No Exit – 2 – Menu

Wysoki, niemalże napakowany mężczyzna stał przed lustrem, ubrany jedynie do połowy ciała w obcisłe, uwydatniające jego mięśnie spodnie. Poza tym był umalowany na skórze farbą kosmetyczną i właśnie zmazywał ją sobie z twarzy gazikiem. W takich chwilach żałował braku prysznica w klubie, a wiedział, że w małej umywaleczce w toalecie nijak by się nie umył. Przy tym, oczywiście, w ustach już trzymał tlącego się papierosa.
Przez otwarte drzwi słyszał, jak do garderoby obok, w której właśnie przebierał się Marvin, ktoś wpada i głośno zachwala występ. Tym kimś, sądząc po dość wysokim głosie, był ich choreograf, Peter Murphy. Bez problemu go słyszał, skoro jedyna ściana dzieląca ich maleńkie garderoby była wykonana z płyty gipsowo-kartonowej na drewnianym stelażu.
— No, chłopcy, zajefajnie wam to wyszło! Tylu namiocików to ja od czasu wyjazdu do Palm Beach nie widziałem! Byliście boscy!
Jasper przewrócił oczami. Ostatnimi czasy, a konkretnie od dwóch tygodni, starał się za nich dwóch. Musiał robić cokolwiek, aby nie myśleć o wszystkich facetach, z którymi spotykał się jego kochanek. Ten co prawda grzecznie meldował mu, że z jakimś wychodzi się pieprzyć, co dawało czas Jazowi na ochłonięcie i przygotowanie się mentalnie. Jednak w efekcie Jasper pracował nad ich nowymi układami ponad zdrową normę. To wszystko po to, by nie zadręczać sobie głowy bogatym życiem erotycznym Marvina.
Nie zdążył nawet skończyć zmywać z siebie grafitowej farby, gdy i do jego garderoby wpadł Peter, prawie trzydziestoletni mężczyzna, eteryczny i strasznie chudy.
— Jaz, już mówiłem twojej „partnerce”, ale jeszcze raz gratki! Było… fascynująco! — zawołał od progu, opierając się o futrynę swoim kościstym bioderkiem. Uśmiechał się z podziwem i dumą wobec samego siebie, jakby to on był chwilę temu na scenie i odtańczył ponad pięciominutowy występ. Jego usta w trakcie największej euforii potrafiły się rozszerzyć do naprawdę dużych rozmiarów, co nie raz zdarzyło się obu tancerzom pomiędzy sobą skomentować. Zawsze kończyło się to wnioskiem, że partnerzy Petera muszą być z tych zdolności wyjątkowo radzi.
Mężczyzna uśmiechnął się do niego z petem między wargami.
— Dzięki. Trochę… pomyślałem, że trochę małych zmian dobrze zrobi występowi.
— Było cacy! Inwencja własna jest kluczem do sukcesu. Ślicznie, chłopcy, ślicznie! No, dobra, ale ja was zostawiam, bo jeszcze mam do ogarnięcia trochę, no nieważne, to spadam… — mówił dalej rozemocjonowanym głosem, znikając już w wąskim korytarzyku, który łączył część dla gości z zapleczem dla tancerzy.
Za to kiedy Jaz odwrócił się ponownie do szerokiego lustra zajmującego całą przestrzeń za jego toaletką, zobaczył w jego odbiciu Marvina. Nie miał już na sobie tego męskiego gorsetu, w którym występował, ani szminki czy resztek makijażu. Wciąż jednak był w kabaretkach i wysokich, srebrnych szpilkach. Stał oparty bokiem o futrynę, między kolejnymi pomieszczeniami, emanując tym swoim przyciągającym seksapilem.
— Taka inwencja mnie się też podobała… — zamruczał cicho. — Kreatywny jesteś ostatnio.
Jaz spojrzał na niego, a raczej zmierzył go wzrokiem. Od góry do dołu. Przełknął ślinę i odwrócił się, wracając do zmazywania z siebie farby. To była wyjątkowo mozolna czynność przy takim nawale farby. Masa brudnych wacików leżała już w koszu pod toaletką, a on nawet nie zbliżał się do końca.
— Jakoś tak wyszło. I inspirujesz mnie — dodał już z lekkim uśmiechem. Nie był to jednak zbyt dobry komplement, skoro przedstawienie poza mocnym, erotycznym akcentem skupiało się na pokonywaniu i upadlaniu „tego złego”, którego grał Jaz, jako bardzo seksowna kostucha.
— Pete, jak widać, uważa, że to dobrze — stwierdził Marvin, podchodząc do niego z idealną gracją jak na mężczyznę w szpilkach. Nie zachwiał się ani razu, gdy pokonał dzielącą ich odległość i objął Jaza od tyłu za szyję. Gdyby ktoś teraz wszedł do garderoby, miałby doskonały widok na jego wypięte pośladki w lateksowych stringach.
— Ty już nie? — Jasper odpowiedział pytaniem, patrząc na niego w lustrze. Połowę twarzy miał już w swoim zwykłym kolorze, a drugą jeszcze szaro-białą, z dodatkami czarnego koloru. Miało to imitować kościstą czaszkę.
— Jesteś nieswój — skomentował Marvin, patrząc na jego odbicie. I bynajmniej nie chodziło mu o to, że połowa twarzy jego kochanka wciąż była… „martwa”. Czuł, że coś nie gra.
— Czemu tak mówisz?
— Bo tak czuję.
Jaz wzruszył ramionami. Sam nie wiedział, co na to odpowiedzieć.
— Nie wiem. Może jestem zmęczony — zbagatelizował więc.
— Poproś o wolne — zasugerował Marvin, powoli przesuwając palcami po jego torsie.
— Nie aż tak! — Jasper zaśmiał się, wiedząc, że nie w przepracowaniu leży jego złe samopoczucie. Więcej z tym wspólnego miało to, że jego… że Marvin w ciągu trzech tygodni spotkał się już z sześcioma kolesiami i zawsze, gdy wracał do domu, Jazowi nawet nie chciało się z nim całować, a co dopiero mieć z nim seks. Nie pocieszał fakt, że każdą inną chwilę wykorzystywali w stu procentach. I może przez to jeszcze wyraźniej widział ten kontrast.
— Nie? Więc wystarczy, jak zrobię nam dobrą kolację przy świecach z sześciopakiem piwa i butelką nowego, rozgrzewającego luba? — Marvin kusił cichym głosem, mówiąc tuż do jego ucha. W duchu martwił się o mężczyznę. Widział, że wiele na siebie bierze, a nie chciał, aby po miesiącu takiej harówy padł z przemęczenia.
Jaz uśmiechnął się. Sięgnął jedną ręką do twarzy kochanka, drugą wyjął papierosa z ust i wykrzywiwszy głowę, pocałował Marvina.
— Mhm. Wystarczy. Naprawdę nie musisz się martwić. Możesz najwyżej mi pomóc chociaż część tego cholerstwa z siebie zmyć — dodał i zgasił papierosa.
Marvin przytaknął i uniósłszy się, sięgnął po wacik z śmiesznego, różowo-białego pudełka w serduszka oraz po odpowiedni preparat. Potem usiadł kochankowi na kolanach, czując, jak materiał bardziej opina mu krocze.
Rumor wciąż był słyszalny w tym niewielkim pomieszczeniu, które od głównej sali w klubie oddzielone było zaledwie wąskim korytarzykiem. Drzwi już do samej garderoby zresztą zwykle zostawiali otwarte, jakoś nie wstydząc się swojego ciała przy przebieraniu. Po prawej stronie od drzwi stały wieszaki z przebraniami, po lewej taborecik, a naprzeciwko toaletka i lustro. Czyli wszystko co niezbędne.
— Masz na coś konkretnego ochotę? Mięso? — zapytał Marvin, zaczynając zmywać kochankowi z twarzy farbę, gdy ten już zamknął oczy.
— Hmm… Chyba obojętnie. Może być w sumie. Dobrze będzie razem spędzić wspólny wieczór. Tak… wiesz, bez stresu.
— Do niedzieli jestem cały na twoją wyłączność — odparł Marvin, starannie pozbywając się farby. — Zrobię kaczkę, dawno nie jedliśmy.
— Spoko. A czemu do niedzieli? — dopytał się Jasper, kładąc mu dłoń na udzie odzianym w kabaretkę. Nie było to bynajmniej jego fetyszem, ale między niteczkami czuł ciepłą skórę mężczyzny, a ją już bardzo lubił.
— Może spotkam się z tym gorylem, który prosił nas o autografy ostatnim razem. Miał jakieś ciśnienie na striptiz. Bez seksu, strzepie sobie do tego tylko. Potraktuj to jako prywatny pokaz — wyjaśnił Marvin, namaczając w preparacie świeży gazik i wznawiając zmywanie makijażu.
Jaz, nadal mając zamknięte oczy, zacisnął tylko na sekundę zęby, a jego ręka na udzie drugiego mężczyzny nawet nie drgnęła. Zaczynał być mistrzem samokontroli po tym treningu, który fundował mu Marvin.
— Spoko. Robisz to charytatywnie?
— Nie, bynajmniej. Robimy podobne rzeczy na scenie, więc zapłaci dwieście dolców. Zwróci się za kaczkę. I może na jakiś gadżet dla nas do łóżka wystarczy… — dodał ciszej i bardziej wibrująco, owiewając usta Jaza powietrzem, gdy pochylił się lekko, a na koniec musnął jego wargi swoimi.
Młodszy tancerz uchylił jedną powiekę, by zerknąć na kochanka. Miał tego nie robić, ale samo cisnęło mu się na usta to, co myślał.
— Wkurzysz się, jeśli powiem, co o tym myślę.
Marvin wyprostował się na jego udach i spoważniał.
— Że się puszczam za kasę. Wiem, co o tym myślisz. Ale robisz to samo, Jaz… — Przesunął palcem po jego torsie i zrobił kółeczko wokół sutka. — Tylko w ubraniu.
— A to jest niestety różnica — Jasper zauważył poważnie, nie dając się zwieść tej pieszczocie. — Powiedziałem ci, że nie będę się wtrącać, jak będziesz się spotykał z kimś dla własnej przyjemności, ale, Marvin, dla kasy? — jęknął, już otwierając drugie oko i patrząc na kochanka surowo. Nie mógł inaczej. Tragicznie źle mu się to kojarzyło, a bardzo nie chciał w ten sposób myśleć o facecie, którego tak adorował.
— Mówiłem ci, że nie będzie z tego seksu.
— Będziesz jednak latał przed nim z gołym tyłkiem i chujem i będziesz patrzył, jak sobie do tego trzepie. Fakt, sztuka po całości!
— Twierdzisz, że ja… — Marvin wygiął stopę do tyłu, przesuwając butem po łydce kochanka — nie jestem w stanie tego zrobić tak, by była to sztuka? — Uśmiechnął się do kochanka, kokietując, o ile taki męski facet jak Marvin potrafił to zrobić. A potrafił. Zarówno mimiką twarzy, gestami, jak i barwą swojego niskiego głosu.
Jaz westchnął ciężko. Może i w wykonaniu Marvina nawet sprzedawanie się za kasę i bycie dziwką byłoby sztuką, ale i tak dalej mu się nie podobał ten pomysł. Już pod skórą czuł, że zepsuje to mu kolację. Nie chciał, aby ktoś tak cudowny jak Marvin był tak blisko bycia kurwą. Już nie wspominając o tym, że był zwyczajnie o niego zazdrosny.
— Jesteś… ale… — Odetchnął. — Zrobisz, jak uważasz, nie mogę ci przecież niczego zakazać — dodał dość ponuro, sucho.
Marvin ściągnął lekko brwi i odłożył brudny gazik. Milczał chwilę, zmazując mu resztki makijażu, a kiedy skończył, zapytał już swoim normalnym głosem:
— Wolałbyś, żebym po prostu się z nim przespał?
Jaz chwilę tylko patrzył na niego. Woleć, to on wolał, aby jego facet w ogóle z tym kolesiem się nie spotykał. Ale z dwojga złego…
Dudniąca muzyka docierająca przez cienkie ściany z głównej sali klubowej nie pomagała mu się skupić ani rozważyć, jaka odpowiedź będzie najlepsza. Miał świadomość, że w tańczącym tłumie kilka metrów dalej mogło być krocie facetów, którzy mieli tego przystojniaka, siedzącego mu teraz na udach. Krew się w nim gotowała, kiedy o tym myślał, a jednocześnie czuł się tym nieprzyjemnie zgaszony.
— Wolałbym, abyś robił coś dla przyjemności, a nie dla pieniędzy. Za bardzo mi na tobie zależy, aby w ogóle móc zdzierżyć, że będę jeść kaczkę, za którą ty zapłacisz w pewnym sensie swoim ciałem, a mnie nie będzie nigdzie w pobliżu, aby tego przypilnować.
— Przypilnować? Możesz pójść ze mną, jeśli chcesz — zaproponował Marvin, nie odnosząc się za bardzo do takiego określania tego, co robił. Nie czuł się dziwką. Był stuprocentowym mężczyzną. Tylko w szpilkach.
Jaz ściągnął brwi, patrząc swoimi orzechowymi oczami w jasne oczy drugiego mężczyzny.
— Tak?
— Tak — Marvin odparł prosto, zakładając mu luźno ramiona na szyi. Znowu delikatnie potarł wierzchem stopy w szpilce o jego łydkę. — Nie powinno być problemu, jak będziesz przy tym obecny.
Jaz zerknął w stronę ich nóg i dopiero dopytał o wątpliwość, która pojawiła mu się w głowie.
— A to nie będzie tak, że przyszedłeś z alfonsem? — prychnął i już wtedy wiedział, że te słowa nie powinny mu się nawet pojawiać w głowie jako myśli, a co dopiero wychodzić z jego ust.
Ostatnimi czasy Marvin zauważał, że jego zarówno kolega, jak i partner do łóżka nie rzuca w żartobliwy sposób dziwkarskich komentarzy tak jak wcześniej mu się to zdarzało. Te zaczęły być tylko przyporządkowane napiętym rozmowom i miały bardzo jasne, jednoznaczne przesłanie.
Marvin spojrzał mu ostrzej w oczy, po czym wstał z jego nóg. Zdjął szpilki i chwyciwszy je w dłoń, obszedł Jaza. Potem pochylił się nisko do jego ucha i szepnął:
— Pierdol się.
Po tych słowach wyszedł.
Jasper jeszcze obejrzał się za nim, ale nie wstał. Nic nie powiedział ani nie ruszył za nim. Oparł tylko łokcie o stolik przed sobą, odruchowo odpalił sobie papierosa i schował w dłoniach twarz. Nie zaciągnął się ani razu, a peta zgasił dopiero, kiedy ten zaczął śmierdzieć od palącego się filtra.
Jebało się.

*

Następnego dnia, kiedy Jaz wracał do domu z miasta, było już koło szóstej wieczór. Mieli wolny dzień, a Marvina od rana nie widział. Nie miał pojęcia, gdzie ten polazł, ale miał nadzieję, że nie do jakiegoś kolejnego faceta. Nie mówił w każdym razie, że się z jakimś spotyka. Choć po tej ostatniej wymianie zdań w garderobie nie rozmawiali ze sobą wiele i nie był pewien, czy Marvin nie był zwyczajnie obrażony i zamierzał tym razem nie informować go o swoim skoku w bok. Już zauważył, że seks był dla niego częstym sposobem na rozluźnienie.
Wyszedł na odpowiednie piętro w starej kamienicy, w której mieszkali i otworzywszy drzwi, od razu poczuł silny zapach jedzenia. Dobrego jedzenia. Do tego było zadziwiająco czysto, nawet w maleńkim przedpokoju. Za to z salonu świeciło się na pewno nie elektryczne światło, bo przez drzwi widział, że nieco migotało na ścianach.
Na chwilę aż przystanął i dopiero przypomniał sobie, że Marvin coś wspominał o jakiejś kolacji, którą niby zrobi. Nie miał w tej chwili jakoś na nią ochotę, ale na kłótnię też nie, więc przywołał na twarzy swój zwykły, radosny, nawet może trochę głupkowaty uśmiech i wszedł w głąb mieszkania.
— Mmm… Co tak pachnie?! — krzyknął od progu.
— Kaczka zapewne — usłyszał głos Marvina, który siedział na podłodze, na poduszkach przy ich salonowym, bardzo niskim stoliku.
Ten był nakryty zielonym obrusem, a na nim stał duży półmisek przykryty metalową pokrywką. Do tego dwa kwadratowe talerze z tej zwykle nieużywanej, gustownej kolekcji, dużo świec oraz dwie butelki wina. Jedna już prawie pusta, a Marvin właśnie sączył wino z kieliszka. Wyglądał tak… leniwie, seksownie, jak jakiś luksusowy dodatek do tego całego otoczenia.
Był ubrany w białą koszulę, ale niedopiętą na ostatni guzik. Miała luźno podwinięte rękawy, rozpięte kilka guzików od góry, a czarny, wąski krawat był mocno poluzowany. Na dole jeszcze czarne jeansy i bose stopy. I teraz patrzył lekko przymrużonymi oczami na Jaza, wywołując tę specyficzną chęć, a wręcz potrzebę zbliżenia się i pochwycenia go w swoje sidła.
Jasper ściągnął brwi i odłożył zbędne rzeczy na bok. Od razu kucnął obok mężczyzny. Cmoknął go w policzek i uśmiechnął się czule. Marvin był taki przystojny. W tym ciepłym świetle świec działał na niego jak ogień na ćmę. I ile by sobie nie mówił, że to, co mają między sobą, może go poparzyć i tak do niego się zbliżał, raz za razem.
— Mmmm, to zaraz zjemy, tak? I co? Już pijesz beze mnie? — zamruczał tuż przy jego uchu.
— Długo czekałem — wytłumaczył Marvin i położył palec na jego wargach. — I nie wolno całować.
Jaz zamrugał głupio oczami. To miała być jego kara za ten głupi tekst z alfonsem?
— Czemu?
Marvin tylko sięgnął dłonią do czegoś leżącego na stoliku, co dopiero teraz zauważył drugi mężczyzna. Wyglądało jak małego formatu karta dań, zrobiona bardzo amatorsko. Marvin podał mu ją, a gdy Jaz zajrzał do środka, otworzywszy okładkę, ujrzał „menu”.

Pocałunek — 5 $
Pieszczoty — 25 $
Obciąg — 150 $
Striptiz — 200 $
Rimming — 200 $
Anal — 250 $

Było wiele różnych, tego typu ofert, a u dołu widniał dopisek: „Skonsultuj się z alfonsem.”.
Marvin cały czas patrzył na kochanka wciąż nieco pijanym, choć poważnym wzrokiem, jakby zupełnie nie żartował. Miał wręcz grobowy wyraz twarzy.
Zimny, wyjątkowo nieprzyjemny dreszcz przebiegł Jasperowi po kręgosłupie, kiedy patrzył na kartkę. Zrobiło mu się przy tym wyjątkowo niedobrze i strasznie, strasznie źle. Zakrył jedną dłonią usta. Jeśli to był żart, to wyjątkowo ohydny i na tyle, że, jeśli się nim okaże, trzaśnie tą kartką Marvina w twarz.
— Co… co to jest? — wydusił przez ściśnięte gardło.
— Warunki do ustalenia. W końcu twierdzisz, że spokojnie mógłbyś być moim alfonsem — prychnął Marvin i dopił do końca wino, które miał w kieliszku. — Zobacz, jak może być zajebiście, jeśli zrobisz ze mnie na serio tego, za kogo mnie masz — mocno zironizował swoją wypowiedź.
Jaz, niewiele myśląc, poderwał się i porwał kartkę z tym obleśnym cennikiem usług. Nawet nie mógł na nią patrzeć! Krew go zalewała, a on czuł, jak z łoskotem coś w nim pęka.
— Chuj, a nie zajebiście! — wrzasnął, trzęsąc się z emocji. — Co ci…?! — jęknął, po czym przetarł twarz dłonią. — Naprawdę myślisz, że myślę o tobie jak o jakiejś kurwie?!
Marvin również się uniósł i popatrzył na niego z bliska z tak wojowniczym wyrazem twarzy i wściekłym ogniem w oczach, jakiego Jasper dawno nie widział.
— A te wszystkie komentarze o płaceniu swoim ciałem?! Alfonsowaniu?! Zakładanie pończoch i damskich ciuchów nie robi ze mnie dziwki! — odpowiedział ostro i o mało nie przewrócił się o jedną z poduszek na ziemi.
Jaz odruchowo go podtrzymał łapiąc mocno za przedramię. Miał ochotę dodatkowo nim potrząsnąć, ale się powstrzymał. Zacisnął tylko mocno palce.
— Bo idziesz spotkać się z jakimś fagasem, który zapłaci ci za to, że będziesz się przed nim wdzięczyć! — syknął, już nie dodając nic o tych kilku facetach, z którymi po prostu, będąc z nim, się umawiał, bo było mu chyba mało.
— Robimy to samo na scenie! — Marvin wycedził przez zaciśnięte zęby i wyrwał mu się z agresją. Na tyle mocno, że sam znowu się zachwiał, potknął o stolik, przy którym stali i runął do tyłu na plecy, spadając przy tym ręką na kieliszek, z którego przed chwilą pił. Ten się rozbił, a krew momentalnie zalała dywan.
Jaz zaklął szpetnie i od razu doskoczył do mężczyzny. Cała jego skala wartości nagle się odwróciła. Kłótnia, całe to „menu”, inni faceci Marvina stanęli na dalekim planie.
— Kurwa mać…! — warknął, łapiąc go za rękę, aby zobaczyć, jak poważnie ten się skaleczył i czy kawałek kieliszka nie utkwił mu w ciele.
Niestety sporawy fragment szkła wbił się we wnętrze dłoni Marvina, dlatego krwotok był bardzo silny i krew ciekła w dół przedramienia, nasiąkając w biały materiał koszuli. Sam mężczyzna, odruchowo podnosząc się ze stolika, patrzył na to lekko oszołomionym spojrzeniem, nie czując bólu chyba jedynie przez alkohol i nagły skok emocji. Wyglądał, jakby nie bardzo wiedział, co się dzieje.
Jaz znowu przeklął pod nosem i spojrzał na twarz drugiego tancerza.
— Nie ruszaj się! — warknął na niego, po czym wstał szybko, aby przynieść jakiś czysty materiał. Kiedy wrócił, podarł go na wąskie paski i okręcił nim ranę bardzo delikatnie, aby unieruchomić odłamek i pociągnął Marvina w górę. — Chodź, jedziemy na pogotowie — zakomunikował mu zarówno zdecydowanie, jak i czule. Miał nadzieję, że z emocji głos mu nie zadrżał. Nie chciał straszyć tym kochanka, bo kawałek ostrego szkła wystającego z wnętrza dłoni nie mógł być czymś podnoszącym na duchu.
— Zrobiłem nam kaczkę — odpowiedział Marvin, patrząc ze ściągniętymi brwiami na swoją rękę. Wyglądał, jakby był w szoku.
— Poczeka — Jaz odparł spokojnie i pociągnął go w stronę przedpokoju, aby ubrać mu buty i kurtkę. Tę ostatnią chociaż na jedną rękę i ramię. Kiedy to zrobił, cmoknął go w policzek, zabrał jeszcze swoje rzeczy, portfel i klucze oraz wyprowadził go na korytarz, od razu dzwoniąc po taksówkę.
Gdy stali już na zewnątrz, pod ceglastą kamienicą, przed sobą mając duże, nieużywane dawno przez żadne dzieciaki boisko, a chłodne powietrze uderzało w ich twarze, Marvin zaczął wreszcie odczuwać mocniejsze pieczenie. Nie komentował jednak tego i tylko lekko zaciskał zęby. Przysiadł na zimnym murku i już sam trzymał sobie zawiniętą w materiał rękę. Nie zważał na to, że krawężnik był wilgotny, a podeszwy butów miał zamoczone w kałuży. Było zimno.
— Jaz… — rzucił głucho, ze spuszczoną głową.
Mężczyzna do tej pory wypatrujący taksówki, od razu odwrócił się do niego i kucnął tuż obok.
— Co jest? Słabo ci? — spytał z troską, zerkając na jego dłoń. Nie wyglądało to ładnie, materiał już był cały przesiąknięty krwią, ale jakby próbował ruszyć kawałek szkła, byłoby jeszcze gorzej.
Marvin skierował na niego swoje zielone oczy i uśmiechnął się bokiem ust. Był trochę blady.
— Jesteś czasem głupi jak szczeniak, stary — rzucił, po czym lekko się skrzywił i spoważniał. Uciekł nawet gdzieś w bok spojrzeniem. Widok tego mężczyzny takiego… niepewnego, zagubionego, był naprawdę rzadki i dziwnie do niego niepasujący. — Jak będziesz chciał mnie zostawić, to mnie uprzedź.
Jaspera aż wstrząsnęło na ostatnie zdanie, które usłyszał.
— Co? Marvin… — Położył mu dłoń na czole, po czym przesunął mu ją po policzku. — Nie będę chciał cię zostawiać. Co ci strzeliło do głowy?
— Wysiadasz przy mnie. Widzę. Zarabiam ciałem, ale rozum też mam. — Mrugnął do niego niby żartobliwie i nawet miał podobny wyraz twarzy, mimo że cała sytuacja zaczęła go przygniatać. Czuł się dziwnie… chaotycznie. A ręka coraz bardziej pulsowała bólem.
— Wiem. — Jaz cmoknął go w czoło, patrząc w dół ulicy i klnąc w myślach na taksówkarza. — I spokojnie. Kocham cię, więc cię nie zostawię. Mimo wszystko też jestem dużym chłopcem. — Zaśmiał się pocieszająco i szczerze. Nic już nie dodał, bo akurat zobaczył światła podjeżdżającego samochodu. — Chodź.
Marvin uniósł się, czując, jak jest mu słabo. Twarz też miał już nieco pobladłą, ale o własnych siłach wsiadł do samochodu na tylne siedzenie i oparł tył głowy o oparcie. Zamknął przy tym oczy.
Usłyszał jeszcze tylko, jak Jaz, gdy usiadł tuż obok niego, każe taksówkarzowi jechać do szpitala. Potem przez zmęczenie wywołane bólem i alkoholem następnym co zarejestrował, to jak siedzi na specjalnym fotelu, ktoś daje mu zastrzyk znieczulający, a potem wyjmują mu kawałek szkła z dłoni. Potem bolało mniej, ale widok zszywanej skóry trochę go osłabił, więc znowu zrobiło mu się ciemniej przed oczami.
Starał się z całych sił odzyskać kontrolę nad swoim ciałem, by powiedzieć, żeby przypadkiem go tu nie zostawiali. Chciał spędzić noc w domu, a nie w szpitalu. Był na tyle przybity tym, co się działo pomiędzy nim a Jasperem, że noc w samotności, w zimnym, ponurym, szpitalnym pokoiku tylko bardziej by go przygniotła. Możliwe, że trochę na wyrost się obawiał, w końcu teoretycznie tylko mocno skaleczył sobie dłoń, jednak szkło mogło przeciąć jakieś ścięgna i mogła być konieczna operacja. A tej nie chciał.
Gdy tylko jego prawa dłoń została na szczęście tylko opatrzona, a nie specjalnie operowana, wziął kilka głębszych oddechów. Nie czując już, żeby ktokolwiek grzebał mu przy ranie, otworzył oczy i rozejrzał się za Jazem.
Stał w rogu małego pomieszczenia. O nic się nie opierał, bo, jak się okazało, byli w sali, gdzie dochodzili do siebie tacy pacjenci jak Marvin. Duże pomieszczenie podzielone było małymi parawanami, aby każdy miał chociaż odrobinę prywatności.
— Trochę ci się odpłynęło — Jaz rzucił do partnera leżącego na łóżku. — Jak się czujesz?
— Jestem w stanie dojść do domu. Trzeźwy i zszyty — Marvin stwierdził słabym głosem. — Choć szybko ponownie nie założę koronkowych rękawiczek — dodał z lekkim uśmiechem w kąciku ust i oblizał suche wargi.
Jaz podszedł do niego i pogłaskał go po włosach swoją dużą dłonią, uśmiechając się maślanie. Taki dotyk w jego wykonaniu był wyjątkowo uspokajający.
— Dobrze. Mam twój wypis, więc jak będziesz miał siłę wstać, to możemy iść. Znieczulenie już podobno ma nie działać, ale… — Wyjął z kieszeni kurtki opakowanie na leki. — Mam cukierki, jakby cię bolało. Tylko że nie wolno ich zapijać alkoholem — zastrzegł. Przez te kilka godzin, które tu spędzili, dodatkowo się podenerwował. Przez chwilę naprawdę myślał, że może być gorzej, kiedy lekarz przyszedł go zapytać, czy pacjent nie jest na coś uczulony i czy mogą podać mu takie, a nie inne znieczulenie.
— Tylko jeśli się chce totalnie odpłynąć i poznać zalety halucynacji? — rzucił Marvin, zsuwając nogi z kozetki, by sprawdzić, czy jest w stanie już na nich samodzielnie stanąć. Nie było tak źle, choć delikatne kropelki potu pojawiły mu się na skroniach. — Żyję, spieprzamy stąd.
Jaz uśmiechnął się znowu i cmoknął go w policzek.
— Mhm, to chodź — zgodził się i objął go ramieniem w pasie. Tak na wszelki wypadek.
Po drodze musieli jeszcze załatwić drobne formalności i już niedługo potem jechali taksówką do mieszkania Jaspera.
Przez całą drogę Marvin był mało rozmowny. Nie narzekał na ból w ręce, za to myślał o tych wszystkich kłopotach, które miał przez niego Jaz. Jeśli facet nie osiwieje w przeciągu kolejnego miesiąca, to będzie z niego dumny. Kochał go za to wszystko, za to jaki był. Że chciał go dla niego samego, a nie dla darmowych, codziennych spektakli, darmowego seksu i możliwości pooglądania jego ciała pod prysznicem. Nie był jednak pewien, czy Jaz nie kocha go za mocno. O ile było to w ogóle możliwe.
Kiedy podjechali pod mieszkanie, nieświadom rozmyślań drugiego mężczyzny Jasper zapłacił za transport i zabrał Marvina na górę. Sam nie zastanawiał się w ogóle nad tym, co się wydarzyło przed wypadkiem. Głowę zaprzątały mu tylko i wyłącznie myśli o dłoni Marvina, czy go boli, jak sobie poradzi, ile będzie mu się to goić i czy zostanie mu blizna.
— Kurwa — stwierdził Marvin, gdy stanęli już w przedpokoju i rozebrali się z kurtek, a on spojrzał na salon.
Dywan był poplamiony krwią, resztki rozbitego kieliszka walały się po podłodze, zaraz obok podartego „menu”. Na stoliku leżała pod przykryciem już pewnie zimna kaczka, a świece całkowicie się wypaliły. Uśmiechnął się do siebie gorzko. Widok był żałosny, a to wszystko z jego powodu.
Jaz wziął głębszy oddech, przyciągnął go do siebie za talię i cmoknął w policzek.
— Idź, połóż się do łóżka, sprzątnę i przygrzeję ci kaczkę, to trochę zjemy, hm? Pasuje? — spytał, ciesząc się, że nie sfajczyło mu się mieszkanie. Głupi był, że nie zgasił świec.
Marvin popatrzył na niego w milczeniu i patrzył tak na niego chwilę, aż nie poczuł, jak oczy go zapiekły i zwilgotniały.
— Jesteś za dobry, durniu — odparł, przyciągnął go do siebie zdrową ręką za szyję i pocałował krótko w czoło. Potem, już bez dodatkowych słów, poszedł do sypialni.
Jaz zamrugał powiekami, trochę zdziwiony, ale w końcu tylko poszedł ogarnąć salon. Długo mu z tym zeszło, bo z dywanu nie dało się ot tak zmyć zaschłej już krwi, więc musiał go zwinąć i wyrzucić. Nie miał siły się z nim męczyć, więc wybrał najprostsze rozwiązanie. O mało przy tym nie przypalił kaczki, ale w końcu pokroił ją na nadające się na od razu do zjedzenia kawałki, polał ją dodatkowo słodkim sosem i na jednym talerzu, ale z dwoma widelcami, przyszedł z nią do sypialni. Uśmiechnął się od progu głupkowato.
Marvin, który wpół siedział na podłożonych wyżej poduszkach, już w samej bieliźnie, odpowiedział uśmiechem. Nie potrafił czasem inaczej, kiedy widział, jak ten facet tak się do niego szczerzył.
— Siadaj, umieram z głodu — rzucił, choć tak naprawdę nie miał apetytu, chyba przez leki albo ogólnie przez całą sytuację. Podejrzewał jednak, że jak sam nie zje, to Jaz też odmówi, a zrobił to specjalnie dla niego.
Jasper usadowił się tuż obok po turecku. Talerz położył sobie na kolanach i nabrał na widelec kawałek kaczki.
— No, otwieraj pyszczka. — Zaśmiał się, kierując jedzenie do ust Marvina. — Aby szybko się zagoiło i nie bolało.
— Daj spokój, Jaz, nie jestem dzieckiem. I chcę zjeść sam. Lewą ręką może sobie nie strzepię, ale jeść na pewno będę umiał — zanegował Marvin, odsuwając głowę i wyciągając rękę po widelec.
— Oj, jeden raz. Daj, no — jęknął młodszy tancerz, robiąc zasmuconą minkę trochę na pokaz.
Marvin westchnął ciężko, po czym spojrzał w oczy Jaza i oblizał usta. Przechylił lekko głowę i najpierw przesunął wargami po słodkim sosie, zlizał go z nich i dopiero wziął do ust mięso. Potem polizał widelec, cały czas patrząc w oczy mężczyzny i dopiero się odsunął.
— Mm… odgrzewana nie jest taka zła…
Jaz przełknął ślinę, przypominając sobie, że jego kochanek ze wszystkiego potrafił zrobić spektakl. Uśmiechnął się, panując nad sobą. Nie miał zamiaru dać się podpuścić.
— Na pewno byłaby lepsza świeża, ale trudno. Trzymaj widelec. Musisz coś zjeść — nakazał.
— Despota — skomentował Marvin, przyjmując sztuciec i skinął głową na talerz. — Kosztuj, bo nie robiłem tego z myślą o sobie.
— Już, już. — Jasper sam zapchał sobie usta dużym kawałkiem tłustego, ale bardzo dobrze doprawionego mięsa. — Mmm… niezła, ale chyba ją wysuszyłem — mruknął, kiedy przełknął duży kęs. Od razu wziął następny. — Trzeba będzie zadzwonić do naszego kochanego managera, że musi coś wymyślić na miejsce naszych występów. Albo znaleźć za ciebie jakieś zastępstwo.
— Pewnie dadzą ci nowego Karla. Ze szpilkami sobie tak dobrze nie radzi, ale ludzie go lubią za tę chłopięcą twarz i zgrabną dupę.
— Mmm. To jak zjem, to zadzwonię, a ty będziesz mógł trochę odetchnąć. — Uśmiechnął się, a gdzieś przez podświadomość przemknęła mu myśl, że w niedzielę Marvin nie spotka się z tym facetem, dla którego miał zrobić striptiz.
— Mam tylko rozciętą rękę, stary, postoję za barem — zanegował, sięgając widelcem do talerza, tylko po to, by w nim podłubać.
— Hmm… A nie możesz chociaż wziąć sobie jednego, dwóch dni wolnych? — mruknął nieprzekonany Jaz i widząc, że drugi mężczyzna nie je, sam wepchnął mu do ust kawałek kaczki.
— Mmm! — Marvin mruknął z protestem i oburzeniem. Szybko przełknął. — Jem w swoim tempie. I wolne maks jeden dzień. Nie chcę, żeby mi Harley potrącił za bardzo z pensji, skoro striptiz odpada — dodał, mówiąc o Harleyu Bunchu, managerze klubu No Exit.
— To wypadek, chorobowe, czy jakby to nie zwał. Nie ma prawa. — Jaz pogroził widelcem.
— Za stanie za barem i tak dostanę mniej niż tańczenie w kabaretkach na scenie.
Jaz w końcu odpuścił i westchnął ciężko.
— Trudno, zdarza się. Tyle dobrze, że to nic groźniejszego.
— Co na przykład? Choroby weneryczne? HIV? — Marvin zerknął mu w oczy z lekkim rozbawieniem i zamoczył mały kawałek w słodkim sosie.
Jaz skrzywił się. Czy naprawdę nie mogło być prościej?
— Miałem na myśli, że… nie wiem… mocniej się nie poraniłeś albo szkło nie przecięło ci jakiegoś ścięgna.
— Nie martw się tak o mnie, tygrysie. Teraz martw się Karlem, musisz się z nim zgrać. Tańczymy razem i tylko razem już długi czas. Dasz radę?
— Chyba nie będę miał wyboru, co nie? — odparł Jasper, zjadając ostatni kawałek kaczki. — Mmm, ale teraz zadzwonię przekazać radosną nowinę Harleyowi.
Marvin zgodził się tylko skinieniem głowy i wsadził do ust kęs, nim odłożył na talerz widelec. Obniżył się od razu bardziej do pozycji leżącej i przymknął oczy. Czuł napływające zmęczenie i nawet ból w dłoni nie był w stanie go odsunąć.
Jaz jeszcze raz go pocałował, tym razem w czoło i wyszedł z sypialni, aby wszystko ogarnąć. Cieszył się z tego, z nowych obowiązków, bo pozwalało mu to nie myśleć o tych wszystkich przykrych aspektach jego związku z Marvinem.

13 thoughts on “No Exit – 2 – Menu

  1. Katka pisze:

    Basia, taa, tytuł intrygujący i chyba nawet nie można było się spodziewać (a przynajmniej mam nadzieję), że Marvin mógłby wymyślić coś takiego. Zgadzam się, biedny Jaz, bo nie wie, jak sobie poradzić ze swoim facetem, który jednak potrafi być dość nieprzewidywalny. Może w końcu znajdzie sposób na to, by jednak się z nim dogadać… albo to Marvin jakimś cudem przejrzy. Zobaczymy :)

  2. Basia pisze:

    Witam,
    rewelacyjny rozdział, cały czas zastanawiałam się o co chodzi z tytułem i takie coś mi się spodobało… oj, biedny, biedny Jez, dla niego jest ciężko być w takiej sytuacji, on go kocha i nie zamierza robić żadnych skoków w bok, a Marvin nie rozumie sytuacji, że swoim zachowaniem Jaspera rani….
    weny życzę…
    Pozdrawiam serdecznie i cieplutko

  3. Katka pisze:

    Paula0chan, luuubię, jak ktoś ma taki entuzjazm do jakiegoś opowiadania :D No i oczywiście mega mnie cieszy, że jest ktoś, kto Marvina broni, chociaż zdaję sobie sprawę z jego wad. Ale masz rację, on zwyczajnie inaczej nie umie, tak reaguje i może nie widzi do końca tego co robi tak, jak widzi to Jasper. I jest konflikt. I tak jak mówisz, Jasper go zranił, więc chciał mu to dać do zrozumienia… a że sposób wybrał właśnie taki… Cóż, to Marvin XD A do FDTS jeszcze tylko kilka godzin :)

  4. paula0chan pisze:

    Nie wiem czemu, ale tutaj mi się to lepiej czyta. Może tło lepsze xD. Tylko nie mogę się doczekać… no (chyba) wiecie czego ;w;. Szkoda, że w tym miesiącu tylko dwa rozdziały, bo wszystko co związane z tym opowiadaniem, czytam jak najęta, ale innymi też nie pogardzę.
    Nie rozumiem, dlaczego wszyscy najeżdżają na Marvina. Mi się tam on podoooba 8D. Chyba jako jedyna mam na tyle pojebany charakter, żeby lubić tych gorszych, ale mniejsza xD. Mocno wyjechał z tym menu. Ale trzeba go też zrozumieć, że Jasper lekko go zranił, mówiąc o alfonsie. To on potraktował go przez to jak dziwkę, a Marvin… jest po prostu sobą, najwyraźniej nie umie inaczej. Taki już ma charakter erotomana, co poradzić xD. Ale i tak najwięcej uwagi poświęca Jazowi.

    *patrzy na rozpiskę* Woah, dzisiaj, a raczej jutro, ale i tak nie będę spać, FDTS~! Dajcie to już teraz xD.

  5. Katka pisze:

    Kruha, nieee, nie naruszyłaś zasad, spoko. Tylko trochę smutno, że zastopowałaś, ale może skusi Cię drugi wątek, skoro ta dwójka Ci nie odpowiada? Kiedy pojawia się drugi wątek, bynajmniej nie jest, tak mi się wydaje, potraktowany po macoszemu, więc może właśnie on ściągnie Twoje zainteresowanie i będzie Ci się czytaj przyjemnie? Nie wiem, na którym momencie stanęłaś, ale ten drugi wątek pojawia się stosunkowo szybko. No nic, mam szczerą nadzieję, że jednak ostatecznie będziesz z tego opowiadania zadowolona :)

  6. Kruha pisze:

    Ja niestety stanęłam jak na razie w czytaniu e-booka tego opowiadania. Po bardzo dobrym początku, jak na razie dalsze perypetie tej dwójki mi się nie podobają(oczywiście nie mogę powiedzieć w jakim momencie jestem). Mam nadzieję, że przebrnę, bo coś się wydarzy zaskakującego i fajnego. Coś co sprawi, ze jeszcze zmienię zdanie. Jeżeli naruszyłam zasady mym komentarzy bardzo przepraszam i bezzwłocznie go usuńcie :D

  7. Shivunia pisze:

    Hoshii >> To BARDZO fajne, że komentujesz, mimo że wiesz co będzie dalej. To się chwali. Co by nie mówić, lubimy czytać komentarze XD
    W ogóle te „wiecie czemu prawie”, mnie rozwala. Taka koooonspira. Ciekawe ile osób chciało by wiedzieć, jaki minusik widzisz w tym opowiadaniu. Ale to nasza słodka tajemnica XD
    „Nadmierny stres wpływa na potencję”- owww, biedactwo. A nadal mu by stanął, to jaką on ją ma jeśli stres ją osłabia XD suuucharek.
    Nooo, troszku zalatuje, ale jak widać, niektórzy tego nie widzą albo nie chcą widzieć. Upsik. A to menu, pamiętam jak to pisaliśmy, tak się zdenerwowałam z Jazem, że ledwo trafiałam w klawisze! Co nie zmieniło faktu, że brodzącego krwią i pijanego Marvina zostawić się nie dało.

  8. Hoshii. pisze:

    a ja mimo, że czytałam ebook, to i tak komentuję – mojej prawie-ulubionej (wiecie czemu prawie!) historii się należy.
    biedny Jasper, nadmierny stres wpływa na potencję, a tu Marvin serwuje mu akcje pod tytułem „cześć kotku, dzisiaj idę się pieprzyć z xyz”. w dodatku striptiz za kasę? Marvin, nie chcę burzyć Twojego światopoglądu, ale to serio zalatuje prostytucją… w dodatku to menu… to było naprawdę podłe. a mimo wszystko Jasper zapakował go do taksówki i zawiózł do szpitala.

  9. Katka pisze:

    Saki, no tak, bo dotąd widzieliście jedynie zazdrosnego Jaspera… może nadejdzie czas na Marvina. A może Was zaskoczy i wcale tak nie będzie? Niewątpliwie jednak teraz role się trochę odwrócą, skoro jeden z dwóch najbardziej pożądanych tancerzy w klubie nie może tańczyć. Ale tak, to zawsze jednak zmienia sposób patrzenia na sprawę, kiedy na własnej skórze odczuwa się czyjś problem… I dzięki za literówki, poprawione :) Pozdrawiamy serdecznie.

  10. saki2709 pisze:

    Szkoda mi Jaspera. Nie dziwię się, że Marvin się wkurzył za ten komentarz, no ale trochę sobie zasłużył. Jak teraz przez jakiś czas nie będzie tańczyć, a za niego będzie tańczył ten Karl, to może jak ich tak zobaczy razem, to będzie trochę zazdrosny? Wiem, że niby on wymyślił ten wolny związek i spotyka się z innymi facetami, ale mówić to jedno, a robić drugie. Może by poczuł na własnej skórze, jak się czuje Jaz.
    Peter mnie centralnie rozwalił XD Jest taki… pozytywny :)
    Dobra, kończę, bo dzisiaj nie myślę.

    „Ten co prawda grzecznie meldował mu, że z jakimś wychodzi się pieprzyć, co dawało czas Jazowi na ochłoniecie i przygotowanie się mentalnie.”- „ochłonięcie”.
    „Nie czując już, żeby ktokolwiek grzebał mu przy ramię, otworzył oczy i rozejrzał się za Jazem.”- a nie „ranie”?

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  11. Katka pisze:

    Seiridis, nooo, widzę w tym SPORY minus XD Tym bardziej, że naprawdę dużo ludków zamówiło e-booki (wręcz więcej niż się spodziewałyśmy :D). Ale liczę na to, że jednak komentarze jakieś będą się pojawiać :) Dlatego dzięki za Twój :) A i nie dziwię się tej ambiwalencji, którą wzbudza Marvin. Bo z jednej strony każdemu by się niefajnie zrobiło, jakby usłyszał coś takiego jak Marvin, a raczej słyszał często, bo Jasper jednak dawał mu znaki, za jak dziwkarskie uważa jego zachowanie, ale z drugiej… taa, Jaz niewątpliwie ma rację. Ale fajnie, że się podobają i przede wszystkim wzbudzają emocje :D

    Marta, pojazd XD Nie wiem, czy ja też bym powiedziała, że się należało, bo w sumie nikomu nie życzę wbicia szkła w rękę, ale no… nabroił i się stało.

  12. Seiridis pisze:

    Ha, ci co sobie zakupili e-booka już pewnie są po tej scenie, to teraz tutaj będzie mniej komentarzy… xD
    Ech, nic to, ta scena była naprawdę… zła. W sensie całe to zachowanie Marvina, szok. Z jednej strony go rozumiem, bo mi pewnie też by się przykro zrobiło po usłyszeniu czegoś takiego, z drugiej strony – przecież Jaz też ma rację. Ale cóż… Lepiej myśleć tylko o tym, jak się samemu poczuło, zamiast spróbować pomyśleć o uczuciach drugiej osoby. xp
    Masakra z nimi. xD Ale i tak są świetni. :}

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s