Project Dozen – 4 – Przewodnik i obrońca

Czy istnieje nastolatek, ba człowiek, który lubi dźwięk budzika? Nie. Sebastian też go nie lubił, co nie było niczym dziwnym. Nawet melodia, którą sobie ustawił, aby go budziła, z ulubionej stała się już zwykłą. Cieszył się, że jej nie znienawidził, ale to i tak nie było tak zbawienne, jak mogłaby być dodatkowa godzina, którą zwykle by miał, gdyby nie jego współlokator. Musiał go przecież zaprowadzić na hiszpański. Znaczy, nie musiał, ale czuł się w obowiązku. Tym bardziej teraz, kiedy z bólem serca podniósł się i zaspanymi oczami zobaczył na przeciwnym łóżku czuprynę rozburzonych, skręconych włosów i nagie ramiona. Mimo brzęczącego telefonu pod poduszką jego współlokator dalej dusił się, śpiąc na brzuchu.
— Ej! Francisco, żyjesz?
Z poduszki wydobyło się bardzo stłumione „mbmmhb”, ale Francisco nie ruszył się specjalnie. No, może bardziej zgiął nogę, zahaczając nią o skołtunioną pościel.
Spał jedynie w niebieskich slipkach, w wyjątkowo pokracznej pozycji. Jedna jego stopa wystawała za łóżko, pościel zakrywała zaledwie jego pas i kawałek uda, a jej część również była bliska spotkania z podłogą. Tak jak jedna ręka, która palcami szurała po parkiecie.
— To wstawaj. Zajęcia nie będą na ciebie czekać — Sebastian pogonił go szturchnięciem stopą w tę właśnie dłoń, kiedy tylko wstał. Potem poprawił pościel na łóżku i kucnął przy swojej szafie. — Idę się umyć, a ty wstań do czasu, aż wrócę, co?
— Si… — mruknął Argentyńczyk jeszcze bardziej niż zwykle zachrypniętym głosem, ale nim Sebastian wyszedł, jedyne co zrobił, to przekręcił głowę, żeby móc oddychać. Poduszka w znacznej mierze tę czynność utrudniała.
Sebastian jeszcze pokręcił głową, ale uśmiechnął się pod nosem, zamykając za sobą drzwi do pokoju, aby w łazience przygotować się do wyjścia. Miał nadzieję, że z racji jej ulokowania w rogu budynku, nie była, jak rok temu, tak oblegana jak centralne. To był jej duży plus. Znajdowała się zaraz obok ich pokoju, przy klatce schodowej, z której prawie nikt nie korzystał. Przecież były windy, więc kto by wychodził na najwyższe piętro schodami?
Na prawo mignęło Sebastianowi tylko kilka osób, których nawet nie kojarzył. Zniknęli w pokoju wspólnym, a on, jak chwilę później zauważył, mógł się cieszyć pustą łazienką, tylko dla siebie. Do czasu, aż dosłownie trzydzieści sekund później nie wszedł do niej Francisco. Wciąż tylko w slipkach, niosąc kosmetyczkę i wzrokiem zombie patrząc wokół, jakby nie mógł się zdecydować, do której umywalki podejść.
— Nie jesteś skowronkiem, co? — zagaił Sebastian, samemu właśnie dokładnie myjąc twarz. Nienawidził mieć nieświeżej skóry, a na myśl, że coś mu wyskoczy, miał nieprzyjemne dreszcze. Wolał więc zapobiegać niż leczyć.
Francisco popatrzył na niego, jakby dopiero go zobaczył i uśmiechnął się pod nosem.
— Nie. Ani trochę — przyznał, w końcu stając przy umywalce obok i zawieszając swoją kosmetyczkę na małym wieszaczku. Potem odkręcił wodę i opłukał twarz, przy tym zaczesując swoje poskręcane, brązowe włosy w tył. — W kuchni macie jakiś ekspres albo automat? Kawa, kawa to podstawa.
— Jest czajnik i automat na kapsułki, ale trzeba mieć swoje kapsułki — wyjaśnił Sebastian, przyglądając mu się. Miał nadzieję, że się wyrobią albo że Francisco szybko nauczy się, jak docierać na swoje zajęcia, aby nie musiał tak rano wstawać. Albo wcześniej wstawać, widząc teraz jego tempo.
Wczoraj, odprowadzając go na historię sztuki, geometrię, na lunch, a potem na WF, przekonał się, że Francisco ma… fatalny zmysł orientacji. Dlatego jeszcze dzisiaj nie chciał go puszczać samego, bo by się zgubił.
— Nie mam kapsułek… To wypiję w porze obiadowej. — Francisco westchnął z żalem i wyciągnął szczoteczkę do zębów, po czym jeszcze przyjacielsko klepnął swojego współlokatora w ramię. — I dzięki za wczoraj, Sebastian! — dodał żywo, uśmiechając się przy tym. — Bez ciebie bym nie osiągnął sal — dodał, znowu przekręcając słowo.
— Osiągnąłbyś, osiągnął. — Sebastian uśmiechnął się po tym, jak wytarł twarz. Zęby już umył i teraz zostało mu doprowadzenie włosów do porządku.
Zerknął krótko na współlokatora. Na pewno miał z tym mniejsze problemy niż on. Sama ta myśl go dziwnie rozbawiła.
— Powiedziałem coś śmiesznego? — spytał Francisco, ale nie tracił uśmiechu. Nawet, kiedy już zaczął szorować zęby i piana pojawiła mu się na ustach, to wciąż się uśmiechał. Widać było, że powoli się rozbudza i ta żywiołowość, która musiała być dla niego normalna, znowu go ogarniała.
— „Znalazł” albo „trafił” do sal byłoby trafniejsze. Ale osiągnięcie sal fajnie brzmi. Jakby było to jakieś wyzwanie — Sebastian prychnął z uśmiechem na ustach, zaczesując włosy, aby leżały tak, jak chciał. Wiedział, że i tak do końca dnia zrobi mu się stercząca do przodu grzywka albo w ogóle każdy z falowanych włosów odnajdzie swoje miejsce na głowie, które nie będzie współgrało z pozostałymi.
Francisco zastygł, ściągnął brwi i przyswoił uwagę Sebastiana. Skinął głową do swojego odbicia i wreszcie wypłukał usta z piany.
— Dzięki, muszę zapamiętać. I tu ci sterczy — dodał, odkładając szybko szczoteczkę na umywalkę, po czym zbliżył się do starszego kolegi. Ze skupioną miną sięgnął do jego włosów na czubku i poprawił mu je. — Stał ci, jak kutas! — Zaśmiał się głośno.
Sebastian skrzywił się zabawnie i prychnął pod nosem, odtrącając dłoń.
— Głupi jesteś! — Zarechotał i jeszcze raz przyczesał włosy. — Jak kutas — powtórzył pod nosem, śmiejąc się z tego cicho. Francisco był szalony. — No, teraz nie stoi? — spytał, kiedy już miał nadzieję, że włosy wyglądają dobrze.
Argentyńczyk obszedł go, oglądając całą jego fryzurę i klepnął go w ramię z aprobatą.
— Idealnie. To ja idę się ubrać — poinformował, jeszcze spryskując pachy dezodorantem, nim pochował wszystko, by ruszyć do pokoju.
— Też idę.
Obaj wyszli z łazienki. Sebastian już pierwszego dnia przypomniał sobie, czego najbardziej nie lubi w internacie. Noszenia tych wszystkich rzeczy w tę i z powrotem. I tak mieli szczęście, że pokój był zaraz przy łazience. Choć problem z kolei był z kuchnią, która znajdowała się na samym środku korytarza, więc musieli do niej zawsze kawałek przejść.
Ich pokój jeszcze nie był do końca przez nich zagospodarowany. A na pewno nie część Francisco, którego rzeczy nadal spoczywały w torbie. Chłopak jakoś nie mógł się zmusić do przepakowania ich do szafy i biurka. Nie chciało mu się. Dlatego teraz zaczął z mozołem grzebać w torbie w poszukiwaniu jakichś ubrań, a gdy znalazł spodnie i nasunął je na tyłek, Sebastian znowu się przekonał, że noszenie ich nieprzyzwoicie nisko było dla niego zupełnie naturalne.
— Fajnie, że mam teraz ten hiszpański, wiesz? Wczoraj na geometrii czułem się jak bałwan, to na hiszpańskim wreszcie rozświetlę! — rzucił luźno, oglądając się krótko na współlokatora, po czym zaczął szukać czegoś na górę.
— To też nieźle by było, jakbyś też szybko zapamiętał, gdzie masz salę swojego ulubionego przedmiotu. Nie będę musiał wcześniej wstawać.
Sebastian miał dużo większy porządek w swoich rzeczach, ale nie przesadny. Zwyczajny. Koszulki były na jednej półce, spodnie na innej, a bielizna w szufladach. Nie dzielił rzeczy kolorami bynajmniej. Dzięki porządkowi i tak szybciej się ubrał od współlokatora. W białą koszulkę z zielonym nadrukiem i wcięciem w trójkąt, przez co dobrze było widać jego obojczyki. Do tego sprane, niebieskie jeansy.
Francisco zrobił nieco zatroskaną minę i gdy już sięgnął po czerwono-szarą koszulę w kratę, znowu odwrócił się do rozmówcy, by utrzymać kontakt wzrokowy.
— Wybacz, że sprawiam ci kłopot i na pewno się od… — zaciął się, najwyraźniej zapominając słowa, więc myśl skończył inaczej. — Spłacę ten dług, jeśli nadarzy się moment.
Sebastian uśmiechnął się szerzej i klepnął nowego kolegę w klatkę piersiową wierzchem dłoni.
— Spoko, nie stresuj się. I ubieraj, bo będziemy biec. A wtedy dopiero sobie przechlapiesz.
— Okej, okej — odpowiedział Argentyńczyk gorączkowo i dopiął szybko koszulę, ale nie na ostatni guzik. Podciągnął dla zasady spodnie, ale te i tak zjechały w dół, bo Francisco najwyraźniej gardził paskami, a był w talii bardzo szczupły. — Kupimy na parterze w sklepiku tylko jakąś kanapkę, dobra? Głodny będę.
— Możemy. W automacie są nawet niezłe — zasugerował Sebastian, jednocześnie rozglądając się po pokoju. Nie mówił przez to bezpośrednio do drugiego chłopaka. W końcu znalazł klucze. — Dobra, mam, idziemy? Czy coś jeszcze? — spytał z racji, że sam nie jadał śniadań dla zasady. Dopiero kiedy zgłodniał.
— Już, już!
Argentyńczyk jeszcze wcisnął na szybko podręcznik i zeszyt do plecaka, po czym przewiesił go byle jak przez ramię i wybiegł truchtem z pokoju.
Potem, aby nie utrudniać sobie i nie czekać na windę, zbiegli na parter. Tam Sebastian poczekał na Francisco, aż ten kupi sobie kanapkę i już razem ruszyli do budynku szkoły.
— Słyszałeś coś o tym, kiedy dozenki mają mieć pierwsze zadanie? — Francisco zagadał luźno swojego nowego kolegę, idąc chodnikiem w kierunku szkoły.
Była już prawie jedenasta, więc sporo uczniów się tu kręciło. Niektórzy wracali do internatu, inni, tak jak oni, szli do szkoły. Przy boisku na prawo widzieli na ławkach spore zastępy uczniów jedzących drugie śniadanie. Z parkingu ktoś wyjeżdżał, a nawet dalej zobaczyli dyrektora szkoły, więc Argentyńczyk, zanim otrzymał odpowiedź, szturchnął Sebastiana w bok.
— O patrz, twój papa.
Sebastian aż na chwilę zdębiał, słysząc, jak jego ojciec został nazwany.
— Papa? Tak mówicie na ojców u siebie? — spytał, upewniając się w swoim przeświadczeniu, że Francisco stanie się gwiazdą ich kółka latino.
— Tata jest z Brazylii, a po portugalsku to niby pai, ale mama już z Argentyny, to nas po hiszpańsku uczyła papa — wyjaśnił Francisco i skłonił lekko głowę, gdy dyrektor ich zauważył. Był jednak dość daleko, by przekrzykiwać tłum i witać się werbalnie.
Dyrektor tylko na nich spojrzał i odpowiedział tym samym, czyli krótkim skinieniem głowy.
Sebastian darował sobie witanie się z ojcem. Nie, żeby nie darzył go szacunkiem, tylko uznał to za zbędne. Tym bardziej w takiej odległości.
— W ogóle, to znasz trzy języki, czy jeszcze masz jakieś językowe tajemnice? — spytał, ruszając jako pierwszy w kierunku szkoły. Nie chciał się spóźnić, bo pewnie on by tłumaczył drugiego chłopaka.
— Nie, tylko biegle po hiszpańsku, portugalsku i angielsku tak, jak słyszysz. — Francisco roześmiał się i wszedł za nim do szkoły. Sala 169 była na piętrze, tyle wiedział, ale nie miał pojęcia gdzie dokładnie. Myliło mu się to. — Zjesz potem ze mną lunch?
Sebastian poprowadził go najpierw do schodów, potem od razu w stronę właściwej sali.
— Mogę. W ogóle, piszesz coś więcej na, ehem, blogu?
— Nie, jeszcze nie, ale, ale…! — Młodszy chłopak uniósł dłoń, patrząc na niego niby poważnie. — Wczoraj miałem WF z Jude’em Wagnerem i Patrickiem Brightem, a dzisiaj znowu mamy godzinę, więc wieczorem napiszę moje pojmowania na ich temat. Może coś z nich wyciągnę o projekcie, jak zagadam.
— Możesz spróbować. Ja dziś mam dzień z Patrickiem. — Sebastian westchnął z żalem, bo nie przepadał za gościem. Ale mógł to wykorzystać, jeśli da radę wytrzymać z nim psychicznie.
— A co, on taki zły? — dopytał Francisco, kiedy już przeszli pod salę. Spróbował zapamiętać, jak się tu dostać. Widział zresztą już kilku uczniów stojących pod salą, ale nikogo nie kojarzył. Oni za to rozmawiali między sobą żywo, więc cieszył się, że Sebastian jest z nim.
— Bo jest nadęty, uważa, że wie wszystko, próbuje się rządzić… mam wymieniać dalej? — Sebastian fuknął, stając i wkładając dłonie do kieszeni. Nie umiał się dogadać z Patrickiem. Nie trawił go zwyczajnie, ale był też dojrzały, a przynajmniej za takiego się uważał i nie wszczynał z nim kłótni przy każdej okazji.
— Ja na razie, jedyne co wiem, to że męczy się po drugim okrążeniu w rozgrzewce! — Na twarzy Francisco znowu pojawił się uśmiech. — Jak dostanie fizyczne zadanie, to polegnie, mówię ci to, chłopie!
— A z kim jeszcze miałeś WF? Z Jude’em? — upewnił się i zerknął za plecy współlokatora, czy nikt ich nie podsłuchuje.
Każdy był skupiony na sobie, chociaż Sebastian, jako syn dyrektora, był ogólnie kojarzony, więc niektórzy rzucali mu krótkie spojrzenia, ale na nich się kończyło.
— Tak, z nim jest już lepiej, jeśli chodzi o kondycję. I wymieniłem z nim kilka zdań, jest całkiem miły. Znasz go?
— Jest tutejszym gwiazdorem. Stara się być fajny, a że, jak zauważyłeś, jest miły, nawet mu to wychodzi. A i też nie ma kogo, aby pod nim dołki kopał, więc se spokojnie gwiazdorzy. Chórek też dzięki niemu nie jest taką socjalną porażką. — Zaśmiał się i zerknął na zegar nad drzwiami. — Chyba babka się… — nie skończył, bo w korytarzu zauważył nauczycielkę hiszpańskiego. — Już jest. Spadaj. Co potem masz?
— Dwa hiszpańskie pod rząd, więc sobie poradzę i złapię cię w stołówce na obiedzie, okej? — Francisco też się obejrzał na nauczycielkę, poprawił plecak i jeszcze wbił spojrzenie w twarz Sebastiana, by zdobyć potwierdzenie swoich słów.
— Jasne. To do zobaczenia — odparł ten i klepnął go w ramię na pożegnanie. Poczekał jeszcze, aż Argentyńczyk wejdzie do klasy i dopiero ruszył w stronę boiska szkolnego. Nie miał co ze sobą zrobić do czasu rozpoczęcia nauk politycznych o dwunastej, więc postanowił chociaż poobserwować, jak inni uczniowie męczą się na boisku. W takich momentach żałował, że nie są w szkole koedukacyjnej, bo to byłoby dużo ciekawsze.
Nikt się do niego nie dosiadł przez pierwszy kwadrans wpatrywania się w zmagania grupki na boisku. Ćwiczyli jakieś biegi i najwyraźniej większość nie była z tego zadowolona. Ale dość sporym zaskoczeniem dla niego było to, że w samym środku dnia dosiadł się do niego… ojciec. Rozpiął przy tym guzik swojej eleganckiej, prążkowanej marynarki i napił się kawy z plastikowego kubka.
— Tęskniłeś w ogóle do tej budy? — zagadał na wstępie, patrząc na dzieciaki na dole, a nie na syna.
Sebastian zerknął na niego. Krótko, bo krótko, ale zerknął.
— W ogóle cześć, tato — mruknął jakby do siebie, patrząc w tym samym kierunku co ojciec. — I odpowiadając na twoje pedagogiczne pytanie, trochę. Ale nie za internatem. A co cię naszło na takie pytanie?
— Bo ja nie tęskniłem. Ten rok będzie ciężki, czuję to w kościach, synu. I myślałem, że masz wygodny pokój. Nikt ci się nie pakuje w sam róg piętra.
— Jest wygodny, ale własna łazienka to własna łazienka. Nie wspominając o innych… wiesz… aspektach mieszkania samemu — prychnął, opierając łokcie o kolana. — A ty? Myślałem, że lubisz swoją pracę.
— Lubię, czuję do tego powołanie. Ale mam wyrzuty sumienia przez ten przeklęty eksperyment. Tym bardziej, że siedzisz w nim ty. — Mark Moss wreszcie skierował na niego oczy, niemalże identyczne jak te jego. Też były dość wąskie. — Podobno niektóre zadania mają być naprawdę ostre. A dzieciaki są zdolne do wielu rzeczy, by osiągnąć to, czego chcą.
— Jestem tylko od obserwowania ich od wewnątrz i najwyżej podjudzania ich. Nic mi się nie stanie. Nie baw się w pedagoga, wystarczy, że nim jesteś. — Sebastian westchnął, ale bez pretensji do ojca. Rozumiał, co ten chciał mu przekazać. Panikować razem z nim jednak nie zamierzał.
— Oni nie wiedzą, że jesteś tylko od obserwowania i podjudzania. Dla nich jesteś rywalem, Sebastian — odpowiedział z naciskiem mężczyzna, ale nie podnosił głosu. Wiele dzieciaków się tu kręciło, a niemalże każdy, który przechodził obok nich, witał się z dyrektorem.
— Ale to co? Mówili ci naukowcy, na czym będą polegać zadania? Będziemy stawać na ringu? Tato, proszę cię, weź się zastanów. Jakby wymyślili coś, czego nie dasz rady zatuszować, to by byli skończeni. Nic nam nie może się stać — syknął, także starając się mówić cicho i spokojnie. Ta rozmowa jednak była absurdalna na tyle, że się nie dało.
— Nie słyszałeś o tych wszystkich eksperymentach na przestrzeni dziejów? Kazali ludziom razić niewinnych prądem, a ci to robili bez mrugnięcia okiem. Zamykano innych w celach i pozwalano na przemoc. Ja wiem, że to jest XXI wiek, ale na litość boską… — Mark urwał i przetarł czoło chusteczką, którą wyciągnął z kieszeni marynarki. — Po prostu… Po prostu uważaj na siebie, okej?
Sebastian przyjrzał się ojcu, chwilę nic nie mówiąc. Musiał sobie to ułożyć w głowie.
— To po co się zgodziłeś?
— Dotacje? — Mark zaśmiał się gorzko i oparł łokcie o kolana, znowu zapatrując się na boisko. — Jak pomyślałem, ile będę mógł na lepsze zmienić w tej szkole dzięki takim pieniądzom, to te wizje trochę zaćmiły mi umysł.
— Cofnąłbyś to? Już teraz, kiedy nawet nie dostaliśmy jeszcze pierwszego zadania?
— Nawet jakbym chciał, to nie mogę. Wszystko jest już podpisane, mają władzę nad wami i nade mną.
— No, to umarł w butach. — Sebastian zaśmiał się. — Nie martw się. Obaj w tym siedzimy. Chociaż tyle, co?
Mark westchnął ciężko i przytaknął.
— Nikłe pocieszenie, ale zawsze jakieś… — Zerknął na zegarek na nadgarstku i rozejrzał się. — Muszę wracać do pracy, a ty się dobrze sprawuj. Ach, i twój nowy współlokator nie sprawia ci problemów?
— Nie, jest spox. Mówiąc po młodzieżowemu. — Zaśmiał się, trochę nabijając się z ojca. — Ale dzięki, że pytasz.
Mark uśmiechnął się krótko i poklepał go po plecach, nim wstał.
— To do zobaczenia na korytarzu. I… jakbyś chciał, chętnie cię zabiorę na obiad w weekend.
— Chętnie, ale gdzieś dalej niż Newcastle. Wiesz, że cię, ojciec, lubię, ale renoma w szkole, wiesz, takie tam rzeczy. — Sebastian uśmiechnął się kącikiem ust.
Dyrektor roześmiał się i pokręcił głową.
— Dzieciaki. Dobra, coś wymyślę i do soboty dam ci znać. I nie pożryj się z panem przewodniczącym — dodał, machając palcem. Najwyraźniej wiedział więcej o planie lekcji Sebastiana niż ten mógł przypuszczać. Albo zwyczajnie go przestrzegał, pamiętając, ile to sporów sam musiał rozwiązywać, gdy wymiana zdań tej dwójki sięgała dalej… niż zwykła wymiana zdań.
Sebastian pokręcił głową i jeszcze pomachał ojcu na do wiedzenia, nim wrócił do pasjonującego oglądania wysiłku fizycznego innych uczniów.

*

Patrick z uwagą słuchał pani Smog. Naprawdę interesowała go polityka, a tym bardziej część dotycząca polityki zagranicznej. Dlatego też często rzucał pełne dezaprobaty spojrzenie na dwójkę szepczących do siebie uczniów, którzy siedzieli za jego plecami. Nie rozumiał, w jakim celu wzięli piąty semestr nauk politycznych, skoro ich nie interesowały. Z kolei nie dziwił się, że Sebastian Moss kolejny rok chodził z nim na ten przedmiot. Oczywiście, że jako syn dyrektora musiał wybierać takie… poważne lekcje. Dające duży respekt i duże możliwości po szkole. I jakoś dziwne go to irytowało. Sebastian zawsze był jego konkurentem, od kiedy pierwszy raz spotkali się na korytarzu trzy lata temu.
— Wiem, że to nasze pierwsze zajęcia w tym semestrze, ale uznałam, że im więcej czasu będziecie mieli, tym lepiej — mówiła pani Smog, kobieta po pięćdziesiątce, która usilnie walczyła z trendami i nie farbowała swoich już posiwiałych włosów. Przez to wyglądała dość zabawnie chociażby przy starej profesor z Biologii, bo tamta, mimo bujnych, rudych loków, miała wyraźnie starczą twarz, za to pani Smog, mimo siwizny, na twarzy pozostała zaskakująco naturalna i… witalna. Tak, tak by to określił Patrick. Zresztą, już raz w odpowiedni sposób jej to przekazał, dzięki czemu dostał odpowiednio pozytywną ocenę na semestr.
— Waszym zadaniem na ten semestr będzie zrobienie projektu, parami. Chodzi o świadomość społeczności z wybranego przez was miasta, może być oczywiście najbliższe nam Newcastle lub wasze rodzinne miasta — kobieta podjęła — na temat historii i różnic dzielących partie republikańską i demokratyczną. Wiem, że to temat dość trywialny, ale dotychczas przerabialiśmy go czysto teoretycznie. Teraz czas, byście się wykazali. — Posłała wszystkim, dość nielicznym uczniom, serdeczny uśmiech. — Dokładne informacje dostaniecie mailowo.
Patrick od razu uśmiechnął się pod nosem, podpierając brodę na dłoni. To banalne zadane, tym bardziej, że wiedział, że umiał rozmawiać z ludźmi, negocjować i… urzekać lepiej niż ci wszyscy chłopcy tu zebrani. Mina mu jednak zrzedła, gdy pani Smog wymieniała pary i usłyszał:
— …Patrick Bright z Sebastianem Mossem…
Chłopak siedzący na tyle sali, wyższy od niego o te przeklęte dwadzieścia centymetrów, ulubieniec wielu nauczycieli i zdecydowanie cieszący się popularnością innych uczniów, posłał mu ten typowy dla siebie uśmieszek kącikiem ust. Nie było opcji, aby się ucieszył na to, co usłyszał, ale jak zawsze musiał być górą. Pokazać wyższość nad szkolnym przewodniczącym.
W Patricku wręcz wrzało, kiedy tylko widział ten uśmiech. Sam wymusił podobny na swoich ustach i dodatkowo skinął głową Sebastianowi w pseudo przyjaznym geście. A przy tym sama myśl, że będzie musiał z nim łazić po mieście i przed ludźmi udawać idealnie współpracujących partnerów, sprawiała, że miał ochotę zwrócić porannego burgera pod nogi pani Smog.
— Nie obchodzi mnie twój plan. Nie obchodzi mnie, czy będziesz zajęty lizaniem tyłka któregoś z profesorów — wycedził cicho do Sebastiana, gdy wyszli z sali po dzwonku. — Ja jestem przewodniczącym i mam tyle zajęć, że nawet sobie nie wyobrażasz. Więc kiedy będę ustalał spotkania w celu zrealizowania projektu, dostosujesz się. — Nie miał zamiaru pozwolić, by Sebastian przeszkodził mu w zdobyciu najlepszej oceny.
Wyższy chłopak wsunął dłonie z kieszenie, patrząc na Patricka z lekkim, sztucznym politowaniem wypisanym na twarzy.
— Też mam zajęcia pozalekcyjne. I chłopaka z wymiany. Obaj się, panie przewodniczący, dostosujemy, chyba że chcesz robić to sam, a potem mieć gorszą ocenę — zagroził. Nie trawił ambicji tego chłopaka. I w ogóle jego samego. Nie wspominając o podejściu, jakim go raczył.
— Och, masz chłopaka z wymiany… — Patrick poklepał go po plecach z udawanym współczuciem. A gdy zobaczył, że zaraz będzie ich mijać nauczyciel od matematyki, objął przyjacielsko Sebastiana. Och, jak nie lubił, że musiał dosłownie zadzierać głowę, by na niego spojrzeć. — Damy radę, a projekt na pewno wyjdzie idealnie — dodał, uśmiechając się zarówno do syna dyrektora, jak i do nauczyciela. A gdy tylko ten przeszedł, puścił Sebastiana.
Ten zaśmiał się i położył mu dłoń na głowie.
— Oczywiście. Ty byś nie dopuścił, aby było inaczej. Zresztą, dobrze wyszło, będziemy mieli okazję, aby się nawzajem poszpiegować — dodał, znowu przybierając luźną, trochę zlewczą pozę, opierając się o ścianę i patrząc na coraz bardziej gotującego się Patricka. Nie wyobrażał sobie tej współpracy.
Przewodniczący samorządu klasnął w dłonie i wskazał na niego.
— Racja! Widzisz, są jakieś plusy wspólnego projektu poza tym, że będziesz mógł się czegoś ode mnie nauczyć — odpowiedział ze sztucznym entuzjazmem i spojrzał na zegarek na nadgarstku. Była pora lunchu, a on po nim miał przeklęty WF. — Zapoznaj się z materiałami od pani Smog jak najszybciej. Będę chciał zacząć tę pracę od przyszłego tygodnia. Bez względu na to, jak bardzo zajmuje cię twój chłopak.
Sebastian skrzywił się. Nie mógł z tym osobnikiem. Jakim cudem go wybrali, nadal było dla niego zagadką. I do tego ten głupi podtekst kierowany do Francisco.
— Przynajmniej ktoś mnie zajmuje — odparł kąśliwie, nie zatrzymując go. Nie chciało mu się z nim gadać.
Patrick tylko obdarzył go jednym ze swoich uśmiechów numer pięć i zniknął mu z oczu, a Sebastian wreszcie mógł się przedrzeć przez tłumy uczniów zmierzających na lunch do szkolnej stołówki na parterze.
Im bardziej się tam zbliżał, tym większy panował hałas. To mu mogło znacznie utrudnić znalezienie Francisco, któremu obiecał wspólny lunch i doprowadzenie na jego WF. O dziwo, ujrzał go dość szybko, jednak scena była dość… osobliwa.
— Sorry, stary, to zajęte miejsce — odezwał się ze współczuciem duży chłopak, grający na pozycji obrońcy w szkolnej drużynie futbolowej.
Francisco zamrugał, przeprosił i stanął za nim w kolejce po jedzenie, a kilku kumpli futbolisty starało się zdusić rechot. Wszyscy już mieli tacki na jedzenie i stali w przeraźliwie długiej kolejce. Francisco wyglądał na nieco skołowanego, tym bardziej, kiedy kolejny chłopak przesunął go za siebie.
— To też. Wiesz, każdy tu ma kolejność i niestety… No, musisz stanąć za nami.
— To ja… Przepraszam, jeszcze ogarniam. — Francisco zaśmiał się przepraszająco, znowu cofając się o krok.
Sebastian westchnął głęboko. Takie sytuacje jak ta przemawiały za tym, aby się nie bawić w niańkę osoby z wymiany. A wydawało mu się, że Argentyńczyk nie jest taki uległy i nie da się tak w żałosny i ewidentny sposób ustawiać.
Podszedł bliżej do kolejki i zatrzymał chłopaka, kiedy ten znowu chciał się cofnąć do tyłu.
— O, widzę, że zająłeś nam miejsce w kolejce. — Uśmiechnął się do niego. — Super. A do tego już poznałeś naszych chłopaków z drużyny. Są spoko, co? Kiedy tylko nie zachowują się jak pały — rzucił na tyle głośno, żeby ci go dobrze słyszeli. I wiedział, że wykorzystuje swoją pozycję w szkole i nikt nie będzie się pluł synowi dyrektora, ale to przecież nie on zaczął.
Francisco uśmiechnął się na jego widok, ale potem ściągnął brwi, gdy zobaczył wrogość w oczach zgromadzonej drużyny.
— Sebastian, ty weź, od razu pały. Człowiek po treningu głodny, chyba rozumiesz — odpowiedział jeden ze sportowców, ni to tłumacząc swoje zachowanie, ni to ratując dumę przed kumplami. Przecież nie przeprosi.
— Jasne, rozumiem. Dlatego przecież was nie przepycham do tyłu — odparł Sebastian, od razu patrząc pewnie na futbolistę, od którego był trochę wyższy, ale dużo szczuplejszy. — A ty czekaj tu, za nim, pójdę sobie po tacę — dodał do Francisco, zostawiając go między jednym a drugim zawodnikiem w kolejce.
Kiedy tylko odszedł, sportowcy wymienili się krzywymi spojrzeniami, ale nie skomentowali już całego wydarzenia. Leniwie poruszali się dalej, wraz z kolejką, nie odsuwając Francisco. Ten najpierw chciał do nich zagadać, ale w końcu tylko rozglądał się po stołówce, wdychając przyjemne zapachy.
Pomieszczenie było bardzo duże, utrzymane w matowych, pomarańczowych kolorach. Mocne i liczne oświetlenie dodatkowo sprawiało, że stołówka wydawała się jaśniejsza niż reszta szkoły. Stołów było na tyle dużo, że każdy się mieścił, nie mówiąc już o wyborze wśród mis z jedzeniem. A i tak najwięcej uczniów sięgało po pizzę, zostawiając wszelkie sałatki i bardziej zmyślne dania dla dziwaków.
Nie dotarł jeszcze do podgrzewanych lad zastawionych jedzeniem, kiedy dołączył do niego Sebastian. Futbolista, który stał za nimi, nic nie powiedział, mimo że aż cisnęło mu się na usta, aby wywalić chłopaka z kolejki. Zabawne, że jak teraz przeszkadzało mu wbicie się syna dyrektora do kolejki, to nie miał żadnych problemów, aby wypchnąć z niej chłopaka z wymiany.
— Co bierzesz? — Sebastian zagadał swojego współlokatora, ignorując z wprawą wrogie spojrzenia.
— Czatuję na tę zapiekankę brokułową, widzisz? — Francisco ożywił się, wskazując na tacę z zielonymi warzywami, stopionym serem i chyba jakimś jasnym mięsem. — A ty? Myślałem, że już nie przyjdziesz! — zawołał na koniec, klepiąc Sebastiana po ramieniu.
— Mówiłem, że przyjdę. I chyba wezmę pizzę z jajecznicą — zdecydował. Lubił ją, chociaż z samego początku nie był do niej przekonany. A raczej do samej idei łączenia jajka z ciastem do pizzy. — Jak zajęcia?
— Nuuudy — odpowiedział od razu Francisco, wzdychając ciężko. Jego ekspresja, mimika i gestykulacja były bardzo żywe. Nawet nie mógł ustać w miejscu, tylko cały czas się kręcił i rozglądał. Chociaż często kierował swoje ciemne oczy na twarz Sebastiana, by podczas rozmowy złapać z nim kontakt. — Odmiana czasownika „być” w moim języku narodowym nie jest taka pasjonująca, jak myślałem.
— Przynajmniej się nie wysilałeś. Ja miałem zajęcia z Patrickiem. I o zgrozo… — nie skończył, widząc nie do końca zorientowane spojrzenie rozmówcy. — Z przewodniczącym, pokazywałam ci go. Ten taki niski, miałeś z nim WF. — Uśmiechnął się bokiem ust kpiąco. — I mamy razem, łapiesz, razem, robić szkolny projekt.
— Aaa, bo to ten, co się tak „lubicie”! — Francisco załapał i roześmiał się tym swoim chrapliwym głosem. Poklepał go wierzchem dłoni w klatkę piersiową i wskazał na niego palcem. — To nie tylko ja się męczę na pierwszych klasach czwartkowych — dodał z przyjazną docinką, oczywiście przekręcając słowo i odwrócił się, by nałożyć sobie upatrzoną zapiekankę.
— No, nie tylko ty — przyznał Sebastian, uśmiechając się pod nosem i czekając na swoją kolej, aby nałożyć sobie jedzenie. Poprawiać go mu się już nie chciało. Tym bardziej, że na swój sposób poprawiało mu humor słuchanie takich pokracznych zdań.
Dotarcie do stolika z jedzeniem utrudniało im rozmowę, więc skupili się tylko na tym, by ich tace przetrwały, a jedzenie nie znalazło się na podłodze albo na ich ubraniach. Jak to się stało chwilę temu z sosem do frytek któregoś kujona. Zdecydowanie nie przez przypadek. Na szczęście nieświadomego tego Francisco, nie groziło mu coś podobnego w obecności syna dyrektora. Sebastian był dość… nietykalny.
— A wiesz, Sebastian, że napisali mi maila dziś, jak byłem na hiszpańskim! — Francisco zagadał nagle, gdy już siedzieli i gdy już miał wielkiego brokuła w ustach. Przez to i przez jego specyficzny akcent ciężko było zrozumieć, co mówił. — Tobie pewnie też, nie wiem, czy sprawdzałeś? Bo pisali, że będzie zadanie jutro dla… zapomniałem nazwisko…
— Jeszcze nie sprawdzałem — Sebastian odparł i wpierw wziął duży kawałek pizzy do ust, nim wyciągnął komórkę z kieszeni, aby sprawdzić wspomnianego maila. Chwilę przez to nic nie mówił. — Jolene Woodrow. Spoko. Ciekawe czy mop się podejmie.
— Mop? — dopytał Argentyńczyk, chyba niepewien tego, czy nie usłyszał nowego, nieznanego słowa. Ale słyszał już je kiedyś… — To taka farfoclowa miotła?
Sebastian zaśmiał się na to określenie. Przy tym zmarszczył nos, a jego oczy jeszcze bardziej przypominały wąskie szparki.
— Ta, dokładnie tak. To przez jego włosy. Wyglądają właśnie jak taka… miotła. Ale pogadamy o tym może w pokoju?
— Okej, okej, stary! Wybacz. — Francisco położył dłoń na sercu z poważną miną… i chyba naprawdę był przy tym poważny. A potem znowu władował do ust kilka wielkich brokułów z ciągnącym się serem. — Wyśmietanite… — zaburczał do siebie z rozkoszą na twarzy.
Sebastian uśmiechnął się znowu kątem ust.
— W ogóle, to jak mamy ze sobą mieszkać ten rok, to powiedz, co jeszcze lubisz poza zapiekanką z brokułami?
Francisco uśmiechnął się do niego pełnymi ustami i wychylił się ponad stolikiem z konspiracyjnym wyrazem twarzy.
— Lubię wysokie dziewczyny — szepnął i zaśmiał się, wracając do jedzenia.
A potem znowu się rozgadał, chcąc powiedzieć Sebastianowi jak najwięcej, zanim pójdzie na WF. Nie przeszkadzał mu rumor, nie przeszkadzało mu, że czasami nie rozumiał tutejszych ludzi. Był w nowym, ciekawym miejscu, a jutro… jutro czekała ich tajna misja obserwacji jednego z uczestników projektu. I chyba nawet go zobaczył, siedzącego kilka stolików dalej. Tak. Teraz już rozumiał, czym był „mop”.

*****

Dzisiaj wpisy do Dzienniczków zrobili:

Francisco Moreno – 05.09

Sebastian Moss – 02.09, 04.09, 05.09

10 thoughts on “Project Dozen – 4 – Przewodnik i obrońca

  1. Katka pisze:

    Tess, nooo, fajnie, że zabrałaś się za PD :D Haha no i te problemy z shipowaniem XD One się zawsze pojawiają, kiedy w opowiadaniu jest dużo postaci. A co by nie mówić, to w PD jest ich bardzo dużo. Niektórzy na pewno powiedzieliby, że za dużo XD Sebcio i Francisco czy Sebcio i Patrick – ja powiem, ze mi się obie te wersje podobają XD A co do bycia hetero, to jednak dopóki dojrzewanie całe nie przeminie, to nigdy nie wiadomo. Oj, wiele jeszcze się może zmienić. Ciekawa jestem, czy w toku czytania zmieni Ci się nastawienie do jakichś bohaterów. Ciekawie się będzie czytało komentarze, więc mamy nadzieje, że co jakiś czas dać znać o postępach.

  2. Tess pisze:

    Nie wiem z kim shipować Sebka ;_;
    Sebek x Francisco, bardzo, bardzo mnie kusi, ale z ich wypowiedzi na razie wnioskuje, że obaj są hetero, co mnie mega smuci, bo już przyzwyczaiłam się do myśli o nich razem (szybko, nie ma co), natomiast zastanawia mnie jeszcze połączenie Sebek x Patrick, takim love-hate nigdy nie pogardzę xD

    Na razie z całej ukazanej dwunastki nie lubię Julesa, chyba tak miał na imię/nazwisko? Tego od filmików na yt, No i ten od chórku mi się taki sztuczny wydaje (Jude? Poprawiajcie mnie jak coś pomyle). Kevin i Taylor jak na razie spoko ziomki, ale to się jeszcze okaże, nie chcę tak do końca chwalić dnia przed zachodem słońca xD

  3. TigramIngrow pisze:

    „Na szczęście nieświadomego tego Francisco, nie groziło mu coś podobnego w obecności syna dyrektora. Sebastian był dość… nietykalny.”
    Rozgrzewa to moje małe serduszko, bo Franio jest taki tulaśny, a bez problemu widzę Sebastiana w roli obrońcy. Słoooodko.

  4. Katka pisze:

    Basia, fajnie, że przejęzyczenia się Francisco są fajne :) Zawsze dobrze jest, kiedy postać wyróżnia się sposobem mówienia. I widzę, że nie tylko przejęzyczeniami Francisco bawi, hehehe. A co z futbolistami… a kto ich tam wie? Zobaczymy, zobaczymy. Francisco ma szczęście, że się szlaja z synem dyrektora :)

  5. Basia pisze:

    Witam,
    rozdział jest genialny, och bardzo mi się podobają te „przejęzyczenia” Francisco dodają takiego klimatu, no i zbliża się do pierwszego zadania… pomysł z dzienniczkami jest ekstra, przez dwadzieścia minut chichrałam się z wpisu Francisko, a zwłaszcza jego końcówki ;] mam nadzieję, ze futboliści czy ktoś inny nie będzie chciał się odegrać na Fracnisko, no bo teraz był przy nim Sebastian, ale on nie zawsze będzie jednak przy nim….
    weny…
    Pozdrawiam serdecznie

  6. Shivunia pisze:

    Anna >> Dobrze ich naukowcy pod względem psychologicznym podobierali. Ale też dobrze, że wyszło z tego coś słodkiego ;)
    No, na razie będzie spokojnie, co by mogli się rozkręcić. Plus mają na zadania cały rok, od razu z grubej rury nie można. Trzeba stopniować wchodzenie na coraz głębszą wodę. Bo inaczej się potopią. Jakimi metaforami rzucam XD
    A domysłami można się dzielić ;) zachęcamy wręcz i także pozdrawiamy ;)

  7. Anna pisze:

    Rozdział jak zwykle szalenie mi się podobał i bardzo się cieszę, że było w nim tak dużo Francisco i Sebastiana. Słodcy są razem. No i równie wielka radość sprawiło mi przyszłe zadanie dla Woodrowa. Jestem go bardzo ciekawa, mimo tego iż wcześniej było wspominane, że zaczną raczej spokojnie. Cóż pozostaje tylko cierpliwie czekać i posnuć trochę domysłów.
    Pozdrawiam

  8. Katka pisze:

    Tigram, zgadzam się, nazwisko ma słodkie :) Byłoby uroczo, jakby ktoś tak na niego wołał. Widzę, że ogólnie obawiasz się o kontakty chłopaków z projektu, skoro tak Cię uspokaja fakt, że ta dwójka nie jest stricte w ich rolach. A te zdrobnienia chłopaków… szczególnie zabawny jest Franio XD Dobrze, że ma takiego Sebastiana, dzięki któremu nie jest spychany maksymalnie do roli pośmiewiska. No a nastolatki to nastolatki, niestety takie zagrywki muszą być, by wyglądało to na naturalne szkolne otoczenie XD

    Saki, dwaj wrogowie zmuszeni pracować razem to zawsze zabawne przy obserwacji wydarzenie. Będą musieli przełknąć dumę i współpracować, jeśli chcą, żeby z tego cokolwiek dobrego wyszło niestety. Może być ciekawie :) Oooch i taaak, Sebastian musi chronić swojego chłopaka z wymiany, też lubię to określenie XD Fajnie, że są dla Was na tyle zajmujący, że chcecie ich widzieć razem. Cóż, zobaczymy, co z tego będzie. Na razie Sebastian nie ma w swoim słowniku „kochanek”, a „przewodnik” i „obrońca” jeśli chodzi o jego stosunki z Francisco. A odstępy czasowe niestety są konieczne i mam nadzieję, ze rzeczywiście to oczekiwanie jednak się opłaca :) Zgadzam się też z tym, że dredy są cudne :D Mrrrr. A spodnie Francisco jeszcze kiedyś przejdą do legendy, mówię Wam XD Dzięki wielkie za literówki :)

  9. saki2709 pisze:

    Jejciu, jak ja ich uwielbiam. Oczywiście mam na myśli szczurki XD Patricka nadal nie lubię. Jak tylko przeczytałam, że mają robić jakiś projekt w parach, to po prostu wiedziałam, że p. Smog sparuje Sebastiana z Patrickiem. Dwaj wrogowie pracujący razem dla wspólnego celu, którym jest dobra (a raczej bardzo dobra, bo coś czuję, że pan przewodniczący zrobi wszystko, żeby wyszło idealnie). Może być ciekawie XD
    Uwielbiam Frania i to jego przekręcanie słów.
    Seba z przewodnika stał się obrońcą. A jak. Musi przecież chronić swojego chłopaka z wymiany XD Oj tak, sam się prosił o ten podtekst XD A ja bym nie pogardziła, jakby serio byli razem.
    Mam wspólną cechę z Francisco- też nie lubię wcześnie wstawać i mam słaby zmysł orientacji w terenie (mam się czym chwalić, nie ma co XD).
    Woody będie miał jako pierwszy zadanie? Juhuu XD Czyli będzie w następnym rozdziale? Już się nie mogę doczekać. Dlaczego te rozdziały muszą być w tak dużych odstępach czasowych? Dobra, nie narzekam już. Podobno czekanie wzmaga apetyt, przez co danie lepiej smakuje. Ciekawa jestem zadania, jakie dostanie Woody.
    Ten „mop” mnie rozwalił XD Ale serio, co oni mają do jego dredów? Ja je kocham <333
    Francisco się kiedyś doigra, jak będzie tak kusić Sebastiana tymi spadającymi spodniami. Nie, żebym miała coś przeciwko XD

    "- Damy radę, a projekt na pewno wyjdzie idealnie – dodał, uśmiechając się zarówno do syna dyrektora, jak i to nauczyciela."- "do", nie "to".
    "Człowiek po treningu głodny, chyba rozumiesz – odpowiedział jeden ze sportowców, nie to tłumacząc swoje zachowanie, ni to ratując dumę przed kumplami."- chyba miało być "ni to", a nie "nie to"?

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  10. Tigram Ingrow pisze:

    Jak dla mnie to ten duet może to odgrywać główną rolę, plus ewentualnie Tomas i Jolene. (Tak, wiem, że to nazwisko, ale jest słodkie!)
    Cieszy mnie to, że są poza konkurencją, zawsze to trochę bezpieczniej.
    Cóż mogę więcej powiedzieć. Seba jest opiekuńczy i ciepły w stosunku do trochę ciapowatego Frania, ale razem dają radę. Przyjemna scenka w jadalni, jak Seba wyprowadził biednego chłopaczka z niefajnej sytuacji. Ja naprawdę nie cierpię pastwienia się nad sobą w środowisku dzieci i nastolatków.
    To opko ma coś wspólnego z NM – w obu przypadkach cieszyłam się z rdz, bo wiedziałam, że po nim będzie FDTS.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s