Across The Cursed Lands II – 11 – Coś tu śmierdzi…

Jefferson przystopował Oficera, który miał dziś wyjątkowo dużo energii i obejrzał się na Williama. Właśnie byli na granicy miasteczka i mieli zapuścić się w ten gesty las, przed którym chyba każdy ich ostrzegał. Z pozoru nie wyglądał groźnie, a do tego z tego miejsca był całkiem przyjemny widok na miasteczko położone nieco niżej. Drewniane domki, zero przemysłu. Wszystko wyglądało tak swojsko.
— Nie ociągaj się tak, doktorku! — zawołał do swojego towarzysza. Bawił się swoją strzelbą, zamykając ją, to otwierając. Złożył ją i miał nadzieję, że nadal dobrze działa. Proch był świeży, więc nie sądził, by coś się zacięło w najważniejszym momencie. Jednak na wszelki wypadek zaraz miał zamiar przygotować swoją mieszankę na niedźwiedzie. Musiał kupić do tego zapałki, bo nie wiedział, gdzie schował swoją zapalniczkę.
— Nie chcę stracić koła na nierównym terenie! — odkrzyknął William, prowadząc kawałek dalej Pigmenta ciągnącego wóz. Koń jak zawsze był bardzo spokojny i albo nie wyczuwał żadnego niebezpieczeństwa, albo naprawdę takiego nie było. W końcu las za dnia wcale nie wyglądał złowieszczo. Ot, jak każdy inny las pełen dźwięków natury.
— Nie stracisz! Pogoń tę krówkę! — krzyknął Ranger i zmobilizował czarnego ogiera do obrotu niemalże w miejscu.
— Nazywanie Pigmenta krową jest naprawdę nie na miejscu, Jeff, skoro dobrze wiem, że gdybym ja twojego ogiera nazwał chociażby maciorą, oburzyłbyś się, jakbym ci co najmniej zabił rodzinę — odpowiedział William, kiedy już zbliżył się do niego, rzeczywiście pogoniwszy swojego srokatego konia.
Jeff nadął się i prychnął pod nosem.
— Ale Oficer nie przypomina maciory. A twój Pigment ma charakter i łaty jak te europejskie krowy — pochwalił się swoją wiedzą.
— Och, bo zwiedziłeś Europę wzdłuż i wszerz? — William uchylił lekko kapelusza, by spojrzeć na towarzysza wymownie, jakoś tak mimowolnie wpadając w te słowne przepychanki. Dziwnie go relaksowały w tej leśnej głuszy.
— Nie kpij! — Jeff fuknął. — Widziałem i tak więcej niż ty. I te twoje książki cię nie usprawiedliwiają, nie wszystko da się w nich wyczytać — skwitował i cmoknął na czarnego ogiera.
Las bliżej miasteczka był bardziej wycięty, ale przez to wiele niskich, lecz gęstych krzewów zasłaniało widoczność. Droga, prowadząca na północ w kierunku jeziora Laurel River, była jedną z nielicznych opcji, aby przedrzeć się w tamtą stronę. Las, w dużej mierze liściasty, gesty i pełen chaszczy, był zbyt trudny do pokonania go na przełaj. A i można było natknąć się na jakąś jaskinię czy wąwóz i już w ogóle nigdzie się nie ruszyć z połamanymi nogami. Opcji, jakie mógł wybrać John Smith, było zatem bardzo, bardzo niewiele.
To wszystko nie napawało Williama szczęściem. Wiedział, że z wozem bardzo trudno byłoby się przedrzeć przez las w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Jednak z drugiej strony ten fakt był pocieszający. Indianin w końcu mówił, że wóz Johna Smitha był dość spory, a to oznaczało, że ich cel nie mógł jechać inaczej, jak właśnie tą drogą.
— To dość sporny temat, więc pozwól, że nie będę go ciągnął. Lepiej mi powiedz, dlaczego kupiłeś zapałki i zabrałeś tamtemu Indianinowi zioła — lekarz zwrócił się do Jeffersona, by tylko nie jechać w milczeniu.
Jeff, który już pozwolił Oficerowi iść samodzielnie, bo i tak nie było innej drogi, w którą mógłby zboczyć, właśnie wyciągał ze swoich juków maleńkie zawiniątko.
— Bo to… hm… Ty masz swoje zabawki, ja mam swoje. Takie wiesz, sztuczki, które się czasami przydają, jak jesteś sam w lesie i słyszysz, że coś cię zachodzi. Większość zwierząt boi się głośnych wystrzałów i jak rewolwer jest doskonałym źródłem dźwięku, tak nie warto marnować kul.
— Masz jeszcze kilka sztuk bombek, które dla ciebie zrobiłem do polowania na kobrary — przypomniał mu William spokojnie.
— Ze sobą?
— Nie, spoczywają bezpiecznie w mojej walizce, ale mogłeś powiedzieć, że potrzebujesz, jeśli chciałeś czegoś robiącego dużo dźwięku. Och… i zobacz, też zabrałem broń. — William uśmiechnął się leciutko i uchylił swoją koszulę, by pokazać Rangerowi Colta Civilian przy pasie. Wciąż nie miał na niego kabury, więc przywiązany był dość prowizorycznie, ale był.
Młodszy mężczyzna przewrócił oczami.
— Nie mogłeś przypomnieć, aby kupić ci kaburę? Albo samemu iść i się o siebie zatroszczyć? A o tych twoich bombach zapomniałem — fuknął na koniec, już mniej buńczucznie. Czy o wszystkim on musiał pamiętać?
— Następnym razem je wyciągnę. A kabura… jeśli zostaniemy tu dłużej niż do jutrzejszego poranka, to postaram się jakąś kupić. Naboje również. — William westchnął cichutko, naprawdę mając nadzieję, że nie będą stąd szybko wyjeżdżać. To miasto bardzo mu się podobało. Jedynie ta Wielka Stopa była dość niepokojąca. Na jej myśl, obejrzał się wokół, a potem na ziemię. W końcu podobno zostawiała ona wielkie ślady.
— Zobaczymy. Na razie trzeba zobaczyć, czy w ogóle tędy jechali i czy dojechali daleko, jeśli ponoć to coś, co tu łazi, atakuje każdego pierwszego lepszego — Jefferson przedstawił swój plan, mieszając drobny proszek z zielem, które zabrał i chowając to pod pazuchę kamizelki. Kiedy już się jako tako przygotował, przyspieszył, wprowadzając Oficera w dość szybki kłus.
William, chcąc nie chcąc, popędził Pigmenta, który starał się utrzymać tempo drugiego wierzchowca. Wóz lekko podskakiwał, ale na szczęście ta droga musiała być dość często używana, bo była dobrze wyjeżdżona.
Niestety przez dłuższy czas nie widzieli ani śladów wielkich stóp, ani śladu Smitha. To było niepokojące, bo coraz bardziej dochodzili do wniosku, że dzisiejsza wyprawa nie będzie owocna. W końcu nie mogli za bardzo zagłębiać się w las, by jeszcze przed zmrokiem móc wrócić do miasteczka. William więc zaczął wierzyć, że John Smith i jego kompani przejechali las bez większych problemów. A przynajmniej tak myślał, dopóki w oddali, tuż przy drodze, nie zauważyli… porzuconego wozu?
— Jeff… — rzucił, aż unosząc się lekko na siedzeniu, by lepiej się przyjrzeć.
Jego kompan rzucił krótkie i treściwe „widzę” i sięgnął szybko do strzelby. Spiął przy tym Oficera i pognał w tamtą stronę, przygotowany na każdą okoliczność. Z bronią w ręku i z możliwym efektem zaskoczenia. Nie czekał na Williama. Nie wierzył, aby ten mu się przydał, jeśli coś by się tam czaiło.
Jednak… nic nie było. Poza wozem, rozbitymi słojami i… trzema zwłokami. Nie było też koni.
William dojechał do niego szybko i zeskoczył z wozu, by zbliżyć się do swojego towarzysza. Tak, ewidentnie był to wóz Johna Smitha! Część słoi wypadła z przewróconego pojazdu i walała się po trawie i drodze. Narządy w środku w dużej części były nienaruszone, więc dało im to jasny dowód tego, że John Smith wcale tak dawno tędy nie przejeżdżał. Choć oczywiście narządy w tych pękniętych słoikach już gniły, dając bardzo nieprzyjemny odór. Wiele much przez to fruwało wokół, a konie parskały z odrazą.
Niestety, żadne ze zwłok nie przypominały opisywanego przez dziwkę w Nashville Johna Smitha. Coś jednak bardziej rzuciło się w oczy Williama.
— Jeff, oni wcale nie wyglądają na zaatakowani przez dzikie zwierzę. Nie ma żadnych ugryzień — ocenił, nawet zbliżając się do jednych zwłok pokracznie leżących pod drzewem. Odwrócił je na plecy końcem buta, by upewnić się w swojej obserwacji.
— Mhm — Ranger odparł zdawkowo, rozglądając się jednak czujnie po okolicy. To, że teraz nic tu nie było, nie świadczyło niezbicie o tym, że byli sami. Wolał być ostrożny.
Zszedł z ogiera i dokładniej rozejrzał się po okolicy. Cofnąwszy się kilkanaście kroków, zauważył, że wóz przez pewien czas, po tym jak się przewrócił, jeszcze był ciągnięty przez konie. Ich ślady były bardzo wyraźne. Kiedy wrócił do wozu, aby to obejrzeć, zauważył, że pasy, w które te były zaprzęgnięte, zostały przecięte. Ogólnie fakt, że nigdzie nie było krwi, najbardziej go w tym wszystkim dziwił.
— Nie zostali zastrzeleni? — podzielił się swoją wątpliwością z lekarzem. Dla niego tak właśnie to wszystko wyglądało. Jak zwyczajny napad, kradzież koni i… tyle.
Oficer i Pigment byli wyjątkowo zniechęceni unoszącym się wokoło zapachem, więc może nawet drapieżniki tak go odbierały. Chociaż, ich właściwie mógł się spodziewać w każdej chwili.
William nie odpowiedział, tylko wyciągnął białą chusteczkę z kieszonki marynarki i starając się zbyt głęboko nie oddychać, pochylił się nad zwłokami. Obejrzał je z wielu stron, a potem to samo zrobił z pozostałą dwójką. Coraz mniej z tego rozumiał.
Mężczyźni byli dobrze ubrani, ale nie wyglądali na bogatych. Bujny zarost na twarzach, ubrania przystosowane do różnych warunków i dość sprawni fizycznie, sądząc po ich budowie ciała.
— To dość osobliwe… Nie ma ran postrzałowych, żadnych śladów ataków zwierząt… Nic zewnętrznego. A jednak nie żyją — rzucił ni to do Jeffa, ni to do siebie.
— No, to mamy zagwozdkę — jęknął Ranger.
Usłyszał gdzieś z głębi lasu głośniejszy odzew ptaków. Coś musiało je spłoszyć, a to nigdy nie był dobry znak.
— Myślisz, że ile nie żyją, William? — dodał już szybciej, mimowolnie napinając całe ciało, jakby potrzebował nagle zareagować. — I jeśli nie jest konieczne, abyśmy tu dłużej zostali, to sugeruję… — urwał, bo Oficer zarżał głośno i przestąpił niecierpliwie w miejscu.
Lekarz uniósł się szybko z klęczek, czując nieprzyjemnie zimny pot na plecach. Sceneria ze zwłokami nie była mu obca, ale czuł w powietrzu coś zgoła niecodziennego.
— Pomóż mi ich załadować na wóz — polecił tylko twardo, już sięgając do jednych zwłok. Tych najszczuplejszych. Musiał się dowiedzieć, co ich zabiło, bo fakt, że było to coś… wewnętrznego, było oczywistością. Źródło ich śmierci mogło rzucić na sprawę Johna Smitha nowe światło i nie miał zamiaru pozwalać jakimś dzikim zwierzętom zabierać tę padlinę. Była jego. Od teraz.
Jeff, mimo że miał szczerą ochotę dyskutować z lekarzem, to jakoś fakt, że Oficer coraz głośniej nawoływał go, aby sobie poszli, upewnił go, że nie ma na to czasu.
Schował szybko strzelbę do jednej ze specjalnych kabur przy siodle czarnego ogiera i dosłownie podbiegł do Williama. Złapał nieboszczyka za nogi i razem z blondynem wrzucił zwłoki na wóz. Deski zatrzeszczały z protestem, a muchy rozleciały się na wszystkie strony z nieprzyjemnym bzyczeniem.
— Jedne ci chyba, kurwa, starczą?! — spytał, a Pigment szarpnął wozem, coraz żywiej podzielając zdanie swojego karego towarzysza.
Coś szło w ich stronę i przez ten cholerny gesty las nie widział co… Ale drzewa się ruszały.
— Nie, jeszcze jedne! — odpowiedział od razu William. Bardzo stanowczo. Jeśli powód śmierci wszystkich trzech mężczyzn był taki sam, musiał to potwierdzić. Dlatego nie bacząc na coraz głośniejsze rżenie koni, doskoczył do drugich zwłok, opierających się pokracznie o koło rozwalonego wozu.
W lesie zapanowała jakaś dziwna cisza. Żadne ptaki nie śpiewały, a jedynie dobiegał ich podejrzany szelest drzew z konkretnej strony. Oficer też zamilkł, gapiąc się w jakiś punkt w lesie. Jefferson nie chciał chyba wiedzieć, co tam jest, bo był świadom, że jego ogier nie zachowywał się nawet tak, jak kiedy swego czasu zaatakował ich niedźwiedź.
Nie mając czasu na to, aby William bawił się z kolejnymi zwłokami, ignorując ich zapach, złapał nieboszczyka i gwizdnął na Oficera.
— Will! Na wóz! — krzyknął jeszcze do lekarza, kiedy jego ogier podbiegł do niego, pochylając łeb. Ułatwił mu dzięki temu wrzucenie trupa na swój grzbiet. Jeff w tym czasie pociągnął za lejce rzucającego się niespokojnie Pigmenta i nawrócił wóz lekarza. Dopiero wtedy sam wskoczył w siodło.
Lekarz wskoczył pospiesznie na swój wóz i złapał się go dobrze, by nie spaść. Szarpnął lejcami, a Pigment bez wahania ruszył drogą w stronę miasteczka. William sapnął głucho, obejrzał się i… cały struchlał. Serce aż go zabolało, gdy niemal poskoczyło mu do gardła. Nie wahając się, szarpnął mocniej, jeszcze bardziej popędzając Pigmenta.
Tuż obok niego pędził w galopie Oficer. Nieboszczyk zawieszony tuż przed udami Jeffersona podskakiwał groteskowo, a jeździec właśnie obracał się w siodle, aby rzucić naprędce podpaloną torbę. Ta upadła na kurzącą się za wierzchowcami ścieżkę, dymiąc się chwilę i zasłaniając Williamowi resztki widoku tego, co wylazło spomiędzy gęstych zarośli.
Lekarz widział to. Widział i chyba nawet słyszał, jak wydało z siebie ten niski, charczący dźwięk stłumiony głośnym strzelaniem i piskiem, który wywołała torebka Jeffersona. Coś jak bardzo głośne strzelanie kukurydzy na ogniu i wrzask upiorytu. Do tego ryk… Ale William już nie wiedział, czy to ryk tego monstrum, przed którym uciekali i którego dudnienie łap, czuł, czy… wszystko to działo się tak szybko, że ledwo rejestrował. Teraz jednak liczyło znalezienie się jak najdalej.
Dopiero po wyjechaniu przed pierwszy szereg drzew na granicy lasu poczuli się bezpiecznie. Konie wciąż parskały, ni to ze zmęczenia, ni to z przerażenia, czy może przez śmierdzące zwłoki na wozie i grzbiecie. Jednak teraz, gdy mieli znowu przed sobą zabudowania tego pogodnego miasta, mogli jako tako się rozluźnić.
William oddychał ciężko, niemal jak Pigment, jakby sam biegł przez cały ten czas. To, co widział, przyprawiało go o nieprzyjemne dreszcze i nawet nie musiał patrzeć do lustra, aby być pewnym, że jest blady.
Zjechali jeszcze bliżej miasta, mijając postawioną nieopodal basztę i dopiero się zatrzymali. W obliczu tego, co widzieli, takie strzeżenie miasteczka wydawało im się jak najbardziej logiczne. O ile w ogóle ten stwór bał się ognia w basztach, ale nawet jeśli nie, to z nich lepiej było widać las, więc można było wcześniej ostrzec mieszkańców.
Po swojej lewej, w oddali, widzieli Indianina kopcącego leniwie fajkę i patrzącego w ich stronę. Po tym przeżyciu jakoś przestał im się wydawać tak obłąkany, za jakiego go wcześniej brali.
— Widziałeś…? — wydusił w końcu lekarz, kierując swoje szeroko otwarte oko na Jeffersona.
Ten tylko pokiwał głową. Miał wrażenie, że ucieczka trwała kilka sekund, ale na pewno trwało to dłużej. Emocje zwyczajnie wzięły górę. Konie też zdominowane były przez instynkt ucieczki.
Odetchnął głęboko, jakby zapominając, że przed nim leży śmierdzący nieboszczyk.
— Chodź nad rzekę — zaproponował. Chciał opłukać twarz i zrzucić to truchło, które mogło dodatkowo ubrudzić Oficera. Musiał go wykąpać i przetrawić, co widział, a co tylko jego wyobraźnia sobie doprawiła.
William przytaknął i poprowadził Pigmenta za Oficerem. Obejrzał się przy tym na zwłoki mężczyzny spoczywającego na jego wozie.
— Muszę gdzieś zrobić sekcję — poinformował Jeffersona, dopiero teraz zauważając, że może być z tym problem. Na pewno nie pozwolą mu zabrać zwłok do gospody. Może jakiś tutejszy farmaceuta zgodziłby się gdzieś je przetrzymać? W najgorszym wypadku mógłby suto zapłacić któremuś karczmarzowi za przetrzymanie ciał w chłodni.
Jefferson odparł mruknięciem, nadal myśląc o tym, co widział i że to coś zaatakowało ich w dzień. Nieprzyjemna też była myśl, że nie przestraszyło się strzelających i dymiących nasion. To nie był dobry znak. Każdy inny normalny zwierz uciekłby w popłochu. Wniosek więc był jeden: to nie było normalne zwierzę. Jefferson już wietrzył nosem mutację.
— Poszukasz. Pójdziemy najwyżej zaraz do szeryfa.
— Dobrze — zgodził się lekarz, starając się przyswoić te wszystkie fakty. Porzucony wóz z narządami, brak Johna Smitha i koni, nieżywa trójka pomagierów i to… ta… — Wielka Stopa… Jeff, to istnieje — dodał już ciszej, bo czuł, że gdyby odezwał się głośniej, głos by mu drżał.
Ranger nie skomentował, aż nie dotarli nad rzekę. Tam zwalił na kamienisty brzeg zwłoki z siodła i spojrzał na Williama swoimi ciemnymi, poważnymi oczami.
— Wolałbym tego nie mówić, ale… było brązowe, co nie? Tak brązowy-brązowy, a nie czarny, tak?
— Jakie znaczenie ma kolor? Ja bardziej zwracałem uwagę na rozmiary — zauważył chłodno lekarz, schodząc z wozu i poprawiając kapelusz.
— Perspektywa? — Jefferson spróbował sobie wyjaśnić to, co widział. Ale to coś, kiedy wyłoniło się z lasu, było wielkości bizona. A niedźwiedzie nie są wielkości bizona, nawet najbardziej grube i najbardziej puszyste.
— Wątpliwe. Ale… nie teraz. Skupmy się na zwłokach. Nie chcę, by leżały tak w słońcu. — William obejrzał się na ciała. To na to rzucone na kamień przez Jeffa, to na to drugie, na wozie. — Musimy je gdzieś przewieźć, a ja będę potrzebował fartucha i swoich narzędzi.
— To… — Młodszy mężczyzna wzruszył ramionami. — Pomóż mi z tym. Niech leżą razem — jęknął i schylił się do tęższego mężczyzny. Nie przyglądał mu się wcześniej. Nieboszczyk jak nieboszczyk. Nie pierwszy, nie ostatni w jego życiu. Teraz ziemisty na twarzy, o rudawej szczecinie na policzkach i pokołtunionych włosach. Z ust coś paskudnego mu wyciekało, a oczy były już lekko zapadnięte. Czuł, że na pewno będzie musiał porządnie umyć Oficera i ręce.
Przenieśli truchło na wóz przy akompaniamencie pełnego niezadowolenia prychania Pigmenta. William był pewien, że ci mężczyźni nie umarli dawno. Kiedy tylko w miarę stabilnie usadowili ciała oraz upchnął na wozie wszystkie kończyny, otrzepał ręce i zwrócił się do swojego towarzysza:
— Już się tym zajmę. Pojadę do szeryfa, a potem po swoje narzędzia do gospody, a ty dopytaj tego Indianina lub kogokolwiek innego, jak długo John Smith tutaj przebywał. To nie są zwłoki, które leżały tu tygodniami.
— Mhm, zaraz się tym zajmę. — Jefferson westchnął i obszedł Oficera, który akurat korzystał z okazji i pił wodę. Na jego lewej, przedniej nodze, tam gdzie znajdowała się głowa nieboszczyka, coś było. Rangerowi aż żołądek podszedł pod gardło. — Ale najpierw się… my… Uch. — Spojrzał na Williama. — Nie wiesz, gdzie będziesz?
— Nie, więc spotkamy się dopiero w gospodzie. Spróbuję się dowiedzieć, dlaczego ci mężczyźni nie żyją. W każdym razie, cokolwiek ich dotknęło, Johna Smitha to nie dotyczyło — zauważył poważnie. Był pewien, że i Jefferson zauważył, że coś tu śmierdzi. John Smith ewidentnie się ulotnił. Pytanie tylko, czy to wielkie monstrum, które wyłoniło się z lasu, zdążyło go dorwać.
Ranger skinął głową na znak, że taki plan mu odpowiada. Teraz to Will trochę się potrudzi, a i poturla się ze zwłokami przez miasto.
— Jak coś, będę cię szukać, jak szybko mi zejdzie — rzucił jeszcze i zaczął zdejmować buty, aby wejść z Oficerem do rzeki i obmyć go z tego, co wypłynęło z rudego nieboszczyka.
Lekarz zgodził się z nim, ale zanim ponownie wszedł na wóz, zbliżył się do Jeffersona, delikatnie przytrzymał go za szyję i pocałował lekko w usta.
— Przy tobie nigdy nie mogę narzekać na brak emocji — rzucił trudnym do odczytania tonem.
Jefferson zrobił trochę większe oczy, ale zdziwienie bardzo szybko go opuściło. Prychnął pod nosem i sam oddał pocałunek. William był niemożliwy czasami z wyczuciem czasu z tymi swoimi czułostkami, ale Ranger nie mógł zaprzeczyć, że było to przyjemne. Na swój sposób przynajmniej.
— Poczekaj, aż na to zapolujemy.
William najpierw chciał odpowiedzieć coś w rodzaju: „To nie nasza praca”, „Możemy przecież objechać las i bezpiecznie dotrzeć do celu”, „To niebezpieczne”. Ale… znał Jeffersona Blacka, tego niepoprawnie upartego, kochającego wyzwania i równocześnie w pewien pokrętny sposób prawego mężczyznę, który nie mógłby odpuścić sobie takiego „polowania” i upewnienia się, że miasteczku nie zagraża przerośnięte monstrum. Zapewne myślałby o tym cały czas podczas dalszej drogi.
— Zdecydowanie będę musiał wydobyć bombki z walizki — odpowiedział lekarz.
— Najpewniej — zgodził się Ranger, po czym skinął głową na wóz. — A teraz idź, bo capi jak jasna cholera.
William odsunął się i wszedł na swój wóz, by usadowić się zaraz obok swoich dwóch, martwych towarzyszy. Uchylił jeszcze kapelusza w pożegnalnym geście i rzuciwszy „do zobaczenia później”, odjechał w kierunku miasteczka. Ciągnął się za nim zarówno smród rozkładających się ludzi, jak i niezaspokojona ciekawość, co tak naprawdę mogło się wydarzyć i dlaczego John Smith uszedł z życiem, a on wiezie na swoim wozie dwie medyczne zagadki.

*

Grzbiet Oficera lśnił w słońcu, a z mokrej grzywy uleciały kropelki wody, gdy ogier zatrząsł łbem. Był czysty dzięki kąpieli w rzece i nie było na nim śladu smrodu po zwłokach. Rżeniem dodatkowo podkreślał, jaki jest zadowolony z zadbania Jeffersona o jego świeżość, kiedy szedł niespiesznie w kierunku miasteczka, prowadzony przez swojego pana. Ten zarzucił na niego tylko siodło. Nie chciało mu się go zapinać. Sam miał podwinięte spodnie, a mokre stopy wciśnięte w buty.
Jakaś młoda kobieta obejrzała się za nim. Albo za ogierem, bo ten akurat prychnął z zadowolenia po chłodnej kąpieli. Uśmiechnęła się jednak już na pewno do Rangera, który odpowiedział tym samym, ale nie zwolnił. Było piękne słońce. I… aż ciężko uwierzyć, że przed chwilą uciekli przed jakąś przerośniętą bestią z lasu.
To na pewno ich goniło, tego był pewien. I do tego nie wyglądało jak zwykły niedźwiedź. Miało inną budowę ciała. Przednie kończyny były długie i potężne, a tylnie dość krótkie w stosunku do reszty, ale to nimi odbijał się, wykonując tę swoją straszną szarżę. I pysk. Nie miał pojęcia, ile pamięta, a ile sobie już dorabia, ale zęby ten przerośnięty, owłosiony potwór miał… duże.
Nie widział nigdzie w pobliżu wozu Williama ani jego srokatego konia, więc nawet nie wiedział, gdzie doktorek się konkretnie z tymi nieboszczykami udał. Teraz jednak miał coś innego na głowie. Musiał znaleźć kogoś, kto mógłby więcej mu powiedzieć na temat Smitha. Jak długo tu rezydował i… właściwie każdy szczegół mógłby być w tej chwili przydatny.
Wpierw jednak zostawił siodło Oficera w stajni i udał się do pokoju, by się przebrać. Dopiero czysty i suchy postanowił poszukać jakiejś dobrej i gadatliwej duszy. Dobrym początkiem wydała mu się dziewczyna w gospodzie, w której się zatrzymali.
Siedziała za szerokim, masywnym blatem, co raz popijając mleko z wysokiego kubka i tasując nader sprawnie talię kart. Te dosłownie znikały w jej rękach, gdy robiła nimi różne sztuczki. A wyglądało, jakby zwyczajnie się nudziła, robiąc to wręcz niechlujnie.
Gości w pomieszczeniu będącym równocześnie malutką karczemką było niewielu, bo zaledwie dwójka. Jefferson zlekceważył ich i podszedł do dziewczyny. Usiadł za barem.
— Polej mi — poprosił zamiast powitania. Przeczesał palcami włosy, zastanawiając się mimo wszystko bardziej nad potworem z lasu, tą całą Wielką Stopą, niż nad Johnem Smithem. Jakby Największy-Dupek-Świata, Isaac Hamilton, się o tym dowiedział, zagadałby go na śmierć.
— W porządeczku! — odpowiedziała wesoło dziewczyna, odłożyła karty i zaczęła nalewać gościowi do kufla pienistego piwa. — Pan sam? A towarzysz? — zagadała, zerkając na niego spod jasnych rzęs. Na nosie miała masę piegów, a włosy spięte byle jak. Na nie nałożoną miała wypłowiałą chustkę, więc te raczej nie wpadały do napoi, gdy pochylała się nad szklankami, polewając gościom.
— Gdzieś w miasteczku. Rozkoszuje się jego urokami — odparł z rozbawieniem w głosie i skinieniem podziękował za trunek. — A jest czym. Jedno z lepszych miejsc, w jakich byłem ostatnimi czasy.
— Taa? To gdzie to pan wędrował? Bo mnie się zdaje, że jest dużo, oooo dużo miejsc takich wspaniałych do zwiedzenia! — Dziewczyna oparła się łokciami o blat, dumając nad własnymi słowami.
— Mhm, jest kilka ładnych miejsc. Na wschodzie chociażby, te wielkie miasta, albo na południu wielkie równiny. Ale ostatnio rzadko kiedy w jednym miejscu człowiek chce się zatrzymać na dłużej. Często pewnie zostają tu ludzie na trochę, hm?
— Ano, ano. Niby mamy jedną gospodę, ale ona to zawsze prawie pełna jest. Mamy nawet paru stałych bywalców, co z Williamsburg do nas zajeżdżają.
— Tak? — Jeff zrobił zaciekawioną minę, aby dziewczyna kontynuowała.
— No. Bo my do jeziora tam na północ mamy blisko bardzo. To wystarczyło las pokonać, żeby się, wie pan, zrelaksować, no. Teraz właśnie przez Wielką Stopę trochę z tym krucho, ale ludzie się i tak zjeżdżają. Bo jeszcze nie wiedzą. A jak się już ten… no, rozejdzie, że my potwora mamy w lesie… — Dziewczyna pochyliła się do mężczyzny i zagwizdała z żalem. — To już pewnie gorzej będzie z gośćmi.
— Ostatnio chyba też było u was kilku gości. Bo słyszałem, że ruszyli na północ — Jefferson kontynuował rozmowę, nie dodając już, że może godzinę temu znaleźli ich martwych.
— A… — Dziewczyna lekko się skrzywiła, ale pokiwała żywo głową. — No byli, taki jeden był, co często przyjeżdża i jeszcze trzech jakichś, wiesz pan… przydupasów.
Jeff zaśmiał się przyjaźnie.
— No, domyślam się jakich. To ktoś ważny był?
— A to zależy. Jak ktoś ma pieniądze, to jest ważny, nie? A ten miał. Zawsze — podkreśliła, dodatkowo stukając piąstką w blat.
— A chociaż hojny? — Jeff znowu uśmiechnął się do dziewczyny, pozwalając jej mówić. — I kiedy stąd wyjechali? Długo wydawali tu pieniądze?
— Zawsze to obrotowo szło. Przyjeżdżali, a potem fruuu! Na północ do jeziora. No, ale teraz to ho, ho, posiedzieli z… ja wiem? Z miesiąc by był minimum.
Zaciekawiony Jefferson uniósł wyżej brwi i napił się piwa. To rzeczywiście długo. Żałował, że nie posiedzieli jeszcze trochę dłużej, to dorwałby gnoi.
— To… niezła zmiana. Tak urzekło go tym razem miasteczko?
— Nie no, wtedy to na samym początku było, jakmyśmy się wszyscy dowiedzieli, że Wielka Stopa grasuje! — Dziewczyna zawołała z przejęciem, a Jefferson gdzieś zza pleców usłyszał potwierdzające jej słowa mruknięcia gości. — To wtedy truchło małych zwierzaków się walało po granicy lasu, a ośmiu drwali naszych też martwych znaleźliśmy. Pewno potwór skąd do nas przyszedł. To nie można było nawet myśleć o jechaniu przez las.
— Czyli Wielka Stopa go zatrzymała? — upewnił się. — Ale jeśli ona cały czas tu jest, to czemu ruszył znowu?
— A bo mu się spieszyło. Już był coraz bardziej wściekły, jak dni mijały. Taki jakiś… wie pan, nerwowy się robił. Nawet nam jednego o, krawca zabił. — Dziewczyna skrzywiła się smutno, podpierając głowę na dłoniach. — Taka czarnoskóra rodzina mieszkała na skraju miasteczka. To nim wyjechał, jeszcze się posprzeczali, zastrzelił domowników i pojechali. Nawet szeryf nie mógł go zatrzymać, bo do lasu za nim się bał jechać.
Jefferson skrzywił się. Ten John Smith był na pewno tym, o którym niejedno już słyszeli. Głównie, że nienawidził czarnych.
— Nieciekawa sytuacja. — Westchnął ciężko, zapatrując się w resztki swojego trunku. — I to niedawno było chyba?
— Hej! Hugh, kiedyście chowali Thomasa krawca?! — dziewczyna zawołała do jednego z gości siedzących przy stoliku i sączącego takie samo piwo jak to Jeffa.
— A… to ze dwa dni temu? W niedzielę chyba, nie? Bo ty wiesz, Polly, że mi się już dni od tego piwska w jedno zlewają.
— No, ale coś ten tego. Tak, to w niedzielę było, bo pamiętam, że biło w dzwony o dwunastej, jak szli korowodem. — Młodziutka, wręcz nastoletnia karczmarka znowu spojrzała na Jeffersona i napiła się swojego mleka, robiąc tym samym biały paseczek nad górną wargą. — My to tylko mamy nadzieję, że Smitha ta Wielka Stopa zjadła, o!
— Czyli dwa dni, trzy temu uciekł? — Jeff jeszcze chciał się upewnić, nim pójdzie poszukać Williama ze swoją nową wiedzą. W sumie, jak na jego oko, to tak te trupy wyglądały. Chociaż wolał nigdy nie przyglądać się za bardzo. Sam fakt, że kilka godzin starczyło, aby ktoś robił się czarny na gębie, jak tak padł, go z lekka obrzydzał.
— Aha. I niech go ki diabeł weźmie! Nieprzyjemny to człowiek był. A i ci jego ostatni kompani też jacyś dziwni — dziewczyna ściszyła głos do szeptu, jakby mówiła o czymś albo tajnym, albo wyjątkowo intrygującym. — Wiesz, pan… Prawie nie spali, tylko się słyszało, jak mantykują… Łapska to się im trzęsły, że ledwo kufle trzymali… Ja to nie wiem nawet, bo my tu nic, żadnych prochów nie sprzedajemy. To pewno swoje jakie mieli.
Jefferson skinął głową, także się do niej pochylając, aby dodać poufności rozmowy.
— A nie myślisz, że to ze strachu się trzęśli? — zapytał o pierwsze, co mu przyszło do głowy. O nich jeszcze musiał spytać Indianina. Ten też znał kilka rodzajów ziół, jak zauważył w jego chacie. Warto było popytać.
— Tak też myśleliśmy. Że się spitrali Wielkiej Stopy, a Smith ich gnał, by już przez las wyruszyć. To mogli być… uuu, ja bym srała w gacie! — odpowiedziała dziewczyna z powagą.
— Ale Smith się nie bał? Mówiłaś wcześniej, że to on dowodził, to czemu ich nie pognał wcześniej? — pytał, a coś mu zaczynało coraz bardziej nie grać. W końcu znaleźli tylko trupy tych mężczyzn. I ani śladu Smitha. I te narządy. To nie było na jego głowę.
— Mówiłam. Wielka Stopa dopiero wtedy zaczęła atakować, zwłok tyle to u nas w lesie było, że głowa mała! Tośmy się wszyscy bali, Smith też pewno nie chciał ryzykować. Ale w końcu pękł i pojechał. I tyleśmy go widzieli.
Jefferson trochę wątpił, aby mężczyzna aż tyle czasu się wahał i nagle bez większego powodu pękł. Ale nie drążył. To była jego opinia. Nie musiała być prawdziwa.
— Mhm… kiepsko. Też będziemy musieli udać się na północ.
— Naokoło lasu można. Droga, prawda, dużo dłuższa i trudniejsza, ale to chyba bezpieczniej. Chyba, że ktoś czas ceni bardziej niż życie — stwierdziła karczmarka, zakładając ręce na piersi.
— Musimy dotrzeć do jeziora. — Jeff westchnął, po czym dopił piwo i wstał. — Na razie jeszcze muszę poszukać mojego towarzysza. Jakby się tu pojawił, to, proszę, przekaż mu, że go szukam — dodał i zapłacił.
— Jak pan sobie życzy — odpowiedziała wesoło dziewczyna i schowała pieniądze do sakiewki przy spódnicy, uśmiechając się do niego zepsutymi ząbkami.

8 thoughts on “Across The Cursed Lands II – 11 – Coś tu śmierdzi…

  1. Katka pisze:

    Hoshii, wiesz, jeszcze Wielka Stopa sobie pomyka po świecie, więc kto wie, czy nie będzie jednak więcej flaków i krwi ;) A co ich zabiło… mogę powiedzieć jedynie, że to bardzo, bardzo kluczowe :)

  2. Hoshii. pisze:

    dlaczego ładny i miły bizonek z ostrymi kłami (?) robi za Wielką Stopę? ;( szczerze, to spodziewałam się krwi, flaków rozwleczonych po drodze, jeszcze więcej krwi i szczątków gdzieś w krzakach, a tu nie ma śladów, ale nie żyją. czyżby jakaś trucizna? ciekawe co się stało ze Smithem, może zaprzyjaźnił się z bestią? :3

  3. Shivunia pisze:

    Tigram >> Jakby ktoś go porwał? Hmm… wiesz, wszystko jest możliwe ;) Jak nie teraz to kiedy indziej. Więc, dobrze jest marzyć :)A Jeffkowi William na pewno nie jest obojętny. W końcu chroni jego tyłek i cóż, nawet jeśli nie w łóżku, to łączy ich trudna przyjaźń.
    „wszystko przed nami” O tak, to na pewno. Tylko pytanie co się wydarzy kiedy. I hahaha, mogła bym coś więcej powiedzieć, ale wtedy bym spoilerowała. Czuje sie pozbawiona ciekawych odpowiedzi XD Ale! Strasznie podoba mi się te zdanie, ze nie emocjonalnie, a geograficznie. Oh, jakie piękne słowo ;)

    Margo >> Williowi pewnie też by było szkoda ciała Jeffa. Ciekawe czy bardziej tego, czy tego że zostałby porwany. Ale w ogóle, widzę wspólną wizję. Już snujecie jakieś plany? O których ja nie wiem?
    Niemniej fajnie. Lubie słuchać takich domysłów :D

    Gordon >> Ta część o masturbacji do trupów jest… tak bliska temu co czasami Jeff myśli o Williamie. Dopiero za kilka dni okaże się, czy wasze przypuszczenia są prawdziwe. Co nie zmienia jednak faktu, że biedny jest blondyn, tak będąc „oskarżanym” o nekrofilie XD
    I taaa, wielka stopa istnieje. Mają identyczny problem jak Smith… ciekawe jak ten sobie z nim poradził, hmm. I jak poradzą sobie Jeffko i Willuś XD

    Basia >> W sumie nie wiem czy się kiedyś nie przekonasz jakby się Jeff zachował na takie zdystansowanie. Tylko czy, tak z drugiej strony, William by tak zupełnie umiał. Chociaż sądząc po ostatniej ucieczce spod Jeffa podczas seksu, na wiele go stać. Mogło by go było stać na jazdę konną, ale to ciii XD
    Co zrobił Smith jest nie tylko tajemnicą dla ciebie, ale tez dla Jeffa i Willa. Chociaż tak samo macie też swoje przypuszczenia ;)A Willuś ma z trupami niezłą „zabawe”. W koncu jakies zadanie dla niego :D
    Dziękujemy BARDZO za życzenia weny ;)

    Saki >> Od razu dzięki za spostrzeżenia. Poprawione ;)Znaczy, Kat poprawiła. Ja płodzę dziś śliczne odpowiedzi. I połączę sie z tobą w bólu. Mi pisanie go sprawia, bo dziś przypiekłam se palec i mam uroczy bąbel na opuszce środkowego palca. Boli jak pisze, czy tez klikam na myszce, bo sie zapominam :/ Eh, pierdołą być.
    A to o czym piszesz. Już chyba trzysta razy mówiłyśmy, ze uwielbiamy wasze domysły. I twoje, tez są super. To co zrobił Smith, czy wielka stopa zjada swoje ofiary, gdzie koniec i w ogóle cała reszta. To chyba tak samo fajne o takich przypuszczeniach czytać, jak potem samemu przekonywać się czy miało się racje czy nie.
    Co do bestii z bestiariusza, to tak, wielka stopa będzie. ALE, dopiero za jakiś czas. Chcemy wam dać czas aby sobie ja wyobrazić. Może nawet znajdzie się ktoś chętny do narysowania :D
    Dzięki wielkie za komentarz. Trzymamy kciuki aby kolokwia poszły :D

  4. saki2709 pisze:

    Czyżby jednak mutant? Nie myliłam się? Będzie nowy potworek w Bestiariuszu? No i mieszanka nie zadziałała… To w żadnym wypadku nie mógł być niedźwiedź XD Nie mogę się doczekać polowania na „misia”.
    Rozdział ogólnie super, trzymający w napięciu… No i jednak wóz się na coś przydał XD
    Wilcio coś nie lubi, jak Jeff nazywa jego konia per „krowa”, hehe.
    Prawie bym zapomniała… Żeby się tak minąć z tym całym Smithem? Trzy, cztery dni to tak niewiele, a jednak robi różnicę. I czy mi się tylko wydaje, czy koleś spierniczył, zabrawszy konie , a zostawiwszy swoich kompanów? Nie no.. zaczynam bzdury gadać… A może jednak coś w tym jest? No nic… Na pewno uciekł, ale czy mu się to udało stanowi wielką niewiadomą. Bo Wielka Stopa alias misiek raczej nie zjada swoich ofiar… W każdym razie konie ktoś musiał zabrać.

    Sorki za mało składny komentarz, ale miałam dziś męczący dzień. Trzy kolokwia to dla mnie jednak za dużo…

    A tu takie coś, co mi się w oczy rzuciło:
    „- Nazywanie Pigmenta krową jest naprawdę nie na miejscu, Jeff, skoro dobrze wiem, że gdybym ja twojego ogiera nazwał chociażby maciorą, oburzyłbyś, jakbym ci co najmniej zabił rodzinę”- „oburzył *się*”.
    „Aż można było natknąć się na jakąś jaskinie”- „jaskinię”.
    „Większość zwierząt boi się głośnych wystrzałów i jak rewolwer jest doskonały źródłem dźwięku, tak nie warto marnować kul.”- „doskonałym”.
    „Nie, spoczywają bezpiecznie w mojej walizce, ale mogłeś powiedzieć, że potrzebujesz, jeśli chciałeś czegoś robiącego dużo dźwięki.”- „dźwięku”, ewentualnie „hałasu”.

    Pozdrawiam i życzę weny :)

  5. Basia pisze:

    Witam,
    ach… rozdział porywający… aż mnie ciekawi cóż to był za stwór…. no i gdzie w takim razie jest Smith, czyżby spierniczył, że tak się wyrażę…. no i zadziwiające jest to, że aż czekał miesiąc, a może tak naprawdę na coś, albo kogoś czekał? No i te trupy… ciekawe do jakich wniosków dojdzie William…
    tak mi się nasunęło teraz podczas czytania, ciekawe jakby zareagował Jeff jakby Will po prostu się zdystansował do niego, ani by nie patrzył na niego lubieżnie, ani żadnych pocałunków….
    Multum weny życzę…
    Pozdrawiam serdecznie i gorąco

  6. Gordon pisze:

    Ja stawiam ze bardziej prawdopodobne jest ze doktorek sie gdzies zaszyl i sie masturbuje do tych trupow ;p A tak serio serio to na pewno nad nimi majstruje a Jeff go znajdzie podjaranego jak nigdy. Wielka Stopa na serio istnieje xD To ciekawe jak oni teraz przez ten las przejada. Sie niezle mineli ze Smithem skoro on tam byl kilka dni wczesniej. Moze go szybko dorwa ale ciekawi mnie gdzie i po co z tymi narzadami jechali. Podejrzane ze ci goscie umarli a nie on. Coraz wieksza sie intryga robi, lto lubie ;p

  7. Margo pisze:

    Po komentarzu TigramIngrow też zaczynam mieć taką malutką nadzieję na taki rozwój wydarzeń. Byłoby okropnie ciekawie jeśli rzeczywiście Will zostałby porwany. Ale wcale nie życzę Jeffowi jakiegoś uszkodzenia ciała, nawet krótkotrwałego. Szkoda mi jego ciała :)

  8. TigramIngrow pisze:

    Ale by były jaja jakby ktoś porwał Williama! Bez kitu. Ale bym czerpała perwersyjną przyjemność z niepokoju Jeffa, bo – nie ukrywajmy – Jeff wcale taki obojętny wobec doktorka nie jest. Jestem pewna, że byłby mocno zaniepokojony. Ale by mu było dobrze…! Ale by docenił…! Szkoda, że go ten potwór trochę nie uszkodził, ale Wielka Stopa w trailerze był, operacja też więc wszystko przed nami. A ja nadal mam nadzieję, że ktoś porwał Willa by ten się nie dowiedział jak zmarło tych trzech przydupasów Smitha.
    No. liczę na ich rozstanie. Nie emocjonalne, a geograficzne. Mrau!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s