Across The Cursed Lands II – 17 – Co myślisz o sobie?

— To rób ten obóz!
Nie lubił, kiedy William się szarogęsił! „Zróbmy to, zróbmy tamto, tak, a tak będzie lepiej.” Najpierw przy kopalni mówił, co mają robić, jakby Jefferson sam nie wiedział, a teraz jeszcze kiedy i gdzie powinni rozbijać obóz! Wielki traper nagle się z niego zrobił!
William widział, że Jefferson znowu był na niego zły, więc nie powiedział już nic, tylko zeskoczył ze swojego wozu. Odłożył też na niego kapelusz i… chcąc zrobić jakieś dobre wrażenie na swoim towarzyszu, zaczął odpinać Pigmenta.
Jefferson nie ruszył się. Złożył tylko ręce na rożku swojego siodła i z obojętną miną oglądał poczynania blondyna. Czekał na jego błąd.
Widział, że lekarzowi idzie bardzo opornie. Mocował się z uchwytami i wreszcie miał problem z pasami, które Jefferson zawsze bardzo mocno zapinał. Trzeba było je naprężyć, żeby odpiąć, a tego William nie potrafił zrobić. Odetchnął jednak do siebie, nie chcąc się ośmieszyć. Sięgnął do kieszonki w marynarce po rękawiczki i spróbował z ich pomocą naprężyć pas. A Ranger tylko patrzył, jak powoli słońce coraz bardziej zachodzi. W czasie tych męczarni Williama pokonaliby jeszcze dobry kawałek drogi. Ale nie, William wiedział lepiej, co robić. Więc niech sobie radzi, skoro był taki mądry — takie i podobne myśli przechodziły przez głowę Jeffersona.
Sporo czasu minęło, nim lekarzowi udało się odpiąć pas z jednej strony. Na szczęście Pigment był cierpliwy. W przypadku Oficera mogłoby być zgoła inaczej, choć zapewne William w ten sposób by się do niego nawet nie zbliżał. Teraz jedynie obszedł Pigmenta, aby odpiąć pas z drugiej strony i znowu minęło kilka dłuższych chwil. Wreszcie jednak srokaty ogier był wolny, a William zasapany.
Jefferson natomiast miał coraz lepszy humor. Niezwykle bawiło go to przedstawienie. Tym bardziej, że nie planował w ogóle pomagać lekarzowi, dopóki ten nie powie mu, co ma robić. Aktualnie więc miał okazję oglądać, jak lekarz wyciąga z wozu dwa grube koce i rozkłada je na miękkiej trawie nieopodal brzegu jeziora. Następnie zaczął zbierać drewno na opał, nie patrząc na Jeffersona, ani nic nie mówiąc.
Ranger jeszcze chwilę się temu przyglądał. Spojrzał na niebo. Pojawiały się na nim pierwsze gwiazdy, a ogień nadal się nie palił.
— Ciemno jest — rzucił od niechcenia.
— Przegoń te chmury znad swojej głowy, to może chociaż blask księżyca nas oświetli — lekarz zripostował chłodno, odnosząc się do jego złego humoru sprzed kilkunastu minut. Nie uniósł jednak przy tym spojrzenia i zaczął układać drewno w miejscu przeznaczonym na ognisko.
— Jak poetycko. Planujesz zacząć pisać wiersze o gwiazdkach i nocnym niebie? Tylko, że wiesz, radzę się pospieszyć, bo jest ciemno, a my nadal nie mamy ognia.
— Nie bądź uszczypliwy, Jeff, to nieuprzejme — William zwrócił mu uwagę i wrócił się do wozu po zapalniczkę. Z tym już nie było większych problemów. Może ze znalezieniem jej w tych ciemnościach tak, ale z rozpaleniem ogniska już nie i po chwili to zaczęło się coraz wyżej palić, oświetlając przygotowany przez lekarza obóz.
— Mędrkowanie, jakbyś zjadł wszystkie rozumy, też nie jest uprzejme, William — Jefferson odburknął, zsiadając w końcu z konia. Poklepał jeszcze go po pysku, po czym sprawnie zdjął mu i lejce i siodło. Położył to wszystko tuż obok ogniska.
— Jesteś zły, bo zauważyłem, że to dobre miejsce na obóz? — William spojrzał na niego z powątpiewaniem, zabierając jeszcze ze swojego wozu kawałek chleba z serem, który miał jeszcze z miasteczka na skraju lasu.
— Jestem zły, bo mnie pouczasz. Ja ci nie mówię, jak masz opatrywać rannych, a ty non stop mówisz mi, co mam robić.
William rozumiał coraz mniej. Dał temu wydźwięk, kiedy usiadł przy ognisku.
— Nie rozumiem, do czego chcesz doprowadzić tą kłótnią, Jeff.
— Do niczego, panie-ja-wiem-lepiej! — Jeff burknął pod nosem, także wyjmując jedzenie z juków.
Oficer i Pigment stanęli przy brzegu, by napić się wody. Byli obojętni na kłótnie ich właścicieli.
— Ale i tak jesteś na mnie obrażony — stwierdził William, a gdy Ranger usiadł obok przy ogniu, wyciągnął do niego urwany kawałek chleba. — Chcesz skosztować? Jeszcze smakuje jak świeży.
Jefferson jęknął i przewrócił oczami. Urwał kawałek chleba. Nieduży, aby nie objadać Williama.
— Bo cały czas mówisz mi, co mam robić, jak mam robić i kiedy — mruknął, powtarzając się, ale jak miał inaczej to wytłumaczyć?
Z kawałkiem mięsa zaczął jeść pieczywo.
— Nie, Jeff, zawsze zostawiam ci decyzję, gdzie i kiedy robimy obóz. Jeśli do tego pijesz, tym razem zasugerowałem miejsce i porę dlatego, że mam nagłą i silną potrzebę się z tobą kochać — William wyjaśnił spokojnie i zagryzł ser chlebem.
— Zawsze ją masz. Nie zbawiłoby cię pół godziny — Jefferson odmruknął z pełnymi ustami, nie chcąc wiedzieć, od czego Williamowi się ta „nagła” potrzeba pojawiła.
— Jesteś takim seksownym mężczyzną, Jeff, że każda zwłoka jest bolesna.
— Nie czaruj — Jefferson prychnął, ale w końcu przełknął jedzenie i sam wychylił się do Williama, by pocałować go w usta. — Mówię ci tylko, że nie podoba mi się, jak bez przerwy się rządzisz. Potrenuj z innym tonem.
William na chwilę zapomniał języka w gębie, a wszystko przez tego spontanicznego całusa. Zdołał więc jedynie przytaknąć i westchnąć głębiej, wciąż z drobnym okruszkiem sera w kąciku ust.
— I patrz jak jesz — Jeff znowu go skarcił i strzepał mu z ust jedzenie. Gestem dalekim od seksownej delikatności. Sam też wziął kolejny kęs do ust, zapatrując się w mizerne ognisko.
Lekarz nie skomentował tego pouczenia, tylko powoli dojadł swoją kolację. Potem zdjął buty i wyciągnął stopy bardziej do ogniska. Westchnął cichutko i na myśl o tym, dlaczego tutaj się zatrzymali, pomasował się delikatnie po kroczu.
Gest nie umknął uwadze Rangera, ale na razie postanowił go zignorować. Wstał, aby dołożyć trochę do ognia, skoro myślał o rozbieraniu się, a nie chciał, aby było zimno. I przy okazji mógł zebrać trochę opału na później.
William powiódł za nim spojrzeniem. Nie dało się nie zauważyć, jak dokładnie śledziło ciało Jeffersona. Każdy skrawek, każdy ruch. I w przypadku lekarza to wystarczyło, aby jego członek delikatnie zaczął sztywnieć. Dlatego też odpiął pas z kaburą i odłożywszy go na bok, rozpiął jeszcze dwa guziki w swoich spodniach.
— Będziesz se trzepał, patrząc, jak dokładam do ognia? — Jefferson burknął pod nosem. Nie musiał się odwracać. Słyszał. I trochę go to podniecało, gdy tylko sobie wyobrażał sztywnego penisa Williama, ale nie zamierzał się do tego przyznawać.
— Nie, czekam, aż przy mnie usiądziesz i pozwolisz się dotknąć.
Ranger przewrócił oczami, ale w końcu, kiedy ze wszystkim skończył, usiadł obok Williama.
— Hm?
Lekarz przemknął swoim błękitnym spojrzeniem po jego przystojnej twarzy. Potem podparł się dłonią o koc pomiędzy ich ciałami i wychyliwszy się do Jeffersona, pocałował go z boku w szyję. I jeszcze raz, i jeszcze… Powoli, wyczuwając wargami jego ciepłą skórę i żyły, a tym samym i tętno. A to z każdym pocałunkiem przyspieszało. Przy tym Jefferson tylko siedział i kątem oka obserwował blondwłosą głowę.
— Módl się, aby twoja narzeczona była daleko. Bardzo daleko.
— Nie mów o kobietach, kiedy jesteśmy tak blisko.
Dłonią, którą się nie podpierał, William podążył przez kolano mężczyzny aż do jego krocza, na które kilka razy nacisnął palcami.
Ranger stęknął nisko i napiął się bardziej. Chwilę patrzył na Williama ciężkim do określenia wzrokiem, po czym złapał go za ramiona i przewrócił na plecy, na jeden z koców. Pocałował go mocno w usta.
Blondyn najpierw cały się spiął na tak nagłe zagranie i odruchowo złapał Jeffersona za koszulę. Ale kiedy tylko poczuł jego gorące wargi, tak zachłannie wpijające się w jego usta, zmiękł na całym ciele, poza penisem, który mocno uwypuklił mu niecałkiem dopięte spodnie.
Po tym pierwszym szoku William odpowiedział na pocałunek i bardzo sprawnie i szybko zaczął rozpinać Rangerowi koszulę. Ten za to sięgnął do spodni Williama. Cały czas miał przy tym dziwne wrażenie, że powinien coś powiedzieć, coś zaznaczyć. Cokolwiek. Ale wyszło tak, że tylko po raz kolejny wcałował się w usta Williama, jednocześnie rozpinając mu całkiem spodnie.
— Mm… poczekaj… — William wymamrotał w jego usta, kiedy już rozpiął mu wszystkie guziki koszuli. — Zdejmij…
Jeff fuknął pod nosem. Klęcząc nad udami Williama, wyprostował się i mając za sobą ognisko, zdjął z siebie górę ubrania. Szarpał się chwilę z jednym mankietem, ale w końcu odrzucił na bok ciuchy. Jego szerokie ramiona, wyrzeźbione mięśnie i poważna w tej chwili twarz wyglądały… dobrze. Seksownie.
Od razu na jego klatce piersiowej spoczęły dłonie lekarza, który przesunął nimi po jego ciepłej skórze i odetchnął cichutko. Jego fascynacja ciałem Jeffersona ani odrobinę nie zmalała.
Przesunął dłonie w dół, przez jego niemal idealnie wyrzeźbiony brzuch i sprawnie zaczął rozpinać mu pas.
— Jeff, co myślisz o sobie? Swoim ciele? Że jesteś przystojny, podniecający? — rzucił przy tym.
Ranger ściągnął brwi, jakby nie zrozumiał pytania.
— Czemu pytasz? — mruknął. Wcale nie czuł się taki, jak go opisał William. Był przecież… sobą. Nawet na Williama za bardzo nie patrzył pod względem wyglądu. Jakby to było jego kryterium, na którym opierałby jakiekolwiek swoje kontakty erotyczne, to wcale by ich nie miał. Miał jakiś swój gust, ale nie tak sprecyzowany jak lekarz, więc nie wiedział, dlaczego ten tak się tego uczepił.
— Jestem ciekaw, czy jesteś świadom, że to… że to nie tylko moje libido — odpowiedział blondyn, a Jefferson nawet nie zauważył, kiedy został pozbawiony kabur, pasa i właśnie jego spodnie zaczynały być rozpinane. — Widuję wielu mężczyzn, nierzadko nagich, na stole operacyjnym, czy gdy mijamy ich w drodze… Ale żaden nie działa na mnie tak jak ty…
— I może chcesz mi powiedzieć, że to dlatego, że jestem tak przystojny? Że chcesz się ze mną pieprzyć przy każdej nadarzającej się okazji, bo podoba ci się, jak wyglądam? — Jeff spytał poważnie i znowu trudno było określić, czy podobało mu się to, co usłyszał, czy znowu miał jakieś wątpliwości. Nie chciał, żeby blondyn odpowiedział twierdząco. Jakoś dziwnie zależało mu na tym, aby przyciągało go do niego z innego powodu.
— Chcę ci tylko powiedzieć, że ty cały… — William obsunął mu spodnie w dół. — Że cały sprawiasz, że nie mogę oderwać od ciebie wzroku. To, jak dysponujesz tym ciałem przy swojej… naturalnej pewności siebie, obyciu w takim środowisku… — Zatrzymał wreszcie swoje dłonie i bardziej się uniósłszy, pocałował go w mostek. Powiedziałby więcej, bo nagle jakieś dziwnie romantyczne określenia tego, co jest między nimi, zaczęły atakować jego umysł, ale nie chciał, żeby z jakiegoś powodu przez to Ranger się odsunął. Nawet jeśli to, że czuł do niego coś więcej, coś skomplikowanego i bardzo intensywnego, sprawiłoby mu przyjemność. To był jednak Jefferson, który potrafił w dziwny sposób reagować na naturalne, ludzkie odruchy. — Chcę tylko powiedzieć, że cię lubię, Jeff.
Ciemne oczy młodszego mężczyzny spojrzały w dół na całującego go lekarza. Prychnął pod nosem i objął go ręką w ramionach.
— Czasami cię nie rozumiem, doktorku — mruknął, po czym własnym ciałem przewalił ich znowu na koc. Od razu, łapiąc jęk zaskoczenia w ustach Williama, pocałował go.
Ognisko grzało ich od tyłu, a wokół słychać było te typowe dźwięki natury. To szelest liści, to odgłosy ptaków, czy trzaskanie drewna. Było przyjemnie, a dwójce całujących się mężczyzn coraz cieplej.
Szczupłe dłonie Williama podążyły w dół ciała Rangera i zsunęły mu spodnie w dół, aż do kolan. Potem pomknęły po jego odsłoniętych, nieco owłosionych udach, aż na pośladki i biodra.
Jeff zamruczał w wargi blondyna i sam jedną dłonią, gdyż drugą podpierał się przy głowie Williama, zaczął go dotykać. Pod koszulą, po biodrach.
— Nnn… Jutro jesteśmy w drodze.
— Więc zróbmy to delikatnie — wydyszał lekarz w jego usta i znowu je cmoknął. Uwielbiał to, jak były ciepłe, rumiane i wilgotne. Jefferson miał tę przyjemną cechę, że mimo swojego braku wyjątkowego doświadczenia w takich pieszczotach, robił wszystko tak naturalnie, tak… instynktownie. William dobrze to czuł i podniecało go to. Na tyle, że wręcz odruchowo ścisnął oba jego pośladki, rozchylając je przy tym, a ciepło ogniska ogrzało szparkę Rangera.
Jeff jednak od razu zacisnął pośladki i spojrzał srogo na lekarza.
— A nie możesz się ograniczyć… bardziej? — spytał, mając nadzieję, że darują sobie pełny seks.
— Jesteśmy sami na pustkowiu, nie musimy nawet przejmować się gośćmi w pokoju hotelowym obok… Daj się ponieść, szczególnie, że jeszcze nie wykorzystaliśmy tego — mówiąc, William puścił jedną dłonią jego pośladek i sięgnął pod swoją koszulę, do fiolki z pomarańczowym olejkiem, którą zawieszoną miał na łańcuszku.
Jefferson ponownie ściągnął brwi. Nie podobało mu się to za bardzo.
— William… — burknął groźnie, ale nie dodał nic więcej. Przełknął ślinę. Czemu miałby się godzić i zdawać na dyskomfort podróży następnego dnia? Czemu to William się nie wystawi, jak są takie sprzyjające warunki? Nie chciał nawet myśleć o odpowiedzi, która mu się nasuwała.
Lekarz tylko odpowiedział głębokim spojrzeniem i sprawnie odwiązał fiolkę od łańcuszka. Trzymając ją w palcach, znowu sięgnął dłonią do tyłu ciała drugiego mężczyzny. Wychylił się i złapał jego usta w pocałunku, a Jefferson bardzo szybko poza wilgocią na wargach poczuł też lepki, śliski płyn na swoim rowku.
Stęknął nisko w usta lekarza i trochę boleśnie wbił mu palce w bok. Zacisnął też oczy na to dziwne uczucie. Ciepła od ogniska i chłodu tego… płynu. A przy tym w głowie znowu pojawiła mu się znajoma myśl.
— Nie spierdol tego — syknął, artykułując ją.
William wciągnął głęboko powietrze do swojej szczupłej klatki piersiowej, do której teraz lekko lepiła mu się koszula. Nie miał jednak zamiaru odsuwać się od Jeffersona tylko po to, aby się rozebrać. I nie odpowiedział werbalnie, tylko przytaknął głową, chcąc mu spojrzeniem przekazać, aby się nie obawiał.
Zamierzał odpowiednio zadbać o jego tyłek, aby było im obu komfortowo, więc gdy tylko wylał odpowiednią ilość nawilżenia, przesunął palcami pomiędzy tymi seksownymi, niesamowicie jędrnymi pośladkami i zrobił kilka stymulujących kółeczek wokół samego wejścia.
Jeff od razu odetchnął głębiej i przymknął oczy. Nie lubił, jak William go podchodził, ale już przyjemność sprawiało to, co robił z jego ciałem. Musiał go tylko kontrolować, aby nie wykręcił mu znowu jakiegoś numeru… Jednak ciężko było mu się skupić, kiedy był taki półnagi. Ze spodniami w kolanach, siedząc na wysokości ud lekarza i będąc tak stymulowanym.
Poza tym, że czuł wręcz sondujące spojrzenie tego przeklętego oka Williama na swoim ciele, co było oczywistością, po chwili do tych doznań jeszcze dołączył palec, który wtargnął przez jego krąg mięśni. Głęboko, poruszając się i podejrzanie szybko odnajdując ten wrażliwy punkt.
Jeff stęknął głośniej niż by chciał i opadł do przodu, opierając głowę o ramię lekarza. Mógłby go zadusić, że tak go zawsze podchodzi… ale może kiedy już skończy.
William nie komentował jego reakcji, ale nie znaczyło to, że go nie podniecały. Wręcz przeciwnie. Członek lekarza był już w pełnej erekcji. Chciałby więcej i więcej tych jęków i rumieńców u Jeffa. Dlatego też z dużym wyczuciem masował jego prostatę, drugą dłonią dla wygody odchylając sobie jego pośladek. I żeby nadmiernie nie przedłużać, ale i przygotować go odpowiednio, sprawił, że jego szparka jeszcze bardziej się otworzyła, gdy wsunął w niego kolejny palec i rozwarł je lekko.
Na to Jefferson jeszcze bardziej się spiął i uraczył Williama mocniejszym ściśnięciem jego ciała. Tak, Ranger zdecydowanie miał żelazny uścisk i jak ten był nawet podniecający, tak kiedy doświadczało się go na własnym ciele, było już mniej miło.
Nagroda dla Williama na jego szczęście też była. Jefferson poza spięciem się jęknął głośno i zaklął szpetnie zduszonym o jego ramię głosem.
Lekarz sam stęknął cicho, ni to przez ten uścisk, ni przez pożądanie, które wzbudzał w nim Jefferson. Mógłby słuchać jego odgłosów w nieskończoność i trwać tak przy ognisku, mocno z nim spleciony. Równocześnie jednak chciał więcej i więcej, więc niecierpliwie, ale sprawnie i ostrożnie pracował nad jego wejściem, z każdą minutą rozwierając je bardziej. Tak, że wreszcie było rozluźnione i na tyle wrażliwe, by każdy, najmniejszy dotyk sprawiał mężczyźnie przyjemność nie do opisania.
Gdy William wysunął z niego wilgotne palce, sięgnął na ślepo do swojego krocza i wydobył ze spodni członek.
— Na bok… czy wolisz tak? — wydyszał cicho, zostawiając decyzję Jeffersonowi.
Ten wziął jeszcze kilka głębszych oddechów, woląc nie myśleć, jak od samej palcówki jest podniecony. Zasłonił więc dłonią krocze i zsunął się z Williama. Położył się na brzuchu na drugim kocu. Już nic nie dodał, bojąc się, że głos zadrżałby mu z ekscytacji.
Williamowi penis drgnął w dłoni, jakby ktoś zaserwował mu wybitnie stymulującą pieszczotę. Sam widok Jeffersona w takiej postaci wzbudzał w nim skrajne podniecenie. Do tego fakt, jak ogień oświetlał jego oliwkową skórę… Szczególnie pośladki, które były wciąż śliskie od nawilżenia.
Lekarz szybko uniósł się i jeszcze obsunął Rangerowi spodnie niżej, aż do kostek. Nie zamierzał się kłopotać z jego butami. Nie miał na tyle cierpliwości w obliczu takiej sytuacji. Dlatego tylko wtarł jeszcze płyn w swojego penisa i podpierając się jedną dłonią z boku ciała Jeffersona, zaczął zanurzać członek w jego gorącym, wrażliwym wnętrzu.
Ranger stęknął i oparł czoło o materiał, na którym leżał. Nadal przy tym trzymał się za krocze i tylko zwiercił się biodrami i nogami pod lekarzem, aby się wygodniej ułożyć. Aby tak go nie rozciągało. Chociaż musiał przyznać, że przez to mazidło Williama było dużo bardziej gładko, ale i krępująco ślisko.
Czuł, że penis jego towarzysza zagłębia się coraz bardziej, aż wreszcie poczuł na swoich pośladkach jego jądra i podbrzusze. Usłyszał też głębsze westchnienie Williama, poczuł wilgotny pocałunek na karku… a zaraz potem penis zaczął się w nim poruszać. Płynnie, powoli, ale z każdym pchnięciem nabierając szybkości i coraz mocniej go pieprząc.
Nie było szans, aby Jefferson pozostał milczący jak grób. Już za drugim pchnięciem z jego ust wydobył się głośniejszy jęk. Aż nim przy tym wstrząsnęło po całym ciele. Nie zabrakło też przekleństw, które Jefferson zawsze wyrzucał z siebie, jakby nimi chciał zamaskować swoje jęki i stęknięcia.
William nie miał nic przeciwko tym dźwiękom, nawet jeśli to były bardzo paskudne bluzgi. Czuł pod sobą, jak taka penetracja działa na Rangera, co tylko potwierdzało pulsowanie jego wnętrza. Dlatego nie wahał się, nie zwalniał tempa, a wręcz dotykał go, gdzie tylko się dało. Po bokach, umięśnionych plecach, ostatecznie zaciskając palce na jego ramionach. Przy tym obniżył się jeszcze bardziej, by stykać się z nim i poruszał biodrami, wpychając w niego penisa.
Jeff zaburczał nisko i w końcu sam zaczął poruszać dłonią po swoim penisie. Dotykał swoje jądra i burczał to nisko i nieskładnie w koc, to znowu stękał, kiedy William mocniej się wsunął. A do tego to przeklęte jezioro niosło każdy dźwięk. I to była ta głusza według Williama? Tylko… tylko czemu on musiał tak dobrze sobie radzić?
W pewnym momencie Jefferson poczuł, jak posuwający go mężczyzna unosi mu wyżej biodra i wsuwa się w niego, jakby bardziej chaotycznie, mocniej i szybciej. Jakby miał za chwilę dojść, ale jeszcze się hamował. Do tego głośniejsze westchnięcia Williama świadczyły o zbliżającym się spełnieniu. I w końcu jego szczupłe palce mocniej ścisnęły boki Rangera, a z penisa wystrzeliło nasienie. Prosto do wnętrza Jeffa, bardzo głęboko, bo lekarz przy tym docisnął się do jego pośladków, aż je zgniatając.
Jeff zaklął szpetnie pod nosem, głównie na Williama. Znowu wyzywał go przeróżnie, od najgorszych albo jeszcze inaczej. Ciężko jednak było zrozumieć wszystko, bo młody mężczyzna mówił w koc, a do tego pojękiwał nisko co chwilę, mocniej sobie trzepiąc. Jego mięśnie drgały pod skórą seksownie.
William dyszał nad nim z wysiłku, czując, że ubranie jeszcze bardziej się do niego lepi. Nie wysunął jednak penisa, czując, że Ranger jeszcze nie skończył. Błądził za to dłońmi po jego bokach, aż w końcu sięgnął pod niego, odtrącił mu dłoń i sam zaczął go masturbować. Wiedział, że tak rozedrgany Jefferson robiłby to dłużej, a sam bardzo sprawnie go pieścił. Wiedział już, jak Jeff lubił, więc tak mu robił, do tego jeszcze ruszając biodrami.
— Podstę… pny… aaa…! — po tym nastały kolejne przekleństwa, a Jeff wygiął plecy, samemu ruszając biodrami. Wsuwał się w trzymającą go dłoń kompulsywnie, a jego ciało wręcz grało przed niebieskim okiem obserwującego go blondyna.
Gdyby Jefferson nie doszedł nagle, zapewne William podnieciłby się po raz kolejny. Na szczęście dość szybko poczuł ściskanie wnętrza Rangera i wilgoć na dłoni. Strzepał mu do ostatniej kropelki, a gdy tylko Jefferson przestał drżeć od orgazmu, puścił go i bardzo ostrożnie wycofał się z jego wilgotnego wnętrza. Potem pogładził lśniące pośladki i rzucił:
— Mogę cię teraz pocałować?
— Tam? — Jeff prychnął z lekkim rozbawieniem i chrypką po całym seksie.
— Nie… W usta — odpowiedział od razu William, nie chowając jeszcze penisa do spodni, ale wręcz opadł na koc obok Rangera.
— Jeśli już tak musisz — Jeff prychnął znowu i nie dał Williamowi się pocałować, bo sam przekręcił się w jego stronę, złapał go za kark i pocałował mocno. — Kiedyś cię uduszę normalnie.
— Wolałbym jednak dożyć starości — przyznał lekarz, ale nie chciał tak szybko przerywać, więc jeszcze raz wychylił się do Rangera i przytknął wargi do jego, bardzo ciepłych i przyjemnie miękkich ust. Odetchnął przy tym ciężej i nawet nieco się przytulił, całując się z nim z zapamiętaniem.
Jefferson też na razie nie przerywał, póki nie zrobiło mu się chłodno w pośladki.
— Mm… już. Dostałeś, co chciałeś — mruknął, unosząc się i siadając na boku. Chciał zdjąć buty i się wykąpać w jeziorze, skoro się przy nim zatrzymali.
— Źle to zabrzmiało w ten sposób — stwierdził William, który również zaczął się rozbierać, najwyraźniej zamierzając pójść jego śladem. Penisa miał wilgotnego od płynu, a ubranie całe się do niego lepiło. Nie zważał na to, że było już zupełnie ciemno.
— A jakby zabrzmiało lepiej? — Jeff wychylił się do swoich butów, zdejmując je, a następnie spodnie i bieliznę. — Trzeba koce wyprać, cholera.
— Nie dzisiaj, nie będziemy mieć na czym spać — zaoponował lekarz, który miał dużo więcej do zdjęcia, ale radził sobie szybko. — I lepiej by zabrzmiało, jakbyś powiedział, że mieliśmy dobry seks, niż że dostałem, co chciałem. Tobie też się podobało, prawda?
Jeff spojrzał na niego, kiedy wstawał już zupełnie nagi. Na wyciągnięcie ręki od lekarza.
— Tak. Nie było źle. Byle jutro też nie było źle, bo cię naprawdę uduszę. Idę się umyć — rzucił jeszcze na koniec i nago ruszył do zimnej wody jeziora. Zaklął krótko, kiedy wszedł od razu po łydki.
William przez moment tylko zapatrzył się na jego ciało. Tak idealne w tym blasku gwiazd, księżyca i słabego światła z ogniska. Westchnął do siebie i wręcz zamrugał powieką, trochę zaskoczony swoimi odczuciami. Choć sam nie wiedział, co myśleć. Nigdy jeszcze mu się nie zdarzyło być tak zafascynowanym jakimś mężczyzną. A im lepiej znał Jeffersona i im więcej czasu z nim spędzał, tym bardziej był pewien, że nie tylko jego ciało było… pociągające.
Otrząsnął się z tych myśli i również nago ruszył do jeziora.
— Zimna? — rzucił w stronę towarzysza, nim dotknął stopą wody.
— Trochę — odparł Ranger i kiedy wszedł do jeziora na odpowiednią głębokość, przechylił się do przodu i po chwili już płynął, oddalając się od brzegu.
William spojrzał za nim, ale nie miał zamiaru brać z niego przykładu. Obawiał się, że w jeziorze mogą żyć jakieś zmutowane ryby. Nie chciałby, aby jakaś odgryzła mu penisa. Wszedł jednak do połowy ud i zaczął się niespiesznie obmywać. Wykorzystał też fakt, że Jefferson odpłynął i zdjął z twarzy opaskę, aby porządnie się umyć.
Jefferson w tym czasie zrobił krótką rundkę i zaczął płynąć z powrotem w stronę Williama. Zatrzymał się jednak po pewnym czasie i zawisł w wodzie jak boja.
— Nie popływasz?!
— Obawiam się zmutowanych stworzeń morskich i twojego poczucia humoru, przez które mógłbym zostać przez ciebie podtopiony! Szczególnie po tej groźbie z uduszeniem — odpowiedział William, pochylając głowę na wszelki wypadek i myjąc sobie penisa.
Jefferson zaśmiał się. W międzyczasie też sam się mył, ale i…
— Nie wstydź się ta… — nie skończył zdania, bo nagle z pluskiem zniknął pod wodą.
William drgnął, najpierw zastygł, a potem wypuścił głośno powietrze z płuc. Zupełnie zapomniał o swojej opasce, która upadła mu do wody i zrobił kilka szybkich kroków w przód, wchodząc aż po pas i rozchlapując wodę.
— Jeff…! — zawołał z paniką, patrząc na miejsce, w którym mężczyzna zniknął.
Chwilę było cicho, a kiedy William już znowu miał krzyknąć z coraz większego przerażenia, czy znowu coś zrobić, Ranger wynurzył się i chłapnął w niego wodą. Od razu zaczął rechotać.
Lekarz zastygł, potem zapowietrzył się i sam chlusnął wodą w Jeffersona.
— Jeff…! — syknął z oburzeniem. Jak on mógł…?!
Ten nadal śmiał się jak opętany. Podpłynął jeszcze bliżej, po czym podszedł do Williama i złapał go za twarz. Pocałował go z rozmachem w usta. Był chłodny od wody.
— Sam się prosiłeś! — Zaśmiał się i odgarnął mu włosy na bok, aby widzieć całą jego twarz. — Chodź popływać. Nic ci niczego nie odgryzie.
William wciąż oddychał ciężko, patrząc na niego absolutnie roztrzęsionym spojrzeniem. Przetarł twarz dłonią, żeby się uspokoić i dopiero zauważył, że nie ma opaski.
— Zgubiłem… — wydusił. — Zgubiłem opaskę! Przez twoje podłe żarty, Jeff!
— Znajdzie się. — Jefferson złapał Williama za dłoń i pociągnął na głębszą wodę. Patrzył cały czas na jego twarz, ale nie wydawało się, jakby widział w ogóle różnicę pomiędzy tym, jaką widzi teraz, a tym, jaka jest z opaską.
Lekarz z początku był strasznie tym spięty, ale chyba zastąpiła to złość na sam żart i to, czym przeraził go Jeff.
— Myślałem, że coś cię wciągnęło…! — wyrzucił mu, ale podążał za nim na głębszą wodę. — Nawet nie wiem, co mógłbym zrobić w takiej sytuacji! Myślałem, że się utopisz!
— I co? Nie rzuciłbyś się, aby mnie ratować? I przestań, sam zacząłeś gadać o tym, czego się boisz. I znowu się spinałeś, musiałem wykorzystać okazję — Jeff mówił i cały czas szedł do tyłu, w końcu odrywając nogi od dna i odpływając trochę tyłem. Wydawał się tak dużo spokojniejszy i bardziej zadowolony po tym, jak zrobił świński dowcip Williamowi.
Ten odetchnął jeszcze ciężko, powoli się uspokajając, chociaż brak opaski sprawiał mu duży dyskomfort psychiczny. Cieszył się jednak, że było ciemno i jego blizna nie była aż tak widoczna.
Podpłynął w stronę Jeffersona, okrążając go. Jasne włosy przylepiały mu się do skroni i policzków.
— Skąd wiesz, czy tu rzeczywiście nie ma żadnych mutacji? — zapytał, wypluwając wodę, która nalała mu się do ust.
— Nie wiem — Jeff dryfował sobie na plecach i wydawał się zupełnie spokojny. — Ale też nie wiemy, czy w tym lesie nie ma kolejnej Wielkiej Stopy. Albo czegoś innego. Nie mogę cały czas się bać, Will, bo bym osiwiał.
— Nie musisz, jednak wciąż pozostajesz ostrożny, bo wiesz, że coś może czyhać. A skoro jesteś ostrożny, to znaczy, że myślisz o tych niebezpieczeństwach — zauważył lekarz.
Jeff prychnął pod nosem.
— Uważaj, bo znowu zanurkuję — zagroził z szerokim uśmiechem na ustach.
— Tym razem bym wiedział, że to podły żart i mógłbyś się topić do rana, a ja bym czekał, aż przestaniesz ze mnie żartować i wreszcie wyjdziesz… — William odpowiedział chłodno.
— Nie znasz się na żartach — Jeff mruknął, ruszając leniwie rękoma i patrząc w gwiazdy. — Nie musisz jej tak zawsze nosić — rzucił jakby od niechcenia, wsłuchując się jednak w to, jak William zareaguje. Wiedział, że był przewrażliwiony na punkcie swojej opaski.
William lekko stężał i opadł nieco niżej w wodzie, aż po nos. Szybko się wynurzył i odsunął z twarzy włosy.
— Nie znajdę jej teraz… I… naprawdę nie uważasz tego za gorsze niż… chociażby mój wcześniej opuchnięty nos? — dopytał, starając się brzmieć spokojnie, choć był spięty.
— Niespecjalnie. I nos mi się nawet podobał. Bo przypominał mi ten cudny dźwięk, kiedy ci go złamałem — prychnął, po czym lekko chłapnął w jego stronę i przekręcił się w wodzie. — Chodź, bo nam odmarzną — rzucił i zaczął płynąć w stronę brzegu.
William już nie skomentował jego słów. Nie chciał wracać do tamtego dnia. Szczególnie teraz, kiedy byli po cudownym seksie. Takim, w którym Jeff pierwszy raz od pobytu w Kansas City zgodził się być pasywny.
Popłynął za Rangerem i wreszcie obaj wyszli na brzeg. William cały się zatrząsł i szybko usiadł przy ognisku, żeby się ogrzać. Żałował, że włosy są na tyle mokre, że nie zasłonią jego twarzy, a raczej blizny w miejscu oka. Zerknął jednak szybko na Jeffersona, by upewnić się, czy rzeczywiście się nie krzywi na jego widok.
Ten w tej chwili nawet na niego nie patrzył. Szukał czegoś w rzeczach, nadal będąc zupełnie nagim i mokrym. Po chwili podszedł do Williama i zarzucił mu na ramiona nadający się do wytarcia materiał.
— Wytrzyj się, bo trzęsiesz się jak galareta. — Sam z drugim stanął przy ognisku, susząc się i wycierając. Pierwsze co założył to nawet nie bielizna, a buty.
— Dziękuję. — William chętnie skorzystał ze szmaty i wytarł się cały dokładnie. Wiatr od jeziora nie był o tej porze najcieplejszy, więc cieszył się, że już jest suchy, a ognisko dobrze się pali. Ognisko zapalone przez niego. Był z siebie dumny.
Potem poszedł jeszcze do wozu po białe spodnie stanowiące jego bieliznę oraz jakąś lekką koszulę. Już ubrany wrócił do ogniska.
— Chodźmy już spać — zaproponował.
Jefferson jeszcze musiał się ubrać, ale skinieniem głowy zgodził się. Już w spodniach i koszuli pogonił Williama, aby złożyć koce na jeden, podłożyć jako podgłówek siodło Oficera, który razem z Pigmentem stał na uboczu, przysypiając.
Kiedy tylko to wszystko ogarnęli i Jefferson położył się w swojej typowej pozycji na plecach, William odetchnął do siebie cichutko i dyskretnie. Ułożył się ostatecznie po lewej stronie mężczyzny, aby przytulić się do niego tak, by mniej było widać jego prawą stronę twarzy. Objął go w pasie i wsłuchał się w bicie jego serca. Takie, w którym czasami miał wrażenie, że utonie. I to nie dlatego, że było zdrowe i mocne, a więc medycznie doskonałe. Było mu już dziwnie znajome, indywidualne, takie, które poznałby wszędzie. Bliskie.

16 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 17 – Co myślisz o sobie?

  1. Katka pisze:

    Hoshii, widzę, że Jeff ma więcej niż jedną fankę, jeśli chodzi o „ulubionego bottoma” :D Zgadzam się, jest mega seksowny na dole :) William potwierdza. Och, a z tą opaską, to niestety nie chodzi tylko o to, co Jeff o niej uważa, ale sam William nie lubi swoich blizn. Na pewno każdy ma takie coś w sobie, czego nie lubi, nawet jak inni zapewniają go, że to nie jest złe. Ale na pewno Jeff mu pomaga trochę z tym wyluzować :) I podpisuję się, też bym to usłyszała z ust Jeffa XD So hot. I coś za dużo się uczysz, czuję przez Ciebie, że za mało się do swoich egzaminów przykładam XD

  2. Hoshii. pisze:

    jak to było, „im dłużej się na coś czeka, tym większa radość, jak się to już dostanie”? XD mój ulubiony bottom wrócił^_^
    Will mógłby już dać sobie spokój z tą opaską, wszak widać, że Jeffowi to nie przeszkadza.
    i Shiv, ja nie miałabym nic przeciwko, jakbym usłyszała: “Nie chce mu dawać, czemu on nie może być pasywny. Ale o matko, jak on się we mnie wsuwa… oooh, jak dobrze. Podrę się na całe mieszkanie, a potem nie przyznam że było mi dobrze.” z ust Jeffersona XDDD

    poza tym widzę, że bonusik dla mnie jest in progress, tyyyle szczęścia, że z radości pójdę się chyba uczyć. niech ktoś napisze za mnie egzamin z PNJJ’a, bardzo ładnie proszę?

  3. Katka pisze:

    Basia, Jeff szybciej ulega swoim prawdziwym pragnieniom, niż można by się było spodziewać. William nie ma zamiaru narzekać XD Rozpalony Jeff, z trudem hamujący jęki przyjemności, to coś wyyyyjątkowo seksownego. I tak, Willusiowi się obozowisko udało… chociaż oczywiście Jeff zrobiłby to lepiej. Ale jeszcze niedawno nasz doktorek przecież w ogóle nie próbowałby się do tego zabierać, więc postępy są. O matko, a podtopienie Willa…! Tego by doktorek szybko nie wybaczył XD

  4. Basia pisze:

    Witam,
    rozdział jest genialny… nie spodziewałam się, że Jefferson pozwoli tak szybko się zbliżyć Wiliamowi do siebie no i do tego jeszcze w takiej konfiguracji, ale cieszy mnie to i więcej Willa dominującego poproszę…. no i jak należycie zajął się partnerem… no, no proszę William sam zrobił całe obozowisko, nie obyło się bez uszczypliwości Jeffa, ale i tak „mieszczuch” sobie świetnie dał radę…. sam zbliżył się do Pigmenta aby go odpiąć, zajęło mu to trochę ale da radę… scenki w jeziorku wspaniałe…. sama pomyślałam, że Jeff chce podtopić Willa, bo nagle odpłyynął, więc co za problem zanurkować, podpłynąć i pociągnąć w dół… hahahha zmutowana ryba… Will przeżyje bez ręki, nogi, ale nie bez penisa ;]
    weny, weny…
    Pozdrawiam serdecznie i cieplutko

  5. Katka pisze:

    Aoi, nooo, tyle mizianka nad jeziorkiem nie było. Panowie chyba ewoluują na wyższe stadia związku. Co jest chyba na plus, bo nie tylko oni bardziej sobie mogą uświadamiać, czego na serio chcą, a i Wy macie mizianie do czytana XD „nasz doktorek znowu penetrował” – spodobało mi się to zdanie XD Ale spoko, Jeff nie byłby sobą, jakby w końcu nie chciał pokazać, kto tu jest górą. W końcu to męski mężczyzna. A nie jakaś panienka, co się boi na konia wsiąść XD (nie powinnam tego pisać, mój mentalny Will się obrazi) I sądzę, że wielu z nas by chciało ich popodglądać, och… Och i jak to słodko, że ktoś widzi plusy długiego braku seksu XD Dzięki wielkie za komenta i wenę :)

  6. Aoi pisze:

    Wstałam rano, przeczytałam rozdział i przemyślałam co napisać w komentarzu a teraz tak siedzę i nie pamiętam co miałam napisać, no wiec pełen spontan :P. Rozdział przeuroczo-seksowny tak dużo miziania nad jeziorkiem jeszcze nie było. Myślałam że mimo wszystko Jeff będzie stroną dominującą bo już tak dawno nie był dominujący w seksie, a tu proszę nasz doktorek znowu penetrował ^^. Aż sobie wyobraziłam Panią Kryminalną podglądającą ich gdzieś w krzakach, ja bym podglądała:D. Ojjj biedny Will co on zrobi bez swojej opaski.
    No powiem że ten długi brak seksu bardzo się przydał bo teraz cieszyłam się z niego bardziej od Nich. Weny życzę :D

  7. Shivunia pisze:

    Tigram >> No, zastanów się. „Nie chce mu dawać, czemu on nie może być pasywny. Ale o matko, jak on się we mnie wsuwa… oooh, jak dobrze. Podrę się na całe mieszkanie, a potem nie przyznam że było mi dobrze.” Ryan działa podobnie jak Jeff jeśli chodzi o dume i bycie na dole.

    O. >> ” niby o nic nie chodzi, a chodzi o wszystko” – fajnie to ujęłaś. I pytanie czy nie chcą o tym wszystkim mówić, czy sobie nie zdają sprawy z tego wszystkiego. Zakładam, że jednak druga opcja. Chociaż faktycznie, lekarz w tym przypadku wie dużo więcej ;)
    Co do opaski to się okaże ;) Zbyt integralna cześć Willa aby mu odpuścić.

    Illita >> O właśnie. Byłam blisko XD A Jeff by mnie zabił za takie porównanie, a ciebie za przytakiwanie XD

    Gordon >> Oj, nie wiem czy wybijesz, ostatnio dostałyśmy kilka komentarzy, że za dużo seksu piszemy. Upsik. No ale tu staramy się jak najbardziej wyrównywać ;) Aby dla każdego było coś miłego, plus, ATCL nie jest taką obyczajówką aby motyw przygody i intrygi mógł być na drugim planie za uczuciami bohaterów. To jest trochę takie nasze sprawdzanie się czy umiemy pisać coś bardziej rozwiniętego niż „ja cie kocham, a ty śpisz”.
    Williama faktycznie łatwo przestraszyć. I co się dziwi lekarzyna, że Jeff bezczelnie to wykorzystuje. Przecież wtedy jest tak zabawnie, a jak już pisałam Saki, Jeff jeszcze młody jest i głupi, a lekarz się daje, to co se będzie darował. Jeszcze się by bez tego za szybko zestarzał.
    Bardzo podobają mi się twoje domysły. To zawsze fajnie czytać jak ktoś coś snuje, jakieś podejrzenia, domysły. Nie raz zresztą w jakiś sposób tym się też zainspirowałyśmy. W ten czy inny sposób, więc nie ma co się wstydzić „kretyńskich teorii”.

  8. Gordon pisze:

    Ja sie chyba wybije bo mi sie na rowno podobaja rozdzialy z watkiem zagadkowym jak te gdzie jest seks. Ale nie bede narzekac ze teraz bylo to drugie xD Jeff ulega coraz latwiej i mialem taka sama podjarke jak Will w trakcie czytania. Zart w wodzie tez byl mocny, Willa latwo przestraszyc buahahaha. Sa sobie coraz blizsi i widza to coraz czesciej tak jak coraz wiecej wskazowek sie pojawia na drodze. Wczesniej mi sie wydawalo ze Smith i jego zgraja handluje narzadami ale do tego im kamyki chyba niepotrzebne, to teraz sie zaczynam zastanawiac czy oni czegos moze nie buduja. Ale nie mowie wiecej, bo palne jakas kretynska teorie ;p Oby tak dalej, laski, rozdzial zajebisty :D

  9. Illita pisze:

    Shivunia tsundere :D Ale to jest genialna myśl, że też wcześniej nie pomyślałam, Jeff się idealnie w to wpisuje!

  10. O. pisze:

    Haha lubię te ich podchody w rozmowie, niby o nic nie chodzi, a chodzi o wszystko xD Na usta ciśnie mi się zdanie, że kobiety mają zawsze rację, ale Will poczuje się pewnie urażony… Więc zmieńmy to – lekarz wie lepiej xD
    Końcówka to takie jakby ptasie mleczko <3333 Słodkie i lekkie <33
    Też jestem ciekawa jak się zachowa z rana Doktorek, może sobie jakąś nową opaskę uszyje?

  11. Shivunia pisze:

    Illita >> Ah te niewielkie niedogodności nocnych rozdziałów. Ale patrząc na to z drugiej strony, dobrze pośmiać jest się przed snem, tak dla rozluźnienia. Na pewno dobrze wpływa to na zdrowie.
    A co do poczucia humoru, cóż, Williama też by to pewnie śmieszyło, już nie raz udowodnili że obu śmieszą tak samo durne rzeczy, ale niestety, tym razem żarcik był w jego stronę. Jednak w dobrej wierzę. Jeff udowodnił po raz kolejny, że największa Wada Williama, wg lekarza, mu nie wadzi.
    „Ah, kocham to opowiadanie!” – miło to słyszeć.

    Tigram >> Gdyby tak na co dzień można było dostać 4+. Niestety nie ma tak łatwo, więc chociaż fajnie, że to nawet nieźle wychodzi. Jeff dziękuje za gratulacje za durny żart ;)

    Saki >> I tak miało zabrzmieć, znaczy… mówię to jako autorka, chociaż Jeff, to niestety dość ograniczony a raczej bardzo wstydliwy jegomość jeśli o niektóre rzeczy chodzi. I tak, duma też ;) Dlatego tak palnął, bo chyba by się spalił ze wstydu, jakby miał powiedzieć ” wow, ale zajebiście mnie przeleciałeś William”… aż nawet za takie sugestie mentalnie mnie dusi. Cóż, własnie widzę, ze pod tym względem jest podobny do innego naszego pasywa ;/ shit….
    Nie wiem co by Jeff powiedział. Pewnie by go zatkało. Albo by zjebał atmosferę XD
    Oj wredne wredne tu nikt w czasie dzieciństwa nikogo nie straszył, albo coś? A toż to młody facet, który od młodu pracował, więc jeszcze mu nie przeszło. Tym bardziej, że teraz ma z kogo się ponabijać. Bo wie że jak przegnie to jakoś Willa podejdzie. … ta wredny jest XD I taaaa, coś mu świta w głowie, czego chce, ale przecież lepiej udawać że nie. Jeeez, stworzyłam Tsunade, czy jak to się nazywa…eh
    I jeśli chodzi o sen, to też się nie wyspałam… Dla mnie wiec brzmisz składnie.
    I dzięki za błędy ;*

  12. saki2709 pisze:

    Nareszcie! :D Uwielbiam Jeffa na dole. Jest taki słodki z tymi swoimi reakcjami. Tylko to „dostałeś co chciałeś” zabrzmiało trochę, jakby zrobił Willowi łaskę, że mu się oddał. A jemu naprawdę się to podobało. Ale chyba jego duma nie pozwala mu powiedzieć tego powiedzieć głośno.
    Ciekawe co by Jeff powiedział, gdyby zamiast tego „lubię” Will powiedział „kocham”…
    Jeff to wredne stworzenie jest. tak przestraszyć biednego Willa… Mało na zawał nie zszedł, a on jeszcze tak bezczelnie rechotał XD Coś mi mówi, że Will będzie sobie musiał poradzić bez opaski… przynajmniej na razie. No, chyba że jakimś cudem się znajdzie…
    Mam jakieś dziwne wrażenie, że Jeff wyjątkowo szybko uległ doktorkowi. Will nie musiał jakoś specjalnie naciskać.
    A to „uduszę cię” a zaraz potem myśli w stylu „ale jak skończysz” Jeffa mnie rozbroiło. Trzeba mieć tylko nadzieję, że Jeff będzie mógł następnego dnia usiąść w siodle, bo Will znowu może dostać szlaban na tyłeczek Jeffa. No bo ten raczej nie spełniłby obietnicy i go nie udusił.
    Nie mogę się doczekać następnego rozdziału.
    Dobra, kończę i idę się zdrzemnąć. Mam nadzieję, że nie wyszedł mi bełkot. Nie wyspałam się.

    „Oficer i Pigment stanęli przy brzegu, by napić się wody. Były obojętne na kłótnie ich właścicieli.”- skoro mowa o Pigmencie i Oficerze to nie powinno być raczej „Byli obojętni”?
    „Strzepał mu do ostatniej kropelki, a gdy tylko Jefferson przestał drzeć od orgazmu, puścił go i bardzo ostrożnie wycofał się z jego wilgotnego wnętrza.”- a nie „drżeć”?
    „Obawiam się zmutowanych stworzeń morskich i twoje poczucia humoru, przez które mógłbym zostać podtopiony!”- „twojego”. Co miałoby robić morskie stworzenie w jeziorze? Chyba że zmutowanemu to wszystko jedno.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  13. Illita pisze:

    Wszyscy śpią a ja rżę jak nienormalna :D Chyba mam podobne poczucie humoru do Jeffa, bo niesłychanie mnie bawią jego głupie żarty, mimo że Willa mi szkoda. A wzmianka o cudownie brzmiącym odgłosie łamanego nosa była wyborna! Baardzo przyjemny seks. A ten fragment: „I to nie dlatego, że było zdrowe i mocne, a więc medycznie doskonałe. Było mu już dziwnie znajome, indywidualne, takie, które poznałby wszędzie. Bliskie.” mnie zupełnie rozczulił <3 Tak słodko :D Ah, kocham to opowiadanie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s