Bonus – Przetrwać

Nie było łatwo. Ręka nie wystarczała. Piwa nie było. Ani nawet samochodów, na które na ulicy mógłby się popatrzeć. Ostatnim był bus, którym tu przyjechał. A potem… potem już tylko oglądanie wyścigów F1, kiedy akurat reszta skazanych była gotowa pójść na ustępstwo i to oglądać. Zwykle jednak leciało cokolwiek, co miało w sobie cycki. Nieważne czy były to pokazy mody, czy wybory miss. Były cycki.
Ryan miał dość cycków. Niestety dość miał również kutasów i męskich tyłków, bo były dla niego nieznośnym widokiem, kiedy były niedostępne. A niedostępne były wszystkie.
Zauważył, że codziennie kładł się coraz bardziej sfrustrowany. Nie mógł się zaaklimaty-zować, to nie było jego środowisko. Jego była plaża, nocne ulice Miami, kluby, knajpy… A nie kraty.
— W końcu przywykniesz. Wiem, że nie powinieneś w ogóle musieć przywykać, ale… No, brat, co ci powiem? Wiesz, że to twoja wina…
— To wina panów, którzy siedzieli mi na ogonie podczas tej przejażdżki Ferrari, ale tak, liczę, że przywyknę.
— A jak współwięzień? Jest spokojniejszy niż ten…
— Ten, co próbował wyciąć mi żebra? Tak, jest lepszy i spokojniejszy. Tamtego, mam na-dzieję, szybko z izolatki nie wypuszczą. — Uśmiechał się krzywo za każdym razem, kiedy o tym mówił. Luke Walker wciąż odbywał swoją karę w pomieszczeniu dwa na dwa z własnym cieniem i Ryan w duchu liczył, że jeszcze to potrwa. Koleś był pojebany, a on przez niego dorobił się blizn. Jakby ta od ojca mu nie wystarczyła.
— Trzymam kciuki… Ryan, musisz wyjść stąd żywy.
— Hej, hej, siostruniu… Nie rozklejaj mi się tu i pozwól, że teraz udam, że okno bardzo mnie zainteresowało, a ty wytrzyj te niedorzeczne krople spod oczu, bo pomyślę, że jestem na własnym pogrzebie.
— Głupi jesteś… Można się tu przytulać?
— Można.

*

Wiedział, do kogo się zbliżać, a do kogo nie. U kogo szukać protekcji, a u kogo cena za nią byłaby zbyt wysoka. I tak przekroczył nie raz swój nieistniejący kodeks, którego wcześniej nigdy by nie złamał. Przekonał się jednak, że tutaj działają inne zasady. Że tutaj nie ma miej-sca na to, co jest normą na zewnątrz. Tutaj były inne normy i panowało prawo silniejszego.
Kiedy rządzili tutaj biali, tak zwane Aryan Brotherhood, było podobno źle. Gorzej. Ale te-raz u władzy był Lenny Tunder. Koleś nie miał nawet trzydziestki, a wszyscy go szanowali. Ryan był wobec niego neutralny. Jak zawsze, starał się nie wcinać pomiędzy szychy. Był z tych, którzy robili co trzeba, by przetrwać. Nic ponad, nic poniżej. A narkotyki były zdecy-dowanie „ponad”.
Wiedział on, wiedzieli strażnicy, wiedział naczelnik. Wszyscy wiedzieli, że handel tu kwitnie, ale żadna inspekcja nic nie dała. No, może raz na jakiś czas znajdowano woreczek pod czyimś materacem lub w czyimś odbycie. Ale nigdy nie powiązano tego z Lennym Tun-derem, chociaż każdy wiedział, że bez jego zgody nic tu z rąk do rąk nie miało szansy przejść.
Kilka razy Ryan mył się z nim pod prysznicem. No… nie z nim-z nim. Raczej obok niego i jeszcze kilku innych skazanych. To było na tyle frustrujące, że późnej starał się tego unikać. Lenny Tunder miał tak seksownie zbudowane ciało, że Ryan obawiał się wzwodu od zbyt długiego patrzenia. Dlatego nie raz wyszedł spod natrysku szybciej niż powinien. Nie raz wciąż w mydle.
— Mmm…
— Te, Carter! Bez dźwięków chociaż, no do chuja pana…
— Wybacz, Hower, postaram się tak dotykać swojego kutasa, żebyś nawet nie słyszał na-pletka ściągającego się z główki.
— Kurwa, Carter… Ty weź się czasem ugryź w język…
Ryanowi było ciężko, ale w takich momentach cieszył się, że jest na górnej pryczy. Mógł patrzeć w sufit i wyobrażać sobie te ciała, które dziś widział w łazience, w tym Lenny’ego Tundera, a nie patrzeć w spód materaca swojego podstarzałego współwięźnia.
Orgazm nadchodził dość szybko. Szczególnie, gdy atletyczne, ciemne ciało pojawiało mu się przed oczami. Woda spływająca po jego zagłębieniach, znikająca w rowku czy włosach na kroczu. Ryan nie wiedział, czy to moc jego wyobraźni, czy ten mężczyzna tak go podniecał. Ważne, że działało i dawało chwilową satysfakcję.

*

Często myślał o Charliem i Mike’u, choć nieczęsto do nich pisał. Listów z początku do-stawał bardzo wiele. Kumple o nim pamiętali. Nie miał wątpliwości, że nawet kiedy ilość listów się zmniejszyła, to wciąż mieli go w swoich sercach. Po prostu… sam też straciłby zapał, gdyby nie otrzymywał odpowiedzi. A odpisywał bardzo rzadko. Nie chciał, żeby się nad nim litowali, by zbyt wiele myśleli o tym, że siedzi tu zamknięty z mordercami, gwałci-cielami, pedofilami i innymi degeneratami.
Wspomnienie szparki Charliego pomagało mu równie często jak myślenie o Lennym Tun-derze. W końcu z Charliem miał seks, mógł przywołać wiele obrazów. Tunder był tylko na-miastką czegoś, co chciałby chociaż jednorazowo mieć, ale czego mieć nie będzie.
Myślenie o wspólnym piciu, pływaniu i rozmowach też pomagało mu przetrwać wiele trudnych chwil. I tych nudnych też. Głównie nudnych, bo, co jak co, ale nudnych chwil było naprawdę bardzo wiele. Najbardziej zajmujące było opalanie się, czego nikt za bardzo nie rozumiał.
— Uważaj, bo ci się jajka zetną! — Gromki śmiech zawtórował słowom jakiegoś czarnego białasa. Tak, tego z grupy kolesi, którzy długo w pierdlu nie przetrwają. Czarni prędzej czy później obiją mu czaszkę za to, że próbuje ich naśladować.
— Możesz mi je schować w swoich ustach, jak tak bardzo się o nie martwisz, dziękuję! — I kolejna salwa śmiechu odpowiedziała na poprzednią, a Ryan spokojnie wrócił do wygrze-wania się.
Salwa nadeszła od czarnych, nie dziwił się. Cieszyło go to. Czarni nie śmiali się z żartów białych, nawet jak były śmieszne. Chyba że owi biali byli im obojętni lub łączyły ich interesy. Ryan był im zupełnie obojętny.
Nudne było oglądanie telewizji. Siedział przed nią tylko w nadziei, że na żadnym progra-mie nie będzie cycków i wreszcie obejrzą coś normalnego. Zdarzało się rzadko, dlatego to właśnie wtedy najwięcej myślał o kumplach i o tym, co mógłby zrobić, a czego nie zrobi przez swoją odsiadkę. Ta przeklęta wizja Mike’a pod tytułem „my za dziesięć lat” wyjątkowo go prześladowała i frustrowała. Był ciekaw, czy jego kumple próbują ją zrealizować. Chyba chciałby, żeby chociaż im się udało.
Nie nudził się specjalnie, kiedy wolna była siłownia. A polował na nią nader często i nader wytrwale. Czasem zastanawiał się, czy jeśli wróci mocniej zbudowany, to Charlie będzie się ślinił. Często zdarzało się im obgadywać innych facetów, wspólnie oglądać porno i Ryan wiedział, jaki jego przyjaciel miał gust. Domyślał się więc, że to, jakie zmiany w sobie widział po dłuższym czasie, przypadłoby do gustu Charliemu.
— Po kiego grzyba ty tyle biegasz, Carter? Weź pakuj bardziej, to się obronisz przed jakimś gorylem, bo bieganie to ci tyle da, że dobiegniesz może do wieżyczki i se tylko hańby narobisz, wołając do strażnika, by odstrzelił goniącą cię bestię.
— Masz bardzo rozbudowaną wizję mojej dalszej egzystencji w tym przybytku, Turner, ale zapewniam cię, że nie ćwiczę tutaj tylko i wyłącznie dlatego, żeby przeżyć ewentualny atak, jak to nazwałeś ładnie, „goryla”. Nie wiem, czy w to wierzysz, ale czasami robi się to po to, żeby dobrze się ze sobą czuć. W każdym razie, skoro sam tyle myślisz o samoobronie, to zacząłbym od poszukania w bibliotece innych określeń, bo wielu „goryli” z jakiegoś powodu uważa to określenie za hańbiące, więc prędzej ty będziesz musiał biegać do wieżyczki z bła-ganiem o pomoc.
— Ta twoja filozofia jest bardziej rozbudowana niż moje wizje twojej przyszłości…
Ryan wiedział, że większość więźniów rzeczywiście pakowała. Hantle więc najczęściej były tu w użyciu. Lenny Tunder za to, którego właśnie tutaj często Ryan widywał, używał głównie worka treningowego. I to nie tylko do uderzania pięściami, ale i nogami. To trochę Ryanowi imponowało, ale starał się za bardzo nie zapatrywać. Po prostu biegł.
— Haha, hej, Carter, a ty co, do Kalifornii chcesz dobiec?!
Krzywy uśmiech Ryana towarzyszył gromkiemu i trochę szyderczemu śmiechowi Turnera. Cóż, przyzwyczaił się.

*

Nie lubił pracować. To nie tak, że nie wierzył w to, że warto, że to głupie i że robiąc to za friko, jest wykorzystywany. Po prostu… pralnia nie była dla niego. I jakkolwiek nie uważał siebie za kogoś, kto umiałby w kuchni zrobić coś więcej niż zagotować wodę w czajniku, tak chętnie przetransportowałby się tam do pracy. Niestety, kuchnia była w pełni we władzy Len-ny’ego Tundera. Byli tam sami czarni i to nie wszyscy. Ci, którzy sobie zasłużyli. Lenny Tunder również. Jego jednak nie można było zobaczyć przy garach. W końcu ktoś musiał dowodzić.
— Carter, ty czasem nawet nie umiesz nazwać potrawy, którą dostajesz do żarcia!
— Nie słyszałem o tym, że aby po równo rozdzielić porcje, trzeba umieć nazwać wszystkie użyte w daniu przyprawy, proporcje produktów i ich pochodzenie oraz cenę. Hm… zawsze mi się wydawało, że istotne jest tu bardziej zanurzenie chochli w misie… uniesienie jej… i nałożenie porcji na te urocze, plastikowe talerzyki, którymi biedny Hubert ostatnio próbował sobie podciąć żyły, a skończyło się na niedowładzie palców.
— Stary… serio, nie ma bata, żeby cię Tunder wziął.
To był kolejny moment, kiedy Ryan się zaciął. Jeden z nielicznych. Wiedział przecież, że Frank, ten czarnoskóry kucharz, u którego kilkanaście razy na miesiąc usiłował załatwić sobie pracę w kuchni, nie miał wcale na myśli tego, co Ryan sobie wyobraził. Czerwień na policz-kach zwalił na opary z kuchni, a na ustach wymusił swój wyuczony, uprzejmy uśmiech.
— W takim razie pozostaje mi próbować znowu z nadzieją na to, że Tunder kiedyś zmieni zasady doboru pracowników.
— Nadzieja umiera ostatnia. A na razie wracaj do tych prześcieradeł, bo na brudnych spać nie będziemy.
Więc musiał dalej prać. Każdy tu coś robił, to nie była żadna ujma. Plan B zakładał jednak, że uda mu się z pralni przenieść chociażby na pocztę. I po kilku tygodniach udało się. Czyta-nie cudzych listów było zdecydowanie dużo przyjemniejsze niż pranie zaspermionych prze-ścieradeł.

*

„Hej, Ryan!

Masz nas w dupie, w porządku. Charlie nie martwił się, jak mu nie odpisałeś. Potem jak dwa razy nie było odpowiedzi, też się nie przejął. Ale to już piąty list i jak na niego nie odpo-wiesz, to wiesz, my też będziemy mieć cię w dupie. Jak nie chcesz pisać o więzieniu, napisz chociaż o tym, co chcesz z nami porobić, jak wyjdziesz, jakiego piwa się będziesz chciał napić albo, do cholery, jaki program ostatnio oglądałeś.
Ech… u nas jest okej. Charlie pracuje, ja pracuję, obaj wciąż single.

Trzymaj się,
Mike”

Powinien mieć wyrzuty sumienia i miewał je, szczególnie kiedy kumple zaczynali się na niego wkurwiać. Martwili się, rozumiał to, ale wolał ograniczyć ten kontakt. Nie lubił, kiedy Charlie mu współczuł i pisał o tym, jak chujowo, że wsiadł do tego auta, a on nic nie mógł zrobić. Jak żałuje, że nie wybił mu tego z głowy. Co by to zmieniło? Był tu. Siedział za kratą w słabym świetle jedynej lampki o tej porze, ze współwięźniem na dole i klawiszem irytująco spacerującym w tę we w tę.
— Dziewczyna pisze?
Szelest papieru musiał być mocniejszym bodźcem niż te uciążliwe kroki, skoro przebudził jego starego współwięźnia. Ryan tego nie rozumiał.
— Jeśli od czasu, kiedy mnie posadzili, imię „Michael” stało się damskie, to tak.
— Wiesz co, Carter?
— Słucham cię, Hower.
— Byłbyś mistrzu w oszukiwaniu wykrywacza kłamstw.
— Dziękuję za komplement, ale dlaczego?
— Bo nie umiesz odpowiadać wprost.
— To teraz cię zaskoczę: nie, nie napisała do mnie dziewczyna, ponieważ żadnej nie mia-łem przed przybyciem do tego uroczego miejsca, o czym już ci nie raz wspominałem, a czemu z jakiegoś powodu nie chciałeś wierzyć, a i uwierz, że nawiązywanie kontaktów interper-sonalnych z płcią przeciwną jest mocno ograniczone w…
— Królestwo za stopery. I czasem nie wiem, czy ty tak serio, czy robisz sobie jaja…
Ryan nie robił sobie jaj. I już dawno przestał zastanawiać się, dlaczego ludzie potrafili być tak bardzo zaskoczeni jego gadulstwem. To już chyba było normalne, tak samo jak dla niego normalne było to, że kiedy otwierał usta, zamykał je dopiero po minimum kilkunastu sekun-dach. Charlie nie raz wypomniał mu, że mógłby tak przy innej czynności… Ale tak to nie działało.

*

Starał się nigdy nie donosić. To był klucz do przetrwania jako ten, który w nic się nie mie-sza, ma dobre stosunki ze wszystkimi i po prostu wyczekuje swojego wyjścia na wolność. Dlatego też obrał taktykę „nie ma przyjaciół ani wrogów, ale większym wrogiem jest klawisz niż skazany”.
Działało.
Gdy przez bardzo krótki czas pracował w skrzydle szpitalnym, myjąc podłogi w izolatkach, widział więcej nie tych z ospą, grypą albo innym badziewiem. Widział większość tych, którzy przypadkiem zatruli się trutką na szczury, która o dziwo znalazła się w ich porcjach. Widział tych, którzy jakimś trafem pośliznęli się na rozlanym oleju u góry klatki schodowej. Widział tych, którzy podobno próbowali popełnić samobójstwo, mimo posiadania rodziny na wolności i bliskiego wyjścia na warunkowym. I jakimś trafem oni wszyscy niedługo przed nieszczęśliwym wypadkiem mieli rozmowę z naczelnikiem albo oddziałowym.
Podejrzany proszek zawsze oznaczał… podejrzany proszek. Mąki w końcu nie przenoszono w korytarzach pomiędzy spacerniakiem a oddziałem. Ryan nie był głupi, szczególnie, gdy ekstatyczne odgłosy ulgi dochodziły od schodów.
— Zmienili zmiany, panowie, więc jeśli nie chcecie odpowiadać, dlaczego to białe coś, co jest na podłodze, jest też pod waszymi nosami, to przenieście się do biblioteki, bo stamtąd ten młody klawisz został przeniesiony i będzie tu za jakieś… dwie minuty.
Zawsze go bawiło, jak gałki oczne potrafią się powiększyć, kiedy do uszu dotrze zaskaku-jąca wiadomość.
— Carter, wiszę ci ciastko!
— Nie pogardzę.
Cóż, czasem i za ciastko było warto. Bo przecież nie zawsze obiady z kuchni mu smako-wały. Szczególnie te białe, w których wartości odżywcze nie za bardzo wierzył. Szczególnie po tym, jak któryś z Żydów dostał porcję wzbogaconą w białko. Pochodzenia ludzkiego. Ze spermy.
Nie kablował też gwałtów. Nie było przyjemnie na nie patrzeć, ale nie kablował. Nie mógł. Zjebałby sobie życie w więzieniu i był nawet skłonny przewidzieć, że wtedy sam mógłby podzielić los ofiary. Ale i w tej kwestii intrygował go Lenny Tunder.
O księżniczkach słyszał każdy, ale nie każdy wiedział, kim naprawdę są. Ryan jednak wie-dział, którzy z nowych więźniów byli nietykalni. Byli maklerzy, młodzi prawnicy po przekrę-tach finansowych. Pijani kierowcy, złodzieje, czy ci, których było najwięcej — siedzący za niewinność. Księżniczki nie miały cech wspólnych, a przynajmniej Ryan nie mógł takich zna-leźć. Poza tym, że byli Lenny’ego.
Nie każdego z nietykalnych widział u niego w celi, ale był pewien, że każdy w zamian za swoje bezpieczeństwo płacił Tunderowi. Nie… nie pieniędzmi, to nie było tutaj walutą. Czę-sto też nietykalni nie byli szczególnie mocno zbudowani, aby być w jego obstawie. Intelektu-alistów Lenny Tunder też raczej nie szukał. Biblioteka zazwyczaj świeciła pustkami. Ale Ryan widywał czasem tych młodszych… często nago albo ze spodniami w kolanach i nagimi pośladkami.
Raz się zapatrzył. Oczywiście nie podkablował. Ale ślina stanęła mu w gardle i sam nie wiedział, czy mocniejszy uścisk poczuł w sercu, czy w kroczu.
Lenny Tunder miał wielkiego kutasa. Bez wątpienia.
— Jezuuu, jest wielki!
Jak widać, „księżniczka” również tak uważała. Na pewno też czuła, co Ryan ocenił po mocno ściskających się pośladkach oraz zaciśniętych na pościeli pięściach. Nie chciałby być na jej miejscu, co to, to nie. Wiedział, co za sobą niosły kontakty gejowskie w więzieniu, tym bardziej, kiedy się było pasywem. Ale sam widok… takiego seksu, jaki go podniecał, niebę-dącego tym, co puszczali w telewizji… Widok tego, jak jeden mężczyzna zanurza się w dru-gim, jak go dotyka, trzyma i jaki jest sztywny…
Ryan w takich chwilach wiedział, że musi się błyskawicznie wycofać i nawet nie myśleć o przerywaniu. Ale i tak nie mógł powstrzymać się przed zerknięciem na twarz Lenny’ego Tundera i decydował się na ewakuację dopiero w momencie, kiedy spojrzenie jego czarnych jak węgle oczu skrzyżowało się ze spojrzeniem dzikich, zimnych, zielonych ślepi tego ciem-noskórego, niewysokiego faceta.
To były dla niego trudne momenty.

*

„Hej, Mikey i Charlie!

Naprawdę nie mogę mieć nadziei na to, że wytrwacie cierpliwie na relację z moich ust do-piero, kiedy wrócę do Miami jako wolny człowiek? Z Waszych listów wynoszę, że nie. Mam nadzieję, że rozumiecie, dlaczego nie chcę tego rozwlekać i jednak wolę ograniczyć nasz kon-takt. Jeśli nie, przykro mi, jeśli tak, i tak nie muszę tłumaczyć. Ale wiedzcie, że żyję (gdyby było odwrotnie, dowiedziałaby się moja droga siostra i na pewno zaprosiłaby Was na pogrzeb). Mamy tu telewizję (kanałów cała masa, niestety w użyciu głównie takie, jakie chętniej oglądałbyś Ty, Mikey, niż chociażby Charlie i ja), mam okazję codziennie jadać dania kuchni afroamerykańskiej, a na siłowni prawie połowa sprzętów działa i ma się dobrze. Co prawda w kosza nie mam często okazji pograć, nie mówiąc już o tym, że o dźwiękach fal mogę tylko po-marzyć (niestety, nie mam tu mp3 z dźwiękami natury). Ale zapewniam Was, że nie wrócę, wyglądając jak wrak i jeśli umiecie sobie wyobrazić mnie o kilka kilo mięśni więcej, to nawet mnie rozpoznacie. I napiszcie, proszę, coś więcej na swój temat następnym razem. Jestem ciekaw, czy moi kumple nie martwią się tylko o mnie, kiedy u nich też coś nie gra.

Pozdrowienia z pokoju z uroczym, kratowanym widokiem na oddział,
Ryan”

11 thoughts on “Bonus – Przetrwać

  1. Basia pisze:

    Witam,
    super bonus taki uzupełniający co się działo u Rayana jak trafił do paki… no i co wyobraża sobie Lennego więc co się tak bardzo boczył jak ten zawitął do jego domu ;], ech trzeba się było porządnie zakręcić to by miał tą prace w kuchni ;]
    weny
    Pozdrawiam

  2. Katka pisze:

    Another, „Władza jest podniecająca.” – mmm, so true :D Przyznam osobiście, że jak Ryan woli tę łagodniejszą stronę Lenny’ego, tak ja nie jestem pewna XD I coś czuję, że mnie rozumiesz, hehe. I masz rację, więzienie w duży sposób wpłynęło na ich życie, choć nie zawsze da się w tekście wskazać, co konkretnie jest tego wynikiem. Raczej to trzeba wyłapać, ale spoko, temat na pewno nie zaniknął całkowicie, więc myślę, że jeszcze będzie można coś niecoś o tym usłyszeć z ich ust :) Chociażby ostatnio Hans był namiastką ich życia w pierdlu. Matko, a koty gwałcące Ryana… Another, zabiję Cię za zasianie tego obrazka w mojej głowie! Brrr!

  3. Another69 pisze:

    Boski bonus! Akurat mam fazę na tą parkę, a ich pobyt w więzieniu bardzo mnie interesuje. Lenny taki inny… Ah, mnie to dziwnie jara. Bo był taki złyyy i podły. Zimny i wszystkimi rządził. Władza jest podniecająca.
    I ciekawe czy Ryan i Lenny kiedyś wspomną te czasy… Oczywiście nie będzie to nic w stylu wspomnień z pięknych wakacji xD Ale… Ryan tak sobie śpi przy mulacie i może raz czy dwa przypomni sobie jakiego go widział w więzieniu. Porównanie tamtego Lenna, a tego, proszącego go o słowa „Kocham Cię” to zderzenie dwóch światów.
    Fajnie jakbyście w opku nie zapomniały o tym więzieniu jednak, bo te czasy na pewno bardzo wpłynęły na chłopaków i nigdy z ich głowy to nie zniknie. Heh, to była pierwsza rzecz jaka ich połączyła xD
    Tigram >> „Co z tego, że to psychopata? Przynajmniej umiał gotować” – Taa, od żołądka do serca xD Nie ważne, że w nocy spróbuje poderżnąć gardło, albo napuści na Ryana swoje koty, by go zgwałciły xD

  4. Katka pisze:

    Tigram, och, widzę, że bardzo Cię to męczy, że Lenniak jest z Ryanem XD No cóż, z Chrisem Ryan jednak życia by nie miał, haha. Podejrzewam, że nie przeżyłby z nim nawet tygodnia sam na sam… chyba że w jakiejś bardzo odległej, zmodyfikowanej rzeczywistości XD Ale cóż, nie każda para jest dla każdego znośna, więc luzik. Mmm, a Charlie i Ryan razem po więzieniu… Hehe, no cóż, to materiał na zupełnie inną, alternatywną historię XD

    Marta, bo Lenniak miał dwie strony swojej osobowości (chociaż ja bym powiedziała 3: w więzieniu, z Ryanem, z matką). Nie każda w końcu musi być znośna. Zapewniam, że Ryan jego „ja” więziennego też nie lubił (co innego, jeśli chodzi o pożądanie).

    Margo, no tak jakoś chyba o więzieniu nie było aż tak wiele, by sobie do końca wyobrazić, jak tam się Ryanowi żył, a to chyba jednak istotna część jego życia. Fajnie, że się podobało :D

  5. Margo pisze:

    Fajny bonus:) zawsze byłam ciekawa pobytu Ryana i Lennego w więzieniu. Miło się to czytało z perspektywy Ryana. Dzięki!

  6. TigramIngrow pisze:

    O patrzcie…. To Ryan jednak bądź co bądź pewne odczucia względem Lenny’ego miał w więzieniu!
    Bonus ciekawy. Fajne takie spojrzenie na sytuację Ryanowymi oczętami. To jednak zacne chłopię z niego było i jest.
    Ale.. uch. Nie. Nie mogę go z Lennym. No nie. No po prostu, kurwa, no nie.
    Nie wiem czemu. Kiedyś ich lubiłam, ale ostatnio im bardziej im się układa tym gorzej im życzę.
    I aż szkoda, że Charlie sobie tego Rusha przygruchał. Przecież seks na powitanie Ryana byłby miłym prezentem! A tu zonk. Sfrustrowany Ryan wychodzi i całuje klamkę, bo Charliątko z Rushątkiem wiją gniazdko w zamku z cukru.
    No dobra. Dobra. Przyznaję – Ryan ma prawo być szczęśliwy z kim chce. Ma prawo, nie zabronię mu. Ale… uchh. Pamiętam, że jak była ankieta kogo na pantera… tfu.. partnera dla Ryna to byłam za Chrisem. Co z tego, że to psychopata? Przynajmniej umiał gotować. A w życiu trzeba mieć priorytety. Widać duże pulsujące kutasy, rozpychające mu zwieracz i posuwające go w każdym możliwym momencie wygrały starcie z domową potrawką z kurczaka.
    Ciekawe jakby to wyglądało, jakby po wyjściu z więzienia Ryan był z Charliem?
    Aż sobie o tym poważniej pomyślę.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s