Across The Cursed Lands II – 13 – Czy tak smakuje zwycięstwo?

Bart Jenkins miał dwóch rosłych synów. Nie byli tak potężni jak on sam, ale i tak mocniej zbudowanyiniż Jefferson. Starszy był w wieku Williama. Wyposażony w dwa rewolwery, jechał luźno tuż obok swojego ojca, na samym przedzie pochodu. Młodszy z chłopaków, może dwudziestoletni blondyn, podążał za to z szeryfem z tyłu. Sam Bart oglądał się co raz na towarzyszy, a potem znowu skupiał spojrzenie na ziemi. Nie patrzył za bardzo przed siebie. Od tego miał swojego pierworodnego, który ponoć wzrok miał sokoli. Bart za to wyszukiwał śladów Wielkiej Stopy, które miały ich doprowadzić do jej siedliska.
Las wcale nie wydawał się ponury. Był co prawda nienaturalnie cichy, jednak słońce prześwitywało przez gałęzie, niebo było bezchmurne, więc ciężko było przyznać, że grasuje tu monstrum. A jednak.
Jefferson w głębi duszy był coraz bardziej ciekaw, jak to bydle naprawdę wygląda. Tak z bliska, nie przez dym, nie w biegu. Chciał to ubić i się przyjrzeć. I jak normalnie, idąc polować na coś w lesie, nie brałby Oficera, bo ten by mu zwyczajnie przeszkadzał, tak ten las był za gesty, aby nawet piechotą przez niego iść. Musieli więc wybrać leśną ścieżkę, a dopiero potem liczyć, że to na nich wyjdzie. Specjalnie w tym celu nie kryli się.
— Ooo! To ten wóz, co mówiłeś! — nagle Timothy, starszy z synów barmana, zawołał od przodu, wskazując na rozwalony wóz nieopodal.
— Aham i ślady są! — dodał jego ojciec, zeskakując ze swojego gniadego wałacha i podchodząc do wielkiego odcisku. Zdecydowanie było to większe niż ślad niedźwiedzia. — Musiało cholerstwo biec. Są duże odstępy.
— Goniło nas wczoraj. Widać, gdzie potem się udało? — spytał Jefferson, pochylając się do przodu w siodle, aby zauważyć coś na ziemi. Słojem dla Williama miał zamiar zająć się później. Na razie tylko pilnował bomb, które zrobił lekarz na Korbary.
— Widać. Szczęście, że to wczoraj było, nie zatarły się — Bart odpowiedział swoim barytonem i podszedł do skraju ścieżki, gdzie między drzewa wiódł trop. Gałęzie w tym miejscu były mocno połamane. To tylko wskazywało na rozmiary potwora. Przedzierając się przez las, mocno go dewastował. — Konie by się zmieściły, bo Wielka Stopa nam miejsce zrobiła. Pytanie, czy chcesz tam konno. — Mężczyzna uniósł na Jeffersona pytające spojrzenie. Pozostała trójka również. Nawet szeryf uznawał przywództwo Texas Rangera w tej wyprawie, mimo że ten był z nich wszystkich najmłodszy, nie licząc drugiego syna barmana.
Ranger spojrzał po nich, potem w las i zeskoczył z Oficera.
— Nie wiążcie jednak koni. Prędzej same wrócą do miasta, niż je tu coś zeżre — zawyrokował, mając nadzieję, że szybciej oni znajdą bestię, niż ta ich wierzchowce. Liczył też, że te będą tu, jak już będzie się kończył dzień, a oni niczego nie znajdą. Nie bał się, ale podobnie jak William wolał wrócić cały przed zmrokiem.
Rozległ się ogólny pomruk aprobaty i trzy pary nóg zeskoczyły ciężko na suchą ziemię. Konie na szczęście nie wyczuwały żadnego niebezpieczeństwa i stały spokojnie blisko siebie.
— Ja poprowadzę — zaoferował Bart, zdejmując przy tym strzelbę, którą miał przewieszoną przez plecy. Wyraźnie wolał być w pogotowiu.
Ranger zgodził się z nim, ale jeszcze popatrzył po reszcie. Zwrócił się do starszego z synów barmana, Timothy’ego:
— Miej oczy szeroko otwarte, będziesz szedł na końcu i tu… — Wyjął jedną z bomb, które dał mu lekarz. Pozostałe dwie już miał upchnięte pod połami kamizelki, która przez to śmiesznie odstawała. Nie o wygląd jednak chodziło, a o to, aby było to poręczne. — To bomba, więc z tym bardzo ostrożnie, bo kiedyś o mało mi ręki nie urwało. Ale będziesz szedł na końcu. Jakby jakimś cudem to nas zaszło z tyłu, będziesz pierwszym, więc dobrze jak będziesz miał coś poza rewolwerami.
Timothy popatrzył na dziwny wynalazek z lekką nieufnością w oczach, ale skinął twardo głową.
— Jak się tego używa? — zapytał jeszcze, unosząc swoje piwne, wąskie oczy na twarz Texas Rangera. Jefferson już się przekonał, że ludzie z jego profesji byli tutaj bardzo szanowani, a to w dużej mierze ułatwiało całe przedsięwzięcie.
Wyjął mu metalową kulę z dłoni i pokazał prowizorycznie.
— Przekraczasz tę część, naciskasz tu i… jeden, dwa , trzy i wybucha. Nie trzymaj więc tego za długo w rękach — wytłumaczył i spojrzał pokrzepiająco w oczy mężczyzny. Co z tego, że starszego od niego?
Timothy pokiwał głową ze zrozumieniem i zabrał od niego bombkę, a jego ojciec zawołał na nich, by się pospieszyli. Trop był dość wyraźny. Wielka Stopa musiała być naprawdę bardzo ciężka. Gdzieś dalej zauważyli z niesmakiem rozgniecionego gryzonia. Musiał mieć wyjątkowo dużo nieszczęścia, być rannym albo zupełnie sparaliżowanym strachem. Z drugiej strony, dla Jeffa, który szedł jako drugi wąską ścieżką wydeptaną przez bestię, ta nie mogła być zbyt spostrzegawcza. Albo w specyficzny sposób widziała. W lesie przecież wszystko się jadło. Nie tylko te większe smakołyki. Dobrym przykładem były chociażby baribale godzinami zajadające się jagodami.
Szeryf idący tuż za Rangerem dzierżył w dłoni swojego colta, za to młodszy z synów Barta, Joseph, poza bronią palną miał przy pasie dość długi, zakrzywiony nóż. Paradoksalnie, to szeryf wyglądał na najbardziej nerwowego. Pozostali byli wyjątkowo skupieni i cisi.
— Może mieszkać w którejś z jam. Jest tu ich sporo — Bart poinformował Jeffersona półgłosem, idąc mocno pochylony nad ziemią, co raz sprawdzając ślady.
— Może, ale poza dymem nie mam pomysłu, jak to wywabić. Na razie skup się na tym, gdzie te ślady prowadzą — Ranger odparł plecom mężczyzny, samemu dokładnie się rozglądając, czy gdzieś nie ma czegoś… niespotykanego, innego, niepasującego. Ta Wielka Stopa już mu nie pasowała, a konkretnie jej ślady. Wyglądały jak na niedźwiedzia, ale… nie przednie. Te były jak pięść. Nie było w nich widać śladów pazurów. A i tylnie były dłuższe i o czasem zanikającej pięcie. Coraz bardziej tracił pewność z tego, co widział poprzedniego dnia.
Po godzinie takiego tropienia musieli chwilę odpocząć. Było bardzo ciepło, a słońce znajdowało się coraz wyżej na niebie. Śladu jednak nie stracili ani na chwilę. Mimo to, przystanęli na moment przy drzewach, by odetchnąć i napić się z niewielkich manierek, które mieli przy sobie. Szeryf miał chyba zgoła coś innego niż zwykła woda, bo lekko nim wstrząsnęło, gdy tylko przechylił manierkę. Potem osunął się po korze drzewa i usiadł ciężko, dając odpocząć nogom.
— Jak się czujesz? — Jefferson zagadał, stojąc na środku i obserwując. Niby był trochę zmęczony, ale przecież nadal byli na nieswoim terenie. Wolał być czujny, tym bardziej, że nie było przy nim Oficera, który, mimo wszystko, jako zwierzę, miał lepszy instynkt.
— A dobrze, dobrze. Nie te lata już, ale dotrzymuję wam kroku — odpowiedział wąsaty mężczyzna lekko schrypniętym głosem.
Bart dyskutował o czymś z młodszym z synów, a po strzępkach zdań Ranger zrozumiał, że wspominają ostatnie ataki Wielkiej Stopy na bydło. Timothy za to podszedł do skraju tej niewielkiej, nieco bardziej otwartej przestrzeni niż gąszcz, przez który się przez cały czas przebijali. Zmrużył swoje piwne oczy, skupiając wzrok w jednym punkcie.
— Mmm… to dobrze. Jak coś, to… — Jefferson urwał odpowiedź, którą już kierował do szeryfa i podszedł do starszego z synów Barta. — Co widzisz? — spytał, przy okazji sprawdzając, czy jakby teraz ich coś zaatakowało, to daliby radę. Nie było wiele miejsca, ale przestrzeń była bardziej otwarta, niż kiedy szli zaroślami między leszczyną jeszcze chwilę temu.
— Nie jestem pewien… Bądźcie czujni — Timothy odpowiedział półgłosem, ani na chwilę nie odrywając spojrzenia od bliżej nieokreślonego punktu.
Szeryf od razu uniósł się na równe nogi, a Bart i Joseph spojrzeli w kierunku dwójki przy drzewach. Timothy, stąpając bardzo ostrożnie po trawie, ruszył przed siebie. Starał się nie robić wiele hałasu i uważnie omijał suche gałęzie. Wszyscy widzieli, jak powoli dochodzi do szczytu delikatnego wzniesienia i pochyla się nad czymś.
— Padlina! — zawołał do reszty, unosząc kawałek obgryzionego mięsa. I wtem zza jego pleców wyłoniła się olbrzymia, włochata postać, dodatkowo informując o swojej obecności przeraźliwym wyciem.
Jefferson nawet ułamka sekundy się nie zastanawiał. Rewolwer w jego ręce pojawił się natychmiast i od razu wystrzelił. Bestia zawyła, kiedy pocisk wbił się w jej bok. Kudłaty łeb odwrócił się w stronę napastnika, a wyprostowana na dwóch nogach bestia spojrzała na niego maleńkimi, paciorkowatymi oczami.
Jeff zaklął szpetnie pod nosem, kiedy Wielka Stopa pochyliła się, kładąc na ziemi swoje grube jak konary drzew przednie łapy. Faktycznie, ich palce były podwinięte, a bestia naciskała na ziemię knykciami. Nie było to pocieszające, bo palce były przyozdobione w długie, zakrzywione jak półksiężyce szpony. Te utrudniałyby chodzenie, gdyby ten wielki, brązowy stwór chciał kłaść łapy płasko.
Monstrum zaryczało, otwierając swoją bardzo podobną do niedźwiedziej paszczę. Była jednak krótsza, a uszy większe i zlokalizowane bardziej z boku czaszki. Reszta tułowia, wychodzącego z masywnej klatki piersiowej, schodziła w dół, ku grubym tylnim nogom, które… jak dla Jeffa przypominały bardzo koślawe, ni to niedźwiedzie, ni to królicze. Bestia nie stała na nich, a kucała. I to też tłumaczyło, jak była w stanie teraz nagle wyskoczyć do przodu ze swoimi przednimi łapskami z taką szybkością.
W tym wszystkim Timothy zdążył upaść na ziemię i przeturlać się po niej na bok, aby potem wstać i odbiec na jakąś bardziej bezpieczną odległość.
— Rozproszcie się! — wrzasnął Bart, łapiąc pewniej za strzelbę.
Za to Wielka Stopa w przedziwnie szybkim tempie jak na swoją olbrzymią, wręcz monumentalną posturę pędziła w stronę Jeffersona, łamiąc po drodze gałęzie. I naraz, tuż za nią, wybuchła sprawnie rzucona przez Timothy’ego bomba.
Potwór zawył i siła wybuchu dosłownie rzuciła go do przodu, nieomal na Rangera. Zahaczył jednak jedynie kawałkiem swojego wielkiego ciała o jego ramię i opadł pod nogi szeryfa. Zakotłował się na ziemi i machnął łapą uzbrojoną w ostre jak sztylety pazury. Przerył po korze i ziemi… i niestety też po nodze młodszego z synów barmana. Ten od razu upadł, przeszywając leśną głuszę swoim wrzaskiem. Jego ojciec strzelił na ślepo w bestię i dopadł do chłopaka, ciągnąc go za szmaty do tyłu, byle dalej od podnoszącej się z ziemi bestii.
Jefferson, który w tym czasie zdołał podnieść się z podłoża, widział, że w tej chwili głównie na ostrzeliwaniu brązowej, mierzącej dwa razy tyle co on sam bestii skupiał się głównie szeryf. I kiedy już miał się uchylić przed jej atakiem, ta wyrwała łeb w górę i zawyła ogłuszająco.
Jeff pogratulował sobie w duchu, że udało mu się trafić w to cholernie małe oczko. Ale tyle dobrze, bo Wielka Stopa najwidoczniej poza swoją ogromną posturą, łapami, którymi, jak przekonał się przed chwilą, mogła pozbawić nóg chłopaka, miała też nie lada grubą skórę pod tym przeklętym futrem.
Bestia obróciła się w miejscu i ruszyła na Jeffersona, który musiał się szybko ewakuować. Szeryf właśnie wskakiwał w najgęstsze chaszcze, aby się schować i przeładować magazynek, Bart odciągał mocno krwawiącego syna, a Timothy zbiegał sprawnie ze zbocza, by podążyć za Wielką Stopą. Ta skupiona była na pogoni za Jeffersonem, więc nie zważając na nic, uniósł oba rewolwery i w biegu ostrzelał jej potężne plecy. Kilka kul wbiło się w okoliczne konary, które tutaj rosły już gęściej niż na tamtej otwartej przestrzeni. Jeden z naboi jednak najwyraźniej trafił w Wielką Stopę, bo ta zatrzymała się, wyjąc przeraźliwie i dosłownie demolując wszystko w promieniu kilku stóp. Nawet jedno z mniejszych drzew, w które przywaliła z bólu swoją potężną łapą, złamało się i poleciało prosto w kierunku Jeffersona.
Ranger zdążył odskoczyć na bok, ale przy okazji boleśnie na coś upadł. Żebro go zabolało i aż na sekundę zrobiło mu się jaśniej przed oczami. Mimo to, napędzony adrenaliną, poderwał się w sekundę i wyszarpnął bombkę spod ubrania.
— TIM, W ŁEB! — wrzasnął do jeszcze jednego, walczącego chłopaka, który w tej chwili właśnie skupił na sobie całą uwagę tego dziwnego kolosa.
Timothy nic nie odpowiedział, ale zaczął celować tak, jak mu podpowiedział Ranger. Magazynek jednak skończył mu się w bardzo nieodpowiednim momencie.
Z pomocą przyszedł szeryf, który akurat wyłonił się z boku z krzaków. W jego twarzy co prawda malowało się przerażenie, ale również pewna determinacja, kiedy zaczął ładować naboje w to wielkie, owłosione cielsko.
To była okazja dla Jeffersona. Bydle było na tyle zajęte tą dwójką, że mógł bardzo cicho jak na te okoliczności podejść bliżej, od tyłu. Przekręcił bombkę i poczekał dwie sekundy, nim rzucił ją pod łapy stwora.
Siła wybuchu oraz bliska odległość od ciała sprawiły, że część wielkiej nogi i kawałek boku Wielkiej Stopy dosłownie się od niej oderwało. Zwierzę zawyło żałośnie, upadając z łoskotem na ziemię, łamiąc przy tym kolejne gałęzie. Miotało się w amoku nieznośnie do czasu, aż nie podszedł do niego szeryf. Stanął kawałek dalej, wymierzył w głowę potwora i wystrzelił cztery naboje. To wystarczyło, aby Wielka Stopa wydała z siebie ostatni, już dużo cichszy skowyt i znieruchomiała. Szeryf za to splunął na jej ciało i rzucił:
— Zdychaj, ścierwo.
Jeff aż się lekko skrzywił, widząc to, ale, że bydle się nie ruszało, już nic nie dodał. Miał nadzieję, że nie było tu takich więcej.
To jednak był temat na później. Teraz przebiegł tuż za szeryfem, przewracając go prawie że na martwego potwora i dopadł do rannego chłopaka i Barta, którzy zostali z tyłu.
— Kurwa… Jak jest? — spytał, patrząc na krew i nogę chłopaka.
Była okropnie wykrzywiona. Ciało wystawało na wierzch, a płynąca krew nie przysłaniała bielącej się kości piszczelowej. Wyglądało to tak, jakby ktoś siekierą, z ogromną siłą uderzył w łydkę Josepha.
Sam chłopak zaciskał zęby na zwiniętym, najpewniej przez ojca, kawałku materiału, wydając z siebie tłumione stęknięcia.
— Źle! — warknął Bart, dysząc ciężko i starając się zatamować krwotok. Po jego skroniach spływały krople potu, a w oczach widać było przerażenie. — Źle, kurwa mać, pomóż mi z tym!
— Joe! — zawołał Timothy, wybiegając zaraz za Rangerem i dopadając do brata. Jego wyjątkowo czujne, piwne oczy teraz patrzyły na wystającą kość z jawnym przestrachem. To nie wyglądało dobrze. Szczególnie, jeśli dodać do tego ich odległość od miasta i jakiejkolwiek pomocy.
Jefferson, nawet nie pytając o pozwolenie, zabrał rannemu nóż i odciął kawałek jego spodni. Przeciął go na grube pasy i podłożył jeden pod jego udo, tuż nad kolanem.
— Daj dwie grube gałęzie! — krzyknął do Timothy’ego, a kiedy ten nerwowo się za takimi rozglądał, zacisnął mocno materiał nad raną, aby zatamować krwawienie. Syknął nisko, zaciskając tak mocno, jak tylko był w stanie.
Po chwili starszy z rodzeństwa podał mu poproszone kawałki drewna. Jefferson, nie patyczkując się i ignorując możliwy ból Joe’ego, naprostował mu nogę i usztywnił ją kolejnymi kawałkami materiału. Nie chciał, aby ta się ruszała, kiedy go podniosą. Musiał bardzo mocno zmuszać się do tego, by ignorować skowyt bólu chłopaka.
— Bart, pierwszy go niesiesz, potem się zmienimy — zakomunikował, samemu wstając i podnosząc chłopaka za ramię.
Barman skinął twardo głową i chwycił pewnie swojego młodszego syna. Ten był cały spocony i ledwo kontaktował z bólu i utraty krwi. Szeryf za to tylko patrzył z grymasem pełnym współczucia.
— Pójdę przodem, jakby jeszcze coś się napatoczyło — powiadomił Timothy, bez wahania wysuwając się na przód i od razu nadając szybkie tempo. Nie byli głupi. Wiedzieli, że teraz nie mogli sobie pozwolić na chwilę zwłoki.
Jeff skinął głową i prawie że pobiegł zaraz za nim. Zatrzymał się jednak jeszcze na sekundę i spojrzał na szeryfa.
— Pan niech pilnuje tyłów. W razie czego, liczymy na pana — rzucił i truchtem ruszył przez las drogą, którą tu przybyli. Zupełnie zignorował martwe ciało wielkiej bestii, którą pokonali. Nie był to czas na świętowanie.
Teraz musieli się spieszyć. Więc kiedy tylko ciężar syna zaczął być dla Barta zbyt duży, zamienili się w niesieniu go, a gdzieś w dwóch trzecich drogi Jefferson postanowił pobiec już sam w stronę wydeptanej przez podróżnych ścieżki. Po drodze nawoływał Oficera. Ten, jeśli nadal był na trasie, a od tego zależało życie tego chłopaka, powinien go usłyszeć.
Biegł więc z coraz większym bólem w płucach i co raz zmuszał się do głośnego gwizdnięcia na palcach. Mięśnie go paliły, ale nie ustawał. Dłońmi odgarniał napataczające mu się co mniejsze gałązki… aż nagle nie zobaczył przed sobą czarnej sylwetki. Wpierw zamarł, po czym odetchnął głęboko. Zawołał Oficera i już na jego grzbiecie wrócił do Jenkinsów. Tam zabrał lejącego się w rękach i chyba już majaczącego Joe. Usadowił go przed sobą w siodle, dodatkowo przywiązał go do siebie i rożka i dopiero ruszył na złamanie karku do miasta. Pozostali musieli już poradzić sobie sami. Nie było czasu na czekanie.
Zaskoczyło go, że część ludzi z miasteczka stała na skraju, nieopodal lasu. Nawet stary Indianin przysiadł gdzieś dalej, obserwując ścieżkę, z której wreszcie Jefferson wybiegł na swoim karym ogierze. Wieść, że udają się na polowanie Wielkiej Stopy, musiała się szybko roznieść. Gdzieś przy banku mała Maggie, trzymana w górze przez matkę, zaciskała piąstki z napięcia. Ktoś dalej wrzasnął, widząc jeźdźca z rannym na grzebiecie. Ktoś zawołał, gdzie jest reszta.
Jefferson jednak nie miał czasu odpowiadać na żadne pytanie. Oficer gnał najszybciej, jak umiał i przed rzeźnią zatrzymał się, prawie że siadając na tylnich nogach. Jefferson, odwiązując już chłopaka od siebie, wrzasnął:
— William! Will! — Miał nadzieję, że ten go usłyszy. Czuł, że sam jest zlany zimnym potem, a ten chłopak… Czuł, jak jego ciało opuszczają wszelkie siły. Musiał go trzymać przy sobie ramieniem, aby się nie zsunął.
Pierwszy na spotkanie wyszedł mu rzeźnik, zaalarmowany wrzaskiem. Ujrzawszy rannego Josepha Jenkinsa, cofnął się o krok, nieomal wpadając do wodopoju dla koni.
— Jest w środku — wykrztusił, otwierając drzwi przed Jeffersonem. — Na zapleczu, niech pan zaniesie dzieciaka.
Gdy tylko Jefferson pokonał próg głównego pomieszczenia rzeźni, ujrzał wychodzącego zza zaplecza Williama. Całego ubrudzonego krwią i osoczem. Lekarz, gdy tylko ujrzał Jeffa, wypuścił głośno powietrze, niemal z ulgą. Szybko jednak jego błękitne oko spoczęło na postaci rannego.
— Tamten stół. — Wskazał szybko jedyny czysty blat w tym niedużym pomieszczeniu.
Jefferson wykonał polecenie, kładąc chłopaka na stole. Miał wrażenie, że się cały trzęsie.
— Co z nim? — spytał, panicznie patrząc na Williama, a nie na Joe’ego. Na niego bał się spojrzeć. Nie chciał, aby przez jego plan, jego pomysł zginął ktokolwiek. A wiedział, że było źle.
— Przynieś mi więcej czystej wody. Studnia jest za karczmą — odpowiedział blondyn, ignorując pytanie, a samemu pospiesznie, choć ze skupieniem zrzucając rękawiczki i podchodząc do balii, by umyć dokładnie dłonie. Jedno krótkie spojrzenie na stan tego młodego mężczyzny wystarczyło, by wiedział, że liczyła się każda sekunda.
Ranger, nawet nie obejrzawszy się, wybiegł po wodę. Wrócił w mgnieniu oka z pełnym wiadrem.
William już poradził sobie ze zdjęciem, a raczej zerwaniem spodni z nogi Josepha i rozłożeniem sobie narzędzi.
— Dziękuję. A teraz wyjdź i nikogo nie wpuszczaj. Potrzebuję skupienia — rzucił twardo do Jeffersona.
— Nie potrzebujesz niczego więcej? — spytał jeszcze, zerkając na bladą twarz chłopaka. Cofnął się już pod drzwi, aby wykonać polecenie. Nie widział w tym wszystkim swoich zakrwawionych dłoni i ubrań.
— Nie — usłyszał tylko zwięzłą odpowiedź, a William nawet na niego nie patrzył, pochylając się nad rannym chłopakiem.
Jefferson, chcąc nie chcąc, opuścił budynek rzeźni. Miał wrażenie, że jakaś niewidzialna, monstrualna dłoń ściska wszystkie jego wnętrzności. To on powinien tam leżeć zamiast tego dzieciaka.
Pilnował wejścia długi czas, nie słysząc przez drzwi nic poza sporadycznym szczękiem narzędzi. Żadnych krzyków ani jęków… I sam nie wiedział, czy bardziej się tym martwić, czy radować.
Nie miał pojęcia, ile czasu minęło, nim na głównej drodze pojawiła się dwójka jeźdźców, pędząc ku niemu na złamanie karku. Bart i Timothy w biegu zeskoczyli ze swoich koni i podeszli do niego.
— Gdzie jest mój syn?! — zawołał barman, dysząc z trudem.
Jefferson obejrzał się przez ramię. Miał ściągniętą twarz.
— W środku. Ale nie możesz wejść. To dobry lekarz — odparł niskim i najtwardszym głosem, na jaki było go w tej chwili stać. Sam jednak w środku panikował, co się stanie, jeśli jednak Williamowi nie uda się uratować syna tego mężczyzny, który teraz z bólem na twarzy na niego patrzył.
Bart sapnął jak rozjuszony byk i przesunął wielkimi dłońmi po głowie. Timothy z kolei przysiadł na ganku i ścisnął dłoń w pięść przy ustach. Obaj wyglądali, jakby mieli zaraz stracić przytomność z nerwów.
Rzeźnik, który cały czas krzątał się wokół swojego przybytku, bez słowa zajął się ich końmi, doprowadzając do wodopoju i przywiązując luźno do belki. Gdzieś dalej, nie przeszkadzając zanadto, stała część ludzi z miasteczka.
Popołudnie mijało powoli, a czas wydawał się dłużyć niemiłosiernie. Każdy, najmniejszy dźwięk dochodzący przez cienkie drzwi rzeźni wywoływał drgnięcie czekających mężczyzn. Aż wreszcie, gdy Bart zdążył już niemal zrobić rów, chodząc tam i z powrotem po jednej linii, drzwi zaskrzypiały i powoli się otworzyły.
Jefferson od razu się od nich odsunął. Nie był pewny, czy jego serce jeszcze bije w klatce piersiowej. Bał się tego, co usłyszy.
W drzwiach stanął William. Miał wyraźnie skupioną twarz i właśnie wycierał szmatką zakrwawione dłonie. Nawet na butach miał krew.
Popatrzył z ledwo widocznym zdziwieniem w oku na tych wszystkich ludzi w oddali, a potem na trójkę najbliżej stojących mężczyzn, którzy patrzyli na niego z takim napięciem, że nie mógł zwlekać z wieścią.
— Będzie potrzebował odpoczynku. Musiałem dokonać amputacji… Ale żyje — powiadomił, koncentrując na koniec spojrzenie w pełnych paniki oczach barmana.
Ten patrzył szeroko otwartymi oczami na Williama i milczał. Ciężko było rozpoznać konkretne emocje w jego oczach, na jego twarzy. Było ich zbyt wiele i każda kolejna tak sprzeczna.
Jefferson zbliżył się do Williama i złapał go drżącą ręką za ramię.
— Mogą go zobaczyć? — spytał półszeptem.
— Tak. Już jest opatrzony. Trzeba go przenieść do ciepłego miejsca i… — William spojrzał na młodszego z mężczyzn, Timothy’ego, który, domyślał się, że jest bratem jego pacjenta. — Proszę pójść ze mną później do gospody. Dam odpowiednie środki uśmierzające ból.
Timothy pokiwał twardo głową.
— Dziękuję. Teraz pomogę ojcu z Joe — odpowiedział pospiesznie, bo już widział, jak Bart dosłownie przepycha się obok Williama, by zobaczyć swojego syna.
Jefferson spojrzał za nimi i zacisnął oczy, kiedy ci zniknęli w rzeźni. Zakrył je wciąż brudną ręką. Czuł się paskudnie, ale przecież nie miał wyjścia. Ludzie i tak ginęli przez tego potwora. Ale teraz… to było jakieś bliższe. Bał się więc zajrzeć do środka i zobaczyć reakcję ojca i brata na fakt, że Joe leży tam nieprzytomny i do tego bez nogi.
William, który wiedział, jak różnie ludzie reagowali na takie operacje i wizje przyszłości, a do tego widząc emocje na twarzach rodziny pacjenta, odezwał się słabym, nieco zmęczonym, choć spokojnym głosem:
— Zanim podałem mu proszek z czaszki korbara, powiedziałem mu, co muszę zrobić… Chciał żyć. Zgodził się — zapewnił Jeffersona, może w pewien sposób się usprawiedliwiając, choć wiedział, że i w razie innej reakcji Josepha by to zrobił. Jego zadaniem było ratować ludzkie życia, a nie pozwalać im umrzeć przez strach przed kalectwem.
— Wiem… — Jeff wydusił przez ściśnięte gardło i dopiero spojrzał na blondyna. Wokół było słychać szmery zebranych ludzi. Każdy szeptał między sobą albo słuchał kawałek dalej szeryfa, który także wrócił z lasu. Pewnie rodzina zostawiła go tam, bo nie nadążał. — Zajmij się nimi… Ja… — urwał, nie do końca wiedząc, co ma zrobić. Powtórzył więc: — Zajmij się nimi.
— Jeff. A ty jesteś cały?
— Hm? — Zerknął znowu na Williama i w końcu, kiedy dotarło do niego pytanie, skinął głową. — Tak — odparł, nie uważając za obrażenia zadrapań, jakich się nabawił oraz siniaka, który najpewniej niedługo mu wyjdzie na plecach. — Zobaczę, czy Oficer się nie skaleczył o gałęzie.
— Więc… zabiliście to coś? — upewnił się William. Na razie jedynie się tego domyślał, widząc, jak w oddali szeryf poklepuje niektórych mieszkańców po plecach, uśmiechając się pokrzepiająco i opowiadając coś.
— Tak — przyznał Ranger, także patrząc w tamtym kierunku. — Nawet się przydał… — Westchnął ciężko. — Opowiem ci o tym później. Zajmij się nimi — poprosił po raz kolejny i zszedł na piaszczystą drogę, podchodząc do pijącego z wodopoju czarnego ogiera.
William tylko odprowadził go wzrokiem, aby później wrócić się do rzeźni i móc poinstruować barmana, jak postępować z synem. Musiał jeszcze wrócić się z bratem pacjenta do gospody, bo nie był pewien, jak dobre środki uśmierzające ból mają w tym miasteczku, a nie chciał, by Indianin faszerował chłopca ziołami.
Nawet zapomniał w tym wszystkim upomnieć się o słoiki.

*

Było już ciemno, gdy William wraz ze starszym z braci Jenkinsów pojawił się w gospodzie. Dziewczyna za ladą, która zwykle była bardzo radosna, a tego dnia nawet bardziej na wieść, że wreszcie mają spokój od Wielkiej Stopy, widząc przybyłych, strapiła się. Przekazała nawet wyrazy współczucia Timothy’emu, który już słaniał się na nogach ze zmęczenia i emocji. William poprosił go, aby zaczekał na dole, a sam pospiesznie podążył do pokoju.
Kiedy nacisnął klamkę, okazało się, że ten jest otwarty. Zdziwił się początkowo, ale kiedy wszedł do środka, na łóżku ujrzał siedzącego w samej bieliźnie Jeffersona. Wyglądał na zmęczonego i przybitego. Właśnie czyścił szmatką część rewolweru.
— Jesteś — Ranger przywitał go dość nietypowo i wskazał brodą róg pokoju, tuż za drzwiami. — Przywiozłem ci. Wybacz, że nie przyniosłem, nie chciałem… — urwał i wzruszył ramionami, spuszczając wzrok na swoje dłonie.
William obejrzał się we wskazanym kierunku i zobaczył stojący na małej szafeczce wielki słój. Był pełen galarety, w której John Smith i jego poplecznicy przechowywali narządy, ale w tym konkretnym żadnego nie było.
— Dziękuję. Zaraz wrócę, muszę zanieść Timothy’emu leki — wyjaśnił, na razie nie zagłębiając się w pytaniach, jak Jeff znalazł taki słoik i jak się czuje. Podszedł jedynie do walizki i zaczął grzebać w poszukiwaniu swojego sejfu w kształcie czaszki.
Jefferson tylko mruknął na potwierdzenie. Chyba bardziej mechanicznie niż naprawdę się zastanawiając nad czymkolwiek.
Lekarz rzucił mu krótkie spojrzenie i szybko zszedł na dół, aby przekazać lekarstwo dla Josepha. Timothy nawet nie zagłębiał się w pytania o dawkowanie i tylko przyjął szkatułkę, po czym od razu ruszył w drogę powrotną do domu. William więc jedynie życzył miłej nocy dziewczynie za ladą i wrócił do pokoju na drugim piętrze. Zamknął za sobą drzwi i zaczął zdejmować z siebie przepocone i pobrudzone krwią ubrania. Dłonie zdążył już odkazić dzięki uprzejmości żony Barta. Posprzątał po sobie również w rzeźni i schował ciało do chłodni w karczmie. Czuł, że lekko drętwieją mu palce, ale nie było to takie zmęczenie, jakie czuł po pożarze w Vincennes te osiem dni temu.
— Dobrze się czujesz? — zapytał, pozbywając się kolejnych części garderoby.
Jefferson chwilę się zastanawiał. Milczał, wprowadzając przez to do pokoju dziwną atmosferę.
— Hmm… jestem cały. Więc chyba dobrze — odparł w końcu.
Siedział z jedną nogą podciągniętą kolanem pod klatkę piersiową. Druga była zgięta, ale oparta o materac. Łokieć podpierał sobie o kolano i patrzył na metalowe części rewolweru, które czyścił. Był bardzo spokojny. Spojrzeniu Williama jednak nie uciekł fakt, że jego twarz była specyficznie ściągnięta, dłonie w niektórych miejscach podrapane, a na plecach, tuż pod żebrami, zieleniał spory siniak.
Lekarz w duchu cieszył się, że mężczyzna nie ma większych obrażeń. Po ranie Josepha Jenkinsa domyślał się, że nie była to łatwa walka.
— Bomby się przydały? — zapytał, kiedy już odłożył na szafkę odzienie i w samej bieliźnie podszedł do położonej wczorajszego dnia na szafkę talizmanu od Indianina. Zaczął odwiązywać woreczek.
— Tak.
— Cieszę się — odpowiedział, mając wrażenie, że jego głos niesie się echem po tym niedużym pokoju.
Okienko było delikatnie uchylone, wprowadzając ciepłe, wieczorne powietrze. Wokół lampki oliwnej latała niewielka ćma, a William zbliżył się do swojej walizki i jeszcze chwilę w niej szperał. Gdy tylko wydobył zapałki i kawałek papierka, usypał niedużą kreseczkę ziół Indianina i skręcił starannie nieco zdrętwiałymi palcami.
— Zrób mi miejsce — poprosił, podchodząc do łóżka Rangera i przysiadając na jego skraju.
Mężczyzna spojrzał na niego najpierw nieobecnym spojrzeniem, a kiedy jego wzrok skoncentrował się na tym, co trzymał w dłoni lekarz, jego brwi się ściągnęły.
— Co… ty? — spytał, ale posłusznie się przesunął. Jakoś nie miał ochoty się sprzeczać, ale to…? Już dość długo ze sobą podróżowali, a nigdy nie widział, aby William cokolwiek palił.
— Wiem, co to jest. Nie zatruje nas — zapewnił lekarz. Nie miał wprawy w paleniu. Nigdy tego nie robił, nie licząc jednego razu, ale zdarzało mu się czasem wdychać opary tych konkretnych ziół. Jego matka była ich pasjonatką i odurzała się nimi w jesienne wieczory.
Pochylił się lekko, aż jego jasne, proste kosmyki niemal zasłoniły mu twarz. Przytknął skręcony z ziołami papierek do ust i odpalił. Zaciągnął się bardzo delikatnie, czując na języku i w gardle ziołowo-słodkawy posmak. Przymknął oko i dopiero się wyprostował, wyciągając zioła do Jeffersona.
Mężczyzna spojrzał na Williama nieufnie, ale zabrał zwinięty papierek.
— Wiem, że nie zatruje. To na miłą przeprawę — odparł ogólnikowo. Trochę znał się na tych całych indiańskich sprawach. Nie, żeby szczególnie dobrze, ale umiał słuchać. A te „talizmany” były dla głupców porywających się na niebezpieczeństwo, aby w razie czego ich ostatnia podróż upłynęła bez bólu.
William tylko przytaknął, obserwując, jak Jefferson się zaciąga. Nie uważał takich sposobów za dobre, choć w tym momencie uznał to za lekkie zastępstwo Jacka Danielsa, którego aktualnie nie posiadał. A swojego towarzysza znał już na tyle, że potrafił ocenić jego nastrój. Uważał, że takie chwilowe odpłynięcie może dobrze mu zrobić.
— Nie powinniśmy w sumie tego palić, skoro nie umieramy — Jefferson wymruczał pod nosem, jakby do siebie. Z jego ust powoli wypływał białawy dym. Obserwował przy tym swoimi czarnymi jak noc oczami żar palących się ziół.
— Ten Indianin też nie powinien, a pali — zauważył lekarz, o swojej matce nie wspominając. Pochylił się tylko lekko do dłoni Rangera i przytrzymując ją, delikatnie wciągnął dym do płuc. Dawał bardzo błogie wrażenie. Rozluźniał, eliminując wszelkie napięcie i w jego przypadku, szczególnie zdrętwiałe palce. Same opary sprawiały, że miało się wrażenie poruszania się po falach. — Boli cię? — zapytał, sięgając szczupłą dłonią do posiniaczonego boku mężczyzny.
Ten tylko tam spojrzał i znowu zaciągnął się ziołem, od którego teraz już zupełnie nic go nie bolało. Czuł się naprawdę lżej.
— Nie — odparł płasko. — Jak się czują?
— Joseph jest wciąż nieprzytomny. Barman niewiele mówił, ale gdy wychodziłem… — William wciąż patrzył na obite ciało Jeffersona i delikatnie dotykał jego żeber, a raczej przesuwał po nich samymi opuszkami. Przez jego myśli za to przechodził obraz rozklejającego się Barta Jenkinsa, co było bardzo osobliwe przy jego budowie ciała. — Gdy wychodziłem, uścisnął mnie i podziękował za uratowanie syna. Powiedział, że tobie przekaże dzięki, gdy zobaczy cię jutro. Uznał, że takie rzeczy powinno się przekazywać osobiście.
Jefferson zaśmiał się gorzko. Zaciągnął się mocniej dymem i zakaszlał.
— Cholerne masz te pomysły — burknął i oddał mu zwinięte, odurzające zioła. Oparł tył głowy o ścianę. — Nie powinien dziękować. Chociaż mogło skończyć się gorzej — syknął do siebie, szepcząc jakąś wiązankę przekleństw, nieskierowaną pod niczyim adresem.
— Dlaczego nie powinien dziękować? Jego syn w przeciwnym razie by umarł — odpowiedział William, obserwując Rangera spod przymrużonej powieki. Przytknął zioła do ust i wciągnął dym. — Jeśli uważasz, że ten wypadek to twoja wina, to się mylisz. Wiesz dobrze, że ci ludzie zgodzili się iść z tobą z własnej woli. Nie mówiąc o tym, że samym zabiciem potwora zapewne uratowaliście wielu ludzi, którzy później mogliby zginąć.
— Wiem, ale sugerowanie ci, abyś skoczył do rzeki, a potem cię z niej wyciąganie to średnie ratowanie. — Jeff westchnął ciężko, przymykając oczy. — Nie chcę o tym gadać. I tak mogło być gorzej. To było ogromne. I… — skrzywił się, jakby w oznace bólu — takie… szybkie. Czemu jest tego coraz więcej…? Hmm? — Otworzył oczy i spojrzał na lekarza słabo. — William?
Ten właśnie dopalił do końca zioło i wstał. Nie odpowiedział Rangerowi, dopóki nie dotarł dziwnie chwiejnym krokiem do okna. Tam wyrzucił końcówkę skręconego papierka i odwrócił się przodem do Jeffersona, wciąż stojąc oparty plecami o szybę. Nie czuł na skórze jej chłodu. Właściwie przestawał czuć cokolwiek fizycznego. Myśli zresztą też ulatywały z jego głowy, jak whisky z przechylonej butelki.
— Bo zło musi być wszędzie, gdzie jest też trochę dobra? — rzucił nieobecnym głosem, myśląc o pozytywnym duchu tego miasteczka, skulonego pod obliczem potwora z lasu.
Jefferson prychnął pod nosem i znowu przymknął oczy.
— Gadasz jak nawiedzony. Za dużo tego wypaliłeś — odmruknął. Jego twarz jednak już nie była taka spięta, tak samo jak on sam. W całości.
William nie odpowiedział nic na ten komentarz, tylko w końcu podszedł do lampki oliwnej. Drgnął, gdy ćma żywiej obleciała szkło osłaniające płomień, ale w końcu sięgnął do drobnego pokrętła i zgasił lampkę. Pokój od razu został skąpany w mroku, więc lekkim problemem było dla niego dotarcie do łóżka.
— Połóż się. Jutro rano zapakuję serca do słoika i będziemy mogli wyruszać.
Jefferson, przebijając wzrokiem ciemność, chwilę jeszcze siedział i patrzył na leżącego na łóżku blondyna. To przytłumienie przez zioła działało na niego odprężająco, ale chyba nie spowalniało jego myślenia. Przynajmniej tak mu się wydawało, bo jasno wiedział, czego chce.
— William? — spytał po długim czasie, w którym lekarz mógł już usnąć.
Nie dojrzał jego uchylającej się powieki i tego błękitnego oka, ale usłyszał od strony łóżka ciche:
— Mmm?
— Chodź do mnie.
Chwilę panowała głucha cisza, nie przebijana ani jednym dźwiękiem zza otwartego okna, jakby wszystko umarło bądź zostało całkowicie wytłumione przez dym, który wdychali. Jefferson już myślał, że William zasnął, ale w końcu pościel zaszeleściła i lekarz powoli przemknął do Rangera.
— Boli cię coś? — zapytał szeptem.
Jefferson spojrzał na jego pochyloną postać i wyciągnął rękę, łapiąc go za kark.
— Połóż się tu — wyszeptał zduszonym tonem i puścił go, samemu kładąc się na pościeli, tak jak zwykle kładł się, kiedy spali przy ognisku, gdzieś w głuszy.
William był zaskoczony tą prośbą, a może byłby bardziej zaskoczony, gdyby nie to przyjemne wytłumienie wszelkich emocji.
Nie wahał się. Wszedł na łóżko, czując jakoś dziwnie szybciej i przyjemnie łomoczące serce. Wypuścił jeszcze głośno powietrze i przytulił się ciasno do drugiego mężczyzny. Ciepło jego ciała, żar skóry i specyficzny zapach tak idealnie komponowały się z tą fizyczną i psychiczną błogością. Musiał wręcz mocniej wtulić twarz w jego umięśniony tors. Przesunął przy tym relaksująco dłonią po boku Jeffersona i pocałował delikatnie w mostek.
— Mhm… Śpij — usłyszał głos Rangera tuż nad swoją głową, a do tego wyczuł jego silne ramię obejmujące go za barki. — Śpij — nakazał po raz kolejny, przyciskając go do siebie na dosłownie sekundę. Odetchnął po tym, samemu zamykając oczy. Nie wiedział, czy już powinien tak pozwalać Williamowi się do siebie zbliżać. Czy to nie było zbyt desperackie z jego strony. Ale dziś chciał czuć czyjeś ciepło tuż przy sobie. Kogoś objąć i ochronić ramieniem w tak prowizoryczny sposób, w jaki się tylko dało. Może było to egoistyczne, ale nie przypuszczał, aby William miał mu to za złe.
Lekarz nie odpowiedział. Czekał tylko w ciszy, wyczekując momentu, kiedy rytm serca Rangera wskaże mu, że mężczyzna już usnął. A gdy wyczuł to po kilku długich minutach, sam zamknął powiekę i dał się pochłonąć pustce.

16 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 13 – Czy tak smakuje zwycięstwo?

  1. Adela pisze:

    jej, wiedze że Jeff wreszcie zaczął się angażować w związek z Wilem :P czekam na pierwsze niezdarne wyznania tej kochanej parki bo w pierwszej części się ich nie doczekałam!

  2. Katka pisze:

    Basia, nom, szkoda nóżki Joe :( No ale, Wielka Stopa pokonana, level osiągnięty XD A Willowe bombki faktycznie by się przydały… Jakby nie patrzeć dupę im uratowały tym razem. Jedynym problemem jest brak przenośnego laboratorium i materiałów. Bo chęci do konstruowania Willuś ma, ale… możliwości niezbyt. I zgadzam się, że polityka stopowania Willowi może wyjść na dobre XD Pozdrawiamy również :)

  3. Basia pisze:

    Witam,
    całe szczęście, ze wyprawa się dobrze skończyła, no nielicząc Josepha i jego amputowanej nogi, ale mogło być jeszcze gorzej, no i pozbyli się wielkiej stopy z okolicy, chyba, ze jest ich tam więcej…. Will powinien pomyśleć nad zrobieniem więcej tych bombek…. bo nie wiadomo kiedy następnym razem im się przydadzą… no i sam Jeff wyszedł z propozycją spania razem, całkiem dobrze, ze William trochę zastopował, bo takie zachowanie może mu przynieść większe korzyści…..
    weny Wam życzę….
    Pozdrawiam serdecznie

  4. Katka pisze:

    Gordon, yey, fajnie, że rozdział tak się spodobał, bo przyznam Ci, że pisało się go nam z duuuużymi emocjami :D I uwierz, nam chłopaka też było strasznie szkoda. W ogóle to był taki jeden z momentów, kiedy plany pisania nie imają się samego pisania XD Bo los chłopaka miał być zgoła inny, ale… no XD Wyszło jak wyszło, haha, ach, mamy zbyt miękkie serca XD Ale tak się nawet lepiej pisze, jak bardziej na żywioł idzie, a nie że trzyma się strice planu. Hehe, co do zielska to tak, William nieźle utrafił, bo pomogło ;) Zna Jeffka, wie czego mu trzeba, ooooj wie XD

  5. Gordon pisze:

    O ja pieprze jeden z najzajebistrzych rozdzialow w ATCL dotad! Zwykle jest albo przygoda albo relacje Jeffa i Willa a teraz bylo wszystko i to w jakiej formie! Wielka stopa to kawal skurwysynstwa, szkoda chlopaka bylo :/ Tez bym zaliczyl dolek po tym jak Jeff ale dobrze zrobil i powinien to wiedziec. Ale wyrzuty sumienia sprowadzily go do odlotowej sceny na koniec jak sie polozyli i samo palenie zielska bylo lux ;p Will wie czego mu trzeba co jest dobre. Zajebisty rozdzial laski, ta walke z tym monstrum bede dlugo rozpamietywal ;p

  6. Katka pisze:

    Saki, czy skończyło się na kilku siniakach, to by Joe Jenkins nie powiedział, haha, ale dla naszych głównych bohaterów rzeczywiście, nie najgorzej ;) Ogólnie masz rację, Jeff bardzo pomógł tym, ludziom i bez jego pomocy prawdopodobnie wielu by jeszcze zginęło. Ale własnie mimo to się obwinia, bo tak chyba zawsze jest, jak się widzi tragedię i jest blisko niej. Och, a ostatnia scena słodka… taaa, zawsze to jest na odwrót, to William się pakuje na Jeffersona… a tym razem to ten poprosił o więcej bliskości :D Hehe, się Jeffko przełamuje i chce więcej. I tak, teraz będą ruszać w dalszą podróż, śladem Smitha. Zobaczymy, co z tego wyjdzie ;) I dzięki wielkie za literówki ;)

    Margo, bardzo, baaaardzo dobrze, że walka trzymała w napięciu! W ogóle lubię, jak udaje się stworzyć klimat, że faktycznie czytelnik boi się o bohatera i z nim jakoś przeżywa akcję. Więc bardzo nam miło, że tym razem się udało ;) I masz rację, Jeff w tym aspekcie medycznym ogólnie bardzo ufa Williamowi – jeszcze z tego pożaru w Vincennes mam nadzieję, że pamiętacie, że czekając na niego w szpitalu, patrzył na niego przy pracy z podziwem. Więc chyba tak samo jak William docenia umiejętności Jeffersona, tak ten docenia jego. To chyba ważne w tym partnerstwie odnośnie misji, które mają. Bez tego ciężko by się im razem pracowało, a i przy uratowaniu życia chłopaka się przydało ;)

    Kaczuch_A, och, jak okrutnie XD Mieć nadzieję, że się coś Jeffkowi stanie… No ale cóż, jak mówiłam, jeszcze wiele ich czeka, więc myślę, że będziesz miała swego czasu frajdę w tym aspekcie XD Hehehehe, oj tak, za to lubię rozdziały przełomowe – wyciągają „cichociemnych” z ukrycia XD Normalnie się czuję jak geniusz zła! Z uświadamianiem u nich jak widać bardzo powoli… są zacięci jak nikt, ale cóż, ważne, że idzie do przodu XD Może kiedyś doświadczymy takiego 100-procentowego romantyzmu w ich wykonaniu, kto wie XD Dzięki wielkie za wenę :D Przyda się na pewno :)

  7. kaczuch_A pisze:

    No, ale…ale jak to~! Tylko siniaki~!? Jeff ty seksowny ogierze nie mogłeś wyjść z tej akcji bardziej poharatany?

    Serio, serio myślałam, że coś mu się poważniejszego stanie, może nie że będzie ledwo żywy, ale takie miałam przeczucie a tu klops.
    Ale mniejsza, rozdział i tak cudny (jak tak dalej pójdzie to już nie będę cichociemnym czytelnikiem xD, a mnie nakłonić do napisania komentarza jest ciężko bo zazwyczaj biadolę bez sensu, ale whatever) ta sytuacja z wtulaniem, przytulaniem jest świetna. Wiara Jeffa w Willa, w jego umiejętności to było taki e super i w ogóle.I kurde uświadamiajcie sobie panowie swoje uczucia, bo chcę gorący wieczór pełen miłości w waszym wykonaniu~!

    Weny drogie Panie i seksownych motywacji na dwóch nogach, hehe~!

  8. Margo pisze:

    Za-rą-bis-ty stwór! Po prostu cała akcja z polowaniem na tego przyjemniaczka sprowadza się do niezłych emocji i ciar na plecach. Jak tak zaczął nacierać na Jeffa kiedy ten go postrzelił po raz pierwszy…to się bałam o niego strasznie, żeby go nie uszkodził, albo gorzej…rozszarpał, pożarł itp. Miałam różne wizje podczas czytania tej akcji. I ta bestia to tak jakby inteligentna trochę była, bo jak Jeff ją postrzelił, to skubaniutka wiedziała, że chce wyrównać z nim rachunki i na niego, a co z tego że wokół inne kąski. I biedny Jeff jak tak czuł się winny tego, że chłopak może nie przeżyć, a później że nie ma nogi. Fajowo, że pokazałyście zaufanie Jeffa do Willa. Podobało mi się to jak Jeff nie pozwolił nikomu wejść, bo Will jest dobrym lekarzem. I to zioło później hehe. Ogólnie strasznie słodko jak się później w siebie wtulili.

  9. saki2709 pisze:

    Na szczęście skończyło się na kilku siniakach. To nic w porównaniu z tym, co mogło się stać. Gorzej z Joe. Bez bombek Willa chybaby się nie udało. Ale Jeff się nie cieszy, tak jak powinien. Widać, że się obwinia za całą sytuację, ale przecież gdyby nie jego interwencja i tych ludków, co mu się udało zebrać, to ten potwór nadal biegałby po lesie i zabijał ludzi. A nie wiadomo, czy barmanowi i jego synom nie wpadłoby do głowy, żeby samemu zapolować na tego gada… I czy nie skończyłoby się to gorzej. Myślę, że barman nie ma tego Jeffowi za złe, a raczej jest mu w pewnym sensie wdzięczny… za zachowanie zimnej krwi, zawiezienie jego syna do lekarza no i ogólnie za pomoc w pozbyciu się bestii. Jakby nie było, nie leżało to w jego obowiązku, tylko zrobił to z własnej woli.
    Ostatnia scena była taaaaaaka słodka, serio. Uwielbiam ją <333 Zwłaszcza, że to Jeff poprosił Willa, żeby ten do niego przyszedł. Zawsze było odwrotnie. Coraz bardziej widać rodzące się między nimi uczucie.
    No i… teraz będą ruszać w dalszą podróż, tak? Muszą dogonić tego Smitha, zanim im ucieknie jeszcze dalej.
    Czekam na następny rozdział.

    A tu trochę literówek:
    "Bart Jenkins miał dwój rosłych synów."- "dwóch".
    "Nie byli tak potężni jak on sam, ale i tak mocniej zbudowany niż Jefferson."- "zbudowani".
    "Nie o wygład jednak chodziło, a o to, aby było to poręczne."- "wygląd".
    "Te były jak pieść."- "pięść".
    "Zatrzymał się jednak jeszcze na sekundę i spojrzał an szeryfa."- "na".
    "Tam zabrał lejącego się w rękach i chyba już majaczącego Joe."- "Joe'ego" albo "Joego". Nie wiem, jak się to pisze…
    "Timothy z kolei przysiadł na ganku i ścisnął dłoń w pięści przy ustach."- "dłonie w pięści" albo "dłoń w pięść".
    "Wybacz, że nie przyniosłem, nie chciałem… — urwał i wzruszył ramionami, a spuszczając wzrok na swoje dłonie."- tu chyba bez tego "a".
    "Posprzątał za sobą również w rzeźni i schował ciało do chłodni w karczmie."- a nie "po sobie"?

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  10. Shivunia pisze:

    Illita >> Już widzę, że dbacie o sprawy sercowe Jeffersona. Nie wiem jak bardzo by się zgadzał z tym że „coś czuje do Willa” ale, z nim ogólnie ciężko rozmawiać ;)No chłopaka szkoda. Jednak to i tak lepiej chyba stracić nogę niż umrzeć. Tym bardziej, że protetyka nieźle się rozwija ;)

  11. Illita pisze:

    Boooże, tak cudownie <3 Cudownie po prostu <3 Jakoś mi tak miło się zrobiło, nawet wizja tego co dzisiaj muszę zrobić nie jest taka przerażająca, rozmiękczyło mnie to zupełnie :D Nie mogę się doczekać aż Jeff sobie w pełni uświadomi to że jednak coś czuje do Willa <3 Tylko dzieciaka szkoda, no ale co zrobić :(

  12. Katka pisze:

    Matsuyuki, jakże my lubimy zaskakiwać XD Jednak Jeffko wyszło bez szwanku, no teoretycznie, bo psychicznie go to przybiło, no ale nie tego na pewno się większość spodziewała ;) Chociaż nie mówię, że nigdy nic mu się nie stanie… w końcu jeszcze wiele niebezpieczeństw czeka na nich w drodze. Oooch, i też myślę, że ta propozycja wspólnego snu ze strony Jeffa była urocza. Sama byłam zaskoczona, jak to się stało (ja prowadzę Willa, więc to, co robi Jeff jest dla mnie zawsze dużym zaskoczeniem XD). A kiedy sobie uświadomi… czuję, że powoli już zaczyna, hehe. Pozdrawiamy również i życzymy udanego tygodnia ;)

    Tigram, czyli chyba się podobało XD

    高島惺子, Jeff chyba wolałby, żeby to jemu się coś stało, a nie temu dzieciakowi ;( Bo rzeczywiście rozbiło go to dość mocno. Trochę się biedactwo obwinia. To na pewno nie było jedno z tych polowań na mutacje, jakie uskuteczniał dotychczas. Cóż, braci Dog tak nie żałował XD Hehe i tak jak mówiłam Matsuyuki – już chyba powolutku sobie uświadamia, że to, co ma z Willem, to nie tylko seks, a kiełkujące… coś XD Ale też trzeba wziąć poprawkę na to, że jest prostym facetem i nie rozmyśla tak usilnie nad sprawami sercowymi jak bohaterowie literatury romantyzmu XD Fajnie, że ten rozdział się nie dłużył, bo jakby nie patrzeć, była to taka kulminacja rozdziałów w tymże uroczym miasteczku. Zatem, cieszę się ;) No i z tym cieszeniem się do własnego krocza, hahahaha, rozbroiło mnie to XD Byle profesor nie wystosował jakiejś kary za to XD

  13. 高島惺子 pisze:

    Jestem właśnie na pasjonującym wykładzie, więc nie będzie długo, bo jeszcze mój ukochany pan profesor zmaterializuje się nade mną i zauważy, że nie wpatruje się z uwielbieniem w niego, tylko ekran telefonu.
    o boże, ten rozdział był cudowny, a szczególnie końcówka! serio myślałam (pewnie nie tylko ja), że Jeffowi się coś stanie, a tu niespodzianka. pierwszy raz w sumie Jeff był chyba tak rozbity i nie wiedział co ze sobą zrobić. a jak kazał Willowi przyjść do siebie, prawie zaczęłam piszczeć z zachwytu*w* jeszcze trochę i w końcu dotrze do niego, że jednak czuje do szurniętego pana doktorka coś więcej ;D
    to, jak Jeff chciał chociaż prowizorycznie ochronić w swoich ramionach… awww! :3 cudowne cudowne cudowne!! teraz naprawdę cieszę się z nowego rozdziału, poprzednie strasznie sie dluzyły…

    ps: kolega obok: „wiesz,że on (profesor) wie,że nie uważasz? nikt normalny nie uśmiecha sie do swojego krocza”.
    No, wracam do pasjonującego wykładu, a nóż czegoś się naucze xd

  14. Matsuyuki pisze:

    Chyba wszyscy myśleli że Jeffowi się coś stanie a tu taka niespodzianka! Cieszę się że jednak jest cały i zdrowy :) Szkoda że walka taka krótka ale co tam, dobrze że ubili to…coś. Chyba się nie wrócą po zwłoki już, a szkoda, William miał by duuuużo zabawy! I jak miło że razem poszli spać! To urocze że Jeff sam to zaproponował! Nie mogę się doczekać aż sobie uświadomi że…no ten tego, wiecie o co chodzi! :P

    Pozdrawiam, Matsuyuki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s