Wybory Mistera – FINAŁ

Witajcie, drodzy widzowie w dniu 11 marca 2014 roku na finale Wyborów Mistera Strony Shikat Tales!

Niezwykle miło nam Was widzieć w tym ważnym dniu! Nasze wybory Mistera są już w kulminacyjnym momencie. Przez wszystkie etapy mieliśmy możliwość bliżej poznać naszych wspaniałych kandydatów, zobaczyć ich ciała, posłuchać ich odpowiedzi na Wasze pytania, zobaczyć, czy zasługują na to zaszczytne miano. Z 18 uczestników pozostała nam zaledwie piątka. Trzynastu uczestników musiało się z nami pożegnać, ale teraz mamy okazję gościć tych najlepszych. Tych, którzy najbardziej Was olśnili, którzy sprawili, że widzicie ich w roli Mistera. Który z ich piątki zdobędzie tytuł? Który będzie miał szansę na stworzenie sceny z własną narracją? Dowiemy się już 14 marca, ale dzisiaj jeszcze muszą dać nam szansę poznać się lepiej. Jak to się stanie…?

Dotychczas poznaliśmy niemalże same zalety naszych kandydatów. Dzisiaj nadszedł czas, aby poznać ich… wady, słabości… Zapewne umieracie z ciekawości, w jaki sposób zostanie to przedstawione? Tak? To bardzo dobrze, bo i u nas emocje rosną! Zapytajmy może najpierw naszego gościa specjalnego, co myśli o wyborach, o finale i jakiego ma faworyta. A kto jest naszym gościem specjalnym tego niesamowitego wieczora? Proszę Państwa, przed Wami Liam!

Liam: *ziew* Hm? Och, dobry wieczór.

Dobry wieczór, Liam. Powiedz nam, proszę, czy również chętnie śledzisz wybory Mistera?

Liam: Pomijając to, że nie zostałem zaproszony jako uczestnik, a tym bardziej mój psiak, Conall, jeśli ktoś nie łapie, i wyjątkowo nas to dziwi, to tak, chętnie śledzimy. Wiecie, kiedy akurat nie trzeba pilnować granic, bo jakiś słodki, wrogi wilkołaczek nie wpada na pomysł, by zaostrzyć ząbki na naszym terenie.

Całkiem zrozumiałe. Ale skoro śledzicie wybory, powiedz nam, prosimy, co myślisz o uczestnikach? Masz jakiegoś ulubieńca wśród nich?

Liam: Miałem. Ale niestety został wyeliminowany. Conall by się ze mną nie zgodził, że zasługuje na ten tytuł, ale mnie osobiście nawet kręcił. Chodzi oczywiście o Josha McMillana. Był uroczy.

Tak, zgadzamy się z Tobą, Liam. Niestety, został pokonany przez innych uczestników, ale wierzymy, że są oni równie interesujący. Dzisiejszym motywem przewodnim w finale o tytule „Daj się poznać lepiej” będą wady i słabostki. Jaka jest Twoja wada, Liam? Może zdradź nam, czego też oczekujesz od naszych uczestników?

Liam: Mojej wady zdecydowanie nie chcielibyście poczuć na własnej skórze. Albo własnym ciele, jak ktoś woli bardziej dosłowny przekaz. Dla własnego dobra nie będę mówił głośno, czym jest ta wada. Och, podobno jeszcze jestem wrednym i cynicznym wilczkiem, jak uważa jedna z naszych towarzyszek w sforze, ale poza tym wcale nie uważam siebie za głupiego faceta. A co do uczestników, hm. Mogę tylko gdybać, jakie mają wady, ale tu chyba bardziej sposób ich przekazania jest intrygujący.

Masz całkowitą rację, Liam! To właśnie sposób, w jaki przedstawimy naszym drogim widzom słabości naszych uczestników, jest tutaj kluczowy! Dotychczas była sesja zdjęciowa, skrótowy opis ich najważniejszych danych, a także wywiad. Co będzie tym razem?

Oczywistym jest, że skoro nasi uczestnicy pochodzą z różnych miejsc, musieliśmy znaleźć im jakieś wspólne lokum, aby mogli wszyscy być blisko miejsca odbywania się wyborów i komfortowo rywalizować. Tym razem przenieśliśmy naszą finałową piątkę do pięknej willi, w której rozegra się akcja finałowa… Zresztą… może sami zobaczcie?

„Wypij mnie…”

Pięć osób wysiadło z długiej, czarnej i lśniącej niczym tafla jeziora w słoneczny dzień limuzyny, po czym popatrzyło na willę, przed którą się zatrzymało. Budziła ona pełen podziw swoim wyglądem i wielkością. Zdecydowanie pomieściłoby się tu dużo więcej osób. Wręcz można by było z niej zrobić uroczą gospodę dla podróżnych. Bo i okolica była niczego sobie. W tle zielone wzgórza, błękitne niebo, a trawnik w obszernym ogrodzie ślicznie przystrzyżony. Jakby dopiero co.
— Po lewej stronie willi znajdą panowie basen — poinformował ich szofer, który wysiadł chwilę temu z samochodu, aby otworzyć im drzwi. Był równie idealny jak limuzyna i rezydencja, przed którą stanęli. W czarnym garniturze i okularach przeciwsłonecznych. Jakby wyjęty z jakiegoś filmu politycznego. — Trzeba przez salon przejść na zewnątrz, a następnie kamiennymi schodkami w dół. Na pewno panowie zobaczą. Zachęcamy do obejrzenia całego domu. Mamy cztery sypialnie, pełne wyposażenie kuchni, trzy balkony, mini siłownię na dole oraz grilla na zewnątrz.
Cała piątka obejrzała się na niego, a następnie ponownie spojrzała na willę. Pomarańczowe dachówki, białe ściany, duże, przestronne okna. Do samego dwuskrzydłowego wejścia wchodziło się po kamiennych schodkach, przy których krańcach posadzone były kolorowe kwiaty. Wszystko było piękne, zadbane oraz luksusowe.
Wśród piątki była trójka mężczyzn, która przyjechała tu sama, bez swoich partnerów życiowych, gdyż tak zadecydowały losy w trakcie wydarzenia, w którym brali udział. Była jednak dwójka, która stanowiła parę, a jeden z nich, wysoki, chudy i wytatuowany mężczyzna, pochylił się do swojego partnera i mruknął mu do ucha:
— Jak ci się podoba, królowo? Lepsze niż nasz mały domek, co?
Alex rozejrzał się jeszcze raz swoim zimnym, szaro-niebieskim spojrzeniem i skinął głową.
— Postarały się — ocenił i zauważył, że jako pierwszy w stronę willi ruszył Mason Awordz. Nie oglądając się za nikim i nie słuchając kończącego swoją opowieść szofera. Najwyraźniej nie miał zamiaru tracić połowy dnia na podjeździe.
— Ciekawe, czy będzie co liczyć na gotowe jedzenie w kuchni, czy będę musiał cię jakoś przekupić, Jay, żebyś ugotował nam obiad — odezwał się Ryan, który stał zaraz za parą i popatrywał na willę. Na ramieniu miał plecak ze swoimi rzeczami i wybitnie nie podobał mu się fakt, że zabrali im telefony. Chciał pogadać z kochankiem i szkoda mu było, że nie mógł z nim korzystać z tych luksusów. — Ach, i chyba słyszałem coś o basenie… — dodał z uśmiechem, wymijając ich i ruszając po schodkach na górę, aby zobaczyć całą willę.
Zaraz za nim podążył Jefferson Black. On i Mason byli tu najbardziej wyalienowani, bo nawet nie zależeli do tego samego uniwersum co Alex, Jason i Ryan.
— Też na to liczę na co Ryan. Z całym szacunkiem, wolałbym, aby był zapewniony kucharz, jeśli już postarały się o takie warunki zakwaterowania — Alex skomentował wypowiedź Ryana i udał się z kochankiem za resztą do środka.
Wnętrze było równie zadbane jak willa z zewnątrz. Duży hol łączący się z jeszcze większym salonem. Gdzieniegdzie białe kolumienki, wieża stereo, białe kanapy oraz sosnowa posadzka. Była też obszerna kuchnia i jak zauważył Ryan, który właśnie otworzył lodówkę, z pełnym wyposażeniem. Były też na szczęście mrożonki.
Po prawej stronie od wejścia znajdowały się kręte schody na piętro, gdzie najpewniej mieli znaleźć sypialnie. Bardziej imponujący jednak był widok z przeszklonych drzwi na drugą część ogrodu. Bujne kwiaty, przystrzyżone drzewka i dróżki otoczone kamyczkami. Była gdzieś dalej altanka, skalniaczek oraz oczywiście schodki wiodące do dużego basenu z leżakami ustawionymi wokół.
— No, no, no… Nieźle… Aż się zastanawiam, czy zaraz się nie otworzy jakaś zapadnia i w ramach finału wpadniemy do brudnej piwnicy, gdzie będziemy musieli odcinać sobie kończyny, by uwolnić się z kajdan — mruknął Jason, rzucił swoje i Alexa bagaże pod ścianę i podążył dalej, aby się rozejrzeć.
Jefferson jako pierwszy wyszedł do ogrodu, aby sprawdzić, jak daleko sięga. Ogólnie nie podobało mu się, że będzie tu zamknięty kilka dni, ale co miał na to poradzić? Względnie nic, albo rozważać ucieczkę przez płot przed wszystkowidzącym okiem twórców tych całych wyborów mistera.
— Ej! — Z piętra usłyszeli głos Masona, który wychylił się przez drewnianą barierkę. — Jak ktoś jest w kuchni, to niech włączy ekspres do kawy. Jest, już sprawdziłem — rozkazał i wrócił do oglądania górnego piętra.
— Uuu, ktoś nie nauczył się nigdy słowa „proszę”. A niby takie krótkie… — zironizował Ryan i wyszedł z kuchni, ale włączył po drodze ekspres. Robieniem kawy dla tego mężczyzny się nie kłopotał. Nawet nie wiedział jak. — Nie uważacie, że to ogólnie ciekawy dobór uczestników? Anglik, nasz jedyny blondyn… Rudzielec, którego płuca powinny pretendować do tytułu „narząd postapokaliptyczny”. Faktycznie postapokaliptyczny koleś bez szczególnej zdolności odróżniania ludzi od robotów. Mężczyzna, który, jeśli nie kłamać jego dacie urodzenia, powinien mieć już… hm, sto sześćdziesiąt trzy lata. I ja. — Ryan na koniec przemowy uśmiechnął się olśniewająco do Jasona i Alexa.
— Krasomówca zainteresowany lodówką — Alex uzupełnił jego wyliczankę. — Zaiste, ciekawy zestaw — poparł słowa Ryana i jeszcze przeprosił swojego partnera oraz chłopaka i udał się na górę, aby znaleźć sypialnię, która była przeznaczona dla nich.
Jason popatrzył za nim, ale w końcu pokierował się do kuchni, żeby zrobić kawę. Bynajmniej nie tylko dla tego… jak mu było? Masona. Dla wszystkich, jak już miał w ogóle robić.
Oczywiście nikt im nie powiedział, na czym ma polegać finał. Nikt z ich piątki też nie zauważył bardzo dobrze skrytych kamer, więc po prostu uznali, że muszą przeczekać tu do odpowiedniego momentu. Mogą poczekać przy dobrej kawie, w wygodnych łóżkach i przy rozrywkach w stylu basenu. Jason nie narzekał.
Przełożył na tackę, którą znalazł w szafce, pięć kubków z kawą, dodatkowo dzbanek z mleczkiem oraz cukier.
— No, kociaki, kawusia czeka! — zachrypiał w głąb domu, ruszając ze wszystkim w stronę ogrodu. W końcu widział tam obok leżaków jeszcze drewniany stoliczek i krzesełka. Mogli przynajmniej tam wspólnie pogadać, co mają zamiar tu w ogóle robić.
O dziwo, pierwszy przy stoliku i basenie pojawił się Jefferson. Wyglądał zupełnie inaczej niż reszta zgromadzonych i zapewne tak samo jak oni uważali go za dziwacznie odzianego, tak on nie mógł pojąć ich mody. Kowbojskie buty, skórzana kamizelka, koszula i czarna wstążka przy kołnierzu ze stójką. Do tego spodnie ewidentnie wytarte od końskiej jazdy. Dobrze, że przynajmniej tym koniem nie pachniał.
Obszedł już większość ogrodu i wyglądał na zniechęconego.
— Jak więzienie. Za cholernymi rabatami jest wysoki płot. Nie ma szans, aby go przesadzić. Zresztą, ta główna brama, co nią wjechaliśmy, jest zamknięta. A kierowcy też już skurczybyka nie ma — poinformował Jasona i dopiero spojrzał na tacę z kawą. — A wy, widzę, że już się tu przystosowujecie.
— Wiesz, po wyborach nas wypuszczą. Nic nie było o tym, że przegrani są oddawani w ręce fanów na niewolników seksualnych — Jason odpowiedział z uśmieszkiem i postawił wszystko na stoliku.
— A tylko by spróbowali. Niczego takiego nie podpisywałem i nie podpiszę! — zarzekł się Ranger i w końcu usiadł przy stoliku. Wziął sobie jedną z kaw. Ale mleko wcale nie smakowało jak takie prosto od krowy. Czym oni się tu żywili?! — Gdzie reszta?
Jason, jeszcze nie siadając, obejrzał się w stronę domu i zobaczył na razie tylko idącego ku nim Ryana.
— Gaduła nadchodzi, ale Alex pewnie sprawdza nasilenie zarazków w pokojach, a pan i władca nie mam pojęcia — odpowiedział i usiadł na krzesełku obok. Sięgnął po jeden z identycznych, czarnych kubków i dosypał sobie cukru. — A ty czemu chcesz się tak ewakuować?
— Nie trawię bycia w zamknięciu — Jefferson wyjaśnił skrótowo, patrząc podejrzliwie po ramionach i szyi tatuażysty. Za jego czasów tak nie wyglądały tatuaże. W ogóle, nic nie wyglądało tak jak za jego czasów. Grał jednak twardego i nie pokazywał po sobie, że dziwi się wieloma rzeczami.
— Spoko, nie potrwa to długo. Zawsze mogli nas zamknąć w jakimś maleńkim hoteliku — Jason rzucił pocieszająco, a do ich stolika wreszcie doszedł Ryan. Już bez plecaka, z rozpiętą koszulką i krzyżykiem wiszącym na szyi.
— Jay, tylko nie daj się wpędzić w rolę gosposi. Wiesz, masz być misterem, męskie cechy, takie tam… Tak przynajmniej słyszałem — rzucił i usiadł naprzeciwko siedzącej dwójki. Poczęstował się kawą i spojrzał na Rangera z dystansem. Władza go zawsze wprawiała w mocne napięcie, ale chyba ten facet nie miał tutaj specjalnej jurysdykcji.
— I dlatego chodzisz z gołą klatką piersiową? Dziękuj losowi, że nie ma tu szurniętego lekarza — Jefferson prychnął pod nosem i napił się kawy.
— Hm… masz na myśli tego kolesia z jednym okiem, ale za to takim, które przez cały czas trwania tego podniosłego wydarzenia zdążyło chyba zapoznać się z każdym centymetrem każdego z uczestników w taki sposób, że na pewno byłoby w stanie z pamięci idealnie je odtworzyć? — Ryan skojarzył postać Williama, a Jason zaśmiał się chrapliwie.
— Chyba tylko mnie tak chętnie nie lustrował. No, może tatuaże go ciekawiły, ale jakoś ciałko Alexa bardziej wolał obserwować. Za mało mu dajesz? — rzucił na swój żartobliwy, złośliwy sposób do Jeffa.
Ten od razu spiął się i oddał wrogie spojrzenie.
— Ja mu na pewno nie daję. I co to za chora sugestia?! To zboczeniec jest i ja z takim muszę pracować. Bez śmiechów mi więc tu – odwarknął, a na horyzoncie pojawił się Alex w towarzystwie Masona.
Jason odpowiedział śmiechem, ale niczym więcej, bo wolał poczekać, aż nadejdzie pozostała dwójka. Kiedy ci usiedli przy stole, a Alex oczywiście u jego boku, rzucił do wszystkich:
— Dobra, macie jakieś pomysły, co robimy? Nie ma tu kompa, telewizji, telefonów, więc jesteśmy totalnie odcięci.
— Zauważyłem. Nie ma też żadnych gier komputerowych. I obawiam się — Mason spojrzał na Alexa, który siedział naprzeciwko niego — że kucharza też nigdzie nie widziałem. Chyba że catering będzie przyjeżdżał. Ale o tym też nie było nigdzie informacji.
— Za dużo tych informacji to ty nie znalazłeś. — Jefferson zaśmiał się pod nosem, za co został spiorunowany agresywnym spojrzeniem Masona, którym w ogóle się nie przejął. Jedyne spojrzenie, jakie go przerażało, to albo zmutowanych potworów, albo pojedynczego, niebieskiego oka.
— Wygląda więc na to, że albo uznano, że nie jesteśmy godni żadnych informacji, albo zrobiono to specjalnie, żebyśmy się z tego powodu irytowali… Więc sugeruję o tym nie myśleć i znaleźć sobie jakieś zajęcie — wtrącił się Ryan znad darmowej, niezrobionej przez siebie kawy, która dzięki temu wybitnie mu smakowała.
Zajęcia sobie nie znaleźli. Przynajmniej nie takiego, jakie pasowałoby każdemu. Jeden nie chciał grać w butelkę, inny nie chciał uczestniczyć w jakiejś zabawie na terenie ogrodu. Każdy do każdego miał jakieś „ale”, więc ostatecznie się rozeszli. Jason i Alex posiedzieli chwilę nad basenem, Ryan z Jeffersonem leżeli na leżakach po drugiej stronie ogrodu, a Mason zaszył się gdzieś w domu. Kiedy jednak nastał wieczór i nuda była wybitnie przytłaczająca, a oni już wrócili do salonu, bo robiło się chłodno, Ryan jako pierwszy z genialnych wpadł na pomysł, aby zajrzeć do… barku. Kiedy więc reszta raczyła się rozmowami o tym, gdzie mogą się znajdować, jak długo ma to trwać i który z uczestników wyborów dotąd przykuł ich wzrok na dłużej, kucnął przy masywnym meblu, otworzył z nadzieją i… zastygł.
— Hm… kto by pomyślał, że to niezwykłe wydarzenie, w którym bierzemy wszyscy udział, zaowocuje nauczeniem mnie nowych marek alkoholi. — Wyciągnął rękę do pierwszej buteleczki. — Ta się na przykład nazywa „Wypij mnie, Alex”. — Kiedy sięgnął do drugiej, z zielonym szkłem i karteczką, przeczytał i ją. — Och, a ta z kolei „Wypij mnie, Jefferson”. Niesamowite.
Mason, który siedział w salonie na kanapie razem z resztą, ale najbliżej Ryana, ściągnął mocno brwi.
— Jest pięć takich butelek? — spytał, kojarząc takie karteczki z „Alicją w krainie czarów”.
— Pokaż! — Jefferson poderwał się ze swojego miejsca, aby zobaczyć znalezisko na własne oczy. Przyjął od Ryana butelkę dla niego, odkorkował i powąchał. Pachniała whisky.
Ryan podał więc butelkę każdemu z obecnych, a sam ze swoją usiadł obok. Tak, jego ewidentnie była piwem. Jason za to w swojej odkrył… po prostu wódkę.
— No, no… ktoś chyba zrobił dokładne obeznanie w naszych gustach… — zamruczał z uśmiechem, wygodnie rozwalony na kanapie, z nogami skrzyżowanymi w kostkach i zadowoleniem na twarzy z tego znaleziska.
Alex, po tym jak odkorkował swoją butelkę za pomocą korkociągu, odkrył bez zaskoczenia wino.
— Pójdę w takim razie po kieliszek dla siebie. Czy ktoś coś jeszcze potrzebuje?
— Ja podziękuję, piwo najlepiej smakuje prosto z butelki — stwierdził Ryan i od razu skosztował. Och tak… to było dobre. Ciemne, mocne, aromatyczne.
— Taa, dzięki, królowo, też dam se radę — dodał Jason, odprowadzając kochanka spojrzeniem, po czym… chlusnął sobie zdrowo do gardła. Wyglądało na to, że procenty dla każdego były odpowiednio obliczone.
Jefferson także podziękował za „szkło”.
— Nie ma doktorka, więc po męsku! — Zaśmiał się, za to Mason poprosił o kieliszek do swojego likieru kawowego.
Kiedy Alex wrócił i każdy już skosztował swojego trunku, tatuażysta zarzucił rękę na oparcie kanapy za plecami kochanka. Nie dotknął go jednak, żeby ten nie mroził go spojrzeniem za to, że robi to publicznie. Chciał jednak w jakiś sposób mieć go bliżej, nawet jeśli miało to być tak symbolicznie.
— To co? Pijemy za zdrowie tego, kto wygra, tak? Macie jakieś typy? — rzucił, wskazując na nich wszystkich butelką.
— Jakby ludzie cię nie znali, Jason, to jestem pewien, że nie siedziałbyś tu z nami — Mason pierwszy podjął temat.
— Dzięki — odparł tatuażysta i uniósłszy butelkę, napił się trochę. — Ty też musisz mieć jakieś zalety. Chyba. — Uśmiechnął się wrednie.
— Chociażby taką, że kobiety mają słabość do „bad boy’ów” — Mason odciął się z obłudnym uśmiechem, wygodnie siedząc na kanapie z nogą na nodze i pogardą w oczach.
— „Bad boyów” czy… dupków? — Jefferson skrzywił się, nim znowu napił się swojego alkoholu. Kiedy metka „wypij mnie, Jeffereson” zagilała go w policzek, zerwał ją.
— Pomijając etykietki… — wtrącił się Ryan, który już wypił całe swoje piwo. Niestety nie było go dużo. — Możemy chyba ogólnie założyć, że część widzów ma zdecydowaną słabość do, jak to nazwaliśmy — uśmiechnął się do Masona — „bad boyów”. Druga część ma niczym nasz kochany Charlie słabość do brytyjskiego akcentu i angielskiego chłodu. Inna z kolei… — chciał mówić dalej, ale… nagle coś go zacięło. Spróbował więc odchrząknąć, ale z jego gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Pochylił się więc i uderzył się pięścią w tors, ale dalej nic. Odetchnął głęboko i popatrzył po reszcie rosnącymi z niepokoju, czarnymi oczami. Rozłożył ramiona pytająco, jakby mówił „Serio…?” albo „Wy też tak macie?”. Niedowierzanie wręcz odbijało się w jego oczach.
Mason jako pierwszy się roześmiał.
— Inni z kolei spełniają marzenia i cię uciszają — podsumował i napił się jeszcze swojego likieru z pewnym siebie uśmieszkiem na ustach.
Alex za to uniósł się do chłopaka i położył mu dłoń na klatce piersiowej.
— Ale możesz oddychać, Ryan? Zakrztusiłeś się? — spróbował mu pomoc i wzrokiem nakazał Jasonowi, aby przyniósł wodę z kuchni.
Jefferson przyglądał się temu wszystkiemu z zaciekawieniem, a tatuażysta szybko poszedł do kuchni. Ryan za to, czując się wręcz jakby oberwał młotem w krocze, w sensie oczywiście ciosu w jego dumę, pokręcił przecząco głową. Nie znał nawet migowego! Jeśli był to żart, to uważał, że bardzo, bardzo podły. Czuł się zdradzony.
Jason wrócił do nich szybko i pochyliwszy się do Ryana, wyciągnął do niego szklankę z wodą.
— No masz, pij.
Ryan jednak znowu pokręcił głową i spróbował im pokazać gestami, że po prostu, najzwyczajniej w świecie… nie może, kurwa mówić!
Alex spojrzał pytająco na kochanka, a za plecami usłyszał znowu śmiech Masona.
— To nie jest najlepszy moment, aby się śmiać. Możliwe, że trzeba będzie wezwać lekarza — rzucił i zostawiwszy Ryana ze szklanką wody w dłoniach, przeszedł do kuchni.
— Toś się załatwił… — Jefferson pokręcił głową i znowu się napił. Bardzo dobrze wchodziła mu ta whisky.
Ryan tylko skrzywił się i w sumie trochę panikował, ale nie pokazywał tego po sobie. Co, jak w tym piwie był jakiś składnik, na który był uczulony? Jeśli stracił głos na zawsze? Jak miał żyć bez głosu? Jak miał żyć?!
Odetchnął ciężej i przekazał jakoś Jasonowi, żeby poczekali chwilę, może mu w końcu przejdzie. Jeśli nie… to i tak nie mają telefonów. Liczył, że ktoś jednak ich pilnuje i może przyjedzie później na kontrolę? Nie miał pojęcia, ale już teraz, bez głosu, nie czuł się sobą. To była jego integralna część. Czuł, jakby zabrano mu coś bardzo mu drogiego.
Alex wrócił do salonu i podał Ryanowi… notesik i długopis.
— Myślę, że pomoże ci wyjaśnić nam, co się dzieje.
Jason usiadł obok na fotelu, żeby nie sterczeć nad Ryanem, ale położył mu dłoń na ramieniu w geście pocieszenia. Sam nie miał pojęcia, co to wszystko znaczyło.
Ryan tymczasem uśmiechnął się wymuszenie i… zaczął pisać. I pisał… i pisał…
— Ryan, ale nie baw się w Homera… — mruknął Jason.
Ryan więc przestał pisać i całą swoją opowieść, w której zawarł szczegółowe doznania i niepokój, przekreślił, po czym napisał: „NIE MOGĘ MÓWIĆ, KURWA! Nie duszę się, ale po prostu nie mogę mówić! To może uczulenie.”
Alex pochylił się, czytając, co jest na kartce. Powiedział to też na głos, omijając wulgaryzmy. Mason na to znowu się roześmiał, za co został skarcony lodowatym spojrzeniem. Już miał odpowiedzieć, kiedy ściągnął brwi i bez słowa wytłumaczenia wstał i wyszedł z salonu.
Jefferson popatrzył po reszcie.
— Co się tu dzieje? — spytał z konsternacją. On najbardziej był przyzwyczajony do „dziwności”, jednak objawiających się w zmutowanych zwierzętach i krzyczących podczas spalania kamieniach. Albo w indiańskich legendach.
Jason popatrzył po nich wszystkich czujnie i pokręcił głową.
— Nie mam, kurwa, pojęcia — mruknął, już czując, że musi zapalić. Sięgnął więc do kieszeni po paczkę. — A ten gdzie polazł? — dodał, wskazując za Masonem głową i wsuwając sobie szluga między wargi.
— Nie mam pojęcia, ale to mi wygląda na jakieś szamańskie sztuczki. — Jefferson wskazał na Ryana.
Alex za to spojrzał na Rangera podejrzliwie.
— Nie ma czegoś takiego. To dawne czasy, że ludzie wierzyli, że mogą wpływać na pogodę czy duchy za pomocą palenia ziół. Tak naprawdę to jedynie odurzali się narkotykami.
Jason zachichotał, odpalając sobie papierosa.
— Nie burz jego światopoglądu, chętnie posłucham — zachrypiał i spróbował się zaciągnąć. Tak, tylko spróbował, bo kiedy już miał wciągnąć dym, papieros nagle zgasł. Mężczyzna więc skrzywił się i odpalił ponownie. Jednak powtórzyło się dokładnie to samo. Za czwartym razem wyrzucił papierosa na stolik i wyciągnął kolejnego. Odpalenie go jednak skończyło się identycznie. — Bez jaj… — warknął do siebie, tym faktem mocno zirytowany.
Ryan, który siedział obok, uśmiechnął się do niego w taki sposób, że Jason zdecydowanie mógł to zrozumieć jak „chyba wiem, jak się czujesz”.
— Mówiłem! — Jefferson w tej chwili zatriumfował, a Alexowi zrzedła mina.
— To jest nienormalne — osądził sucho i sięgnął po zapalniczkę. Wyjął Jasonowi z ust papierosa i bez najmniejszego problemu samodzielnie go odpalił. Kiedy ten już się tlił, oddał go kochankowi.
Jason podziękował i wsadził go między wargi, ale papieros momentalnie zgasł, kiedy spróbował się zaciągnąć. Mężczyzna zaklął i popatrzył na niego jak na karalucha, który nie chciał zginąć.
— To jest przegina… — warknął. A im bardziej się denerwował, tym bardziej potrzebował zapalić. — Co to, kurwa, jakiś przymusowy odwyk? Ja od fajek, Ryan od gadania?
Alex patrzył na to jak oniemiały, zupełnie tego nie rozumiejąc. Jefferson już miał zacząć snuć swoje teorię o indiańskich duchach, kiedy wszyscy usłyszeli popiskiwanie, szczekanie i tupot małych łapek. A po chwili, z grobową miną i tuzinem beżowych szczeniaczków biegnących za nim, do salonu wrócił Mason. Usiadł na kanapie, a wszystkie pieski oblazły go, starając się wspiąć mu na kolana. Mężczyzna przy tym wyglądał, jakby ktoś właśnie sypnął mu brokatem w twarz i zafundował przejażdżkę na jednorożcu.
Ryan chciał to skomentować… ale nie mógł! Kiedy się przekonał po otwarciu ust, chciał zakląć. Kiedy i przekleństwo nie wydobyło się spomiędzy nich, zacisnął dłonie i spróbował uspokoić oddech.
Jason za to zgniótł w dłoni papierosa i podszedł do jednego z psiaków. Wziął go na ręce i podrapał, a piesek zapiszczał, wystawiając język.
— Skąd się wzięły…? — rzucił pytająco do Masona, ale spodziewał się, że tak samo jak jego i Ryana „przypadłość”. Z nikąd.
— Słyszałem, jak piszczą. Otworzyłem drzwi… — Mason wyjaśnił i pokręcił głową. Nadal był w szoku. Cztery szczeniaczki już zdołały wdrapać się z niewyobrażalnym wysiłkiem i piskiem na kanapę. A co za tym idzie, też na Masona. Właśnie próbowały go lizać po twarzy. — Oż! — Ten odsunął szczeniaka od siebie i zestawił na podłogę. W tym czasie jakiś chciał skorzystać z jego pochylenia i złapać go zębami za nos.
Szczeniak w dłoniach Jasona piszczał dalej i wyrywał się, jakby za wszelką cenę chciał dostać się do Masona. Jason więc, nie zamierzając oszczędzać innym cierpienia, skoro sam cierpiał, położył szczeniaczka na ramieniu Masona. Piesek od razu zamachał ogonkiem i zaczął go lizać po uchu.
Tatuażysta jednak nie cieszył się długo tym widokiem, tylko szybko spojrzał na Alexa.
— Wypiłeś swoje wino?
Ten spojrzał na kochanka i skinął głową.
— Tak. Niecałe. Jednak… ty też nie wypiłeś całej swojej wódki ani Mason likieru — zawyrokował i utkwił wzrok w Jeffersonie, który właśnie miał przy ustach szyjkę swojego alkoholu.
— O kurwa! — ten wrzasnął i odrzucił od siebie butelkę. Ta rozbiła się na podłodze. Alkohol opryskał nogawki Ryana i… Alexa.
Jason od razu rzucił jeszcze bardziej zirytowane spojrzenie Jeffersonowi i skinął na Alexa.
— Wyciągnę z bagaży jakieś twoje spodnie. Pójdziesz je na górę zmienić? — zasugerował, nie chcąc, żeby Alex się tu przebierał, a wiedział, że w mokrych nogawkach nie będzie tu siedział. Nie tak jak Ryan, który teraz miał to w głębokim poważaniu, bo cały czas otwierał usta, próbując coś powiedzieć. Boże, cokolwiek! Już nie był nawet zachłanny, nie musiało to być zdanie podwójnie złożone. Chciał powiedzieć… cokolwiek.
Alex jednak zatrzymał Jasona, chwytając go za łokieć. Widział przecież, jak alkohol się rozpryskuje, jednak… jego nogawka i cała noga były suche.
Mason w tym czasie przeżywał oblężenia przestraszonych szczeniaczków. I wbrew sobie wołał dwa bardziej odważne, aby te nie zbliżały się do potłuczonego szkła. Już wiedział, że umrze, ale zaczął kolejne sadzać na kanapie. Po chwili ta zajęta była tylko przez nie, bo Jefferson szybko poszedł po szmaty, aby wytrzeć bałagan. Sam też powoli panikował, co jemu się przytrafi.
Jason za to uklęknął przy Alexie i dotknął jego nogawki. Potem spojrzał na niego w górę i pokręcił głową.
— W tym wypadku to na plus… Ale pójdź, spróbuj umyć ręce — zasugerował z lekkim przestrachem.
Alex przełknął ślinę i nie mówiąc ani słowa oraz w pewien sposób pierwszy raz w życiu będąc pod tym względem podobnym do Ryana, poszedł szybko do łazienki. Odkręcił wodę w kranie i wsunął pod nią dłonie. A raczej spróbował, bo woda odkształciła się. I cokolwiek by nie robił, nie mógł dotknąć jej skórą, złapać czy cokolwiek.
— O Boże…
Jason, który poszedł za nim i stał właśnie w progu tej luksusowej łazienki, skrzywił się. Wiedział, co to oznacza. Panikę Alexa. Jeśli był to jakiś żart ze strony organizatorów, to bardzo kiepski. I miał nadzieję, że krótkotrwały.
— Są jeszcze chusteczki nawilżające… — spróbował go pocieszyć, zbliżając się do niego i kładąc mu dłoń na talii.
— Wziąłem jedynie jedną paczkę — Alex wydusił ze ściśniętym głosem, starając za wszelką siłę wmówić sobie, że nie jest tak źle. Przecież alkohol też go nie ubrudził. Nie kleił się więc. Jednak… już czuł, że ma brudne dłonie. Że mu się kleją. Że musi się umyć!
— Będziemy je oszczędzać. Może to przejdzie do czasu, aż się skończą — odpowiedział Jason i objął go od tyłu. — Spokojnie, królowo — szepnął mu do ucha. — Tu jest bardzo czysto.
— Pomijając tuzin szczeniaków — Alex odparł ciężko, wypuszczając powietrze. Wziął zaraz po tym głęboki wdech, a następnie znowu zrobił wydech. Powtórzył to kilka razy i odwrócił się do kochanka. — Ty też nie możesz palić. Widać, chcą wyprowadzić nas wszystkich z równowagi. Chodź, trzeba przekonać się, co jest z Jeffersonem.
Jason skinął głową, pocałował jeszcze blondyna w policzek i wszedł do salonu. Widok był nieziemski. Ryan właśnie próbował przepłukać gardło resztką wódki Jasona, na Masonie wisiały popiskujące szczeniaczki, a Jefferson siedział na kanapie, gapiąc się bezmyślnie na Ryana. Był czerwony na twarzy, a do tego skulony tak, że nie było widać ani jego brzucha, ani krocza.
Jason ściągnął brwi pytająco. Jeszcze tylko im brakowało zatrucia pokarmowego. Jak obrzyga Alexa, to chyba nie wyrobi.
— Jeff, co jest? — rzucił, powoli do niego podchodząc.
— Ciężko… to wyjaśnić. — Jefferson spojrzał na Jasona i przełknął ślinę. — Wiesz, domyślam się, co mogło być w moim alkoholu, chociaż powinienem to wyczuć. A teraz… teraz, kurwa mać, nie mogę wstać — jęknął, a dreszcz przeszedł jego ciało.
Jason zmarszczył brwi, podobnie jak Ryan, któremu płukanie gardła nic nie było. I to ten drugi jako pierwszy zrozumiał, co było Rangerowi. Poruszył więc dłonią przy swoim kroczu w wymownym geście z pytającą miną. Tatuażysta, który też na niego spojrzał, zamrugał, a potem ponownie skierował wzrok na Jeffersona.
— Stoi ci? — zapytał z wypływającym na usta uśmieszkiem.
— Jeb się! — Ranger odwarknął. Nie było mu wcale z tym do śmiechu. Był wręcz przerażony, bo miał wrażenie, że jego zaraz zaatakują gwałcące króliki albo ziemniaki, tak jak zaatakowały szczeniaczki Masona. Permanentny wzwód jednak wcale nie był lepszy!
Jason zaśmiał się i odruchowo sięgnął do kieszeni po fajki. Kiedy sobie przypomniał, że i tak nie zapali, skrzywił się.
— Dobra, trzeba pomyśleć, co robimy. Jakieś pomysły? — rzucił do wszystkich cierpiących.
— Psie kotlety? — Mason zaproponował jako pierwszy, zdejmując sobie z twarzy szczeniaka, któremu udało się wdrapać na jego klatkę piersiową. Było ich tak dużo, że co chwilę któremuś się udawało. — O kurwa! — wydarł się w pewnym momencie. Spiął się przy tym i zaczął odstawiać na bok szczeniaki. Te nie ułatwiały mu tego, ale w końcu Mason mógł wstać, nie zrzucając żadnego na ziemię, a wszyscy zauważyli wielką, mokrą plamę siuśków na jego spodniach. — Zabiję je! — wysyczał i wyszedł szybko do łazienki, aby zaprać plamę. Cała gromada szczeniaków jak na komendę pognała za nim.
Ryan w tym momencie wstał i z zaciętą miną kucnął przy barku. Skoro była tam przeklęta trucizna, musiało też być antidotum. Zaczął więc przeglądać każdą butelkę, czytać etykiety… aż w końcu trafił na kopertę. Nic nie mówiąc… bo i tak nie mógł, otworzył ją, a jego oczy szeroko się otworzyły. Szybko podszedł do stojącego najbliżej Alexa i pokazał mu karteczkę. Było na niej napisane „Stwórz własne antidotum. Pokonaj swoją słabość, a będzie ci dane ozdrowienie.” Kiedy Alex przeczytał to na głos, Ryan jeszcze dostrzegł w kopercie maleńkie, poskładane karteczki, na których napisane były ich imiona. Kiedy je wyciągnął i rozwinął swoją, okazało się, że jest to… przepis na antidotum. Pokazał i to Alexowi.
Blondyn wysypał na dłoń pozostałe karteczki. Uznając prywatność, nie czytał, co jest dla kogo. Rozdał je tylko wszystkim, poza Masonem, bo ten nadal zapierał spodnie w towarzystwie tuzina szczeniaczków.
— Jason, komentarz o kiepskim poczuciu humoru jest w tej chwili bardzo na miejscu — skomentował, kiedy przeczytał, co ma zrobić.
Jefferson nawet się nie odezwał, ale po jego twarzy też nie dało się stwierdzić, żeby uważał swoje zadanie za coś banalnego.
Ryan był wręcz pewien, że nie podoła, a Jason podszedł do swojego kochanka i spojrzał mu przez ramię. Odetchnął ciężko i dopiero przeczytał własną instrukcję. Skrzywił się.
— Dobra… To chujowe, ale nie zniechęcajcie się, bo chyba gorsze są jednak te nasze… przypadłości — mruknął niechętnie i zawołał Masona, żeby się pospieszył.
Ten, ku rozpaczy Jeffersona, wrócił do salonu bez spodni. Alex podał mu karteczkę, która była zaadresowana do niego.
— „Ukochaj i ululaj szczeniaczki”. Co to, kurwa, ma być? — syknął i nogą odsunął jednego z psiaków, który mimo swoich małych, tłustych nóżek starał się wspiąć na jego nogę, drapiąc go przy tym.
Ryan chciał się roześmiać, ale nie wydobył się z jego ust żaden dźwięk, co wybitnie zabawnie wyglądało, kiedy otwierał usta, uśmiechając się dodatkowo oczami. Jason za to też mimo mrocznej sytuacji uśmiechnął się kącikiem ust i spojrzał po całej postawie Masona.
— No… Bez urazy, ale nie widzę tego.
— Radziłbym iść w ślady śmieszka z komentarzami — Mason warknął i znowu odsunął się od szczeniaków, które aż zmuszały go do głośniejszego mówienia, bo przez ich piski i szczekanie nie słyszał własnych myśli. — Co ty masz, hm? — spytał z wyzwaniem w głosie.
Jason skrzywił się i ponownie spojrzał na maleńką karteczkę. Pokręcił głową z niedowierzaniem. Że też uderzono w jego kondycję.
— Mam wypocić swoje antidotum na jakimś sprzęcie w siłowni.
— Tylko nie dostań zawału — Mason prychnął.
— Dla każdego z nas jest coś trudnego, złośliwości nie mają sensu. Martwiłbym się jednak o samego siebie, Mason, bo bycie miłym dla szczeniaków dla normalnego człowieka nie jest czymś trudnym — Alex skomentował chłodno, mając już dreszcze na myśl o swoim zadaniu. Miał nabrać wody ze stawiku, poddać ją filtracji za pomocą „magicznych grzybków” i wypić. Już chciał iść sprawdzić, czy topienie w basenie naprawdę nie jest możliwe.
Kiedy wymieniali te kilka zdań, Ryan podszedł do notesiku, który wcześniej przyniósł mu Alex i napisał na nim: „Sądzicie, że to działa tylko i wyłącznie, kiedy zrobi się to samemu? Bo przyznam, że chętnie zamieniłbym się z tobą, Jay, zadaniem. Jestem pewien, że na siłowni sobie poradzę zgoła lepiej niż ty, a z kolei ty prędzej ukręcisz w kuchni czekoladę, bo obawiam się, że w moim wykonaniu powstanie coś bardziej przypominającego odchody. I to nie tylko wyglądem.”. Potem pokazał tę karteczkę tatuażyście, ale ten pokręcił głową z grymasem.
— Jakby wymienienie się zadaniami było możliwe, to by to takie trudne nie było — mruknął. — Która jest w ogóle godzina?
— Zbliża się już dziesiąta. — Jefferson do tej pory siedzący z ponurą miną i karteczką mocno zgniecioną w pięści, rozważał, jak się stąd wydostać. Nawet podzielenie się swoim bólem nie było możliwe, bo upokorzenie sięgnęłoby chyba najwyższego z możliwych szczytów. Nie wiedział też, jak niby ma przez noc przyrządzić z „magicznego kartofla” lubrykant, którego użyje… do zabawy z własnym tyłkiem.
— Dobra, to zabieramy się do pracy. Ty nie chcesz chyba po odbiór nagrody ruszyć z namiotem, a ty ze szczeniaczkami na głowie — Jason zwrócił się do Jeffersona i Masona, a na koniec spojrzał na swojego kochanka. — Idę zapierniczać na siłownię. Dasz sobie radę?
— A mam inne wyjście? — Alex odparł chłodno i z dystansem, ale też z pewnością co do tego, że zadanie musi zostać wykonane. Razem z Jeffersonem, który chodził w pokraczny sposób i jakby to Jason skomentował, bardzo jak kowboj, udał się do kuchni. Sam potrzebował pojemnika na wodę, aby nabrać ją z bajorka. W tej chwili, cieszył się, że nie będzie musiał dotykać wody w nim się znajdującej.
Ryan również udał się za nimi. Na karteczce na szczęście miał składniki, jakich musi użyć do zrobienia magicznej czekolady, ale nie miał pojęcia, co z nimi zrobić. Mleko w proszku? Kakao? Cukier? Mleko zwykłe? Masło? Najchętniej wszystko by wymieszał w misce i… Cholera, sam nie wiedział. Napisali, że to ma odstać do stwardnienia i to była ich jedyna wskazówka. Skoro tak wiele o nim wiedzieli, to dlaczego nikt nie przypomniał sobie, że jest w stanie w ciągu dwóch tygodni spalić trzy patelnie?
Jefferson miał prostsze i konkretniejsze instrukcje. Miał wycisnąć sok z ziemniaka i także zostawić go, aż zgęstnieje. Nie miał pojęcia, jak ten miałby zgęstnieć sam z siebie, ale wierzył, że jakoś znajdzie magicznego ziemniaka w kuchni. Bo ten miał być magiczny.
Problemy zaczęły się, kiedy już chciał kucnąć i poszukać worka z ziemniakami. Po chwili więc już klęczał na podłodze w kuchni i przetrząsał szafki, aż znalazł opakowanie ziemniaków. Miał nadzieję, że w nim znajdzie właściwy, jakoś wyróżniający się „ziemniak zbawienia”.
Wśród sporych kartofli, które wyglądały po prostu jak bulwy o różnych kształtach, naraz jeden z nich przyciągnął jego wzrok. Średniej wielkości, z ciemniejszą plamką po jednej stronie, niczym… opaska na oku Williama. Nie to jednak było najbardziej charakterystyczne, a… mały, bulwiasty wypustek do złudzenia przypominający mikrusowe genitalia.
Jefferson już wiedział, na którą bulwę zasadzi się z nożem i tarką. I na swój sposób już czuł, że chociaż ta część przygotowywania antidotum będzie przyjemna.
Kiedy tylko się podniósł, od razu się skrzywił, bo całe miejsce na blacie było zajęte. Ryan właśnie próbował sposobu numer jeden, czyli „wymieszaj wszystko i zobacz, co wyjdzie”. Na razie usiłował tłuczkiem rozbić kostkę cholernie twardego masła, a kakao, które najpewniej chwilę temu przesypał do miski, już znajdowało się na jego brzuchu i spodniach. Robił to wszystko w wymuszonej ciszy, ale Jefferson był pewien, że jakby mógł, to właśnie bardzo siarczyście by klął.
Ranger, chcąc nie chcąc, zabrał więc sobie miskę, lód na krocze i tarkę wraz z sitkiem na kartofla. Tak wyposażony wyszedł z kuchni i usadowił się z tym wszystkim w jadalni przy stole. Nie obierał ziemniaka. Starł go z siarczystymi przekleństwami kierowanymi pod adresem Ziemniaka Williama, poczynając od małej wypustki.
Kiedy tak tarł, do willi wrócił Alex. Trząsł się cały, bo okazało się, że jak nie ubrudził brudną wodą dłoni, tak zielona maź ze stawu ubrudziła jego spodnie. Postawił niedaleko Rangera duży dzbanek z brudną wodą i pobiegł na piętro, aby się chociaż przebrać.
Ryan znajdujący się w otwartej na salon kuchni oraz Jefferson w salonie spojrzeli za nim z uniesionymi brwiami… i wrócili do swoich zajęć. Rozległ się dźwięk zażartego tarcia oraz stukanie i wylewanie się, to na blat, to na podłogę, różnych produktów, których używał Ryan. Jego pierwsze podejście okazało się niesprawdzone, ale na szczęście wyposażenie kuchni było duże i chyba organizatorzy konkursu przewidzieli, że będzie potrzebował tych samych składników kilka razy.
W tym czasie Mason próbował zamknąć się w swojej sypialni przed szczeniakami. Obsikały mu już jedną skarpetkę, a drugą wdepnął w kałużę. Miał wrażenie, że jeszcze trochę i będzie musiał chodzić w folii ochronnej. Tym bardziej, że okazało się, że jak wszystko tu, szczeniaczki, też nie są zwyczajne, bo nie da się przed nimi uciec. Były puchate, cieplutkie i sikały jak zwykłe, małe pieski, ale fakt, że przeciskały się pod drzwiami jak plastelina już definitywnie normalny nie był. Mason czuł zbliżającą się siwiznę.
Robiło się coraz później. Za oknem pociemniało, a w jego sypialni, na dużym, wręcz wielkim łóżku, zupełnie jakby przeznaczonym dla dorosłego mężczyzny i tuzina psiaków, znajdowała się ciepła i przyjemna pościel w psie łapki. Był też puchaty dywan i… portret puchatego pieska na ścianie. A pieski popiskiwały i wdrapywały się na Masona, jakby chciały się tulać i bawić bezustannie. Jak niby miał je „ululać”?
Masonowi chciało się wyć do księżyca… albo zadusić te małe, puchate, słodkie, radosne, kochane kuleczki. Och, nawet jakby nie wiedział, ile razy go obsikały i tak im by krzywdy za dużej nie zrobił. Chociaż wolał zamiast tych szczeniaków jednego Josha. Jego wiedziałby jak „ululać”. A tę gromadkę… Na wstępie doszedł do wniosku, że trochę się z nimi pobawi i może nie zginie. Tym bardziej, że był sam w pokoju i nikt nie widział.
Było jednak słychać, jak szczeniaczki szczekają radośnie i popiskują. No, słyszał to przynajmniej Ryan i Jefferson na dole. Jason już nie. Znajdował się bowiem w mini siłowni w piwnicach willi. Szare ściany, wieża, dobre oświetlenie i sporo sprzętów. A on na stacjonarnym rowerku, wpatrujący się z zacięciem na ekran, który wyświetlał przed nim procent postępu do wytworzenia antidotum. Po przejechaniu kolejnego kilometra i już mocniej zadyszce, z niedowierzaniem wręcz gapił się na marne 7%. Siedem?! Zanim dojdzie do dwudziestu, to wypluje płuca! Pot lał się mu po skroniach, zwykle blade policzki były już mocno różowe, a on ze ściągniętymi brwiami pedałował dalej. Jak dojedzie do dziesięciu procent, musi skoczyć po wodę, bo umrze…
Jefferson, po tym jak starł i odcedził ze swojego kartofla cały sok, udał się razem z nim na górę do swojej sypialni. Penis bolał go niemożliwie, a na Ryana nie mógł patrzeć, bo nawet jego walka z masłem go podniecała. Czuł się koszmarnie i wiedział, że musi koniecznie sobie strzepać. Po drodze na górę nadal słyszał zza drzwi sypialni Masona, jak psiaki piszczą radośnie, i miał nadzieję, że to słodkie szczekanie nie przeszkodzi mu w spokojnej masturbacji.
W tym czasie Ryan wciąż walczył z czekoladą. Zdecydowanie wolał ją pod postacią niskiego, atletycznie zbudowanego mężczyzny z dużym penisem i białym nadzieniem. A nie pod postacią magicznie rozpraszającego się po całej kuchni kakao i masła, które lepiło się do wszystkiego wokół. Jedyny plus, jaki w tym widział, to że mógł podjadać coś co rusz z lodówki. I w sumie dopiero za szóstym podejściem sięgnął do tego, czego obawiał się najbardziej — garnka. Może to, kurwa, trzeba było po prostu wszystko rozpuścić? Tak też zrobił, zażacie mieszając drewnianą łyżką i ani myśląc pozwolić się temu przypalić. Wygra z tą czekoladą! Jak nie mógł wygrać z tą swoją w łóżku, tak tej nie miał zamiaru się poddać! Mimo że było już po pierwszej w nocy, a on wciąż tu sterczał, jak jakaś upośledzona gosposia.
Niedaleko niego jak wyrzut sumienia Alexa stał dzbanek z pączkującymi w nim dziwnymi, białymi grzybkami. Niby czyściły wodę. Tak przynajmniej rzucił Alex, kiedy wsypywał je już w nocnych ubraniach do środka jakieś dwie godziny temu. Wyglądał przy tym, jakby zaraz miał zwymiotować. Potem ulotnił się, najpewniej nie chcąc tego oglądać.
Zdecydowanie Ryan bałby się to wypić, żeby się nie otruć. Mimo że było za darmo. Chociaż… jak spojrzał na brązową, gęstą maź w garnku, wcale nie był pewien, czy jego wytwór będzie lepszy. Ale wreszcie zaczęło to przypominać coś jednolitego, więc kiedy składniki się połączyły, przelał je do kwadratowej foremki i odstawił, żeby zastygło. Tak. Teraz już chyba mógł się umyć z masła, cukru, kakao i czego tam jeszcze nie dosypał oraz wyczekiwać momentu, kiedy będzie mógł przełożyć wszystko do zastygnięcia w lodówce. Chyba jeszcze nigdy nie spędził tyle czasu w ciszy…
Ta jednak już nie panowała na piętrze willi. Z jednej strony słyszał szczeniaczki, z drugiej, jeśli lepiej się nadstawiło ucho do drzwi, ciężkie westchnienia. Jefferson musiał usilnie pracować nad zejściem ciśnienia ze swojego penisa. I chyba dużo mu to nie pomagało. A kiedy szedł już do swojego pokoju, z tego naprzeciwko, który zajmował Jason i Alex, wyszedł ten drugi. Nadal nie wyglądał na spokojnego. Świadomość wypicia wody ze stawu, w którym teraz moczyły się jakieś paskudztwa niby mające ją oczyścić, najpewniej nawiedzała go jak koszmar senny. Do tego nie mógł się umyć.
— Widziałeś Jasona?
Ryan już otworzył usta, żeby odruchowo odpowiedzieć, ale w końcu pokręcił głową przecząco i wskazał kciukiem w dół, sugerując, że nie wychodził z piwnicy.
— Tak, zapomniałem, wybacz — Alex upomniał sam siebie i mijając nadal brudnego Ryana szerokim łukiem, udał się na dół, do piwnicy, aby sprawdzić, jak radzi sobie jego kochanek.
Po zejściu po metalowych schodkach na granatową wykładzinę mini siłowni, akurat ujrzał, jak Jason dosłownie zlewa się z rowerku na dół. Oparł się plecami o sprzęt. Był już bez koszulki, w samych spodniach i sięgał słabą dłonią do leżącego obok na podłodze ręcznika. Przetarł nim czoło, dysząc ciężko z przymkniętymi oczami.
Alex uśmiechnął się bez przekonania.
— Żyjesz? — spytał, widząc jednak, że tak nie jest.
Jason dopiero teraz go zauważył i uśmiechnął się bez radości. No, może jedynie takiej, jaką wywołał w nim widok kochanka.
— Nie. I lepiej mnie nie dotykaj, bo jestem spocony — odparł z westchnieniem, po czym łokciem stuknął w rowerek za sobą. — Sto procent.
— Na każdym sprzęcie musisz mieć sto procent? — Alex spytał, rozglądając się po pomieszczeniu. Nie wyglądało to optymistycznie i zapowiadało się na nieprzespaną noc.
— Nie, tylko rowerek, bieżnia i to cudo z ciężarkami. Zaraz pójdę odpocząć chwilę i zapierdalam dalej. A ty jak tam? Znalazłeś chusteczki?
— Tak. Przebrałem się też już z trzy razy. — Alex westchnął i już chciał przysiąść na jednym z urządzeń, ale darował sobie. — Jefferson chyba non stop się masturbuje, a u Masona nadal słychać szczekanie. Nie dałem rady się nawet zdrzemnąć. Ryan dopiero co też wrócił do pokoju.
— To wszystko jest chore. To bardziej jak szkoła przetrwania niż wybory Mistera – podsumował Jason i wytarł czoło ręcznikiem. Podniósł się potem i rozciągnął mięśnie. Skóra na jego chudym brzuchu napięła się mocno. — Muszę zapalić…
— Nie możesz — Alex przypomniał mu uprzejmie, na ile się dało.
Jason zaklął i wsiadł na maszynę tym razem nakierowaną na ćwiczenie mięśni ramion i klatki piersiowej. Na razie nogi po rowerku za bardzo go bolały, żeby w ogóle próbował wchodzić na bieżnię.
— Dobra, to jadę z tym dalej. Nie paliłem już jakieś sześć godzin — zachrypiał grobowo i zaczął z mozołem naciskać na odpowiednie uchwyty, a obciążniki z tyłu maszyny podnosiły się, nabijając procenty.
— Kiedy to skończysz, będziesz mógł zapalić. I możesz wziąć prysznic w każdej chwili. — Alex westchnął z żalem, przyglądając się, jak pot spływa po skórze kochanka. — I zrobisz to, nim wrócisz do pokoju.
Jason nawet nie musiał patrzeć na jego poważną minę, żeby upewnić się, że jest to rozkaz.
— Tak jest… królowo — odpowiedział pomiędzy kolejnymi spięciami mięśni. Zdecydowanie nie miał kondycji. Rowerek już go wykończył, a teraz zdychał na tym cholernym czymś.
Alex chwilę mu towarzyszył, ochładzając go co najwyżej swoim chłodnym spojrzeniem.
— Przyniosę ci wodę — zasugerował w pewnym momencie. I tak nie mógł spać.
Noc płynęła wszystkim mieszkającym w willi mężczyznom bardzo wolno. Ryan musiał cały czas wstawać, by zobaczyć, czy czekolada wystygła i może ją wsadzić do lodówki. Zrobił więc takich kursów z pięć, aż wreszcie o czwartej nad ranem postawił foremkę w lodówce i w końcu poszedł spać. Jason ćwiczył do podobnej pory, a kiedy pokazało się wszędzie 100%, nagle ekraniki powiedziały mu, że antidotum jest w stanie produkcji. Przeklął więc każdy z tych sprzętów, zrobił sobie długi prysznic i czując się jak chodzące zombie, padł do łóżka.
Jefferson ledwo żył i tylko dziękował losowi, że ma dobrą kondycję i nie miał zawału od kilku orgazmów, jakie przeżył w nocy. Mason siwiał. Jeśli raz udało mu się jednego szczeniaka uśpić, to po jakimś czasie budził się kolejny. Po tym upewnił się, że nigdy nie będzie miał ani dzieci, ani szczeniaków. I że Josh jest mu w tej chwili niezbędny, aby ukoić nerwy. Nie miał pojęcia, jak uspokoić wszystkie psiaki naraz. Trwało to aż do wschodu słońca, kiedy już fizycznie nie był w stanie wytrzymać i padł na podłodze, po czym zasnął. Jeden z większych, tłuściejszych maluchów skończył jako jego poduszka, a kolejne, czego już w sumie nie był świadom, zasnęły wokół niego, bądź na nim.
Alex zauważył to, bo w końcu zrobiło się cicho. Niby spał, ale był to bardzo płytki sen. Spał z zegarkiem w ręku, budząc się co chwilę, aby sprawdzić, czy mieszanina jest gotowa. Już chciał wziąć prysznic. Musiał. Wciąż jednak woda nie wyglądała na odpowiednio czystą i odrzucała go myśl, żeby w ogóle dotknąć jej wargami, a co dopiero przełknąć.
Wskazówki mozolnie poruszały się po tarczy jego zegarka, a na błękitnym niebie w końcu wstało słońce. Było rześko i świeżo, kiedy otworzyło się okna. Okolica wyglądała tak pięknie, willa również, a oni… oni wszyscy, kiedy zgromadzili się na dole w salonie o ósmej rano, wyglądali, jakby ktoś okładał ich łopatą, przejechał walcem, a na koniec przepchał przez ciasną rurę.
Jason, który miał koszmarne zakwasy w całym ciele, ledwie zszedł po schodach na dół. Ubrany tylko w slipki, mając w poważaniu, co może myśleć o tym reszta, popatrzył po nich wszystkich grobowo.
— Któryś już cudownie ozdrowiony? I nie, żebym z samego rana chciał psuć wam humory, ale teraz żaden z nas nie wygląda, jakby nadawał się nawet do pierwszego etapu wyborów Mistera — dodał z krzywym uśmiechem.
Nikomu nie było do śmiechu. Masonowi dalej towarzyszyła gromadka szczeniaków, tylko tyle że spokojniejszych, a Jefferson nadal miał erekcję. Alex też nie przypominał siebie. Poza Masonem, wszyscy już musieli tylko czekać.
— Nic o tym nie wiem, ale udało mi się przespać dwie godziny. Moi lekarze by mnie za to zabili.
Ryan, który niemo stał obok kolumny, chciał to wszystko jakoś skomentować, ale oczywiście nie mógł. Był tak tym przybity, że nawet nie próbował tego robić gestami.
— Pewnie będą mieć nieprzyjemności z twoimi lekarzami. Za to, co nam zrobili, jakoś mnie to nie martwi… — Jason uśmiechnął się wrednie, ale cały czas nie mógł mimo zakwasów ustać w miejscu. Drżał wręcz z braku nikotyny, więc aby nie przedłużać, skierował się do piwnicy. — Idę zobaczyć, czy te narzędzia tortur przemieliły już to antidotum — poinformował przez ramię kochanka.
Ten spojrzał na niego rozbieganym spojrzeniem. Woda i prysznic śniły mu się w nocy. Obudził się zresztą dużo wcześniej niż kochanek i sprawdzał, czy nadal odpycha wodę. Okazało się, że tak, bo nie dość, że stanie pod prysznicem było bezcelowe, to nawet kąpiel w basenie skończyła się lewitacją nad wodą. Czuł się jak w jakimś balonie.
— Mhm… — mruknął, a Jefferson uznał, że też sprawdzi stan swojego kartofla.
Chwile milczeli, w tym Ryan, co było aż niezwykłe, aż Ranger zawołał blondyna.
— Ej, Alex, twój kisiel z wody chyba już się zrobił.
Blondyn poderwał się jak na komendę i wręcz pobiegł do kuchni, aby sprawdzić jego stan. Faktycznie wyglądało na to, że glony czy czymkolwiek były te białe grzybki przypominające kalafiorki, oczyściły wodę. Ponoć miał to już tylko przecedzić. Ale… nadal uważał, że nie jest to czysta woda. Bał się, czy nie zachoruje po tym na coś, czy nie będzie czuł mulistego smaku, jak będzie to pił. I ile jest w tym mikroorganizmów, które go zabiją.
Jefferson patrzył chwilę, jak blondyn zabija wzrokiem swoje antidotum i sam z mazistą i kleistą substancją z kartofla udał się w zacisze swojego pokoju. Jak jeszcze wczoraj nie wyobrażał sobie, że da radę zrobić sobie palcówkę, tak dziś był już tak wymęczony ciągłą erekcją, że było mu już wszystko jedno. Bał się tylko przebłysków, które mówiły mu, że nie pogardziłby pomocą swojego ludzkiego kartofla.
Został odprowadzony spojrzeniem Ryana i Masona, którzy pozostali w salonie. Ten pierwszy w końcu, zirytowany, że nie może skomentować niczego, nawet przeklętego namiociku tego całkiem przystojnego Rangera, w końcu sam poszedł do kuchni. Mijając Alexa, poklepał go po ramieniu pocieszająco, a sam zajrzał do lodówki i swojej wymęczonej wczoraj czekolady.
Cicho stuknęła, kiedy odwrócił foremkę i wypadła na blat. Czyli przynajmniej konsystencja była w porządku. Teraz mógł tylko mieć nadzieję, że po drodze wszystko zrobił w porządku.
Odetchnął ciężko, cmoknął swój krzyżyk i ułamawszy kawałek, wsadził czekoladę do ust. Zamknął oczy. Mocny smak kakao i zdecydowanie za dużej ilości cukru rozlał mu się po jamie ustnej. Miał wręcz wrażenie, że liże ciało Lenny’ego… Coś mu podsunęło obraz jego wielkiego kutasa, sztywnego, śliskiego od jego śliny. A on go ssał i ssał…
— Mmmm… — zamruczał cicho, nie otwierając powiek i nawet nie zdając sobie sprawy, że ten dźwięk wydobył się z jego ust.
— Nie chcę wiedzieć, o czym myślisz — słowa Alexa, który nadal modlił się do szklanki z już odsączoną przez filtr do kawy wodą, wybił go z zamyślenia.
— Hm? — Ryan obejrzał się na niego i otworzył szeroko oczy. — O kurwa — to były pierwsze pełne słowa, które wypowiedział, kiedy magiczna czekolada go ozdrowiła. — Och, nie, Alex, nie chcesz, ale już mogę cię szczerze zapewnić, że cokolwiek wypisali na tych mikroskopijnych, ubogich w wyczerpujące informacje karteczkach skutkuje, jak zresztą na pewno słyszysz. Moje gardło wreszcie działa i nie, nie będzie mogło już służyć tylko do przełykania tego czy… hm, owego — skomentował swoje myśli sprzed chwili — ale, jak sam słyszysz, wreszcie mogę używać go do… och tak, mówienia — gadał dalej, po czym jednak sięgnął po kolejną porcję czekolady, uważając, że nigdy nawet jajecznica nie wyszła mu tak dobrze, jak ten przesłodzony twór czekolado-podobny.
Alex w kontraście do swojego kolegi z opowiadania tylko pokiwał głową, zachowując milczenie. Zabrał swoją wodę do salonu, gdzie Mason siedział z jednym szczeniakiem na kolanach i przysypiał na siedząco. Chyba już przyzwyczaił się do ciągłego piszczenia, szczekania i lizania go. A nawet używania jego placów jako gryzaczki.
Anglik popatrzył chwilę na mężczyznę, potem na swoją wodę i spróbował wsunąć w nią palec. Zgodnie z przewidywaniami, woda odsunęła się na boki, nie dotykając go. Obawiał się, że picie jej będzie tak samo trudne, ale okazało się, że jak warg nie dotykała, tak spłynęła chłodną, przyjemną strugą po jego gardle. Alex nawet nie zauważył, kiedy wypił całą zawartość szklanki i ani razu się nie wzdrygnął. Dopiero kiedy ostatnia kropla znikła mu w żołądku, poderwał się szybko z kanapy i pobiegł na górę, do łazienki przy sypialni swojej i Jasona. Nawet nie rozebrał się z tego, w czym był, tylko włączył prysznic i wsunął dłonie pod wodę. Tak, w końcu krople uderzyły o jego skórę, a on zaczął zrzucać z siebie ubrania, aby wziąć upragniony prysznic.
Nie miał pojęcia, ile czasu siedział w kabinie, rozkoszował się wodą i psychiczną ulgą. W końcu jednak jego percepcję, całkowicie skupioną na strugach wody, zainteresował zapach. Tak, nie mylił się, był to dym papierosowy.
Obejrzał się za siebie w kabinie i dostrzegł swojego kochanka. Stojącego przy umywalce, opartego o nią swoim chudym biodrem i… popalającego papierosa. Miał przy tym błogo zmrużone powieki.
— Ten smak i taki widok to coś, co bardziej mnie spełnia niż orgazm po tygodniu abstynencji — zamruczał, popatrując na Alexa i delektując się papierosem. Nie pierwszym, czwartym. Pierwsze dwa wypalił w trzydzieści sekund.
Alex uśmiechnął się swobodnie i błogo. Nawet nie zamierzał wychodzić do kochanka, aby go pocałować czy objąć. Nie przeszkadzało mu, że byli odgrodzeni szybą, każdy w swoim środowisku.
— Czyli działa. Ryan też mówi. Zakładam, że będzie nadrabiał ten błogi dla naszych uszu stan.
— Niech gada… Mając szlugi, nawet mogę to wytrzymać — odpowiedział Jason, zaciągnął się znowu i położył dłoń na szybce prysznica. — Jak się czuje moja królowa?
— Znacznie lepiej. Czułem się brudny jak już dawno — odparł i sam zetknął dłoń z kochankiem, przez szybę. — Jak mięśnie?
— Napierdalają, więc jak nie masz nic przeciwko, przeleżałbym dzisiejszy dzień przy basenie na leżaku — przyznał Jason, ale jego ton nie brzmiał, jakby teraz mu to przeszkadzało. Do tego zgiął delikatnie swoje szczupłe palce, patrząc chwilę na męską, teraz mokrą dłoń kochanka, nim zabrał swoją.
— Nie ma sprawy. Ja z chęcią ten dzień spędzę w tym basenie, przy którym będziesz leżał — Alex zgodził się z delikatnym uśmiechem na kształtnych ustach.
Jason samoistnie odpowiedział uśmiechem i w końcu dopalił papierosa. Wrzucił go do toalety, spłukał i ruszywszy do wyjścia, rzucił:
— To mocz się tam, zejdę zobaczyć, jak Jeff i Mason i może jakieś śniadanie zrobię.
— Dobrze — Alex odpowiedział trochę zbywczo, kierując swoje słowa w dużej mierze do prysznica.
Jason najpierw zawinął do sypialni, żeby zarzucić na siebie czarne, wąskie spodnie, bezrękawnik w takim samym kolorze i wysokie trampki. Po tym przeszedł wzdłuż barierek na piętrze, ale zanim zajrzał do Jeffersona, pochylił się nad nimi i krzyknął do Masona na kanapie:
— Nie masz antidotum? „Bad boyom” nie produkują? — zakpił lekko.
Zamiast odpowiedzi mężczyzny prosto z postapokaliptycznego Nowego Jorku usłyszał z dołu „groźne” poszczekiwania tuzina małych, beżowych szczeniaczków.
— Nie tylko kobiety, jak widać, kochają „bad boyów”, — Mason zaśmiał się i pogłaskał jednego z psiaków. Jason już tego nie zauważył, ale ten zdjął z obroży szczeniaka malutką fioleczkę. Nie zastanawiając się wiele, zamiast ją wypić, schował ją do kieszeni swoich spodni. Postanowił skorzystać z niej za… chwilę.
Tatuażysta pokręcił głową i w końcu zbliżył się do zamkniętych drzwi sypialni Jeffersona. Zapukał do niej.
— Spie… Spierdalaj! — syknął ten. Po tonie, w jakim to wypowiadał, najpewniej był nadal zajęty. Bardzo przyjemnie zajęty. I chociaż Jason tego nie widział, właśnie był na skraju orgazmu. Klęczał wypięty na łóżku i oddychał ciężko. Był czerwony na twarzy, ale także jego penis był cały nabrzmiały od krwi, która do niego spłynęła. Serce waliło mu mocno, a szparka zaciskała się na śliskich od kartoflowego żelu palcach. Było ślisko i przyjemnie, tylko myśli były zdradzieckie. Bo ziemniak, który cały czas pojawiał mu się w głowie, bynajmniej nie był bulwą, a lekarzem z jednym okiem.
Jason nie skomentował, tylko uśmiechnął się pod nosem i w końcu zszedł na parter tej pięknej, ale chyba przeklętej willi.
— Jakby ktoś wpadł na pomysł robienia dzisiaj grilla, to sugeruję użycie barku na opał — mruknął po drodze do Masona, wskazując mebel, z którego wyciągnęli magiczne buteleczki.
Ryana nigdzie nie widział, więc domyślał się, że ten poszedł do ogrodu, wreszcie cieszyć się pięknym dniem. A może i gadaniem do drzew i ptaków?
— Będziesz się zaciągał jego dymem, tak jak teraz kolejnym papierosem? — spytał Mason, głaszcząc futerko jednego ze śpiących mu na kolanach szczeniaków. Wyglądał jak ich mamuśka.
— Taa i odpalę sobie od niego z mściwą satysfakcją — zażartował starszy mężczyzna, kierując się do kuchni, żeby zrobić jakieś śniadanie. Chociaż… tak naprawdę nie wiedział, co może użyć z produktów przygotowanych przez organizatorów, żeby koszmar tej nocy się nie powtórzył.
Kiedy pracował nad jedzeniem w kuchni, przez przeszklone drzwi od strony tylnej części ogrodu, do rezydencji powrócił Ryan. Był już ubrany, odświeżony i… mówiący.
— Muszę wam przyznać, że wcześniej dzień, mimo równie błękitnego nieba i ciepłej temperatury, wydawał mu się jednak dużo chłodniejszy i ponury, ale teraz dochodzę do wniosku, że wręcz zachęca, aby spędzić go na zewnątrz. Hm… i jak widać, spędzimy to w większej liczbie niż pięć — zauważył, kiedy dostrzegł przy Masonie gromadkę psiaków. — Czy mi się wydaje, Mason, czy nie podołałeś swojemu procesowi wytworzenia cudownego antidotum?
Mężczyzna prychnął pod nosem.
— Skąd taki wniosek? — spytał uszczypliwie i sięgnął do kieszeni, po czym pokazał pyskatemu chłopakowi fioleczkę.
— Zwracam honor… ale chyba nie rozumiem, dlaczego ta fiolka wciąż jest pełna. Czyżby była pełna tego, co wczoraj tak usilnie spierałeś ze spodni? — Ryan zapytał z kpiącym uśmiechem, przysiadając na fotelu obok.
Mason ściągnął brwi, odkorkował flakonik i powąchał.
— Nie — odparł, znając już odpowiedź. Zaraz po tym jednak znowu zamknął antidotum. — Zastanawiam się, co się z nimi stanie, jak to wypiję.
— Jestem pewien, że nad wyborami Mistera pieczę sprawują ludzie z sercem i zakładam, że żaden z tych szczeniaczków nie zrobi widowiskowego „boom”, bo wątpię, aby drugim zadaniem w finale było sprzątanie wnętrzności z tych bialutkich ścian. Może po prostu sobie pójdą.
Mason skrzywił się sceptycznie, słysząc słowa Ryana.
— Powinieneś się leczyć. I ta czekolada mogła nie działać. — Westchnął, ale znowu odkorkował fiolkę. — Oby jednak coś nie przyszło i ich nie zjadło — mruknął, widząc oczami wyobraźni, jak dzicy wpadają i zjadają małe szczeniaczki. Otrząsnął się na szczęście szybko i przechylił fiolkę, wypijając ją na raz.
Ryan z ciekawością obserwował zachowanie puchatych piesków. Te, które spały, podniosły pyszczki i ziewnęły szeroko. Te, które jeszcze biegały wokół, zaszczekały wysoko kilka razy. A potem zaczęły zeskakiwać z kanapy, ruszać do holu i w końcu, machając ogonkami, zniknęły za ścianą. Został tylko jeden. Ten, który spał na kolanach Masona. Wciąż był zwinięty w małą, tłuściutką kuleczkę i jakby nie miał pojęcia, że właśnie powinien biec za resztą zgrai, kimał sobie dalej.
Mason uważniej przyjrzał się śpiącej, białej kluseczce. Szczeniak miał na szyi obróżkę, z której odpiął antidotum.
Nic nie powiedział, tylko pogłaskał małego psiaka po głowie.
— To został tylko Jefferson? — spytał akurat, kiedy ten pojawił się w progu salonu. Wyglądał znacznie lepiej niż rano. Bardziej żywo, a zarazem jak spełniony człowiek.
— Widzę, że się unormowało — zauważył po papierosie w ustach Jasona, braku Alexa, ale i szumie wody z ich pokoju oraz jednym jedynym szczeniaku.
Spojrzał jeszcze pytająco na Ryana, który od razu uśmiechnął się czarująco i wymownie zerknął na jego krocze.
— Najwyraźniej tak, skoro już nie staje ci na mój widok, hm?
— Mam cudowne wrażenie, że nie stanie mi na widok niczego bez mojej zgody — odparł Ranger z pewnym siebie uśmiechem, czując się znowu panem swojego własnego ciała. Było to bardzo relaksujące.
— No to, żeby to uczcić… tym razem bez żadnych podejrzanych buteleczek… — odezwał się nagle wysoki tatuażysta, niosący wielki talerz pełen kanapek przełożonych różnymi składnikami — zjemy dobre śniadanie i poczekamy grzecznie na te przeklęte wyniki.
Ryan od razu obejrzał się na niego, czując jedzenie. Uśmiechnął się. Nawet psiak na kolanach Masona zaniuchał i uniósł ciekawsko pyszczek. Jego nowy pan podniósł go, biorąc pod pachę. Z jednym szczeniakiem mógł sobie poradzić. Miał w domu duże doświadczenie w tej kwestii. Tuzin, było przesadą, nawet jak dla niego.
Alex też dołączył do nich, ale już przy basenie. W sumie to korzystał z wody, ile tylko mógł. Był więc już w kąpielówkach i nawet nie ubierał się szczególnie, skoro mieli spędzić dzień przy basenie.
Rześkość poranka, słońce grzejące ich w plecy i wspólne śniadanie. Teraz nawet nie przejmowali się tym, że każdy jest rywalem każdego i zwycięży tylko jeden. Ważne, że Jason mógł palić, Alex się myć, Ryan mówić, Mason nie był oblegany, a Jeffersonowi nie stawał na widok wszystkiego, co się rusza. Pokonali swoje słabości, w takim czy w innym stylu. Zmarnowani, ale będący zwycięzcami, cokolwiek głosowanie nie powie…

KONIEC

*****

Nie ma co dodawać słowa komentarza, wręcz jako organizatorzy nie powinniśmy, bo to w Waszych rękach jest decyzja, który z tych panów, nieświadom obserwacji, zachował się najlepiej, najgodniej i zasługuje dzięki swojej całej osobowości, powierzchowności oraz głębi na zaszczytny tytuł Mistera Strony Shikat Tales! Zastanówcie się dobrze, bo głos macie tylko jeden! Możecie z całej piątki wybrać jednego kandydata.

Głosowanie trwa do godziny 21:00 13 marca!

A teraz… przypomnijcie sobie wcześniejsze etapy. Jaki uczestnik, mimo braku awansu lub awansujący, ale niekoniecznie nadający się na Mistera, najbardziej Was olśnił? Który z nich mimo niebycia Waszym faworytem przykuł Waszą uwagę? Pomyślcie dobrze i… zagłosujcie na:

Na sam koniec zapytajmy jeszcze naszego dzisiejszego gościa specjalnego, na kogo by zagłosował w finale? Kto z tej seksownej piątki najbardziej według niego zasługuje na miano Mistera. Liam?

Liam: Hm, trudny wybór. Obawiam się, że Masona Awordza zagryzłbym, gdybym tylko miał możliwość zakamuflowania się pomiędzy te szczeniaki, jednak na koniec, muszę przyznać, bardzo dobrze sobie z nimi poradził. Właśnie to wzbudziło mój podziw. Opiekun jest bardzo potrzebny młodemu wilczkowi, a mam wrażenie, że Mason Awordz byłby w stanie wychować dobrego, twardego wilka. Dlatego to na niego pada mój wybór.

Cudowne wytłumaczenie! Zobaczymy, jak się na to zapatrują nasi drodzy widzowie, którzy, mamy nadzieję, poza oddaniem głosu jeszcze napiszą nam co nieco o swoich wrażeniach i podjętej decyzji.

Nasi drodzy widzowie, przybądźcie 14 marca o godzinie zero! Wtedy poznamy zwycięzcę! Do zobaczenia!

20 thoughts on “Wybory Mistera – FINAŁ

  1. Katka pisze:

    O., matko, dobrze, że nie zostałaś postawiona w miejscu kata XD Uczestnicy by zdechli przez Twoje pomysły XD

    Dla Shane’a brak możliwości przeklinania, to rzeczywiście trudność. Ciężko by mu było się wysłowić, pewnie by w końcu zamilkł jak Ryan XD

    Basia, dzięki za słowa uznania do całych wyborów :D Dla nas też to niezły ubaw :D

  2. O. pisze:

    Hm.. Lenny miałby albo zakaz mówienia „Księżniczka” np po wypiciu buteleczki, gdy by chciał to powiedzieć z ust padałoby takie „piiiiiip”, albo mówiłby bez endu xD Więcej niż Ryan bez możliwości przystopowania swych wypowiedzi xD A jako antidotum? Hm… Parę rundek pod Ryanem? xD

    Rush musiałby wyglądać chyba jak Żebrak, nie wypominam mu że jest takim pięknisiem, ale nie wiem jaką wadę mógłby mieć.. poza byciem słodkim i przystojnym.. Serio wydaje mi się że po wypiciu stałby się żebrakiem bez manier? A antidotum to już nie wiem…

    Chralie xD jako antidotum dałabym mu cały dzień z Lennym xD a jako efekt uboczny wypicia buteleczki aseksualność?

    Willowi mogłaby zniknąć opaska albo nie mógłby dotykać nikogo tak jak Alexa odbijało od wody, go by mogło odbijać od ludzi (w szczególności od Jeffa xD) antidotum mogłaby być iluś godzinna przejażdżka na koniu? Albo ujarzmienie dzikiego konia xD

    Shane nie mógłby faktycznie przeklinać a jako antidotum dałabym mu „Być jak Rush z Bajki” xD garniaczek, przykładne maniery przy jedzeniu, odchylanie małego palca przy piciu xD Zabiłby się xD

  3. Basia pisze:

    Witam, witam,
    hmm… Na kogo tu zagłosować…. już wiem… ale nie zdradzę, aby nie zapeszyć, ale, ale wybór Liam’a bardzo mi odpowiada ;] Rayan gotujący i nie przypalający garna, no to teraz już będzie mógł robić Lennemu czekoladę… wie jak to się robi, Mason i wiele Joshów genialne, jak się nimi opiekował, martwił się o nie…
    ale na sam koniec powiem, ze te całe wybory bardzo mi się podobały, ta cała towarzysząca temu wydarzeniu otoczka, tak wspaniale to przedstawiłyście, moje gratulacje… no i czekam na wyniki, i trzymam kciuki za mojego faworyta….
    Pozdrawiam serdecznie

  4. Gordon pisze:

    Shivunia, Shane by nie mogl przeklinac a by sie z tego wyleczyc musialby przez cala noc sluchac techno ]:-> Zajebista scena wam wyszla i tylko za jedno mam ochote cos wam zrobic. Ze nie bylo pokazane dokladnie jak Jeff spelnia swoje zadanie ;p Moj glos idzie na niego choc calosc byla odlotowa.

  5. Shivunia pisze:

    Teraz też zaczęłam zastanawiać się co by się stało innym uczestnikom jakby dostali po takiej buteleczce „wypij mnie”. I, co też ważne. Jak musieli by zapracować na antidotum. Bo muszę przyznać, że z niektórymi było banalnie. Np Ryanowi łatwo znaleźć jego piętę achillesową, ale np długo musiałyśmy myśleć nad Jasonem.
    A inne postacie? Jak myślicie?

  6. Katka pisze:

    Serio, to aż zadziwiające, jak na Was zadziałały te szczeniaczki XD Och, męski facet plus mały zwierzaczek równa się rozkosz :D W ogóle jak tak już gdybać, co by było słabością innych postaci, to zabawnie np pomyśleć o Walterze. On się wydaje taki… bezproblemowy. Ciężko by było coś wymyślić. W ogóle miałyśmy z jednej strony niezłą zagwozdkę, a z drugiej frajdę, wymyślając to, co przeczytaliście :) Widzę też, że wielu z Was uważa, że inny uczestnik miał najgorzej. To właśnie tak doskonale udowadnia, że jak dla jednych coś może być błahostką, tak dla drugich wyzwaniem. Zatem mimo że sama zazdrościłam wręcz Masonowi tych szczeniaczków, wiedziałam, że dla niego bycie miłym musiało być nie lada wyzwaniem.

    No nic, czekamy na wyniki, panowie dali z siebie wszystko, więc pozostaje być cierpliwym! :D Ja już też nie mogę się doczekać ostatecznego wyniku :D

    Ach i co do pytania, czy inni misterzy będą mieli jakieś nagrody – niestety nie XD Tylko tytuł ;)

  7. saki2709 pisze:

    To było genialne. A ja się teraz zastanawiam, kogo wybrać. Na pewno będzie to któryś z moich faworytów, czyli albo Alex, albo Jeff. Tylko który? O rany. Jakby przeszedł ktoś więcej z moich kandydatów, to bym chyba zwariowała. Na kogo by tu zagłosować?… Ok. Niech będzie Alex. Mam słabość do blondynów i z wszystkich kandydatów on chyba był moim numero uno. Tak więc głos na Królową Śniegu XD
    Jeff + permanentny wzwód + lubrykant z kartofla + analna masturbacja = wielki banan na mojej twarzy XD Gdyby Will to widział XD Rozwaliły mnie myśli Jeffa o ludzkim kartoflu. Ziemniak rulez XD
    A Mason i ta cała gromadka Joshów, tfu… szczeniaczków XD powaliły mnie na kolana. To było słodkie, serio. I to, jak się na nie wściekał, a nie o=potrafił im krzywdy zrobić. So cute.
    Biedny Ryan. Odebrano mu mowę, hehe. Milczący Ryan to dość nietypowe zjawisko i śmiałabym rzec, że aż dziwne XD Takie niepasujące do niego. Nie można powiedzieć, że jest oszczędny w słowach, bo na każde możliwe pytanie potrafi odpowiedzieć zdaniem wielokrotnie złożonym, acz za to chyba go lubię, choć w ograniczonych ilościach. Biedna kuchnia. Na pewno wygląda, jakby tornado po niej przeszło XD
    Jason… biedny. Nie mógł sobie zapalić (choć jego płucom wyszło to na dobre, ale nie to najważniejsze). No i tak się musiał napocić, żeby uzyskać antidotum, a w między czasie nawet nie mógł zapalić. Z moją kondycją to chybabym padła przy tym rowerku, a co tu dopiero mówić o dwóch pozostałych sprzętach, więc podziwiam, że podołał.
    Mimo wszystko głosuję na Alexa, co już zaznaczyłam wcześniej, ale powtórzę. Oprócz jego urody i tego, że od początku był moim faworytem, przeżył małe piekło. Z jego fobią i zwyczajem kąpania się kilka razy na dzień, niemożność jakiegokolwiek kontaktu z wodą musiała być straszna. No i ten przepis na antidotum- strrrraszne, serio. Z jego lękiem przed zarazkami musiał wypić brudną wodę d bajora przefiltrowaną przez jakieś dziwne grzybki. Ja bym chyba ześwirowała. Po filtracji grzybkami woda może i nie była brudna, ale i tak…
    Dobra, bo się rozpisałam, a tu jeszcze są dodatkowe kategorie.
    Ok, Ok… Teraz druga ankieta, czyli najsmakowitsze ciałko. Kogo by tu wybrać? Wszyscy panowie mają coś w sobie, ale ja jestem zdecydowaną zwolenniczką kaloryferów, więc pod tym względem będę wybierać mojego kandydata. Ok, już wiem. Może Was zaskoczę, może nie, ale mój głos dostaje Ryan XD Ta jego klata i smakowita dupcia… Po prostu nie da się oprzeć. A że nie grozi to narracją w bonusie, to nie mam żadnych oporów, żeby na niego zagłosować.
    To teraz trzecia ankieta, czyli fascynujące wnętrze. I tu, kurczę, mam problem… Po dłuższej rozkminie stwierdzam, że wybieram Shane’a. Na wierzchu taki straszny, a w środku wrażliwy i sentymentalny. Tylko go tulać. Tak więc głos na Shane’a.
    Uff. Teraz mogę odsapnąć, trzymać kciuki za moich faworytów i z niecierpliwością czekać na wyniki.
    Mam nadzieję, że nie zanudziłam komentarzem. Trochę mnie chyba poniosło. Dobra, już milczę XD

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  8. Another69 pisze:

    Nie no, tego się nie spodziewałam xD
    Na początku moim faworytem był Ryan, a teraz sama nie wiem, bo tutaj definitywnie najbardziej podobał mi się Manson i jego ekipa szczeniaczkowa xD Moja wyobraźnia wariowała! Wyobrażałam sobie małe kulki miłości biegające za nim wszędzie, wskakujące na niego i tulące xD I szkoda mi było, że nie dotarł tu Josh xD Ciekawe jaką on miałby słabość. I Lenny! Ciekawe co byście wymyśliły…
    No i Jeff… Oj, seksowny Jeff… xD On jest niemożliwie seksowny i uroczy xD

    Na końcu zdecydowałam się wreszcie na… Mansona xD Stwierdziłam, że mimo mojej miłości do reszty, to o nich na pewno pojawi się jeszcze wiele rozdziałów itp. a historia Mansona jest zakończona.
    Chętnie przeczytam znowu coś o tym bad boy`u xD

  9. kaczuch_A pisze:

    Ale się pomieszało, ten etap zupełnie moich faworytów skreślił, no może dosłownie i nie w 100%, ale już w takim pozytywnym świetle na nich nie patrzyłam. Każdy z nich stoczył fajną wewnętrzną walkę, pokazali panowie swoje słabości, ale czegoś mi w tym brakowało. A za to Masona pod niebiosa wyniósł. Matko to było takie urocze, kochane i nie wiem co jeszcze. I jak się martwił o te szczeniaczki i ten jeden co został. Miłości~!
    Ale i tak był trudny wybór, bo Mason to wredota i cholera i może nie powinnam na niego głosować patrząc przez pryzmat tego etapu. Matko zaczynam mieć wątpliwości. Da się zmienić zdanie~!? :D
    Co do ciałka, to szlag, ale nie wiem, wszyscy mi się podobają, Will i jego ręce~! Kocham go za nie normalnie. Najmniej mnie panowie na szpilkach przekonują. Nigdy za tym nie przepadałam i nie sądzę żeby się zmieniło, ale i tak jest na czym oko zawiesić. Jason, Jason zmaterializujcie mi tu takiego faceta, to się na niego rzucę, tatuaże są seksowne, i Jason jest seksowny. Alex to ideał, idealny model do rysunków. I plecy i ramiona~! <3 Plażowe chłopaki to w ciasteczka. I cała reszta cholery jedne też jest cudowna. Trudny wybór, oj trudny.
    Z wnętrzem jest podobnie, ale tutaj duże znaczenia dla mnie ma traktowanie partnera. Jak lubię wybuchowe i agresywne charaktery, tak brakuje mi w nich delikatności. Tacy skryci panowie też nie są za rewelacyjni. Ale z wnętrzem bardzo Jason plusuje. Na niego postawiłam.
    W ogóle co do całego konkursu. Brawo za pomysł. Inwencja +500 do zajebistości :D i jestem na tak. Może się o arta pokuszę. Aż się ślinię na półnagie rysunki każdego z panów z Waszych opowiadań. Matko~!

  10. vanill pisze:

    Co ja paczę, co ja czytam. Moje pierwsze wrażenie: WTF?! Szczególnie tyczy się to Jeffa i Masona.
    Biedne chłopaki, serio. Oczywiście z punktu widzenia każdego z nich. Moim zdaniem niektórzy wcale nie mieli tak źle. :P
    Doskonale rozumiem ból Jasona związany z niemożnością zapalenia papierosa. Sama chyba dostałabym ku*wicy albo innej wścieklizny. Podziwiam, że dał radę wycisnąć te 100%. Jeśli chodzi o Alexa, to jak zwykle przesadzał i w sumie doświadczył ciekawego zjawiska, więc trochę mu zazdroszczę. Jeff… heh, cóż u niego to trochę ciężko ocenić. Gdyby miał przy sobie doktorka, ten pewnie wykorzystałby to w odpowiedni sposób, ale tak czy inaczej można uznać, że na tym skorzysta, bo Jeff na pewno poprawił swoją kondycję… :D
    Mason miał urocze zadanie, choć czyszczenie czarnych ubrań z sierści takie urocze zapewne nie było.
    Rayanowi współczuję najbardziej. Biedactwo mogłoby poruszyć tyle ciekawych tematów, rzucić wiele kąśliwych komentarzy, śmiać się z Jaya… Cóż, jedynym pozytywnym skutkiem całego zamieszania jest to, że jego struny głosowe odpoczęły i może w małym stopniu zaprzyjaźnił się z kuchnią ^^ W sumie każdy z panów odkrył w sobie jakieś nowe możliwości i widać, że jak jest odpowiednia marchewka, to każdy może zrobić to, czego propozycję normalnie by wyśmiał.
    Mój głos oczywiście leci do Ryana, choć zastanawiałam się poważnie nad Masonem. Nie został pokrzywdzony, bo to na niego zagłosowałam w plebiscycie na największe ciacho! Nie da się ukryć, że ma sexy brzuszek… i te włosy… <3
    Przy ostatnim głosowaniu też ciężko było mi się zdecydować (ach, jednak okazuje się, że moje zdecydowanie w większości kwestii i spraw życiowych nie ma przełożenia na wybory związane z osobami, kiedy można było głosować na kilku panów nie miałam wyrzutów sumienia, że kogoś krzywdzę) i ostatecznie wybrałam Jaza. :)
    Będą jakieś nagrody dla zwycięzców mini-konkursów? Może jakaś wspólna scena? :D
    Pozdrawiam i DO BOJU RAYAN! <3

  11. Yaoistka^^ pisze:

    Zdradziłam Alexa z Masonem!!! ;(( Biedaczek… ale muszę przyznać, że psinki mnie zauroczyły. ^^ Ach i taki ogier z małym puchatym pakunkiem na umięśnionym brzuchu. ;P

    Weny dziewczyny ^^
    PS: Opowiadanko wciągnęło ;)

  12. Katka pisze:

    Widzę, że w dużej mierze Mason Was urzekł :D A raczej Mason + szczeniaczki :D Przyznam, że jak pisałyśmy to wczoraj z Shiv, też miałam takie „awwww” i cicho przyznam, że mój głos również padłby właśnie na Masona. W ogóle bardzo fajnie, że się podobało i że było dużo śmiechu :D Miałyśmy nieeezły ubaw przy pisaniu :D To trochę szalone było, bo po ogłoszeniu wyników miałyśmy na to mało czasu i wręcz jesteśmy zaskoczone, że wyszło tak dużo :) Dlatego miło nam, że się podobało :D Och, aż jak zerkam na wyniki dotychczasowe, to co raz ktoś inny prowadzi. Walka trwa! :D

  13. O. pisze:

    To już chyba wiadomo jaką rzecz zrobi jako pierwszą Ryan gdy wróci do domu… xD Poza tym też mam w lodówce czekoladę, tiramisu z Milki i boję się jej ;o ;o Mój głos dostał Jeff, niech ma za palcówkę xD Choć wahałam się z Jasonem, bo jednak no jest najbardziej rozpoznawalną i znaną postacią… Ale tu dostał głos przy wnętrzu.. Za ciałko głos oczywiście Lenniak xD Nie będę mu prawić komplementów, bo nie chcę by Ryan przegonił mnie przez wiochę z grabiami ;o Co jego to jego <3

  14. Sharon d'Arc pisze:

    Cudoffnie, po prostu cudoffnie *.* I taki trudny wybór – Jason czy Alex? Ale myślmy logicznie. Narrator jest wszechwiedzący, bezstronny i nie ujawnia się (oficjalnie). Narracja jest prowadzona w 3-ciej osobie l.poj. i jest raczej zależna. Ale jeżeli chodzi o tą zależność to raczej nie jest to zależna od Alexa, skupia się na Jasonie i jego zaobserwowanych reakcji na temat blondyna, więc miło by było zobaczyć jego punkt widzenia, jak postrzega świat itp. No i należy mu się jakaś nagroda za to wszystko nad czym pracuje, jak się zmienił… A propos pracy… Jak żeście go przekonały, żeby porzucił swoje ukochane papierki i wziął udział w czymś tak, jego zdaniem zapewne trywialnym, jak wybory mistera? Zagroziłyście mu spaleniem papierków czy co?
    No i samo opo było po prostu cudowne, chociaż miałam nadzieję, że..no nie wiem, jakoś to będzie bardziej zaznaczone, że JA to jedyna para, która dotrwała do finału. Z drugiej strony, Alex by zabił rudego jakby ten robił coś „publicznie nieprzyzwoitego”…
    Na początku myślałam, że wyślecie magicznym sposobem finałową 5-tkę do domu Grey’ów w Anglii XD Chciałabym zobaczyć reakcję Jasona na to „mieszkanko” I może by go to też trochę podbudowało jakby ogarnął, że Alex woli mieszkać z nim w mieszkaniu wielkości jego pokoju w Anglii niż w Europie walniętymi rodzicami… No i reakcje reszty uczestników… to by była prawdziwa szkoła przetrwania XD No i szczeniaki *.* szczeniaki everywhere *.* Nie wiem czy to była taka kara… :D

  15. Matsuyuki pisze:

    Genialne! Do momentu gdy okazało się że Alex odpycha wodę śmiałam się jak głupia i uśmiechałam do telefonu. Momenty z Alexem – powaga i mina jakby miała nastąpić apokalipsa, cała resztą – śmiech :) Miałam problem z wyborem, Mason czy Alex. Ostatecznie wybrałam Alexa, najcięższe było to dla niego :)

  16. arashaya pisze:

    Ryczałam ze śmiechu czytając o szczeniakach. No, to było genialne xD Nie wiem, jakie wy macie jeszcze pomysły w głowach, ale wiem jedno. Realizujcie je! Oczywiście, głos na Masona <3

  17. Enid pisze:

    O LUCYFERZE JAKA JA RADOSNA I WPIEKŁOWZIĘTA! Niesamowity pomysł na przedstawienie ich słabości dziewczyny, dziękuję Wam! I samo to, że między nimi występowała jakaś interakcja – choć nikt nie polubił za bardzo Masona, smuteczek – to było coś czego się zdecydowanie nie spodziewałam! Całość mnie naprawdę zachwyciła, wszyscy po kolei, nawet Jeff za którym nie przepadam. Ale milutki moment jak zrozumiał, że jednak potrzebuje Willa…
    Bezwzględnie słodki Mason! Opanował szczeniaczki i nie chciał się ich pozbywać – zgadzam się jak najbardziej z Tigram, że on już zdecydowanie wygrał, choć zapewne inni będą woleć nasze królowo-punkowe towarzystwo. Ale i tak trzymam kciuki! Cieszę się, że dałyście mi też szansę zagłosować na kochanego Lenniaka *sexy ciałko* i Ryana *sexy wnętrze i z nim się tak bardzo utożsamiam, też cierpiałabym nie mogąc nic powiedzieć i musząc coś ugotować, dziś chciałam roztopić czekoladę i mi się sfajczyła :(*
    Wiem, że się powtarzam, ale zawsze piszę tak chaotycznie pod wpływem emocji. Po prostu, po prostu…to jest mój ulubiony kawałek tekstu zamieszczony w internecie ever. :D
    …i jakbym chciała przeczytać jeszcze o wspólnym grillu…ale tak ze wszystkimi uczestnikami – jak rozpierdziel tona całego :D
    Uwielbiam Was! Wspominałam, prawda?

  18. TigramIngrow pisze:

    Kurde… Ryan, sorry, ale… Um, um, um! Mason i tak wiele Joshy!(Joshów?) Piesieje! Piesełki! Szczeniaczki śliczne, puchate, sikające i w ogóle!
    W sumie to trudno powiedzieć, Jason się najbardziej postarał – musiał włożyć najwięcej wysiłku. Gotujący Ryan też jakoś mnie nie zachwycił, podobnie jak picie przefiltrowanej wody z bagna. Fajny był masturbujący się analnie Jeff, ale Jeffa z zasady nie lubię, więc pod wpływem tego etapu swój ostateczny głos oddaję na Masona, który nie ululał szczeniaczków, ale martwił się o nie i w ogóle… Choruję na brak zwierzątka do głaskania, szczeniaki mi łażą po głowie, zatem… Mason, jesteś moim Misterem.
    Co do ciałka… Znów Mason mnie zachwycił najbardziej, ale jakoś jestem spokojna o jego wygraną, więc w tej kategorii wybiorę…Powabne ciałko ma Jeff, ale jeśli chodzi o Jeffa patrz wyżej, więc oddaję głos na Jaspera.
    A fascynujące wnętrze… hmm…Posiłkuję się przy wyborze pytaniami, najbardziej mi się podobały odpowiedzi Jasona, były najbardziej satysfakcjonujące, proste, bez wykręcania kota ogonem i zbywania. No i Mason! Ach, borze, zjadłabym burgera. Ale że Mason wygrał (chociaż może niezupełnie, bo przecież w sumie nic nie zrobił tym szczeniaczkom, Jason się bardziej wykazał, Alex też musiał się mocno przełamać) dla mnie finał, więc tu głos idzie na Jasona.
    Ech, Ryan, Ryan… No sorry. Przegrałeś o krótki pysk mój głos na rzecz szczeniaczkowych Joshy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s