowiedni. Ale nie zrobił tego, bo domyślał się, że w odpowiedzi znowu usłyszałby, że zachowuje się jak pannica i jedyne, co by tym wskórał, to jeszcze gorszy humor.
Dlatego tylko pokręcił głową i wyszedł z pokoju.
Jefferson warknął pod nosem, zabrał swój pas z kaburami i wypadł za lekarzem. Zamknął jeszcze drzwi i dogonił blondyna na schodach.
— I tak kupimy ci siodło — zadecydował, odkładając kłótnię na później. Przy okazji, uważał, że lekarzowi wyjdzie to na dobre. Nauczy się czegoś życiowego, zmniejszy swój dystans do zwierząt i poprawi kondycję, o udach i pośladkach nie wspominając.
— Dobrze — odpowiedział William pozbawionym emocji głosem, nie zamierzając już ciągnąć tego tematu. Nie miał pojęcia, jak przeżyje dalszą drogę w taki sposób, ale czarne wizje same napływały mu do głowy. Zaczynając się od codziennych zakwasów, a kończąc na podzieleniu losu syna barmana, od którego mają alkohol.
Jefferson skinął żywiej głową, ucieszony z zakończenia tematu. Zszedł na dół, tam poczekał na lekarza już na ulicy. Chwilę rozglądał się po ruchliwej drodze, powiódł wzrokiem za dwiema kobietami ciągnącymi swoje długie suknie po ziemi i kurzące przez to za sobą. Zupełnie tego nie rozumiał.
A kiedy jego towarzysz wyszedł zza dwuskrzydłowych, wykonanych z ciemnego drewna drzwi hotelu, skinął na niego głową.
— Więc jak?
— Idę zająć się jedzeniem, opaską i zapytam o bandamy. Możemy się spotkać o ósmej pod ratuszem, jeśli sobie życzysz — odpowiedział William, stojąc prosto i ze swoją laseczką wyglądając bardziej formalnie. Nie wspominając już o tym poważnym wyrazie twarzy, który był pozostałością po ich ostrej wymianie zdań.
— Więc idę kupić siodło dla Pigmenta. Jakbym skończył wcześniej, szukać cię najprędzej gdzie? — Jefferson mówił, ale nie patrzył na lekarza. Akurat drogą jechał jeden z tych mechanicznych pojazdów, których nie darzył zaufaniem ani sympatią.
William również spojrzał w tamtym kierunku, zainteresowany tym, co widzi. Bardzo chciałby się takim kiedyś przejechać. Dużo chętniej poprowadziłby automobil niż Pigmenta… Na samą myśl znowu lekko drgnął i odpowiedział Rangerowi:
— Nie wiem. W aptece bądź gdzieś, gdzie można znaleźć przepaskę na oko. Nie będę się zanadto oddalał od hotelu. Moje nogi po jeździe konnej mi na to nie pozwalają.
— Nie marudź. Moje ci się podobają, a myślisz, że od czego takie mam? — Jefferson prychnął pod nosem. — Z czasem będzie lepiej. Prawie tydzień wytrzymałeś i nie mów, że było coraz gorzej — zagadnął i ruszył. Miał tylko jedno na głowie, więc w sumie mógł kawałek przejść się z towarzyszem.
— Nie chcę już o tym rozmawiać, więc byłbym wdzięczny za przerwanie tematu. I również proszę, żebyś nie porównywał mnie do siebie tak jawnie. Wiem, że daleko mi do twojej kondycji i umięśnienia — odpowiedział chłodno lekarz, który nie chciał już słuchać o tym, jak źle wygląda, a tak właśnie teraz odbierał słowa Rangera. Mimo to chód miał spokojny i co raz rozglądał się po budynkach przy ulicy. Gwar miasta dobrze na niego działał. W przeciwieństwie do Jeffersona. Nic jednak nie mógł na to poradzić.
— Nie porównuję ciebie do siebie. To byłoby tak durne, jak porównywanie naszych zawodów. Mówię ci tylko, że jeszcze ci się polepszy od tego… Wiesz… — wzruszył ramionami, nie czując się pewnie, aby na głos na ulicy mówić Williamowi, że i tak ten wyglądał lepiej, niż kiedy się poznali.
— Nie jestem pewien, czy cokolwiek dobrego może wyniknąć z mojej jazdy konnej, ale nie będę się teraz o to spierał. Bylebyś nie zapomniał, że ty również ponosisz tego konsekwencje, kiedy musimy zwolnić tempo — zauważył blondyn, mrużąc powiekę, by wypatrzyć odpowiedni sklep. Chciał zacząć od opaski.
— Tak… twoje marudzenie — Jeff mruknął pod nosem, jakby dopiero sobie przypomniał. — Trudno jednak… wiesz… — psyknął między zębami. — Najwyżej cię rozmasuję czy coś — dodał i wskazał dłonią, tuż przed nosem lekarza, sklep po drugiej stronie ulicy. Ujrzenie go było jak zbawienie na zmianę tematu. — Krawiec.
William spojrzał w tamtym kierunku, a potem na Jeffersona, zatrzymując się.
— Idziesz ze mną, czy tutaj się rozstajemy?
— Możemy się rozdzielić — zgodził się Jefferson, także się zatrzymując. Gniew i rozdrażnienie jak zwykle bardzo szybko go opuściły.
— Dobrze. W takim razie spotkamy się wieczorem — stwierdził lekarz, który w przeciwieństwie do swojego towarzysza wciąż czuł się dotknięty, więc liczył, że spokojne zakupy i samo przebywanie w ruchliwym mieście do zachodu słońca poprawi mu humor.

*

Nowa przepaska spoczywała na twarzy Williama. Nie była czarna, tak jak ta poprzednia, a ciemnobrązowa. Lekarzowi się podobała. Dodatkowo miała doszyte drobniutkie, metalowe romby wokół części zakrywającej oko. Dał za nią niemało i kupił nie u krawca, a w sklepie z dziwnymi, jednorazowymi przedmiotami, w którym poza ową opaską była chociażby popielnica w kształcie kościstej dłoni czy drewniany wachlarz z malowidłem polujących Indian.
Zapas jedzenia, jak i woreczek nasion słonecznika również już zakupił. Teraz, jako ostatnią sprawę do załatwienia, powziął sobie za cel aptekę. Uznał, że jeśli nie dowie się tutaj niczego, popyta już jutro. Zbliżała się w końcu ósma wieczór, a on nie chciał chodzić po mieście z tobołkami pełnymi jedzenia.
— Dobry wieczór — przywitał się po przekroczeniu progu i podszedł do szerokiego biurka aptekarza. Liczył, że z uwagi na fakt, że bandamy są dość powszechnie znaną i liczną mutacją, coś będą tu na ich temat wiedzieć. — Chciałem zapytać, czy gdziekolwiek w mieście jest dostępny wyciąg z dziąseł bandamy.
Mężczyzna w średnim wieku, o skośnych, czarnych oczach i drobnej, bardzo nietutejszej twarzy uniósł wzrok znad małej wagi, gdzie właśnie na szalkach układał białe, mniejsze niż ziarno grochu, kuleczki.
— Szuka pan kompresów, psze pana? — spytał lekko łamanym angielskim, a raczej nasiąkniętym mocnym akcentem. Uśmiechał się przy tym uprzejmie, ale z dystansem, przesuwając palcami lewej dłoni po swoich długich wąsach.
William dodatkowo zauważył, że rękawy jego czarnej, prostej marynarki, zapinanej w linii prostej aż pod szyję, są ubrudzone czymś na biało.
— Szukam nie jakichś kompresów, a konkretnie wyciągu z dziąseł bandamy. W grę nie wchodzi nic innego — odpowiedział spokojnie i poważnie, stojąc prosto przed biurkiem, z laseczką w lewej dłoni i torbą z jedzeniem w drugiej.
Farmaceuta zmrużył jeszcze bardziej swoje wąskie oczy, przez co te wyglądały dosłownie jak szparki. Chwilę pogładził się po jednym z wąsów wyglądających jak sumie.
— Hmm… — zamruczał i zdjął ze słoika stojącego nieopodal pokrywkę. — Miętówkę? — zaoferował, wstając i przesuwając naczynie do blondyna. — Ja poszukam w księgach.
— Dziękuję — skinąwszy głową, William sięgnął po cukierek i chętnie włożył do ust. Aż się zaskoczył nasyceniem miętowego smaku. Niemal go zapiekło w język, ale tak przyjemnie.
Possał z lubością, rozglądając się przy okazji po izbie. Naprawdę lubił takie miejsca i gdyby nie miał większych ambicji w dziedzinie medycyny, to mógłby założyć taką aptekę. Albo nawet zrobi to na starość…
W tym czasie farmaceuta, lekko się garbiąc i trzymajac jedną dłoń zwiniętą w pieść za plecami, przeszedł między regały, które znajdowały się za jego plecami. Musiał być bardzo ufny co do ludzi, bo wagę i słoiki, chociażby ten z miętówkami, zostawił na swoim długim biurku, którego blat nie był zabezpieczony przed obcymi niczym więcej jak ładną deską z ciemnego drewna, sięgającą mniej więcej do mostka. Spokojnie można było sięgnąć i coś zabrać. Tak jak poczęstować się miętówką.
William chętnie zabrałby jedną dla Jeffersona, ale nie wiedział, czy ten w ogóle lubi takie rzeczy. Byłby jeszcze gotów go ofuczeć, że to jakieś medyczne, podejrzane wymysły. Poza tym, lekarz wciąż miał mu za złe dzisiejszą rozmowę, więc jedynie przestudiował wzrokiem skład apteki, dostrzegając nawet kilka ziół, których dotychczas nie znał. Musiał zapamiętać nazwy i poczytać o nich w książce. Och, no tak… swoje książki zostawił nad brzegiem rzeki, gdzie zniszczył mu się wóz.
Odetchnął do siebie cichutko, by się nie denerwować, akurat kiedy do izby ponownie wrócił azjatycki farmaceuta.
Nie odezwał się od razu, tylko pochylił nad swoim szerokim biurkiem. Z szufladki wyjął cienki listek pergaminu, przeciął go na połowę, po czym sięgnął do zakorkowanego flakonu. Wysoki korek, jak wpierw myślał William, okazał się pędzelkiem zamoczonym w tuszu. Farmaceuta napisał coś na pergaminie starannym, chociaż bardzo specyficznym pismem. Osuszył jeszcze to, co napisał i dopiero kiedy uprzątnął wszystko na biurku, podał pergamin klientowi.
— Tu ma pan adres osoby, która może panu tak konkretnie pomóc. Tu niestety świeżego wyciągu nie trzymamy. Rzadko jest zapotrzebowanie. Jednak nadal są kompresy, jakby był pan zainteresowany. Albo miętówki — zasugerował, kiwając głową zachęcająco.
William podziękował grzecznie skinieniem głowy i po schowaniu notatki do kieszonki marynarki, wyciągnął z sakiewki kilka monet. Położył je na biurku przed farmaceutą i dodatkowo uchylił kapelusza w podzięce.
— Dziękuję zarówno za miętówkę, jak i informacje. W razie potrzeby, jeszcze się zjawię.
— Ależ oczywiście — Azjata skinął głową grzecznie, nie wyciągając od razu dłoni po pieniądze. Wydawał się z natury pomocnym człowiekiem. — Zapraszam serdecznie. Jeśli byłby pan zainteresowany, mam wiele ziołowych i nie tylko słodkości. Nie tylko.
Blondyn jeszcze raz przebiegł spojrzeniem po wszystkich słoiczkach i pudełeczkach i zapewnił, że w razie czego jeszcze się zjawi. Może rzeczywiście jakieś zdrowe przekąski jeszcze przed wyjazdem sobie zakupi…
Pożegnał się z Azjatą i wyszedł z apteki na powoli pustoszejącą ulicę. Wcześniej było tu więcej ludzi, ale pod wieczór najwyraźniej większość wracała do domów lub knajp. William jedynie zacisnął mocniej dłonie na laseczce i torbie z jedzeniem i powolnym, spacerowym krokiem ruszył w kierunku widocznego nawet z tej odległości ratusza. Był naprawdę monumentalny, kolumny przed wejściem bardzo gustowne, a temu wszystkiemu uroku dodawały starannie przycięte drzewka i krzewy.
Kiedy już był blisko, zobaczył, że na jednej z ławeczek ustawionych frontem do ulicy siedzi jego towarzysz. Był skupiony na rozłożonym na swoich kolanach papierze, a raczej na jedzeniu, które było w ten owinięte. Właśnie oblizywał palce. Lekarz też zauważył, że tuż obok niego leży siodło i jeszcze jakieś paczki.
Na sam widok siodła poczuł nieprzyjemny skurcz w gardle, a na widok Jeffersona przyjemny dreszcz. I bardzo nie podobało mu się to połączenie, bo to przez upartość Rangera znowu będzie się męczył, a i tak reagował na niego dość… mocno.
Podszedł bliżej i położył torbę z zakupami na chodnik przy ławeczce.
— Smacznego — rzucił, siadając na chwilę, by dać odpocząć wciąż obolałym po długiej jeździe nogom.
Jefferson spojrzał na niego i oblizał dokładnie usta. Palce też.
— Dzięki, też chcesz? — zaproponował, biorąc od spodu jedzenie i wyciągając je zachęcająco do lekarza.
Była to mocno czerwono-bordowa, zbita masa, błyszcząca i z widocznymi pestkami. Pachniała silnie owocami. Była też bardzo gęsta, bo nie rozlewała się, mimo że znajdowała się jedynie w papierku. Wyglądała jednak na dość wilgotną.
Zapachem zaciekawiła Williama, więc ten już miał zapytać o jakąś łyżeczkę. Widząc jednak, że Jefferson jadł palcami, sam sięgnął do papierka i wziął odrobinę na palec. Oblizał i wpierw lekko się skrzywił, bo smak dziwnie zmieszał mu się z wcześniejszą miętówką. Wziął więc więcej i dopiero za drugim razem smak owoców zdominował w jego ustach.
— Smaczne — pochwalił, co rzadko się zdarzało. Zwykle nie tolerował jedzenia Jeffersona.
Ten od razu uśmiechnął się szerzej. Jemu samemu bardzo smakowała ta bardzo mocna, owocowa nuta i dominująca słodkość. Sprzedawczyni powiedziała mu, że jest to owocowa pasta. Jak takie, które można było czasami dostać z mięsa. Jefferson oczywiście nie dopytywał, jak to jest robione.
— Co nie? Dobre jest też z pieczywem, ale tak słodsze! — Zaśmiał się, ucieszony z tego faktu i wziął kolejną porcję między palce aż do ust. Oblizał je dokładnie. — A ty? Wszystko kupiłeś?
Odpowiedź uzyskał dopiero kilka sekund później, gdy lekarz przestał gapić się na jego usta i oblizywane palce.
— Powiedzmy. Mam jedzenie na drogę, słonecznik na dzisiejszy wieczór i jak widzisz, kupiłem opaskę — postukał się palcem po dość sztywnym, skórzanym materiale zakrywającym bliznę na oku. — Za to jeśli chodzi o bandamy… — wyciągnął z kieszonki pergamin, rozłożył i pokazał Rangerowi. — Mam adres osoby, która może nam coś w ten kwestii doradzić.
— Skąd? — spytał Ranger, nim jeszcze wziął kawałek pergaminu. Otarł przy okazji palce o spodnie i dopiero przeczytał: „Malvin Berry. Traper. Conway st. z Campbell st.”. — Kto to? — ściągnął brwi z zaintrygowania i może trochę zaciekawienia. Chociaż w tym wszystkim czaiło się powątpiewanie. Po co im traper, skoro sam umie polować?
— Jeszcze nie wiem. Jutro możemy się tam wybrać. Dostałem adres od farmaceuty w aptece — wyjaśnił William, znowu sięgając do papierka, by skosztować tych owocowych słodkości. — Nie widziałem jednak tych ulic tu w centrum, więc pewnie będziemy musieli popytać, gdzie to dokładnie jest.
— Mogłeś spytać tego farmaceuty — odparł Jeff i oddał zapisany adres lekarzowi. — Jednak trudno. Jeszcze coś na dziś?
— Ja już wszystko załatwiłem. A widzę, że i ty również… — William zerknął niechętnie i dość wymownie na siodło. — Możemy chyba wracać do hotelu.
— Możemy — Ranger skinął głową, zawijając w papier swoje słodkości. — Zaniesiesz to na górę, a potem zejdziesz do stajni. Nauczę cię zakładać siodło.
Oblicze Williama momentalnie pociemniało. Nie miał dzisiaj ochoty mieć już cokolwiek wspólnego z końmi, stajniami i siodłami. Nogi wciąż go bolały, wciąż czuł się absolutnie zignorowany przez Jeffersona, który narzucił mu sposób dalszej jazdy i jedyne o czym teraz myślał, to umycie się, odświeżenie i napicie dobrej whisky.
— Nie dzisiaj. Dzisiaj chcę odpocząć. Wracamy — zdecydował stanowczo, unosząc się z ławeczki i sięgając po swoje zakupy.
Młodszy mężczyzna psyknął między zębami, ale w końcu skapitulował.
— To jutro — zadecydował, także zbierając swoje rzeczy. Siodło przerzucił przez ramię, a paczki wziął w rękę. W ogóle był z siebie dumny! Znalazł dobre, dość tanie i bardzo wygodne siodło dla lekarza. Dużo miększe niż jego, na którym od wypadku przy rzece William podróżował.
Ten nie był tego świadom, ale bynajmniej nie zamierzał dopytywać o właściwości swojego nowego siedziska. W ogóle nie chciał o tym myśleć i najchętniej oddaliłby moment ponownej podróży, jak tylko by się dało.
— Co sądzisz o mojej nowej przepasce? — zapytał, kiedy obeszli ratusz i skierowali się w stronę hotelu. Było już ciemno, ale latarnie oświetlały im drogę.
— Jest dobra, jeśli jest wygodna — Jeff odparł tak, jak myślał. Prosto i zwyczajnie, jak tylko się dało. Nie był specjalnie przykładającym uwagę do wyglądu, mody, czegokolwiek w tym stylu, facetem.
— Tak, czuję, że jest stabilniejsza niż poprzednia — przyznał William, który dodatkowo, gdy już założył swój nowy nabytek na oko, uznał, że i jego nos wygląda już całkiem nieźle. Po opuchliźnie nie było śladu, zasinienie również zeszło, więc teraz bardzo chętnie szedł wyprostowany, bez zawahania patrząc wokół siebie. Wcześniej nie był w pełni pewny siebie, chociażby przebywając z Jeffersonem, świadom swojego mało reprezentatywnego stanu.
Ranger skinął głową bez zaangażowania. William był dla niego Williamem, nieważne jaką miał założoną opaskę. Albo jej nie miał.
— Mhm… To dobrze. Może ci nie spadnie znowu — i nie będziesz za nią płakał, dodał w myślach.
Lekarz postanowił podarować sobie przypominanie, przez kogo mu ona spadła i we względnej ciszy dotarli do hotelu.

15 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 21 – Na tropie bandam

  1. Katka pisze:

    Saki, zanim poznacie tajemniczego członka agencji, to faktycznie jeszcze po drodze coś się wydarzy, ale tak, myślę, że będzie ciekawie :) I masz oczywiście rację, teraz William opóźnia wszystko przez swoją jazdę, ale na dłuższą metę będzie to na plus. Byle się szybciutko nauczył jeździć. No ale, ma mistrza za wzór, jeśli chodzi o jazdę konną, więc może się uda XD Dziękujemy za wenę i pozdrawiamy cieplutko :)

    Basia, oj tam, czy ja wiem, czy taki biedny Isaac XD W końcu jest dupkiem, należy mu się trochę utarczek słownych, nawet jeśli ich nie słyszy XD

  2. Basia pisze:

    Witam,
    Will dość nieźle radzi sobie na koniu, w końcu dojechali do tego miasta…. ale uparciuch z Jeffa, no ale w końcu postawił na swoim, i jeszcze się naigrywa o płaskim tyłku…. biedny Issak, Jeff chętnie by go upiekł nad ogniem ;]
    weny…
    Pozdrawiam serdecznie

  3. saki2709 pisze:

    Strasznie się za nimi stęskniłam.
    Nie mogę się doczekać, aż poznamy tajemniczego członka agencji. Coś mi mówi, że jeszcze co najmniej jeden rozdział jaszcze będę musiała poczekać, ale zawsze to bliżej niż dalej. A jak po drodze będzie jeszcze coś ciekawego, to chyba jakoś to wytrzymam.
    Uwielbiam ten ich czarny humor XD
    Will niech się lepiej do siodła przyzwyczaja, a nie dupę na wozie wozić. To bardzo ułatwi podróż, bo wóz nie wszędzie dojedzie no i znowu może się zniszczyć. Może teraz nieco opóźnia podróż, ale na dłuższą metę powinno ją usprawnić.
    Ciekawa jestem, co tam dla nich planujecie.
    Jeff może i jest wredny, ale czasem potrafi być czuły.I słodkie było to o rozmasowaniu.
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału.
    Pozdrawiam i życzę weny :)

  4. Katka pisze:

    Kan, nooo, niby to Jefferson taki męski. Biedny, musi czaić na moment, kiedy zdąży w ogóle coś zainicjować przed Willem, żeby pokazać się z tej męskiej strony XD

  5. kan pisze:

    Mam nadzieję, że wylądują w łóżku i może w końcu Jeff zacznie działać, jakoś nadal nie mogę przyswoić tego, że to Will bywa aktywny ;d

  6. Katka pisze:

    Arashaya, no Jeff jest wredniutką istotą i widzę, a także nie dziwię się, że to może przeszkadzać. Niektóre wady łatwiej się znosi, inne gorzej, a może ta tak Was boli, bo jest nastawiona przeciwko drugiej osobie? Tak mi się wydaje przynajmniej. Och, ale masz rację, co do nich, to rzeczywiście można uznać prawdziwość twierdzenia, że przeciwieństwa się przyciągają. Są skrajnie różni.

    kaczuch_A, u nich to chyba na zmianę, że raz się sprzeczają, raz jest bardzo dobrze i tak w kółko. Chociaż William już wie, że w każdej chwili należy się spodziewać ciosu XD Co do tego przygruchania – aby miało to dłuższy przebieg, panowie musieliby zatrzymać się gdzieś na dłużej. Niestety takie sytuacje są trudne do rozegrania, gdy są w drodze, ale też wszyscy wiemy, że noszą w słoiku serduszka, więc w końcu gdzieś będą się musieli nimi zająć :) A co do ich błogiego spokoju i uczuć – hehe, panowie się długo i mocno docierają, ale cóż, może im się uda. Pytanie, czy nie skończą jak Nicholas i Maverick… Dzięki wielkie za wenę, przyda się do skończenia tego sezonu, bo jeszcze się tworzy :)

  7. kaczuch_A pisze:

    Tak bardzo smutam, że znowu się sprzeczają, serio. Bardzo tych dwóch panów polubiłam i są tak inni od siebie, że do siebie pasują.
    I oj jak bardzo bym chciała zobaczyć, czy Jeff byłby o doktorka zazdrosny, jakby sobie innego samca przygruchał, oj to by było piękne~! :D
    I zgadzam się z resztą, że Jeff jest zbyt surowy dla doktorka, szkoda mi tego seksoholika xD
    no ale, ale mam nadzieję że kiedyś nastanie u nich błogi spokój i uczucia i będzie cudnie~! (mam straszna fazę znowu na czułostki), a tu ni cholery takich nie ma xD
    ale motyw o rozmasowaniu był super i że doktorkowi się kondycja poprawiła~!
    Weny drogie Panie~! Weny~!

  8. arashaya pisze:

    Ile razy czytam o tym, jaką opinią cieszy się William u Jeffa, tyle razy jest mi żal naszego doktorka. Owszem, Jeff jest przystojny, idealny wręcz, ale dla mnie, to wszystko przysłania jego chamskie zachowanie w stosunku do Willa. Z drugiej jednak strony, to całkiem nieźle się dobrali… Cóż, co jak co, ale przeciwieństwa się przyciągają :D

    „Mam nadzieję, że to, co planujemy dla chłopaków, się Wam spodoba. ”
    Ten fragment w odpowiedzi mi się najbardziej podoba. Ja już chcę kolejny, kolejny i kolejny rozdział!

  9. Katka pisze:

    O., haha, no stan nieważkości u nich rzeczywiście często ma tło erotyczne, to nie zaprzeczę XD A co do reakcji Jeffa, faktycznie może tak uznać, już się przekonaliśmy, że foszki ze strony doktorka właśnie tak postrzega. Celnie, celnie. Och, a ktoś trzeci… to zawsze wprowadza uroczy zamęt :D Mam nadzieję, że to, co planujemy dla chłopaków, się Wam spodoba.

    Aoi, co do tego, czy Jefferson jakby mógł, to by zostawił Willa i popatatajał… myślę osobiście, że on sprawia tylko wrażenie takiej suchej osoby, że sobie marudzi i w ogóle narzeka na doktorka, ale mimo wszystko przyzwyczaił się do jego obecności i w głębi ducha dostrzega plusy tej sytuacji. Tylko może sam ich nawet aż tak nie dostrzega. Gdyby więc został postawiony w sytuacji „jedź sam” albo „jedź z doktorkiem”, to by mógł dopiero zauważyć, jak bardzo woli tę drugą opcję. Haha, a na Oficerze William by nie przetrwał XD i to nie mówię tylko o jego znikomych zdolnościach jeździeckich, które na tym koniu by się nie sprawdziły. On zwyczajnie by na zawał zszedł, jakby miał na niego wsiąść XD przecież ten koń to demon i zło wcielone! Pigment to grzeczna krówka przy nim. Ale urocze było to, co napisałaś: „przewozić różne rzeczy, jakieś zwłoki czy zapasy” XD Bo przecież zwłoki i zapasy to jeden pies XD Dzięki za wenę :)

  10. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    No i przybyłam spłodzić komentarz :D. Czasami mam taką straszną ochotę podejść do Jeffa i mu strzelić przez ten głupi łeb żeby w końcu mu wszystkie szare komórki zaczęły pracować! Żal mi biednego doktorka bo co on może na swoje królicze libido przy tak seksownym kolesiu jak Jeff, tylko że cholera Will jest czasami traktowany przez Jeffa jak jakieś zło konieczne, mam wrażenie że ranger jak by mógł to by się go pozbył i potatajał w stronę słońca sam na sam z Oficerem. Przy każdym rozdziale mam wrażenie jak by byli dla siebie obcy, czasami tam jakiś seks się zdarzy czy pocałunek a tak to sopelkowo normalnie między nimi. Pustynia uczuciowa. Ja rozumiem że Jeffiontko ma gdzieś to czy Will ma opaskę czy nie, czy jest taki czy owaki ale do cholery Ziemniaczek też ma uczucia i jest strasznie wyczulony na punkcie swojego wyglądu i braku oka. Jeff ty głupi dupku!
    Taaaaaaa William by mógł w końcu ścisnąć poślady i nauczyć się porządnie jeździć konno szczególnie że Pigment to koń flegmatyk i oaza spokoju, ja rozumiem że jak by mu kazano jeździć na Oficerze to miałby się prawo strasznie bać. Nie wszędzie są drogi i nie wszędzie wozem dojedzie, wóz się przydaje żeby przewozić różne rzeczy, jakieś zwłoki czy zapasy ale na koniku jest szybciej i rozsądniej.
    Wiec Will idź grzecznie ujeżdżaj swojego ogiera :D
    Weny moje drogie :*

  11. O. pisze:

    Jeff i Will się upiją, Jeff i Will się upiją, Jeff i Will się upiją, Jeff i Will się upiją, Jeff i Will się upiją, Jeff i Will się upiją, a wiadomo co się z nimi dzieje gdy są w stanie nieważkości umysłowej <3 Seks <3 mrau xD
    Choć nie powiem, Tigram ma rację, Will mógłby przystopować, ale pewnie Jeff uzna, że to urażona pannica, która boczy się na to, że jej zaloty są nieodwzajemniane… Ale gdyby pojawił się ktoś trzeci? Niekoniecznie (i nawet bez prawa macania!) nawiązując fizyczną relację z Willem, Jeff byłby zazdrosny? Ewentualnie Doktorek znowu jakąś presję na nim wywrze i powie mu (z łaską bądź bez łaski) że jednak to on mu się podoba xD

  12. Katka pisze:

    Tigram, wiesz, że w sumie sama jestem ciekawa, jak by Jeff zareagował w obliczu takiego zachowania? No i cóż… może kiedyś się dowiemy… :) Takie sytuacje odbiegające od typowego zachowania osób obok zawsze wywołują różne, nie zawsze przewidywalne reakcje, więc może Jeff też by jakoś ciekawiej i pozytywniej zareagował? Cóż, to trzeba wziąć pod rozwagę lub… czekać cierpliwie, bo a nuż się pojawi. Jedynie mogę zapewnić, że ich związek jeszcze wiele przejdzie!

    Illita, no, smutno, smutno :( Mi tym bardziej, jak przypominam sobie, jak skończyli Nicholas i Maverick i jak związek Willa i Jeffa może się skończyć, jeśli zamiast się do siebie zbliżać, będą się od siebie oddalać. Ale myślę, że też można to zwalić na fakt, że tak naprawdę oni się dopiero poznają, to raczej początki czegoś większego, więc kłótnie nie są do ominięcia, tym bardziej przy takich charakterach XD Och, a siodełko i William… no wiesz, W KOŃCU musi się przyzwyczaić XD

    Gordon, tak, niewątpliwie coś w tym, co mówisz, jest, bo teraz, kiedy Will nie ma wozu, nie ma wymówki, by nie siedzieć na koniu. Wszyscy wiemy, że teraz najszybciej i najwygodniej by mu było na wozie, ale… no na dłuższą metę lepiej, żeby się słuchał Jeffa pod tym względem. Hehe, a co z bandamami… nie wiem, czy będzie to to, czego się spodziewasz, ale na pewno będzie ciekawie XD I dzięki za miłe słowa odnośnie miast, staramy się mimo wszystko, żeby nie b było zbyt monotonnie, chociaż przyznam Ci, że to trudne, bo cóż westerny SĄ monotonne XD Ale jak widać, dajemy radę XD

  13. Gordon pisze:

    Ja tu jestem za Jeffem bo gosc ma racje ze teraz jest najlepszy moment by sie doktorek wreszcie do siodla przyzwyczail. Pewnie cala ta jazda konna wzielaby w leb jakby se woz sprawil. Niech sie pozadnie jezdzic nauczy, Jeff jest przy tym uparty i wredny ale na pewno chce dobrze dla doktorka. Nawet slodkie ze powiedzial o rozmasowaniu jakby co ;p Cos w kosciach czuje ze sie z tymi calymi bandamami cos wydarzy i nie bedzie tak latwo ;p Miasto spox, podoba mi sie zawsze ze w kazdym jest cos innego i przez to sa rozpoznawalne a oni nie obracaja sie zawsze w takiej samej scenerii, teraz byl np ten azjata farmaceuta. Jak zwykle rozdzial ATCL swietny, brakowalo mi tego opa.

  14. Illita pisze:

    Kurde, za każdym razem jak się kłócą to mi serce pęka :( Zwłaszcza że ostatnio mam dziwne sny o ich kłótniach… Ciekawa jestem czy Will się przekona do siodła, ale to raczej mało prawdopodobne… Ale za to ładną opaskę ma :D

  15. TigramIngrow pisze:

    W sumie jestem po stronie Willa. Rozumiem to co czuje. Według mnie powinien przetrzymać Jeffa, ale nie w sensie takim złośliwym, ale po prostu z powodu tego co czuje – ten smutek i w sumie zranienie. Żeby może nie wyciągał Jeffa do łóżka, bo skoro jest dla niego taki nieatrakcyjny to może powinien się Will zwrócić w kierunku kogoś innego, po prostu dać Jeffowi „odpocząć”, w takim sensie żeby przestał pierwszy inicjować wszelkie zbliżenia. Ciekawe czy Jeffko by się zorientował w zachowaniu doktorka, czy po prostu by się ucieszył, że przestał być „napastowany”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s