Across The Cursed Lands II – 19 – Te złe i dobre skutki

Ból w nogach był koszmarny. Zaciskanie zębów niewiele pomagało, ale William nie prosił o zejście z konia tylko dlatego, że… bał się, jak dopiero wtedy będzie boleć. Miał wrażenie, że nie czuł nóg, a jechanie na Pigmencie przez tyle godzin było istnym koszmarem. Gdzieś w zakamarki podświadomości spychał myśl, że poruszają się wyjątkowo mozolnie. Nie przyspieszali, bo lekarz bał się, że spadnie.
Dopiero kiedy William ujrzał, że słońce bardzo powoli zaczyna chylić się ku zachodowi, uznał, że wreszcie powinien dać znać, że już dłużej nie może.
— Jeff… Zatrzymajmy się — rzucił do swojego towarzysza. Przez całą drogę nie puszczał siodła i wciąż ściskał łydkami boki srokatego rumaka.
Ranger odwrócił się do lekarza, przeżuwając między zębami jakiś patyczek. Wyglądał na dość znudzonego, ale obiecał sobie, że dziś i jutro będzie cierpliwy i wyrozumiały. Że nie będzie popędzał Williama, że da mu czas na oswojenie się z siodłem. Sam zresztą nie chciał jechać za szybko, bo jednak szybszą jazdę wolał w siodle, a nie na oklep.
— Możemy. Tam może — zaproponował i najpierw znalazł wzrokiem jakieś dogodne miejsce, po czym wskazał blondynowi samotne drzewo kawałek od drogi.
Ten zgodził się z nim zaledwie skinięciem głowy, i tak nie mając specjalnie dużo do roboty, bo Jefferson poprowadził Pigmenta w tamtą stronę. A kiedy wreszcie koń zatrzymał się w cieniu, lekarz wiedział, że czas zejść z siodła. Chwilę walczył z dumą, ale w końcu skierował spojrzenie swojego błękitnego oka na Jeffersona i zapytał:
— Mógłbyś pomóc mi zejść?
Ranger zrobił zaskoczoną minę, marszcząc brwi pytająco.
— Nie możesz sam się zsunąć? — spytał, ale podszedł do srokatego konia, aby w razie czego złapać blondyna, albo podać mu dłoń.
William nie skomentował jego słów i zamiast przełożyć nogę do tyłu i tak się zsunąć, zrobił to na odwrót. Przełożył nogę przez kłęb Pigmenta, po czym dopiero zaczął zsuwać się w dół, pod koniec już łapiąc się ramienia Jeffersona i dosłownie na niego wpadając. Nie udało mu się przy tym powstrzymać przed stęknięciem, gdy uda go zabolały i ledwo utrzymał się na nogach.
Jeff przytrzymał go w talii, kiedy na niego spadał i też cofnął się jedną nogą do tyłu, aby nie wywrócić się razem z nim.
— Uch… jak baba. Wygodniej by było, jakbyś tę nogę dał do tyłu, to byś się rękoma mógł przytrzymać, tak spełzając — burknął, ale widząc, że William zachowuje się, jakby nie czuł nóg, nie puścił go, tylko nadal trzymał swoje duże i szorstkie dłonie w jego pasie. Wiadomym było, że lubił sobie robić z niego żarty, ale czuł, że teraz śmianie się z niego w trakcie upadku nie byłoby odpowiednie. Zresztą, nie chciał, żeby upadł. Sam był wręcz w jakimś stopniu z niego dumny, że tyle wytrzymał w siodle, skoro wcześniej bał się nawet podchodzić do koni.
— Postaram się zapamiętać na następny raz. Tak wydawało mi się bezpieczniej — odpowiedział lekarz, trzymając się Jeffersona i dopiero po chwili lekko odsunął twarz od jego ramienia. — I mam nadzieję, że ostatnim razem, robiąc obóz, wykupiłem sobie możliwość posiedzenia dzisiaj w miejscu w bezruchu, w oczekiwaniu, aż nie zajmiesz się wszystkim? — rzucił z cieniem nadziei w głosie, starając się jednak, by nie było w nim słychać desperacji. Czuł, że w ogóle nie może się ruszyć.
Jeff uniósł wysoko jedną brew, z rozbawieniem wypływającym na usta.
— Tak? Mam się zająć wszystkim dlatego, że ostatnio ty starałeś się rozbić obóz? — spytał, ale nadal go trzymał, nie będąc pewny, czy William mu się nie osunie. Był jakiś dziwny, co jednak nie chroniło go od słownych docinek.
— Tak, mogłeś wtedy tylko patrzeć. Zająłem się wszystkim. Byłbym więc wdzięczny, gdybyś tym razem ty się za to odwdzięczył — William odpowiedział spokojnym głosem, starając się zbyt otwarcie nie krzywić. Bolało go.
— Może nie odwdzięczył, ale jak ładnie poprosisz, to dam ci odpocząć. Dziś — dodał, złapał Williama za łokcie i przechylił do tyłu, popychając go tak, że ten stracił równowagę. Po tym odwrócił go i posadził na ziemi. — Jak taka kukiełka! — roześmiał się.
Odprowadził Pigmenta kawałek i zdjął mu obciążone tobołkami siodło. Powoli, schematycznie i sprawnie zaczął rozbijać obóz.
William w tym czasie… siedział. Nie wiedział, co ma zrobić z nogami, więc ostatecznie, kiedy już oparł się plecami o korę drzewa, spróbował je złączyć. Jęknął przy tym cichutko i znowu lekko je rozłożył. Wiedział, że to kwestia przyzwyczajenia, ale już było mu słabo na myśl o jutrzejszej jeździe konnej.
— Jeff…? — rzucił, popatrując za krzątającym się Rangerem.
— Hm? — ten spytał, akurat wstawiając puszkę do ognia, który zdążył rozpalić. Był głodny, więc rozłożenie posłań zostawił na koniec.
— W jaki sposób chciałbyś, bym ci się odwdzięczył za rozmasowanie ud?
Ranger na chwilę przystanął; gapił się przed siebie, upewniając się, czy dobrze usłyszał, aż w końcu się zaśmiał.
— Co? — odwrócił się do lekarza. — Nogi cię bolą? Mówiłem, abyś się tak nie spinał.
— Łatwo jest powiedzieć, Jeff, a ciężej wykonać. Szczególnie dla kogoś, kto nie jest pokojowo nastawiony do zwierzęcia, na którym musi przejechać cały dzień. Obawiam się koni, co już na pewno wiesz, a do twoich zdolności jeździeckich jest mi bardzo daleko. Więc…? Mógłbyś?
— Może tak… Ale wspominałeś coś o czymś w zamian. Co byś zaoferował? — Jeff podszedł do starszego od siebie mężczyzny i założył ręce na krzyż na klatce piersiowej. Uśmiechał się łobuzersko.
William spojrzał najpierw na jego przystojną twarz, a potem spuścił wzrok niżej, na jego ciało bardziej na wysokości oka.
— Gdybym cię nie znał i nie domyślał się, że po tej propozycji rzuciłbyś kąśliwy żart, że to jak panna z przybytku od cielesnego zaspokojenia, zaproponowałbym oralny seks. Ale cię znam, więc mogę jedynie zaproponować zrobienie obiadu następnym razem bądź zapłacenie za jakiś, gdy dojedziemy do miasta.
Jeff chwilę mielił w ustach odpowiedź, aż w końcu cmoknął ustami.
— A jedno i drugie?
Widział, jak to przeklęte, obserwujące go nieraz wręcz nachalnie oko znowu skierowało się na jego twarz.
— Dobrze. Jeśli chcesz. Teraz, czy wolisz wpierw zjeść?
— Przed snem — odparł Jefferson i odwrócił się tyłem do Williama, aby skończyć rozkładać im koce. Po tym wrócił do lekarza i wyciągnął do niego dłonie, pochylając się nad nim. — Wstawaj, bo złapiesz wilka.
William westchnął cichutko i złapał jego ręce, dając się unieść z impetem do góry. Jęknął przy tym cicho i przeniósł się na koc. Nie miał nawet apetytu, żeby jeść cokolwiek, więc postanowił po prostu potowarzyszyć Jeffersonowi przy jego kolacji, porozmawiać i potem poddać się jego ciepłym dłoniom. Był pewien, że masaż wiele mu pomoże.
Jefferson usiadł tuż obok niego i zabrał z ognia puszkę gotowanej fasoli. Była sycąca i… bezmięsna. Nie liczyć tego, że potwornie gorąca.
— Zjesz ze mną — Jeff zadecydował, nie dając nawet Williamowi chwili na wszczęcie kłótni, bo nabrał na dużą łyżkę trochę jedzenia i zbliżył je do ust lekarza. Zaraz po tym, jak ze dwa razy podmuchał.
William spojrzał na Jeffersona i wpierw uśmiechnął się delikatnie kącikiem ust, mimo wciąż nieustępującego, nieprzyjemnego zdrętwienia nóg.
— Dziękuję — rzucił i wziął od niego porcję fasoli. Chwilę obawiał się, że Ranger chce mu wepchnąć do ust coś mięsnego, a innego mięsa w ustach poza męskim penisem nie lubił mieć. Na szczęście fasola była dobra, sycąca i wegetariańska.
— I nie marudź — Ranger dodał jeszcze zapobiegawczo i sam nabrał dużą porcję jedzenia. Zapchał sobie nim policzki, jednocześnie wyskrobując z puszki kolejne ziarna, aby dać je lekarzowi.
Zjedli posiłek, popili go wodą z bukłaka i wreszcie odetchnęli. Podróż była tak powolna i nudna, że wręcz nużąca, już nie mówiąc, że dla Williama również bolesna.
Lekarz zapatrzył się na ognisko, ale w końcu spojrzał na Jeffersona i sięgnął do jego dłoni. Powoli skierował ją do swojej nogi, unosząc wzrok na jego twarz. Ta wykrzywiła się z początku pytająco, po czym rozjaśniła się lekko.
— Naprawdę tego chcesz. To zdejmuj spodnie i kładź się na brzuchu — Jefferson poinstruował go, klepiąc po nodze, nim poszedł do swoich bagaży. Miał pewną koncepcję.
William ucieszył się w duchu, że Jefferson nie marudził i zgodził się na jego prośbę. Zaczął rozpinać swoje spodnie, aż w końcu mozolnie ułożył się na kocu na brzuchu. Miał na sobie jedynie białą koszulę, bo buty, spodnie i długą bieliznę zdjął całkowicie. Jego jasne, choć nie tak jak kiedyś, nogi były szczupłe i teraz zdecydowanie bolały ich właściciela.
Jefferson po chwili wrócił i… klęknął nad lędźwiami Williama. Tak, że miał doskonały widok zarówno na jego pośladki, jak i uda. Lekarz nie widział, co ten robi, ale mimo trzasków z ogniska bezbłędnie rozpoznał pyknięcie wyjmowanego koreczka. Chwilę jeszcze nic się nie działo, aż w końcu po jasnych udach przesunęły się gorące i o dziwo śliskie dłonie Rangera. Ten mocno naciskał na mięśnie, ugniatając je i rozbijając ich napięcie.
William wręcz nie opanował się przed nagłym, głośniejszym stęknięciem. I to nie z bólu, a zaskoczenia i tego, jak przyjemny był taki dotyk. Zacisnął przy tym mocniej palce na kocu, na którym leżał i ściągnął brwi, skupiając się na tym, co czuł w nogach.
— Och… Jeff…
— Tylko nie miej sztywnej pałeczki wyłącznie od tego — Ranger prychnął z rozbawieniem, przesuwając dłonie aż pod pośladki lekarza. Uniósł je w górę i ścisnął ze sobą kciukami. Od razu po tym wrócił do rozmasowywania jego ud. Poruszał się przy tym nad nim.
— Obawiam się, że w tej sytuacji może być ciężko nie mieć „sztywnej pałeczki” — odpowiedział szczerze lekarz, który już czuł, że penis sztywnieje mu od samej obecności Jeffersona tak blisko. Gdy tylko ten na nim usiadł, William poczuł drgnięcie w kroczu, a teraz jeszcze czuł jego dłonie… Tak sprawne, duże, męskie… I do tego Ranger użył czegoś śliskiego, przez co masaż był jeszcze przyjemniejszy. — Bliżej pośladków, tuż pod nimi, jeśli możesz… — dodał, czując, że tam boli go najbardziej.
— A może jeszcze między nimi, co? — Jeff prychnął, ale posłuchał i faktycznie przesunął dłonie w to miejsce. Ściskał ciało lekarza, przyciskając go bardziej do ziemi, albo rozcierając jego mięśnie.
— Nie miałbym nic przeciwko, jednak w tym momencie, to nogi wymagają większego ukojenia niż moje libido — odpowiedział William, który na razie starał się nie zważać na swój rosnący wzwód. Było mu dobrze. Podparł tylko podbródek na lekko zwiniętym kocu.
— Bo się spinasz na tym koniu bardziej niż dziewica przed pierwszym razem. — Jefferson zaśmiał się i jeszcze przesunął dłońmi po pośladkach Willa, nim sięgnął na jego kolana i łydki. Podciągnął jedną ręką jego nogę do siebie, rozciągając mięśnie z przodu nogi, a rozluźniając te, które masował.
Lekarz stęknął z zaskoczeniem i mocniej zacisnął palce na kocu.
— Nn… Jeff… Dotychczas miałem nadzieję, że to jednak ja jestem w tym… och… lepszy…
— A co? Teraz zmieniasz zdanie? — Jeff zaśmiał się i podciągnął mu drugą nogę, rozciągając mięśnie. Po tym wrócił do rozgrzewania ich dłońmi. Nie był delikatny, ale William coraz bardziej czuł przyjemne pieczenie zamiast zdrętwienia i bólu.
Czuł, że naprawdę rozluźnia się pod dotykiem Rangera. Jego sprawność, naturalność i to, jak ewidentnie wiedział, co zrobić, by poczuł się lepiej, sprawiały, że naprawdę zaczynało mu być dużo lepiej. Nie spinał już mięśni, a po prostu poddawał się jego dłoniom. Był mu dodatkowo bardzo wdzięczny. Jefferson zresztą był osobą mało gadatliwą, szczególnie, jeśli chodziło uczucia. I jak z początku William miał wrażenie, że bawi go albo drażni jego brak umiejętności jeździeckich, tak przez cały ten wieczór, od kiedy zsiedli z koni, zauważał, że Ranger jednak się o niego troszczy. To było bardzo… miłe.
— Przyznam, że powoli tak — odpowiedział na jego pytanie. — Choć nie jestem w stanie na własnym ciele poczuć, jaki jest masaż uczyniony moimi rękami. Twoje są jednak przyjemne i… seksownie gorące.
— Już chyba rozmawialiśmy o gorących dłoniach. Ciężko, będąc żywym, mieć zimne, kiedy się nimi akurat coś robi — Jeff odparł znowu z lekkim śmiechem, a temat ich rozmowy wsunął się między uda Williama, masując wewnętrzne ich strony. Bardzo blisko krocza lekarza.
Od razu też wyczuł, że szczupłe ciało pod nim drgnęło, a jego temperatura wzrosła. Był przy tym pewny, że penis Williama stwardniał. Usłyszał, jakby na potwierdzenie tego wzrostu napięcia i podniecenia, cichutki jęk zza pleców.
Uśmiechnął się sam do siebie. Masował jednak dalej uda Williama bez żadnego komentarza, przesuwając palcami od krocza, aż po kolana. Kilka razy, niby niechcący, musnął małym palcem jego mosznę.
— Odwrócisz się? — usłyszał w końcu blondyn, kiedy Jeff zabrał z jego ud śliskie dłonie.
Najpierw odetchnął głębiej, aby uspokoić jakoś reakcje swojego ciała i by głos mu nie drżał. Ciepło dochodzące z ogniska tuż obok nie pomagało mu w ochłodzeniu i nawet nie myślał o tych wszechobecnych odgłosach natury wokół tej płaskiej, prawie pustej od wysokich drzew przestrzeni.
— Tak…
Niedaleko stał powód jego dzisiejszych bólów, a jeszcze bardziej w mroku nocy, która w międzyczasie zapadła, trawę skubał Oficer.
Jefferson za to uniósł się, by stanąć okrakiem nad Williamem i poczekał, aż ten przekręci się na plecy. Kiedy to zrobił, znowu na nim usiadł. Tym razem na jego brzuchu. Podtrzymywał się jednak na nogach tak, aby nie dusić drugiego mężczyzny. A William znowu usłyszał to pykniecie koreczka, a potem gorące śliskie dłonie na swoich biodrach, przesuwające się w dół, w stronę kolana.
Przez chwilę tylko obserwował zarys ciała Jeffersona nad sobą, nim całkowicie zamknął oko. Poddawał się tym ruchom, czerpiąc z nich, ile się dało. Z zamkniętą powieką miał wrażenie, że czuje jeszcze więcej. Skupiał się na tym relaksującym masowaniu nóg i nie wstydził się zupełnie tego, że przy tym penis stoi mu sztywno. A z uwagi na fakt, że nie miał na sobie bielizny, widać to było dokładnie. Długi, jasny, sztywny członek z widocznymi żyłkami, w pełnej erekcji, którego Jefferson po prostu nie mógł nie widzieć, skoro sterczał mu wprost przed twarzą. I prowokował. Swoim kształtem, bujaniem co jakiś czas albo… w ogóle tym, że był tak blisko. Ranger jednak powstrzymał się przed czymś niedorzecznym i tylko masował nogi Williama, aż w końcu palcami jednej z dłoni przesunął między udami lekarza, aż pod jego jądra. Pomasował jego dziurkę. Jednocześnie drugą dłonią objął u nasady członek starszego mężczyzny.
William od razu uchylił powiekę i wpatrzył się w plecy Rangera. Stęknął cicho i jakby mógł, wypiąłby do niego biodra. Gdyby tylko mógł mieć taki masaż co wieczór…
Sięgnął do ciała swojego towarzysza i przesunął gorącą dłonią po jego plecach przez ubranie.
Jefferson nic nie powiedział, tylko bardziej wsunął palec między jasne pośladki leżące na kocu. Z racji tego, że wciąż miał śliskie dłonie, nie było to tak trudne. Tak samo jak pomasowanie dziurki Williama z zewnątrz. O penisie w międzyczasie Ranger nie zapomniał. Przyjemnie go pocierał.
Zza pleców słyszał głębsze oddechy, często nierówne, a czasem przebijał się przez nie głośniejszy jęk. Do tego dłonie Williama dotykające jego pleców i coraz bardziej sztywniejący penis. Nawet dziurka kompulsywnie otwierała się i zaciskała.
— Wsuń — rzucił William w pewnym momencie. Czuł, że naprawdę niewiele mu brakuje, żeby dojść.
Jefferson już nie dopytywał, tylko faktycznie naparł mocniej na wejście blondyna, przeciskając palce do jego wnętrza. Puścił tylko na chwilę jego penisa, aby rozsunąć mu nogi, po czym wrócił do pieszczot zarówno członka, jak i prostaty Williama.
Lekarz najchętniej uniósłby się i przylgnął do pleców Rangera, ale nie był w stanie tego zrobić teraz, kiedy ten tak na nim siedział. I już zupełnie zapomniał o bolących nogach, które teraz były przyjemnie rozmasowane i rozluźnione. Czerpał tylko z tych pieszczot, które dawały mu niedelikatne, ale sprawne ręce Jeffersona. I było mu z tym na tyle dobrze, że niespodziewanie wystrzelił, spinając całe swoje ciało, włącznie z dłonią na koszuli Jeffa.
— O… oo… och… mmm… — wydał z siebie kilka nieskładnych słów, ściągając jasne brwi i nieudolnie podrywając swoje ciało pod drugim mężczyzną.
Ten jeszcze wycisnął go do końca na swoją dłoń i rozmasował mu jego własną spermę na udach i biodrach. Dopiero po tym z uśmiechem po dobrze wykonanej pracy wstał.
— Teraz cię tylko przykryć i śpij — w ostatniej chwili postanowił darować sobie wzmianki, że jutro znów czeka ich długi dzień w siodle i nie chce słyszeć marudzenia.
William, który wciąż oddychał ciężko po osiągniętym spełnieniu, uniósł się na łokciu i popatrzył na Jeffa.
— Jeszcze moja zapłata… Zbliż się, Jeff.
Ranger uśmiechnął się pod nosem.
— Chcesz się od razu spłacić — prychnął, ale podszedł do lekarza. Klęknął na jedno kolano tuż przy jego głowie — Tylko bez durnych komentarzy — dodał, wiedząc, że sam jest już lekko podniecony.
— Czasami mam wrażenie, że byłbyś najszczęśliwszy, gdybym nic nie mówił — zauważył William, po czym rozpiął mu spodnie sprawnymi palcami, mimo roztrzęsienia po orgazmie. Od razu wydobył na wierzch penisa i poruszył po nim dłonią kilka razy dość mocno.
— Nie, że „nic”, ale czasami nie zaszkodziłoby, jakbyś… inaczej mówił.
— Domyślam się, że w tym momencie najbardziej odpowiada ci, że otworzę usta w takim celu… — William uśmiechnął się delikatnie kącikiem ust i rozchyliwszy wargi, wsunął sobie do ust jego sztywnego, smakowitego penisa, przymykając powiekę.
Jefferson od razu westchnął nisko i przesunął zębami po dolnej wardze. Aż nabrał więcej powietrza w płuca.
— Mmm… tak. Tak jest nieźle — zamruczał, nie za bardzo zastanawiając się, co mówi. Co mu ślina na język przyniosła.
Pogładził przy tym włosy blondyna. Musiał przy tym bardziej uważać na jego prowizoryczną opaskę. Fular nie był tak stabilny na głowie Williama jak jego wcześniejsza opaska, ale na szczęście nie obsuwał się przy każdym, najmniejszym ruchu.
Podczas gdy William wprowadzał do ust jego penisa, trzymając mu przy tym dłoń na biodrze, Pigment przeszedł obok. Uniósł na nich głowę, poruszył chrapami i poszedł dalej. Oficer też nie był specjalnie zainteresowany tym, że jego pan w tym momencie doświadcza dobrego obciągania. A to naprawdę było dobre. William wczuwał się w swoje zadanie, czując, że nie tylko masaż i orgazm dobrze działały na jego obolałe ciało, ale i skupianie się na smaku i bliskości z Jeffersonem. Dlatego też sprawnie poruszał głową, zaciskając usta w odpowiednich momentach, by „dziura”, w którą wsuwał się Ranger, była węższa i bardziej stymulująca.
Ranger tylko miarowo poruszał biodrami, seksownie spinając pośladki pod dłonią lekarza. Mruczał przy tym i patrzył w dół z przymkniętymi powiekami.
Wilgoć i ciepło obejmowały jego penisa. Ściskanie też było przyjemne, tym bardziej, kiedy zanurzał się dość głęboko. Do tego dźwięki natury, strzelanie patyków w ognisku, a nie odgłosy miasta. Czyli tak, jak lubił. Wszechogarniająca ciemność i głusza nie wydawały się w tym momencie niepokojące. Tym bardziej, że skupiał się na tym, co robił mu William. A poza dłonią ściskającą pośladek, czuł jeszcze drugą na swojej mosznie, delikatnie go masującą.
Tak, zdecydowanie taka rekompensata za masaż mu się podobała. I dawał temu wydźwięk, mrucząc nisko, aż burcząco. A im bliżej był spełnienia, tym jego biodra zaczęły mocniej się poruszać, wciskając w usta Williama. Stękał też co chwilę, aż w końcu ściskając mocno włosy lekarza, doszedł w jego ustach. Na szczęście nie za głęboko, więc William nie miał specjalnych problemów z przełknięciem nasienia. Nie całości jednak pozwolił spłynąć w dół przełyku, ale wciąż utrzymując w ustach część, wydobył się spod Jeffersona i… pocałował go. Przy tym trochę spermy dostało się do ust Rangera, który poczuł jej smak wraz ze smakiem ust Williama.
Stęknął gardłowo, brutalnie przyciągnął do siebie głowę Williama i mocniej wpił się w jego usta, smakując ich wnętrze językiem. Przymknął przy tym oczy i złapał drugiego mężczyznę w talii.
William wydał z siebie tylko głuche stęknięcie i odpowiadał na tę pieszczotę żywo i namiętnie. Trafnie spodziewał się, że na smak spermy Jeff zareaguje z entuzjazmem. A i jego podniecał taki pocałunek, w którym obaj czuli smak nasienia i kiedy jego seksowny towarzysz tak chętnie je spijał.
W końcu młodszy mężczyzna sapnął, złapał haust powietrza i spojrzał na Williama. Zmrużył złowrogo oczy.
— Żmija — syknął, po czym jeszcze raz liznął jego wargi i dopiero się odsunął, aby przynieść im coś do okrycia się na noc.
— Naprawdę, wystarczą mi dotychczasowe określenia, Jeff — rzucił za nim William, ocierając wierzchem dłoni swoje wilgotne usta i dopiero rozejrzał się za swoją bielizną, aby nie spać tak półnago. Obawiał się, że gdzieś coś mogłoby mu wejść.
— Może… króliku. — Jefferson zaśmiał się i widząc, że William się rozgląda, sam też wypatrzył jego białe, długie gacie i rzucił mu. — Będzie ci brakować tylko ogonka! — zarechotał, zabierając siodło i koce. Te ostatnie zarzucił sobie na ramię i wrócił do posłania.
— Mam nadzieję, że nie wyobrażasz sobie mnie z ogonem i uszami… — odpowiedział William, który doprawdy nie rozumiał tych wszystkich porównań. Szczególnie tych do zwierząt. Naprawdę, już to do ziemniaków wydawało mu się trafniejsze.
Ubrał na siebie bieliznę i związał z przodu sznureczek, rzeczywiście teraz będąc ubranym w całości na biało. Niczym mały, biały króliczek.
— Nie. Ale tak wyglądasz. Ciekawe, czy jakby cię upiec, to też byś tak smakował. Na surowo jesteś bardziej gorzki i słony niż zając. — Jeff, śmiejąc się, położył im siodło pod głowy. Przesunął mało delikatnie Williama, aby się położyć. Jego wypchnął bliżej ognia.
— I kto ci bardziej smakuje? Zając czy moje nasienie? — lekarz zapytał bez cienia skrępowania. Wciąż nie mógł do końca złączyć nóg, ale nie bolały już tak, jak po zejściu z siodła.
Jefferson spojrzał na niego z pretensją.
— Pytasz debilnie. Jakby to się do stu diabłów dało porównać! — burknął i jeszcze wymamrotał pod nosem jakąś wiązankę przekleństw w swoim kierunku i Williama. Na niego, że mu wypomina, a na siebie… że jest głupi i dziwny, że tak smakują mu kutasy.
William uśmiechnął się w duchu, widząc, a raczej słysząc tę reakcję. Wychylił się jeszcze do Jeffersona i pocałował go lekko w policzek, nim wrócił do swojej pozycji. Ale zanim Ranger zdążył fuknąć coś kąśliwego na tego całusa, lekarz spiął się i znieruchomiał, wiodąc spojrzeniem za… za czymś.
— Jeff, zobacz! — rzucił szybko i ani drgnął, gdy wpatrywał się w pełzającego po wykopanej ziemi robala.
Jefferson także skrzywił się, zauważając małą kreaturę. Wydawała mu się mocno podejrzana i… nie miał pojęcia, czym jest.
Była wielkości męskiej pięści, a przynajmniej jej tułów, bo długi, cienki ogon jak u szczura był prawie dwa razy dłuższy niż jej ciało. Poruszał się do tego dziwnie płynnie tuż nad ziemią, gdy robal… biegł. Nie dało się tego inaczej nazwać. Nóżki miał zaledwie dwie i nie szedł na nich, a specyficznie podskakiwał, wymijając większe kamyczki. Główka w porównaniu do całego ciała była bardzo drobna i ciemniejsza, a na jej środku widać było dwie pary oczu. Do tego wszystkiego lśniący w ogniu pancerzyk i drobne żuwaczki.
William nie był pewien, co kreatura robi tak blisko ogniska. Ale kiedy nagle pochwyciła jakiegoś mniejszego pająka, który szedł sobie spokojnie nieopodal i dosłownie zmiażdżyła go swoimi żuwaczkami, przytrzymując go zwinnym ogonkiem, już wiedział. Naprawdę, miał wrażenie, że nie widywali tyle mutacji bardziej na południu…
— Jeff… może zabijmy to — zasugerował, siedząc sztywno i patrząc, jak robal pożera pajączka.
Jeff skrzywił się bardziej, obserwując to… coś. Nie wiedział, jak to nazwać. Już niejedną mutację w życiu widział, niejedna była nazwana, ale to… Było pokraczne.
— Myślisz? — spytał, odwracając głowę do Williama, ale nie wzrok. Nadal patrzył na to stworzonko.
— Jest duże i… sam nie wiem, jakie ma preferencje żywieniowe — odpowiedział cicho, jakby podniesienie głosu miało sprawić, że robal rzuci się na nich. — Dla przezorności na pewno nie zaszkodzi… Nie wygląda to też na młode, za które zechce zemścić się obserwująca nas skądś jego matka.
Jeff prychnął z rozbawieniem na ostatnią uwagę.
— Zdecydowanie nie chciałbym spotkać tego matki — podsumował, sięgając do paska, który już odłożył na bok, po nóż. Nie chciał marnować naboi.
Powoli się uniósł, po czym poderwał się i przyszpilił stworzonko do ziemi. Od razu się odsunął, bo to obronnie próbowało jeszcze strzelić go ogonem w dłoń.
Patrzyli obaj, jak robal wije się i nawet słyszeli ciche kwiki. Nie były przyjemne. I jeszcze przez chwilę jego nóżki machały w powietrzu, a ogon nawet usiłował wyciągnąć nóż za rękojeść, ale w końcu ciało znieruchomiało i oklapło.
William przełknął ciężko ślinę. Nie był pewien, czy zaśnie zupełnie spokojnie. Te tereny naprawdę były pełne dziwnych stworzeń.
— Wrzuć to do ognia.
— Będzie śmierdzieć — zanegował Ranger i wstał. Wyjął z ziemi nóż oraz nabite na niego zwłoki. — Wyrzucę to gdzieś dalej — stwierdził, faktycznie oddalając się od ogniska.
Lekarz mógł jedynie odprowadzić go spojrzeniem. Potem jeszcze spojrzał na stojącego nieopodal Pigmenta i przełknął ciężko ślinę.
Wstał, by jeszcze przepłukać gardło wodą z bukłaku i gdy Jefferson wrócił do ogniska, rzucił:
— Pójdziemy już spać?
Mężczyzna oczyścił nóż, opalił go nad ogniem i dopiero po tym przetarł, nim wsunął znowu za pas.
— Jutro czeka cię długi dzień, więc to dobry pomysł — zgodził się i przeciągnął się, by w końcu położyć się na plecach.
— Mam nadzieję, że przez opóźnienia wywołane tym tempem serce w słoiku się nie zepsuje… — rzucił William, wypowiadając na głos swoje obawy, o których sporo dziś myślał. Równocześnie ułożył się na posłaniu obok Jeffersona i przytulił do jego boku.
— To jak się tak o nie obawiasz, rozluźnij się w tym siodle albo uwierz trochę w siebie, że nie zlecisz i nie wybijesz sobie jeszcze zębów — Jefferson zakpił, ale przyciągnął do siebie lekarza, trochę jakby się nim okrywał. Ułożył się przy tym wygodniej.
— Dość, że nie mam oka. Bez zębów wyglądałbym niezbyt ciekawie. Nie chciałbym jednak teraz myśleć o jeździe konnej — przyznał blondyn, woląc sobie tego nie wyobrażać na noc, bo jeszcze najdą go koszmary z udziałem Oficera czy innej wielkiej, strasznej bestii, która zrzuca go z siebie w pędzie, a potem jeszcze zawraca, by przebiec po jego szczupłym ciele swoimi twardymi kopytami.
— Jak tam chcesz. Nie myśl też o tym czymś wpełzającym pod koc. — Jeff zaśmiał się, chociaż sam wolałby, aby to, co chwilę temu zabił, nie pojawiło się tu znowu.
— Skupię się na tobie — stwierdził William i jeszcze poprawił się, wygodniej układając policzek na szerokiej klatce piersiowej swojego Rangera, nim zamknął oko.
— Też może być — Jeff odmruknął i ziewnął potężnie, nie kłopocząc się zatykaniem ust. Chyba nie obraziłby się za spokojny następny dzień, aby więcej pospać na grzbiecie Oficera. Był też pewien, że musi się wyposażyć w dodatkowe siodło. Chyba, że Williamowi uda się przekonać go do kupienia kolejnego wozu we Frankfort. Choć dużo lepiej, a przynajmniej na dłuższą metę, by było, gdyby po prostu… nauczył się jeździć konno.

12 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 19 – Te złe i dobre skutki

  1. Katka pisze:

    Susa-Kate, yey, fajnie, że przebrnęłaś, a Will, haha, oj on sobie potrafi nagrabić… ale dobrze, że jednak umie się zrewanżować. Cieszy mnie, jak postać wywołuje dużo emocji ;) Nawet jeśli wkurza.

  2. Susan-Kate pisze:

    Kużde, jednak przeczytałam całość.. Cholera ten typ spod ciemnej gwiazdy mnie strasznie odpycha (no przynajmniej w pierwszej części..) za to co zrobił Jeff’owi myślałam, że go znajdę poćwiartuję i wyrzucę na środku oceanu… No ale potem jakoś odpokutował ^^ A Zwierzak i Mały Nick to poprostu para z bajki i fajnie bybyło poczytać o ich wcześniejszych przygodach ^^

  3. Katka pisze:

    Basia, starał się nie być zgryźliwy i w sumie nawet nieźle mu to wychodziło XD I oczywiście, że od razu obie rzeczy na raz! Kto by się opanował? Hehe, tym bardziej, jak się ma takie widoczki jak Jeff w tym momencie. I masz rację, w zasadzie szybciej by mogli podróżować (mimo że teraz nieźle zwalniają przez to, jak Will nie umie jeździć). Ale na dłuższą metę może im to wyjść na dobre :)

  4. Basia pisze:

    Witam,
    rozdział naprawde wspaniały… och i Jeff starał się, starał się nie być zgryźliwy… no i ten masażyk, ach nie mógłby się zadowolić jedną rzeczą, od razu che obie ;] no może Will w końcu przekona się do jazdy konnej, w zasadzie to łatwiej i szybciej podróż by trwała.. bo sobie nie wyobrażam, że w razie jakieś pogoni wóz ukrył się za jakimiś skałami ;]
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie Basia

  5. Katka pisze:

    Brak neta przez 40 godzin – koszmar XD Ale przetrwałam.

    Illita, oj bolało na pewno. Może gdyby jechali przez godzinkę, to by przetrwał, ale biedactwo nieprzyzwyczajone, to cierpi. Ale masażyk jest :D A robal… taaa, zgadzam się, był OBLEŚNY. Ja bym w tamtym miejscu pewnie oka nie zmrużyła albo zawinęłabym się w kokon założyła kominiarkę. Fajnie, że mimo robaczka rozdział był przyjemny ;) I współczuję matmy :/

    Gordon, właśnie, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie dość, że się nauczy, to jeszcze ma łapcie Jeffa na swoim ciałku. Na pewno za jakiś czas wcale nie będzie żałował, że mu się ten wóz rozbił :) A i tak, wiemy, że ubóstwiasz, ale spoko, możesz nam o tym często przypominać XD To się nam nie znudzi, haha.

    Aoi, zażalenia to do Shiv, ja nie miałam żadnego wkładu w tę rozmowę! Aczkolwiek też często tak przekręcam te słowa XD „Szkoda że nie pobrykał na Jeffie” – podoba mi się określenie „pobrykać na Jeffie” XD Na tym koniku to on umie brykać, no ale niestety, w tym rozdziale tylko pobrykał na Pigmencie. O matko, a jakby te małe robaczki zmutowane nagle chmarą na nich wyleciały… O.O Ja bym umarła ze strachu albo się zesrała XD Dzięki za wenę, gromadzimy chętnie :D

    Saki, hehe, tydzień temu ogólnie było, że Jeffko takie nieczułe, a teraz proszę, że słodki i w ogóle. Jak chce, to się umie wykazać. Jest ogólnie dość oschłym człowiekiem, jeśli chodzi o okazywanie uczuć, ale mam nadzieję, że ten rozdział pokazał, że jednak się troszczy. Oooch i na pewno baaaardzo go kusiło mięsko Williama XD Znamy jego słabości, hehe. A co do przezwisk dla Willa i tego, że stanie się małym Zoo… so true XD Kreatywność Jeffa nie zna granic. Niedługo powinnyśmy robić zakłady, kiedy znowu coś wymyśli i co tym razem to będzie XD Gratuluję zdania egzaminu i końca sesji! I przy okazji życzę powodzenia reszcie, która jeszcze się z tym zmaga ;) Pozdrowionka :)

    Hoshii, ooch, byłoby bardzo szkoda, gdyby pan Ranger sobie coś rozgniótł. Coś mi mówi, że wtedy nie byłby taki miły dla Willa, tylko na niego zwaliłby swój ból… chociaż to może wtedy William mógłby się odwdzięczyć na masaż nóżek i pomasować mu… rozgniecioną część ciała XD A Jeffik i lekcje masażu? Cóż, może się uczył, kto go tam wie. A może sam sobie masował nóżki, kiedy sie uczył jeździć. W każdym razie w tym wyczucia mu odmówić nie można ;)

  6. Hoshii. pisze:

    szybsza jazda tylko w siodle… hm, prawidłowo, inaczej mógłby sobie coś rozgnieść… XD
    nie spodziewałam się, że Jeff przystanie na seks oralny, chyba pan Ranger zaczyna się przełamywać?;] „innego mięsa w ustach poza męskim penisem nie lubił mieć.” – leżę i nie wstaję XD
    i ten masaż… ooow, to było cholernie erotyczne, ciekawe czy Jeff pobierał jakieś lekcje^^

  7. saki2709 pisze:

    To było takie, uch… słodkie XD To karmienie, ten masaż i w ogóle cały rozdział. Jeff dba o swojego doktorka :) A jak już Will się przekręcił na plecki, to się zaczęłam zastanawiać, czy się jednak nie skusi na mięsko majtające mu przed nosem XD Jednak udało mu się powstrzymać. Ale nieźle go kusić musiało XD Will jednak nie oszczędził mu smaku spermy w ustach XD Czy ja nadużywam emotikonek? W każdym razie, było gorąco, a skutków pozytywnych było chyba więcej niż negatywnych. Przynajmniej ja takie wrażenie odniosłam. Jeff widzę, odkrył w sobie potencjał na masażystę XD
    Uwielbiam słabostki Jeffa, if you know what i mean XD
    Wymyślanie Willowi przezwisk chyba nigdy się Jeffowi nie znudzi. Ziemniak i tak bije wszystkie na głowę XD Jeszcze troche tych zwierzęcych przezwisk i będzie z tego małe ZOO XD
    Dzisiaj chyba nic nie jest w stanie popsuć mi humoru. Po TAKIM rozdziale i piąteczce z egzaminu (gwoli ścisłości ostatniego- na nim moja sesja się skończyła)…
    Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.

    „Zając czy moje nasienie?- lekarza zapytał bez cienia skrępowania.”- „lekarz”.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  8. Aoi (@Aoibakauke) pisze:

    Na wstępie składam zażalenie bo po gadaniu na FB o sutach cały czas przekręcałam słowo usta! xD.
    A wracając do rozdziału cudo moje drogie cudo. Biedny Will musiał cholernie cierpieć, on na koniu tyle czasu ojjjj biedactwo. Szkoda że nie pobrykał na Jeffie no ale wszystkiego mieć nie można, trzeba się zadowolić masażem i lodzikami :D.
    Zmutowany robal był obrzydliwy, nawet nie chciałam sobie go wyobrazić. Jak go zabijał Jeff to miałam wrażenie że nagle rzuci się na nich całe stadko małych mutantów o.O
    Jeff i ta jego słabość do spermy w ustach jest taka rozkosznaaaaaaaaa.
    Weny :*

  9. Gordon pisze:

    Musi go bardzo bolec muahaha. Ale bardzo duzo plusow z tego przeciez bedzie mial bo nie dosc ze sie wreszcie nauczy jezdzic konno to mu jeszcze Jeff takie masaze serwuje. Sam bym nie pogardzil ;p Bylo bardzo goraco, z ta oliwka czy czyms szczegolnie. Jeff umie zadbac o swojego doktorka. Lubie takie rozdzialy ;p Ubostwiam cale ATCL tak w ogole. Chyba to juz kiedys mowilem ;p

  10. Illita pisze:

    Oooh, jaki przyjemny rozdział <3 Współczuję Willowi, musi go boleć jak cholera XD Ale jaki przyjemny masaż dostał :D I równie ładnie się odpłacił! A ten robal… nie znoszę robali, a ten musiał wyglądać wyjątkowo ohydnie. Nawet nie chce sobie tego dokładnie wyobrażać… Był przemiły rozdział, teraz czas wracać do bardzo niemiłych rzeczy, równanie prostej prostopadłej do funkcji liniowej niestety samo się nie napisze :c

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s