Bonus walentynkowy – Pocukrzony cukier i seks

Dzisiaj przedstawiamy Wam bonus, do którego bohaterów i tytuł wymyśliła Illita w ramach swojej nagrody pocieszenia za udział w konkursie filmikowym :) Życzymy miłego czytania!

*****

Walter Mason nie lubił, kiedy walentynki występowały w środku tygodnia. Co z tego, że były to dopiero drugie walentynki spędzone z Jamesem? Wcześniej, będąc singlem, lubił czuć tę atmosferę, spacerując po mieście, bo siedząc w biurze, nie miał takiej możliwości. Kiedy był z Albertem walentynki też wypadły w środku tygodnia i jedyne, co udało im się zrobić, to zjeść bardziej wystawną kolację w domu, dać sobie podarunki i długo się kochać. Marzyło mu się jednak spędzenie tego dnia na jakiejś wycieczce…
Westchnął do siebie ciężko, czytając swoją dzisiaj ułożoną mowę końcową na rozprawę piątkową. Chciał, aby dzień był wyjątkowy i nie skończył się „brakiem porozumienia stron”. Nie mógł się skupić na własnej pracy. Do każdego przeczytanego zdania przyplątywało się wiele niepożądanych myśli. Przez to nawet nie był w stanie ocenić, czy mowa końcowa jest dobra, średnia czy fatalna. Całe szczęście, że nie miał na dzisiaj umówionych żadnych wizyt, bo chciał całkowicie poświęcić się przygotowaniu do rozprawy. Jak widać, niewiele z tego wyszło.
Odchylił się na swoim biurowym, wygodnym fotelu i spojrzał na zegarek na nadgarstku. Było po trzeciej popołudniu, więc jeśli James nie miał dzisiaj żadnych zajęć pozalekcyjnych, powinien już skończyć. Po chwili namysłu więc mężczyzna sięgnął po telefon i zadzwonił do niego.
Na odpowiedź musiał trochę poczekać, ale w końcu w słuchawce usłyszał głos swojego ukochanego.
— Tak? Coś się stało? — James spytał na rozpoczęcie rozmowy z troską w głosie.
— Nie, oczywiście, że nie, kochanie — Walt odpowiedział z uśmiechem, który samoistnie pojawiał mu się na twarzy, kiedy słyszał głos kochanka. — Chciałem zapytać, czy już skończyłeś pracę?
— Tak, właśnie idę na zakupy bo w lodówce nic nie ma na obiad.
— Och. Dobrze. Czyli będziesz dzisiaj popołudniu i wieczorem w domu? — Walt upewnił się, by przynajmniej wiedzieć, na czym stoi. Musiał coś szybko wymyśleć!
— Tak, myślałeś, co chcesz na obiad? — James spytał, nieznacznie ściszając głos. — Och i dziękuję za te czekoladki — dodał, wspominając bombonierkę słodyczy, jaką znalazł rano przy łóżku.
Walter uśmiechnął się szerzej.
— Wiem, że nie lubisz dużo jeść, ale na słodkości masz zawsze większy apetyt — odpowiedział z zadowoleniem i postukał kilka razy długopisem po wargach w zamyśleniu. — A na obiad… Wiem, będzie dla ciebie zadanie! Konkretnie co, musisz sam wymyśleć, ale chcę, żeby było w kształcie serca.
— Chc… chcesz… chcesz obiad w kształcie serduszka? — James wydukał, a Walter, znając go dobrze, widział oczami wyobraźni, jak ten się peszy.
— Tak — odpowiedział ze śmiechem i pewnością siebie. Nie miał pojęcia, co by to mogło być, aby zrobić to w takim kształcie, a przez to był jeszcze bardziej ciekaw kreatywności swojego słodkiego kochanka. — Dasz radę?
— Eee… nie wiem… No, postaram się — James zaplątał się, dukając każde kolejne słowo.
Walt cmoknął w słuchawkę.
— Dobrze. Ja wrócę do domu około piątej albo szóstej. Już za tobą tęsknię.
— Też… Pa — James wymruczał, najpewniej się przy tym rumieniąc.
— Pa, kochanie. — Walt rozłączył się i znowu spojrzał na swoje przemówienie. Jęknął cierpiętniczo i spróbował się na tym skupić.

*

Po zamknięciu biura nie pokierował się prosto do domu. Musiał jeszcze sprawić jakiś prezent dla swojego kochanka i chyba już nawet miał pomysł.
Tak jak się spodziewał, idąc przez miasto, zewsząd atakowały go serduszkowe dekoracje, a na jednej ulicy nawet chodziły młode, śliczne dziewczyny ze skrzydłami amorków, plastikowymi łukami i rozdawały czekoladki w kształcie serduszek. Walt ze swoim zaraźliwym uśmiechem przyjął jedną i wręcz ujrzał na twarzy dziewczyny błysk zachwytu. Nigdy nie zastanawiał się głębiej nad tym, jak bardzo mógł być pociągający dla innych ludzi. Elegancki, w długim, czarnym płaszczu, staranną fryzurą i przystojną twarzą, której mógł mu pozazdrościć niejeden model niższej klasy.
Jedząc czekoladkę, pokierował się dalej, aż w końcu stanął przed drzwiami sex-shopu…

*

James krzątał się po supermarkecie jak w ukropie. Na szczęście były walentynki, więc serduszka były wszędzie i na każdym kroku. Fartuszki w serduszka, formy w serduszka, makarony w kształcie serduszek. Wszystko! To mu ułatwiło zakupy, bo inaczej by chyba sobie nie poradził ze spełnieniem prośby kochanka. Musiał się tylko spieszyć, aby zdążyć przygotować wszystko przed powrotem Waltera do domu.
W końcu, stojąc w kolejce, sięgnął jeszcze po dwa lizaki w kształcie serduszek, co uważał już za mocną przesadę i wręcz desperację, kiedy patrzył w głąb swojego wózka. Westchnął ciężko i natknął się wzrokiem na spojrzenie szczupłej kobiety w kasie obok, która ciekawsko zerknęła na jego zakupy. Musiał wyglądać jak zakochany do szaleństwa desperat z taką ilością serduszkowych akcesoriów.
Kolejka była długa, bo sporo ludzi, a raczej sporo par zachęciły te wszelkie walentynkowe gadżety i słodkości. Posuwał się więc leniwie dalej, aż w końcu poczuł szturchnięcie z tyłu. Gdy się obejrzał, ujrzał znajomą, młodą twarz.
— Bry panie psor. — Wysoki, szczupły chłopak o małym zadartym nosie ubrany w sportowe ciuchy i wielką kurtkę z puchatym kołnierzem uśmiechał się do niego zaczepnie. James od razu go poznał.
— Chase Lash, co… co za niespodzianka. Dzień dobry — przywitał się z chłopakiem, nie będąc wcale zadowolonym, że ten za nim stoi. Nie lubił mieć kontaktu ze swoimi uczniami poza szkołą. A tym bardziej w walentynki, kiedy nakupił rzeczy na ewidentnie romantyczną kolację.
Kolejka zresztą była naprawdę spora i ludzi było wokół bardzo wielu. Jego uczeń bynajmniej nie był ostatni, bo za nim stał jeszcze jeden młody mężczyzna z krótkim zarostem i kolczykami w uszach. Patrzył na nich spokojnie.
— Co tam psor kupuje? — Chłopak wychylił się, aby zajrzeć za swojego profesora i jeszcze szerzej się uśmiechnął. — Romantyczna kolacyjka, widzę? — Zarechotał, ruszając brwiami. Wydawał się tym wyjątkowo rozbawiony. A James zawstydzony. Miał doświadczenie z młodzieżą, ale Chase należał do tych uczniów… z którymi trzeba było ostrożnie postępować. Nie miał najlepszej reputacji, a i już nie raz, nie dwa lądował u dyrektora. Z tego co James się orientował, chyba został mu nawet przydzielony kurator, ale nie był tego pewien.
— Są walentynki, a ja mam życie prywatne.
W koszyku Chase’a zresztą nie było pusto i najwyraźniej też szykowała się jakaś niezła wyżerka, jakby zapewne nazwał to sam chłopak. Tam jednak nie było tylu serduszkowych produktów, co u Jamesa.
— Oj, psor się nie spina. Przecie nic do psora nie mam. — Zarechotał znowu i bez pytania wyjął z jego koszyka jednego z serduszkowych lizaków. — Musi lubić takie przegięte słodkości? Co? — spytał, łapiąc patyczek lizaka w dwie dłonie i zaczął nim obracać z rozbawieniem w bystrych oczach.
James westchnął ciężej i zabrał mu lizaka.
— Tak, lubi. Nie wiem, czy pamiętasz, ale wspominałem o życiu prywatnym. Jeśli chcesz je mieszać, mogę sobie przypomnieć na następnych zajęciach, że cię tu widziałem. I odpytać.
Jeśli wzrok go nie zmylił, ujrzał, że mężczyzna stojący za plecami Chase’a uśmiechnął się po jego słowach z rozbawieniem. Co więcej, on nie miał koszyka, ale i tak wyciągał już portfel z wewnętrznej strony marynarki. Może zamierzał kupić tylko papierosy przy kasie.
Chase za to skrzywił się i głębiej wcisnął jedną dłoń do kieszeni.
— Nie, no kurna, z psorem to tak zawsze. Trochę luzu, po co od razu tak…? — Chłopak przewrócił oczami i obejrzał się na stojącego za nim mężczyznę. Nic jednak do niego nie powiedział.
— Nie każdy lubi wiązać pracę zawodową ze sferą prywatną… — mężczyzna za plecami Chase’a nagle zwrócił się do niego z trudną do określenia miną. Wyglądał na wyluzowanego, ale też przez swój elegancki ubiór wzbudzał częściowy respekt.
James musiał przytaknąć, ale nie zamierzał się wdawać niepotrzebną dyskusję. Nastolatek za to spojrzał to na jednego, to na drugiego i westchnął.
— Ja pier… — urwał w połowie, przewracając oczami. Wyglądał na zrezygnowanego reprymendami.
Mężczyzna za jego plecami za to pokręcił głową i wychylił się do jego ucha. Powiedział mu coś do niego cicho, czego James nie słyszał. Tym bardziej, że mógł się posunąć dalej, bo kolejna klientka została obsłużona.
Nie chciał już dalej prowadzić tej rozmowy, ale i tak zobaczył, jak nastolatek olewa go na korzyść towarzysza i durnowato, ale szeroko się uśmiecha. James nie wiedział, kim tamten był, ale nie miał zamiaru dociekać. W końcu sam mówił, żeby nie łączyć życia z pracą. A Chase był jego pracą.
Musiał jeszcze chwilę czasu spędzić w kolejce obok swojego ucznia, trzymając w koszyku produkty, które miały służyć uszczęśliwieniu jego faceta. Odetchnął z ulgą, gdy mógł się wreszcie z nim pożegnać i odejść od kasy.
Chase’a, jak i całą jego ekipę, uważał za niebezpiecznych. Byli to ci, z którymi w szkole miało się albo zatargi, albo schodziło się im z drogi. A James już nie raz w duchu liczył, że nigdy nie natknie się na nich, kiedy będą wyłudzać pieniądze albo prace domowe od innych uczniów. Bo jak w przeciwieństwie do życia prywatnego w szkole nie dawał sobie wejść na głowę, tak ich się mimo wszystko obawiał. Byli nieprzewidywalni. Dlatego też czuł ulgę, że w sklepie natknął się tylko na Chase’a. A nie Chase’a i jego ekipę.
Robiło się już ciemnawo, kiedy wyszedł ze sklepu. Wiedział więc, że ma niewiele czasu, chyba że Walt nie wróci prosto z biura do domu…

*

Walt kolejny raz tego dnia spojrzał na zegarek. Tym razem już jadąc windą w apartamentowcu, w którym mieszkał z Jamesem. Było już wpół do siódmej, więc bardzo się niecierpliwił. W jednej dłoni miał wielki bukiet czerwonych róż, a w drugiej siateczkę z szampanem i drobny prezent. Miał nadzieję, że James się ucieszy i nie zrobił z siebie debila.
Kiedy tylko winda piknęła i drzwi się otworzyły, wyszedł i szybko przeszedłszy długi korytarz, dotarł do mieszkania.
— Jestem, kochanie! — zawołał od progu.
— Cześć! — Usłyszał głos Jamesa z wnętrza. Po chwili go zobaczył, jak idzie w jego stronę, zdejmując po drodze fartuszek w urocze, kolorowe serduszka. Musiał być nowy, bo Walter nie pamiętał, aby taki mieli. — Jesteś później… Byłeś… gdzieś?
Prawnik, nim odpowiedział, zlustrował go z góry na dół. Uśmiech sam wypłynął mu na usta. Zanim się rozebrał z płaszcza i butów, wyciągnął do swojego kochanka bukiet intensywnie czerwonych róż.
— Tak, szukałem w co najmniej ośmiu kwiaciarniach takich róż — odpowiedział ze śmiechem. — Dla ciebie.
James jak na zawołanie zarumienił się uroczo na policzkach i… nie tylko. Tak naprawdę spłonął na całej twarzy aż po czubki uszu.
— Och… Nie trzeba było aż tak… Wystarczyłyby te czekoladki — wydukał. W dłoniach miętosił zdjęty fartuszek i chyba zapomniał, aby przyjąć kwiaty.
Walt zaśmiał się i cmoknął go w policzek.
— Wybacz. Mam jeszcze jeden drobiazg, dam ci go teraz, ale obiecaj, że otworzysz dopiero po kolacji, dobrze?
— No… no dobrze. Ale może się rozbierzesz z płaszcza? — James wcisnął nerwowo fartuszek pod pachę i dopiero odebrał kwiaty.
— Już, już. To jeszcze to dla ciebie — Walt podał mu pakunek w ozdobnej torebeczce, która jednak z góry była delikatnie sklejona, żeby nie było widać wnętrza. Potem jeszcze postawił na szafce drugą siateczkę. — A tu jest szampan, więc może po kolacji go wypijemy. Schłodziłbyś go w lodówce? — zapytał, już pozbywając się płaszcza i butów.
— Tak, tak, już, już. — James zabrał wszystko w swoje szczupłe ramiona i szybkim krokiem przemaszerował do kuchni. Był trochę roztrzęsiony, a może raczej zdenerwowany. Ale to było u niego typowe i… słodkie według Waltera.
Ten odprowadził go wzrokiem i rozebrał się do końca. Potem jeszcze podążył do łazienki, żeby umyć ręce. Starannie przygładził na bok swoje kasztanowe włosy i poprawił krawat. Postanowił nie pozbywać się go do kolacji, a jedynie zdjąć marynarkę. Wrócił więc do kuchni w poszukiwaniu swojego kochanka już w samych eleganckich spodniach od garnituru, granatowej koszuli i krawacie o ton jaśniejszym.
James właśnie wstawiał szampana do lodówki, aby się schłodził, a usłyszawszy Waltera szybko się do niego odwrócił.
— Nie patrz. Jeszcze nie… gotowe — wdusił spanikowanym głosem, zasłaniając sobą, w bardzo mizerny sposób, resztę kuchni.
Walt szybko zakrył sobie oczy dłonią, a jego kształtne usta ułożyły się w uśmiech.
— Dobrze, przepraszam. Pójdę poszukać jakiejś muzyki do kolacji — zaproponował i wycofał się z terytorium kochanka.
James naturalnie dla siebie zarumienił się na policzkach i podziękował.
— Niedługo jeszcze, bo… no, nie wiedziałem, o której będziesz, a nie chciałem odgrzewać.
— Oczywiście, kochanie! — odpowiedział Walt, już zmierzając w stronę wieży stereo. Zaczął skakać po stacjach i nie zawiódł się. W radiu z okazji dzisiejszego święta grały właściwie same piosenki miłosne. Wybrał jedną z tych mniej krzykliwych stacji, odpowiednio ustawił głośność, by muzyka nie przeszkadzała i usiadł na czarnej kanapie przy szklanym stoliku.
Po chwili dołączył do niego James. Już bez fartuszka, tylko w ciemnych spodniach, przez które jego nogi wydawały się jeszcze chudsze oraz w koszuli i beżowym swetrze.
— Niedługo będzie. Przepraszam, że musisz czekać.
— Jimmy, daj spokój. Nie jestem aż tak głodny, ale i tak nie mogę się doczekać. A ten fartuszek kupiłeś z dzisiejszej okazji? — dopytał, bo cały czas przed oczami miał Jamesa w nim i nie pogardziłby, gdyby kiedyś zobaczył go… tylko w nim. Aby kiedyś zajść go w kuchni od tyłu, niespodziewanie złapać za pośladki i zmacać.
James nie musiał odpowiadać na to pytanie, bo jego mocny rumieniec zawstydzenia wszystko powiedział partnerowi.
— Bo… chciałeś serduszka. A byłem w sklepie i… był w zestawie — odparł, przysuwając się bliżej kochanka ze złożonymi dłońmi trzymanymi między kolanami.
Walt objął go i pocałował w ten rozgrzany, rumiany policzek.
— Marzysz mi się tylko w nim — szepnął mu do ucha.
James od razu jeszcze bardziej się speszył, ale i… zerknął jakby z nadzieją na Waltera.
— Och… naprawdę?
Prawnik wciągnął powoli powietrze przez nos, jakby z napięciem i pokiwał twierdząco głową.
— Bardzo…
— To… to może ju… jutro albo w weekend? — James wydusił z siebie, także oddychając już szybciej.
Walt nie mógł powstrzymać się przed zagryzieniem wargi.
— A dzisiaj? — wypalił.
— Ale… — James przełknął nerwowo ślinę. — Kiedy… dzisiaj?
— Później… po kolacji, gdy już otworzysz prezent i wypijemy szampana… pójdziesz do kuchni nam zrobić kawę…? — zaproponował, już snując wizje dopadnięcia tam Jamesa. Nakręcał się niemożliwie. Nawet bardziej przez te słowa niż jakąś grę wstępną.
— Okej… To… — James odsunął się, cały rozgrzany i rumiany na twarzy. Był podekscytowany, chociaż nie okazywał tego za nadto. —To… ja sprawdzę, co z kolacją.
— Dobrze. Przygotuję więc kieliszki — zaproponował Walt, by nie siedzieć bezczynnie. A przygotowanie kieliszków nie wymagało wchodzenia do kuchni, bo te stały w przeszklonej komodzie w salonie wraz z resztą szkieł.
— Dobrze i… jeszcze w sypialni jest obrus, to… jakbyś mógł? — James jeszcze zawołał i szybko przeszedł do kuchni, mając nadzieję, że nic nie przywarło.
Prawnik zajął się przygotowaniem stolika. Wziął też z kredensu specjalną zastawę, którą kiedyś dostał od rodziców po przeprowadzeniu się do tego mieszkania. Rozłożył również serwetki, ale sztućce musiał wziąć z kuchni, więc poczekał na Jamesa. Przez to wszystko, cały ten klimat, poczucie, że to wyjątkowy dzień, był coraz bardziej spięty. Ale tak… przyjemnie spięty. Podekscytowany wręcz. Już teraz nie chciał, żeby ten wieczór kiedykolwiek się kończył.
James jeszcze przed podaniem kolacji pojawił się w salonie. Podziękował za przygotowanie stołu i jeszcze ustawił dwie świeczki, także w kształcie serduszek, oraz ułożył sztućce.
— Usiądziesz? — spytał, nim wrócił do kuchni.
Walter już czuł, że jest prawie gotowe, bo pachniało zachęcająco. Ślina zbierała mu się w ustach, a żołądek dawał o sobie znać. Był ciekaw, co James mógł przyrządzić, aby spełnić warunek kształtu serca. Usiadł z napięciem, zaglądając w stronę wejścia do salonu.
Po chwili w przejściu pojawił się James. Niósł w każdej dłoni naczynko. Jedno musiał trzymać w rękawiczce, ale już z daleka Walter zauważył, że ceramiczna forma miała ładny czerwony laminat.
— Proszę. — James postawił wszystko przed Walterem, który aż się uśmiechnął, widząc komplecik złożony z risotto z krewetkami, brokułami i innymi dodatkami, których na pierwszy rzut oka nie rozpoznał, w ciepłej miseczce w kształcie serduszka. Na drugim, już prostokątnym talerzu była sałatka. Na niej za to leżały nabite na patyczki krewetki i papryczki. Były zeszklone i… co ważniejsze, nabite tak, że ogonki krewetek układały się w serduszka okalające czerwone, okrągłe papryczki.
Walter zagapił się jak głupi, mając wrażenie, że patrzy na zamówione z restauracji jedzenie. Sam często gotował, ale był pewien, że nigdy nie wyszłoby mu nic tak cudnie wyglądającego. Pochylił się i wciągnął zapach jedzenia.
— Uwielbiam krewetki… — wydusił i przełknął ślinę. — Jesteś niesamowity, Jimmy — dodał z już wypływającym na twarz, szerokim uśmiechem, z trudem odwracając wzrok od jedzenia na swojego kochanka. Na szczęście, jego twarz i oczy były równie cudowne, jak podane jedzenie.
— Będzie jeszcze deser, ale na szczęście się chłodzi, więc… no, nic mu nie będzie przez zwłokę. To… przyniosę swoje i szampana? — James odpowiedział nieśmiałym uśmiechem, czując ulgę i zadowolenie, że Walterowi się podoba.
— Tak, oczywiście — Walt zgodził się, oblizał usta i z trudem się powstrzymał, by nie skosztować. James zdecydowanie uderzył w jego preferencje smakowe. A do tego, jak się przyglądał sałatce, to przyuważył, że niektóre plasterki warzyw były wycięte w kształt serduszek.
Jamesa nie było tylko chwilę. Sam postawił sobie jedzenie na swoim miejscu w odpowiednio mniejszych proporcjach i podał Walterowi szampana.
Ten od razu zabrał się za otwieranie. Starał się nie trząść nim w trakcie drogi ze sklepu do domu i opłaciło się. Otworzył bez większych problemów oraz rozlał go do wysokich kieliszków. Sięgnął po swój i uniósł go.
— Za nas. Żebyś nigdy nie wątpił w moją miłość do ciebie i żebyś czuł ją każdego dnia. I żebyśmy mogli świętować razem następne walentynki — powiedział, patrząc w oczy kochanka.
James pokiwał na koniec głową, uśmiechając się cały czas nieśmiało.
— I nie tylko walentynki — dodał, przygryzając dolną wargę, cały szczęśliwy, że tak spędza to święto. Że Walter z nim chce je spędzać.
— Nie tylko — przyznał drugi mężczyzna i gdy stuknął się z nim kieliszkiem, skosztował szampana. Nie za słodki, taki w sam raz. A potem spojrzał na jedzenie i zatarł dłonie. — Zabieramy się za twoje dzieło!
— Podoba się? Spełniłem warunek? — James spytał nieśmiało, czekając aż Walter zacznie. Spieszył się i miał nadzieję, że będzie mu smakować.
— Lepiej niż się spodziewałem! Mi do głowy by przyszła tylko jakaś pizza albo tarta… A to jest niezła inwencja — odpowiedział szczerze prawnik i wreszcie skosztował trochę risotto. Oczywiście nabijając przy tym krewetkę, która chyba najbardziej go kusiła. Uśmiechnął się, jeszcze z pełnymi ustami i znienacka pocałował Jamesa w policzek.
Ten zabawnie zmarszczył przez to nos i uśmiechnął się z rumieńcami na policzkach. Zawsze tak zdrowiej wyglądał, niż kiedy był zamyślony czy smutny.
— Cieszę się — wydusił i sam zabrał się za… sałatkę.
Walt aż zaśmiał się z tego, ale też skosztował swojej. Bardzo mu smakowało, więc starał się jeść wolno, żeby się delektować.
— W ogóle, ostatnio wpadłem na taki fotoblog trójki osób, które jeżdżą po świecie i kosztują tradycyjnej kuchni z tych wszystkich miejsc. Niesamowite, jak potem próbują odtworzyć te przepisy i jak inne im wychodzą. Tajniki niektórych kuchni chyba są w stanie pojąć tylko tubylcy — rzucił jako ciekawostkę tego, co ostatnio w wolnym czasie odkrył, a co samo mu się nasunęło na myśl, gdy patrzył na te potrawy.
— Bardzo fajna jest taka turystyka. Trochę podobna do enoturystyki. Ale tu faktycznie chociaż można samemu potem coś stworzyć — James podchwycił temat, powoli skubiąc kolejne plasterki, które powykrawał metalowymi formami do ciastek w warzywach.
— Enoturystyki? — Walter zerknął na niego ciekawsko i pytająco znad talerza.
— Turystyka winiarska. Podróżowanie do winnic i próbowanie win.
— Naprawdę istnieje coś takiego…? Niesamowite! — Walt aż pokręcił głową. — Myślę, że jednak lepszy byłbym w tej pierwszej. Nie znam się aż tak dobrze na winach. Chociaż jak widziałem niektóre potrawy, które te osoby jadły, to sam nie wiem, czy bym się… skusił — skończył z uśmiechem pełnym rozbawienia.
— A kiedy to w ogóle widziałeś? — James zainteresował się, nie przypominając sobie, aby on coś takiego widział albo widział Waltera czytającego o tym w domu.
— Kiedy mi odwołano rozprawę, a ty miałeś dłużej zajęcia pozalekcyjne i byłem wcześniej w domu. Więc dla zbicia czasu szperałem po Internecie. To niesamowite hobby.
— Bardzo… wciągające. — James uśmiechnął się kącikiem ust, spuszczając wzrok na swoje jedzenie. Wreszcie zaczął jeść risotto. Był z niego nawet zadowolony, bo próbował już w kuchni.
— Często jednak skarżyli się na wielkości porcji. Nie w każdym miejscu oczywiście, ale kiedyś dali zdjęcie porównujące nasze zestawy z burgerami do jakiegoś dania kanapkowego z sałatką. Podobno wpierw myśleli, że to przystawka — Walt kontynuował tę lekką rozmowę, a na myśl mu przyszło, że z takich wielkości dań jego kochanek by był bardzo zadowolony.
— Czasami tak się zdarza, chociaż ja chyba nie marudziłbym. — James zaśmiał się sam z siebie, artykułując przemyślenia Waltera. — Ale skoro ci się to… podobało, moglibyśmy kiedyś wspólnie ugotować. Takiego… egzotycznego.
Prawnik podchwycił entuzjastycznie, ale tylko z głośnym „mmmhm!”, bo miał pełne usta. Dopiero kiedy przełknął i popił szampanem, odpowiedział werbalnie.
— Byłoby cudownie. I to więcej niż raz. Nasz czas pracy nie pozwala na częste wyjazdy, więc mielibyśmy namiastkę obcych krajów w naszej kuchni!
— Jeśli tylko byś chciał, byłoby przyjemnie — James poparł jego pomysł, nim odgryzł połowę dużej krewetki z patyczka. On miał jeden, Walt dwa.
Prawnik uśmiechnął się do niego z zadowoleniem. Mimo chęci, by się delektować, jego jedzenie szybko znikało z talerza.
— A jak w szkole świętujecie walentynki? Były jakieś występy? — zagadał, zmieniając temat.
James pokiwał głową.
— Mhm… Znaczy, była tradycyjna poczta walentynkowa. Nawet kilka nauczycielek dostało liściki, chociaż miała to być tylko zabawa dla uczniów. Były też występy na auli i przemówienie dyrektora.
— A tobie żaden innych nauczyciel ani uczeń nie dał liściku? — upewnił się Walt, któremu od razu włączyła się iskierka zaborczości.
— Nie, nie. Na szczęście nikt sobie w tym roku nie stroił żartów.
— To znaczy… — Walt na chwilę stracił animusz i zastygł z serduszkową krewetką tuż przy ustach. — To byłoby bardzo zrozumiałe i przyjemne dla ciebie na pewno, gdybyś dostał szczerą walentynkę, ale… ja bym tego nie chciał. Chciałbym, żebyś był uszczęśliwiony, ale… nie przez kogoś innego, tylko przeze mnie… — znowu się zaciął i zapatrzył się na krewetkę. — To wciąż źle brzmi. Po prostu jestem… zazdrosny — skończył płasko.
James z każdym słowem Waltera patrzył na niego z coraz szerzej otwartymi oczami.
— Och… ale… — zaciął się, patrząc po stole, jakby na nim, za świeczką, chowała się podpowiedź. — No, ale nie masz o co, przecież wiesz. No i… no, ja nie lubiłem wcześniej, nim cię nie poznałem, walentynek. Naprawdę nie masz o co być zazdrosny.
Walter chwilę tylko patrzył na jego twarz, aż w końcu odetchnął i cmoknął go.
— Cieszę się. Jesteś tylko mój. Mój kochany profesorek — zamruczał i w końcu wrócił do swojej krewetki. Tylko ona mu została, więc skończył jak zwykle wcześniej niż James.
Peterson zgodnie z naturą zarumienił się delikatnie na policzkach, uroczo speszony.
— Mhm — mruknął potakująco. Chciał być Waltera. Nie musiał mieć żadnych adoratorów, póki ten go kochał.
Po zjedzeniu tego, co znajdowało się na stole dali sobie chwilę odpoczynku i napili się jeszcze jednej lampki szampana. W tym czasie za oknem już zupełnie pociemniało, nastrój zrobił się dużo spokojniejszy, a muzyka zmieniła się na ballady miłosne. Wymienili jeszcze kilka długich pocałunków, aż Walt zaproponował:
— Mówiłeś, że jest jeszcze deser? To może ja zrobię porządek z tymi naczyniami, a ty go przynieś, hm?
— Dobrze. Muszę go tylko nałożyć na talerzyki — James zgodził się, uśmiechając się do Waltera, mimo że nie miał pojęcia, jak cokolwiek w siebie zmieści.
Prawnik odpowiedział uśmiechem i zaczął zbierać talerze, kiedy jego kochanek podążył do kuchni. Przy okazji posprzątania przeniósł prezent dla Jamesa do salonu, żeby ten mógł go wreszcie otworzyć oraz dolał im resztki szampana do kieliszków.
Nauczyciela nie było tylko chwilę, uwinął się więc szybko ze wszystkim i stawiał już przy stoliku dwa talerzyki, na których były po dwa małe, waniliowe puddingi w kształcie serduszek. Dla ozdoby i smaku były polane malinowym sosem, w którym zmoczone były całe maliny. Talerzyki ozdobione były listkami mięty.
— Mam nadzieję, że będzie ci smakować, bo nie miałem jak spróbować, czy wyszło.
Walt zaśmiał się na widok deseru i sięgnął po widelczyk.
— Widzę, że bardzo wziąłeś sobie do serca moją prośbę — skomentował, ale zanim zaczął jeść, wyciągnął do niego dłoń. — No chodź, usiądź przy mnie.
James roztarł jeszcze swoje dłonie, jedna o drugą, bo wiedział, że są chłodne, i dopiero mu ją podał. Przy tym drugą przysunął swój talerzyk bliżej i usiadł tuż obok kochanka.
Ten przyciągnął go jeszcze bliżej, co nie było trudne przy posturze nauczyciela i zabrał się za deser. Mógłby żywić się tak codziennie i coraz bardziej napalał się na próbowanie różnych kuchni z Jamesem. Poobserwowałby go w kuchni, jak tworzy takie cuda.
— Jak zjesz, otworzysz? — zapytał, wskazując na pakunek z prezentem.
— Dobrze… ale wiesz, że nie musiałeś? — James spojrzał na kochanka kątem oka, mając nadzieję, że to nic specjalnego albo coś, z czego skorzystają obaj.
— Wiem, kochanie. I to jest takie… sam nie wiem, czy właściwe… Ale mam nadzieję, że ci się spodoba.
— Um… Czemu miałoby być… niewłaściwie?
Walt trochę się speszył i potarł dłonią po policzku.
— Bo… sam nie wiem… To trochę… mało romantyczne chyba, chociaż dotyczy swego rodzaju miłości… — Jęknął i machnął dłonią, wracając do deseru. — Sam zobaczysz.
James patrzył pytająco na kochanka, ale w końcu tylko mruknął ulegle i wrócił do jedzenia. Był ciekaw, co to będzie, tym bardziej, kiedy Walt tak to określił.
Deser był nieduży, idealny na czas po zjedzeniu takiej porcji głównego dania. Dzięki temu skończyli dość szybko i nauczyciel mógł wreszcie otworzyć swój prezent. Walt, kiedy ujrzał to w sklepie, był zaskoczony, bo pierwszy raz coś takiego widział. James jednak był bardziej… doświadczony i od razu rozpoznał wodoodporny masażer do prostaty, oczywiście z wibracjami. Był wąski, szary, z przezroczystymi elementami, a jego końcówka była delikatnie wygięta pod odpowiednim kątem, obła i gładka. Obok w opakowaniu były jeszcze niezbędne bateryjki. Była też dodatkowo maleńka buteleczka lubrykantu analnego o słodkim, waniliowym zapachu.
James, widząc prezent, oblał się rumieńcem i spojrzał na Waltera większymi oczami. Obracał przy tym nową zabawkę w dłoniach, już rozumiejąc „niewłaściwość” prezentu walentynkowego.
— Um… Dziękuję.
Walt spojrzał niepewnie na jego minę, potem na masażer, a potem znowu na jego minę i zakrył twarz dłonią z głośnym „pac!”.
— To było głupie, prawda? — jęknął zza niej.
— Nie… Nie — James najpierw mruknął do siebie i dopiero po tym spojrzał na kochanka. Widząc jego minę, odłożył zabawkę na kolana i objął Waltera ramionami. Pocałował go w policzek delikatnie. — Nie. Jest… to bardzo pożyteczny prezent. Dziękuję.
— Uch, Jimmy… Bo bukiet miał świadczyć o mojej duchowej miłości do ciebie, a to z kolei… że mnie bardzo pociągasz i chcę, żeby ci było przyjemnie — prawnik wytłumaczył się od razu, w końcu odsuwając dłoń od twarzy i wpatrując się w niego szczenięco.
James uśmiechnął się ciepło, mimo ciągłego zawstydzenia i pocałował go w usta.
— Rozumiem. Myślałem tylko, że… jak to ty, wyskoczysz z czymś… bardziej kolorowym. Chyba za dużo myślę. — Zaśmiał się delikatnie i znowu pocałował partnera.
Walt też się rozjaśnił i w końcu objął w talii Jamesa.
— Może ci się przyda, kiedy za miesiąc wyjadę. Na te kilka dni, ten pracowniczy wyjazd, o którym ci mówiłem. Będę mógł mówić do telefonu, a ty byś się tam przyjemnie masował… — już zaczął wyobrażać sobie tę sytuację, gdy spozierał na rumiane policzki swojego kochanka i zabawkę, która leżała mu na kolanach.
James na moment się zaciął, ale w końcu skinął głową z przygryzioną wargą. Nie oszukiwał się, podniecało go to.
— Ooo… okej. Jeśli sprawi ci to… radość.
— Tobie też mam nadzieję… — odmruczał Walt i pocałował go w szyję. — I dziękuję za cudowną kolację, kochanie. Dawno nie miałem takich pyszności w ustach. I to tak ślicznie wyglądających.
— Starałem się, więc cieszę się, że ci smakowało, a teraz może… — przełknął ślinę, skubiąc palcami opakowanie po masażerze — zrobić ci… kawy?
Walt od razu cały się napiął i gdyby mógł, już tutaj rzuciłby się na Jamesa. Wiedział jednak, że poczekanie odpowiednio podkręci nastrój. Cofnął więc dłoń z jego talii i przytaknął spokojnie, jakby wcale nie miał zaraz zakraść się do kuchni i go obłapiać.
— Tak. Bardzo chętnie.
James skinął jeszcze głową kilka razy, aż w końcu cmoknął Waltera w policzek i wstał, zostawiając mu prezent, który dostał. Uśmiechnął się nieśmiało na progu między kuchnią i salonem i wszedł, aby spełnić ich przedobiadową fantazję.
Gdy tylko zniknął, Walt wreszcie pozwolił sobie głośniej odetchnąć. Musiał wręcz poluzować krawat, bo zrobiło mu się nagle duszno. Rozejrzał się i odruchowo spojrzał na zegarek. Musiał jakoś ocenić czas, który wystarczy Jamesowi, żeby się rozebrać i założyć fartuszek. I już miał przesiedzieć ten czas bezczynnie, nim nagle się poderwał i szybkim krokiem poszedł do sypialni, aby zadbać zawczasu o nawilżenie. Po chwili więc z jego garniturowych spodni wystawał wilgotny, śliski penis.
Mężczyzna odetchnął jeszcze kilka razy, po raz kolejny policzył do dziesięciu i dopiero wszedł powoli do kuchni.
Tam, bokiem do niego, przy ekspresie i faktycznie przy dwóch filiżankach kawy stał James. Poza fartuszkiem w serduszka nie miał na sobie niczego, a żeby za bardzo stopy nie marzły mu od i tak podgrzewanej podłogi, jedną stopę trzymał na drugiej. Dzięki temu zgięciu nogi w kolanie Walter widział jego jąderka.
Jasne, niebieskie oczy prawnika dostrzegły ten szczegół szybko jak pies łapiący zapach kiełbasy. Penis, który wystawał mu z rozpiętych spodni, momentalnie drgnął. James w tym fartuszku wyglądał jak… jak jakaś żywa pralinka! Jak najsłodszy kąsek, który zamierzał schrupać.
Powoli krocząc przez kuchnię, zaszedł go od tyłu, położył obie dłonie na jego nagich, szczupłych pośladkach i mocno przyparł go swoim ciałem do szafki.
Nauczyciel westchnął ciężko i głośno, przymykając na moment oczy. Zaparł się przy tym dłońmi o blat.
— Zrobi… łem kawę… — wydusił, czując, jak przechodzą go przyjemne dreszcze po ciele na uczucie wilgotnego penisa na nagich pośladkach.
Usłyszał niski, chrapliwy pomruk tuż przy uchu i poczuł, jak dłonie ściskają jego pośladki mocno, niczym ciasto.
— I myślisz, że już uciekniesz z tej kuchni? — Walt mruknął mu do ucha, delektując się tym, co czuł w dłoniach oraz… na penisie, którym zaczął ocierać się w górę i w dół po jego rowku. Aby odpowiednio czuć na nim pomarszczoną skórkę na Jamesa wejściu, rozchylał sobie jego pośladki.
— N… nie, nie wiem… — James westchnął cichutko, wypinając biodra bardziej do tyłu. Już wystarczająco długo myślał i wyczekiwał, aż Walter tu do niego przyjdzie, aby teraz chcieć jak najwięcej.
— Nie wyjdziesz — Walt szepnął mu do ucha, a jego dłonie zaczęły dalej zwiedzać jego ciało. Jedna podążyła na górę, pod fartuszkiem i wyszukała opuszkami sutek Jamesa. Roztarła go nimi i podszczypała kilka razy. Druga za to znalazła się na jego kroczu i delikatnie palcami pomasowała sam czubeczek penisa, którego zresztą nie trudno było znaleźć, bo James, co by nie mówił, a raczej nie mówił, grzecznym chłopcem nie był i takie zabawy kręciły go na równi co Waltera. Zwyczajnie chciał być przerznięty na blacie kuchennym tuż obok zaparzonych kaw po deserze.
Jeżeli w tym momencie prawnik po tak cudownej kolacji, słodkim deserze i tym czasem spędzonym z kochankiem na wspólnym jedzeniu i rozmawianiu czegoś jeszcze potrzebował, to właśnie seksu z Jamesem. Nagle więc odwrócił go do siebie stanowczo i z łatwością, złapawszy go w pasie, posadził go na szafce bezpieczny kawałek od filiżanek.
— Tak niewinnie wyglądasz… że marzę tylko o tym, by z tobą grzeszyć — wyburczał i zdecydowanie rozłożył jego nogi, by dostać się pomiędzy nie i mocno go pocałować.
James jęknął z przyjemnością w jego usta, ufnie obejmując go rękoma za kark. Jego penis już tworzył uroczy namiocik na serduszkowym fartuszku, a nauczyciel chciał jeszcze, aby jego pośladki były tak wilgotne, aby zostawiały ślad na blacie.
Walt zamierzał się o to postarać, ale na razie to całował Jamesa, to go całego oglądał. Zdawał sobie sprawę, że ich związek był dość mocno podzielony na role. James zawsze był tym pasywnym, nie tylko jeśli chodzi o łóżko. No i lepiej gotował. A teraz, w takim fartuszku, w kuchni, poddańczo czekający na niego i jego kutasa…
Znowu zaburczał z podniecenia i złapał go mocno za udo, aż plasnęło. Przesunął sobie jego nogę wyżej na swoje biodro, a potem szarpnął go za pośladki na sam skraj blatu.
James mocniej się go złapał, obejmując go też nogami w pasie. Lubił, kiedy Walter był taki pewny i czuł na własnym ciele, że ten chciał je wykorzystać. Wziąć sobie jak swoją własność, którą zresztą na swój sposób i w umyśle Jamesa był. Bo on cały był Walta. I nie przeszkadzało mu, że niejednokrotnie jest dla niego taką żoneczką. Nawet nie widział ironii w tym, że jego kochanek i on tworzyli związek tak podobny do heteroseksualnego, tradycyjnego małżeństwa, jeśli chodziło o podziały ról. Odbijało się to nawet w ich zarobkach. Ale teraz całkowicie schodziło to na dalszy plan. Myśleli tylko o sobie nawzajem, a Walt akurat szczególną uwagę poświęcił jego tyłeczkowi, kiedy coraz intensywniej ocierał się o niego penisem. Jego usta nie przerywały namiętnego, inwazyjnego pocałunku, kiedy w końcu główka zetknęła się na ślepo z otworkiem nauczyciela i zaczęła płynnie, stanowczo się zagłębiać. Bez żadnej palcówki. Walt chciał, żeby James czuł go mocno i zapamiętał to uczucie nie tylko dziś, ale i by jutro wciąż go czuł.
Na razie jednak nauczyciel czuł tylko wzrastającą przyjemność, napełniającą go w tak przyjemny i znajomy sposób. Lubił seks i wpuszczał kochanka chętnie, mając nadzieję, że ten niedługo przejdzie do rzeczy i dobrze go przerżnie. Z takimi myślami jego penis był coraz sztywniejszy.
— Oooo… Tak!
— Mmm… taki wyuzdany jesteś w tym fartuszku… Cały nagi… wypięty… — wymruczał Walter, obmacując go po całym ciele, gdzie tylko sięgnęły jego dłonie. Zupełnie bezwstydnie, zawłaszczając go sobie, jakby chciał naznaczyć każdy skrawek jego ciała zaciśnięciem na nich palców. A jego członek wchodził coraz głębiej i głębiej, aż na koniec prawnik znowu szarpnął ciałem partnera, dosłownie nadziewając go na siebie.
James stęknął głośniej, przygryzając, to rozchylając coraz czerwieńsze usta.
Wszystko działo się bardzo szybko. Walt nie zwlekał i już po chwili mocno ruszał biodrami, biorąc go na tym blacie stanowczo i momentami wręcz agresywnie. Wsuwał się w jego wnętrze, co raz patrząc, jak materiał fartuszka drażni czubek penisa nauczyciela i jak pojawia się na nim kropelka. Uśmiechnął się do siebie i znowu dorwał się do jego sutków. Tym razem ściskał je mocniej, masował i znowu szczypał. Chaotycznie, bo rozgorączkowanie i tempo zupełnie odrywały go od rzeczywistości.
James pojękiwał w jego ramionach, obejmując go zarówno swoimi rękoma, jak i nogami. Podobało mu się, a fakt, że było niewygodnie i zimno w pośladki, na swój sposób go podniecał. Lubił dodatkowe atrakcje podczas seksu i takie wyuzdanie, bo dodatkowo fantazjował o robieniu sobie jutro lunchu do pracy dokładnie w tym samym miejscu co teraz się kochali.
— Mój niegrzeczny! — Walt niemal warknął i wpił mu się w usta. Jego krawat już od dawna nie był idealnie związany, a koszula pomięła się przy tym, co robili. Jego ciało płonęło, a to wszystko dzięki tym jękom Jamesa, jego reakcjom, tym jak chętnie go w siebie przyjmował i jak na to odpowiadał.
Nagle prawnik spuścił się w nim, bardziej obficie niż by się po sobie spodziewał, ale James nie zdążył tego nawet skomentować, czy trzeźwiej przyswoić, bo od razu członek się z niego wysunął i zastąpiły go cztery palce mężczyzny. One jednak nie zatykały go tak szczelnie i wilgoć podczas palcówki zaczęła ściekać mu w dół rowka.
James czuł przyjemny chłód, podniecenie i gorąco w klatce piersiowej. Był już tak, tak, tak przyjemnie blisko!
— Walte… ooo…! — zajęczał, odchylając się do tyłu i uderzając lekko w szafkę. Pisnął krótko, ale zaraz ponownie wyprężył.
Prawnik nie mógł się doczekać, kiedy ujrzy, jak nowy fartuszek w serduszkowy wzorek zostanie poplamiony przez spermę Jamesa. Wydawało mu się to takie obsceniczne, sprośne, że czuł, że sama ta wizja będzie go przyprawiać o fale gorąca w podbrzuszu przez najbliższe kilka dni.
Chwilę jeszcze obserwował, jak James, taki rumiany, tak słodko ubrany, jęczy na ich kuchennym blacie, aż w końcu stęka głośniej, łapie się za krocze przez fartuszek, a po jeszcze kilku głośnych westchnieniach i niewyraźnych słowach dochodzi. Walter poczuł to dodatkowo na swoich palcach, którymi nadal go penetrował.
Uśmiechnął się i szeroko otwierając oczy, by wychwycić każdy szczegół zachowania Jamesa, oglądał go sobie. Jeszcze masował go w środku, ale już tylko dwoma palcami i dużo delikatniej. Tak przez chwilę, nim mężczyzna całkiem do siebie nie dojdzie.
— Trzeba będzie go porządnie wyprać — zamruczał cicho i pocałował rozgrzany policzek kochanka.
— Tak? — ten spytał dość nieprzytomnym, rozgrzanym głosem. Uśmiechał się też do siebie, czując, jak jego tyłek klei się do blatu.
— Oj tak… — Walt wyciągnął wreszcie palce i przesunął je na plecy Jamesa, by rozwiązać mu fartuszek. — Rozpalasz mnie za każdym razem tak samo. Albo i jeszcze mocniej — dodał czule, zdejmując mu to skąpe odzienie.
James uśmiechnął się błogo i wychylił się w stronę kochanka. Objął go ramionami i pocałował w policzek.
— To dobrze, bo uwielbiam jak mnie pieprzysz — wyszeptał cichuteńko do jego ucha, ośmielony po tym seksie.
To wystarczyło, żeby Walt na nowo poczuł się rozpalony, a może wręcz dumny z siebie. Chociaż nie… najsilniejsze uczucie, które teraz go ogarnęło, to szczęście, że ma takiego partnera i że ten partner jest równocześnie rozkoszny, jak i na swój sposób wyjątkowo perwersyjny.
Odrzucił na bok fartuszek i chwyciwszy Jamesa pod pośladkami, uniósł go.
— Walentynki skończymy wspólnie w wannie — postanowił, całując po drodze kochanka. — A następne mają duże wyzwanie, żeby pobić te dzisiejsze. Są… idealne! — Uśmiechnął się na koniec maślanie do Jamesa.
— Nie… nie muszą pobijać. Wystarczy, że będą takie same — James odparł, chwytając się mocno Waltera i patrząc niepewnie na podłogę. — Chociaż… mógłbym chyba… wiesz, sam iść?
— Nie. Nie mógłbyś — Walt odparł ze śmiechem, niosąc go bez większych trudności. Tak naprawdę mógłby w ogóle go nie puszczać.
— Oo… oh. Okej — James spasował od razu, słysząc jego ton. Zresztą, chyba to lubił, tak ulegać Walterowi. Pod każdym możliwym względem, który nie przekraczał murów tego mieszkania. Był zakochany i cieszył się, że nie tylko on, bo dzięki temu spędził cudowne, słodkie, pełne serduszek i jednego masażera do prostaty walentynki.

13 thoughts on “Bonus walentynkowy – Pocukrzony cukier i seks

  1. Renka pisze:

    Czy ja przypadkiem nie wyczaiłam naszego drogiego kuratora w kolejce w sklepie? 😉

  2. porebula pisze:

    A to już chyba zależy jakie okulary :) Mi sie wydawało że moje 260 jakoś, a mama mówi, że około 300 ale nie pamięta. Ale ogólnie to są różne szkła itp to ceny tez różne.

  3. Katka pisze:

    Porebula, to przypadkiem nie wychodzi drożej niż okulary? Chociaż one raczej 300 coś, z tych tańszych, bo same szkła kosztują troszkę. Ale mimo wszystko masz je na długo (ja w moich chodzę już dwa lata zdaje się), a soczewki trzeba właśnie co miesiąc wymieniać.
    Boże, jaki offtop XD

  4. porebula pisze:

    Soczewki tańsze niż okulary :) Okulary dwieściecoś a soczewki stówe te miesięczne + płyn ;) (chociaż moja mama to w tych na miesiąc z półroku chodzi non stop ale to chyba nie jest dobry pomysł…)

  5. Shivunia pisze:

    porebula >> Dobra analiza nie jest zła. Po to w końcu sa jakieś watki gdzie indziej aby trochę powęszyć ;D Ale nic więcej zdradzać nie mogę, aby nie było za łatwo. A bonusy z Rileyem i ALbertem sa chyba jednymi z bardziej intymnych. A ja muszę kupić sobie okulary :( chyba ze ktoś da mi kasę na soczewki ;p

  6. porebula pisze:

    Kto wszedł tu tylko dla Chasea i ma teraz śliczne cytaty i będzie je analizował próbując je złożyć w logiczną całość z tym co sie dzieje i tytułami rozdziałów i opisem? Ja buahahaaha ZNALAZŁAM SOBIE ZAJĘCIE :) NIE MOGĘ PRZESTAĆ PISAĆ DUZYMI o udało się literami. Pomińmy. Wina tableta. Ale mam nadzieje że nie wyjdzie tak jak z ukrytą prawdą i cały przebieg wydarzeń ogarne w pierwsze 10 minut. Ale chociaż satysfakcja na koniec jest xD To przerażające. Czemu to robie?
    Ps. Taki z dupy ps troche ale czytam sobie bonusy z Alem i Ridleyem i mam z ridlejem dużo podonych cech. Teź mam kręcone włosy i okulary, i jaram sie brodą i Alem. I książki. Piękne

  7. Katka pisze:

    Basia, James jak widać umie utrafić w gusta Walta na bardzo wielu płaszczyznach XD Och, a Walter by miał momentalny wzwód, jakby go James powitał w samym fartuszku :D Mrał, bardzo mu się podoba ta wizja. Fajnie, że się bonusik spodobał :) Pozdrawiamy również.

  8. Basia pisze:

    Hej,
    jejciu, rewelacyjny bonusik… chyba będę do niego dość często wracała, aż literki wyblakną ;] hahahha James się bardzo postarał z ta kolacją i jak widać też trafił w kupki smakowe Woltera…. Wolter zazdrosny i to cholernie o Jamesa. Sex rewelacyjny między nimi… zastanawiam się jak by Wolter zareagował, gdyby James przywitał go tylko w tym fartuszku ;]
    weny….
    Pozdrawiam serdecznie

  9. Katka pisze:

    Illita, najważniejsze tym razem było zaspokojenie Ciebie, więc fajnie :D (a teraz powiem coś debilnego: za każdym razem jak mówię w komentarzach o zaspokajaniu Was, to się czuję jak kurtyzana XD) Ale fajnie, fajnie, zawsze mam stresa, że to nie będzie to, co ucieszy zwycięzcę. Ale jak się udało, to dobrze :D

    Nate, ulubieńcy, powiadasz? :D Fajnie, hehe, no to chwała Illicie za wybór postaci. A ich połączenie słodko-ostro jest rzeczywiście fajne. Lubię, jak jednak postać nie podchodzi pod jakiś schemat i niby James mógłby być taką stereotypową pipką, a jednak ma jakiś pierwiastek ostrości w sobie, w której jest lepszy i bardziej doświadczony od Walta. A i że poczytacie o nich więcej to zapewniam :D

    Saki, awww, Jim w fartuszku jest mrrr, zgadzam się, hehe. Szczególnie w samym fartuszku XD A mieszanka wybuchowa musi być. W ogóle takie łączenie łagodności z ostrością jest fajne, jak np Shane, który jest wielkim, agresywnym bykiem, a potrafi się zachować tak, że ma się ochotę go przytulić i zrobić „pat, pat, pat” po główce XD Z literówką zaraz będę walczyć, dzięki :D

  10. saki2709 pisze:

    Ja nie mogę. Jak ja się za nimi stęskniłam. Są tacy słodcy, a jednocześnie tacy… perwersyjni XD Mieszanka wybuchowa. Uwielbiam Jima w tym fartuszku. Taki uroczy XD Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś coś się z nimi pojawi :)

    „(…) a po jeszcze kilku głośnych westchnieniach i niewyraźnym słowach dochodzi.”- „niewyraźnych”.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  11. Nate pisze:

    Niech się dzieje, co chce… To i tak będzie jedna z moich ulubionych par, EVER! :D Po prostu… To połączenie! Tak idealnie pokazane w tym bonusie! Z jednej strony – słodycz, takie słodkie walentynki, taki kochany Walter i taki uroczy James… A z drugiej – Mrrr! Te ich seksy, ostre, bezpruderyjne … Chociaż tutaj mogłoby być trochę lepiej, ale nie narzekam, było naprawdę dobrze ;) I to „uwielbiam, jak mnie pieprzysz” … Nosz tak, my też uwielbiamy! :D Mam tylko nadzieje, że jeszcze kiedyś o nich poczytamy ;)

  12. Illita pisze:

    Hahaha, uwielbiam ten bonus <3 Jest dokładnie taki jaki chciałam żeby był i nawet lepszy :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s