In Out In – 27 – Kochaj, bo ja nie mam zamiaru przestawać

Walter Mason był zaniepokojony pogodą. To mu się wcale nie podobało. Wzdychał do siebie, popatrując na odbijające się od szyb krople deszczu. Naprawdę miał nadzieję, że będzie słonecznie! Był w końcu maj, więc dlaczego akurat dzisiaj musiało padać? Co prawda dopiero jutro miał zamiar zabrać Jamesa nad jezioro, bo dzisiaj zapewne dojadą wieczorem i będą chcieli się jakoś zakwaterować w hotelu. Nie zmieniało to faktu, że nie był pewien, czy pogoda do jutra się poprawi.
Jechał ostrożnie, wpatrując się w drogę i ruszające się wycieraczki. Nie zamierzał, mimo że strasznie chciał, odwracać wzroku na mężczyznę siedzącego na miejscu pasażera. Jechali do Saint Paul i już powoli zbliżali się do granicy Wisconsin z Minnesotą.
— Jak się czujesz, kochanie? — zagadał, mając nadzieję, że James nie jest wyczerpany. W końcu zabrał go spod szkoły i od razu wyjechali. Tak się umówili, ale liczył, że kochanek odpocznie po pracy w samochodzie.
James, który siedział tuż obok, miał splecione na klatce piersiowej dłonie i patrzył się za okno. Pogoda była paskudna, jechali do Saint Paul, miasta, które wcale nie kojarzyło mu się dobrze, drogą, która także nie wywoływała dobrych wspomnień. Nawet jakby chciał, to nie zmrużyłby oka.
— Okej. Trochę zmęczony, ale okej. I… jak będzie jakiś zjazd, to byś się zatrzymał. Napiłbym się kawy.
— Oczywiście. Mam nadzieję, że się ociepli do jutra… W prognozach tak przynajmniej mówili… — zatroskał się Walt, wzdychając ciężko i przy okazji włączył radio, mając nadzieję, że coś jeszcze o tym powiedzą.
Zamiast prognozy pogody leciał z niego jakiś stary kawałek. James lekko się skrzywił i przełączył stację w poszukiwaniu czegoś nowszego. Bardzo tego nie chciał, ale myśli o wypadku sprzed około pół roku same mu się wciskały do głowy.
— Też mam nadzieję, bo nie wiem, co tam będziemy robić, jak będzie padać — jęknął nisko i trochę nerwowo.
— Najwyżej pójdziemy do kina, na jakiś dobry obiad albo przesiedzimy cały weekend w hotelu na oglądaniu filmów i jedzeniu lodów w łóżku — Walt spróbował pocieszyć kochanka i szybko zerknął na niego z lekkim uśmiechem. W radiu na szczęście poleciała bardziej pozytywna muzyka.
— Mhm… Ale ja wybiorę lody i… o, tam dalej będzie zjazd. Co powiesz na poszukanie gdzieś takiego taniego motelu przy drodze? Takiego co czasami w nich były takie łóżka trzęsące się? — James spróbował nawiązać jakiś temat i przy okazji podzielić się z Walterem jednym ze swoich małych marzeń.
— Hm? Chcesz motel, a nie taki hotel, w jakim nocowałem, jak się poznaliśmy? — zdziwił się prawnik.
— Znaczy… wiesz. Taki motelik to tak dodatkowo. Dla… um, urozmaicenia. One mają taki śmieszny, specyficzny klimat — wytłumaczył, mając nadzieję, że Walt zrozumie, o co mu chodzi, a nie, że się ośmiesza.
— Och… Lubisz taki klimat? — Na ustach kierowcy pojawił się uśmiech. — Dobrze, Jimmy, jestem za. Nie wiedziałem, że cię to kręci.
— Nie przesadzałbym z tym kręci, ale… chciałbym, więc cieszę się, że tobie też nie przeszkadza.
— Mhm. — Walt zamruczał, zapewniając go, że nie ma nic przeciwko i chwilę jechał w milczeniu. Do czasu, aż nie zaczął sobie cicho podśpiewywać słowa piosenki, która płynęła z radia.

You’re the line in the sand when I go too far.
You’re the swimming pool, on an August day.
And you’re the perfect thing to say.
And you play it coy but it’s kinda cute.
Ah, when you smile at me you know exactly what you do.
Baby don’t pretend that you don’t know it’s true.
’cause you can see it when I look at you.

Na koniec zwrotki uśmiechnął się szerzej do kochanka. James odpowiedział uśmiechem, ale nic nie dodał, bo akurat zwalniali, aby zatrzymać się na parkingu pod stacją, obok której był niewielki sklepik. Coś podobnego do 7eleven, ale bardziej prywatne albo mniejszej sieci. Napis na oknie i dziewczyna wychodząca ze środka z kubkiem świadczyły o tym, że kawę tam dostaną. I może nawet coś słodkiego.
Walt upewnił się, czy nie potrzebuje zatankować, ale na szczęście nie musiał, więc gdy zatrzymali się, wysiadł z kochankiem z samochodu.
Było bardzo ciepło, ale padało, więc od razu przyspieszył kroku w kierunku wejścia. Nie chciał za bardzo zmoknąć, a miał na sobie zaledwie białą koszulę z podwiniętymi rękawami. Nie widział sensu w braniu płaszcza w maju.
— Głodny? — zagadał, gdy weszli do środka. Sam nie jadł obiadu, bo pakował się przed południem, a po południu już musiał jechać po kochanka. Miał więc ochotę na jakiegoś hot-doga albo wielkiego burgera.
— Nie bardzo, ale wezmę sobie coś.
Dziewczyna w pomarańczowym uniformie i żółtej czapeczce z daszkiem za ladą uśmiechnęła się do nich na powitanie.
— Brzydka dziś pogoda, co nie? Kawy? — spytała przyjaźnie i otwarcie. Za sobą miała automaty do parzenia i mały grill, aby w razie czego móc podgrzać jakieś kanapki, które też mieli w sprzedaży.
Walt odpowiedział jej wesołym uśmiechem i zbliżył się, już wyciągając z kieszeni w spodniach portfel.
— Dzień dobry. Pogoda fatalna, dlatego przyda się wyśmienita kawa. Dla mnie latte i ten większy hot-dog. Jimmy? Na co masz ochotę? — zwrócił się już do kochanka.
— Też latte i… chwilka — poprosił, przyglądając się kolekcji kanapek w trójkątnych opakowaniach. W końcu wybrał taką z tuńczykiem i majonezem. — Podgrzeje mi pani? — spytał, podając jej opakowanie.
Ekspedientka skinęła głową z szerokim uśmiechem.
— Jasne! Zaraz wszystko będzie.
Walt zapłacił za zamówienie i gdy już je otrzymali, skierowali się do jednego z niewielu malutkich stoliczków. Usiedli przy tym od strony przeszklonej ściany, w którą wciąż uderzały ciężkie krople deszczu. Co z tego, że ten był ciepły? Skutecznie wykluczał jakiekolwiek spacery.
— To się stało gdzieś na tej trasie, prawda? — rzucił nagle Walt, gdy patrzył przez szybę. Przełknął właśnie kęs ciepłego, dobrego hot-doga. Z wypiciem kawy zaczekał, bo nie pasowała specjalnie do tego jedzenia.
— Mhm… — James nie był zbytnio rozmowny. Bardzo to wszystko wtedy przeżył. A do tego ta pogoda… Wolał jednak jak najmniej o tym myśleć, więc nawet z zapałem, jak na siebie, zabrał się za ciepłą kanapkę.
— Kocham cię — wypalił Walt jakimś zamyślonym głosem, wciąż patrząc przez mokrą szybę na ponurą drogę i nieliczne samochody na parkingu.
James o mało się nie zakrztusił, ale tylko z lekkim rumieńcem spojrzał na kochanka.
— Czemu tak nagle to mówisz?
Prawnik wreszcie skierował na niego te swoje zazwyczaj radosne, niebieskie oczy i oblizał usta z musztardy.
— Bo cię kocham i chcę, żebyś o tym wiedział. I jak będzie trzeba, to będę ci to mówił codziennie. W końcu w każdej chwili może stać się coś złego i byłbym zrozpaczony, jakbyś wtedy nie był pewien tego, co do ciebie czuję. — Po tej całej przemowie aż sam się lekko zarumienił i zaśmiał cicho. — Robisz ze mnie romantyka.
James, już czerwony po same końcówki uszu, wbił wzrok w swoje jedzenie.
— To nie moja wina. Już tak miałeś — jęknął nisko, ale zrobiło mu się jednocześnie ciepło i ciężko na sercu. „Coś złego”. Nie chciał myśleć o niczym złym. Jechał z Walterem, aby miło spędzić weekend, dobrze się bawić, kochać się całymi nocami, aby od poniedziałku móc odpocząć w pracy. Taki był plan. A nie myślenie o czymś złym na tej drodze do Saint Paul, gdzie David i Shane, jego byli uczniowie, mieli wypadek podczas takiej samej koszmarnej pogody, jaka była za oknem.
— Może… — odpowiedział Walter z zamyśleniem.
I chwilę tak jedli w ciszy, która wypełniona była jedynie dźwiękami kropli uderzających o szyby oraz muzyką cicho płynącą z głośników.
Gdy prawnik już skończył swojego hot-doga i zabrał się za niespieszne popijanie kawy, postanowił przerwać tę atmosferę i rzucił:
— Albert ma partnera, wiesz?
James spojrzał na kochanka pytająco, sugerując mu w ten sposób, aby kontynuował.
— Wiem, że możesz to źle odebrać, ale chciałem ci to wyznać, bo… czuję się spokojniejszy. Odwiedziłem go i mi wybaczył. Chyba szczerze. Znam go na tyle dobrze, że chyba umiem to określić. — Walt uśmiechnął się lekko, choć nie tak radośnie jak zwykle. — Był razem z mężczyzną, z którym próbuje coś stworzyć i sądzę, że już mi przebaczył.
— Martwiło cię to? — James spytał, nadal jedząc. Popijał często kawą, ale nie chciał się spieszyć. Miał jeszcze nadzieję, że przestanie padać. — Że ci nie wybaczy tego, że go zostawiłeś?
— Wiedziałem, że mi nie wybaczył. Gdy go spotkaliśmy w sklepie, też był… rozgoryczony. Myślę, że ten mężczyzna mógł na niego wpłynąć pozytywnie — odpowiedział Walter, nie chcąc odnosić się do pierwszego pytania kochanka. Martwiło go to bardzo, ale przecież nie to powinno być priorytetem. Powinien cierpliwie czekać na to wybaczenie, a nie zabiegać o nie na siłę. Ważniejsze było, czy rzeczywiście Albert już czuł się na tyle wolny od wspomnień, że potrafił już nie mieć do niego wyrzutów.
— Ale to dobrze, że z nim rozmawiasz. To chyba lepiej dla ciebie i niego, że… nie chowacie urazy do siebie za to, co było… a ja przecież… — James przełknął większy kęs jedzenia, milknąc na chwilę. — No, nie mam się o co martwić. — Uśmiechnął się delikatnie do prawnika swoimi piwnymi, łagodnymi oczami.
Walter westchnął, cudem powstrzymując się, aby nie pochylić się nad stolikiem i nie pocałować Jamesa mocno. Chyba dobrze zrobili, siadając naprzeciwko siebie, bo pewnie już dawno zmiażdżyłby go w uścisku.
— Dokładnie, kochanie. Teraz Albert ma swojego faceta, a ja swojego. I tak powinna ta harmonia wyglądać. — Zachichotał i znowu siorbnął kawę, z wyraźnie rozweselonymi oczami. Uwielbiał, kiedy James się tak uśmiechał i kiedy mówił takie słowa. To było takie… uspokajające.
Nauczyciel, widząc te iskierki w oczach mężczyzny, w duchu westchnął z ulgą. Najlepiej się czuł, kiedy Walt właśnie taki był. Rozpromieniony, pewny siebie i bezsprzecznie dodający otuchy nawet w najgorszy dzień. I sam przez to się bardziej starał, aby go nie martwić. Aby nie zapędzać się w czarnych myślach, tylko faktycznie brać to, co jest, takim, jakie jest. I mniej się martwić.
— Mhm… Mogę… dojeść w samochodzie? — spytał, przesuwając palcami po tekturowym kubku, w którym miał kawę. Chciał już być z nim sam na sam i powiedzieć mu, że cieszy się, że jest tu z nim i że też go kocha. Jakoś łatwiej było mu o tym myśleć, kiedy dziewczyna zza lady nie uśmiechała się do nich co jakiś czas, kiedy niechcący tam zerkał.
— Oczywiście, kochanie! — Walt od razu uniósł się z krzesła. Wyrzucił do pobliskiego kosza papierek po hot-dogu i pusty kubek po kawie. Potem posłał wesoły uśmiech dziewczynie i pożegnał się z nią, aby wyjść z Jamesem na tę paskudną pogodę i pojechać dalej w drogę do Saint Paul.
W samochodzie James jeszcze zaczesał do tyłu wilgotne od deszczu włosy. W uchwyt na kubek włożył swoją kawę, a resztki kanapki, owinięte w serwetki, położył sobie na kolanach. Wychylił się do kierowcy i pocałował go w policzek.
— Cieszę się, że… że jesteś tu ze mną. — Uśmiechnął się i wsparł na chwilę czoło o jego ramię.
Urzeczony Walt westchnął głęboko. Przez to nie żałował zupełnie, że zdecydował się, nawet mimo tej parszywej pogody. I tylko był bardziej pewien tego, że chce się oświadczyć temu mężczyźnie.
Nawet nie wiedział, co odpowiedzieć. Po prostu uśmiechnął się i sięgnął dłonią do policzka Jamesa. Potem pochylił się i pocałował go czule w czubek głowy.
James, jak to on, zarumienił się i też odpowiedział uśmiechem.
— Tylko jedź ostrożnie. Proszę cię.
Prawnik przytaknął z powagą.
— Obiecuję — odpowiedział i zapiął pasy. — Rozluźnij się. Do godziny powinniśmy być na miejscu.
James skinął głową i delikatnie się uśmiechnął, wracając do jedzenia swojej kanapki. Już prawie kończył całą dużą, składającą się z dwóch części. Walter z tym jego ciągłym wciskaniem w niego jedzenia powinien być z niego dumny.

*

Wielkim zbawieniem było słońce, które pokazało się następnego dnia w Saint Paul. Sobota zapowiadała się słonecznie i jedynie sporadycznie widziane na ulicy kałuże przypominały o wczorajszym deszczu.
Już z samego rana Walt był strasznie pobudzony. Do tego lekki strach kołatał mu się w głowie na myśl o tym, co zaplanował na wieczór. W końcu zupełnie nie był w stanie przewidzieć, jak James zareaguje na jego propozycję. Na razie jednak nie chciał o tym tyle myśleć. Najważniejsze, że pogoda dopisywała, co było według niego znakiem, że dobrze postępuje.
James za to był mniej żywiołowy niż on. Właśnie siedział i pojadał łyżką z miseczki skrojone owoce polane jogurtem. Owinięty był do tego w białe prześcieradło i ziewał co chwilę. O tym, że jego włosy były poczochrane, jak tylko można było po wczorajszym seksie, nie trzeba było wspominać.
— Ładnie, prawda? — zagadał Walt, zerkając przez okno na miasto. Nie był w Saint Paul od czasu, kiedy przyjechał odczytać testament Wendy Peterson. — Powinienem powiedzieć Benowi, że jesteśmy… — Westchnął, trochę strapiony. Wciąż był w samym szlafroku, nie spiesząc się do ogarnięcia.
Motelik, mimo że tani, był nawet przytulny. No i mieli nawet przyzwoity bufet. Nieskładający się jedynie z automatów z jedzeniem i baru, gdzie dawali mocną kawę, naleśniki i jajecznicę.
— Ale skoro ma to być tylko nasz weekend, to chyba nie będę go zajmował.
— Jeśli wcześniej nie planowałeś się z nim spotykać… Nie wiem, jak wolisz — odparł James, oblizując łyżkę z jogurtu. Podobało mu się tu. Dwa skrzypiące łóżka, mała łazienka, okrągły stolik tuż przy wyjściowych drzwiach i para krzeseł. Nic zbędnego, nie licząc dwóch obrazków w ramkach i niewielkiej szafki, w której znajdowała się lodówka z butelkami wody.
— Może jeszcze jutro przed wyjazdem? — rzucił Walt z zastanowieniem i obejrzał się na kochanka. Uśmiechnął się. — Podoba ci się tu — ocenił.
James skinął głową. Było zabawnie. Walter niemalże tu nie pasował, co na swój sposób mu się bardzo podobało.
— Jest inaczej. — Uśmiechnął się i włożył całą łyżkę pokrojonych owoców do ust. Przy jego szczupłej twarzy pełne poliki wyglądały śmiesznie.
Walter zachichotał i zbliżywszy się do niego, cmoknął go w wypukły policzek.
— I nawet masz apetyt! To brakuje nam tylko… właściwie niczego nam nie brakuje! — dodał wesoło i wreszcie odrzucił szlafrok na łóżko, zostając całkiem nago. Zaczął szukać w walizce ubrań, prezentując tym samym kochankowi swoje kształtne pośladki i wysportowane ciało.
James, nie gryząc jeszcze jedzenia, zapatrzył się na kochanka. Zawsze był pod ogromnym wrażeniem tego, jaki Walter był przystojny! I jakie miał ciało! Każdy facet by go chyba chciał… chociaż okazało się, że on, James Peterson, był dla tego przystojniaka ważniejszy niż Albert. Bo z nim przecież się rozstał. A on był tu z nim.
Wrócił do jedzenia, woląc już nie analizować.
Godzinę później wyszli z motelu i uznali, że nie będą brali samochodu. Aż zadziwiająco ładnie się zrobiło, więc ciągnęło ich bardziej do spacerowania niż jeżdżenia z miejsca na miejsce. Postanowili jedynie wieczorem wrócić do motelu po samochód, aby pojechać nad jezioro. To w końcu znajdowało się kawałek dalej, więc nie mieli już wyboru.
Przez cały dzień Walt robił się coraz bardziej podenerwowany. Ogarniała go większa trema niż przed niejedną ważną rozprawą sądową. I coraz bardziej było to po nim widać, chociaż starał się z tym kryć.
— Jimmy, mieszkałeś w dzieciństwie bliżej centrum, czy tak jak twoja ciotka, na obrzeżach miasta? — zagadał dla rozluźnienia, kiedy podążali już późnym popołudniem z powrotem w stronę motelu. Walt nie naciskał i starał się za bardzo nie dotykać publicznie Jamesa, więc szedł niemal cały czas z rękami w kieszeniach spodni.
James podobnie, jednak dłonie trzymał w kieszeniach cieniutkiej kurtki.
— Nie w samym centrum, ale trochę bliżej niż ciocia. Mieliśmy taką wąską kamienicę, a do przystanku było kawałek. Szybko więc zrobiłem prawo jazdy, jak tylko można było. A potem okazało się przydatne, kiedy trzeba było się wynosić z domu — opowiadał.
Walter w ogóle zauważył, że jego kochanek dziś bardzo swobodnie mówił mu o wszystkim, co było związane z jego przeszłością. Przy tym jednak zachowywał się dość osowiale. Tak jak teraz, kiedy nawet specjalnie nie patrzył na prawnika. Gorzko-zabawne było to, że wydawał się najbardziej szczęśliwy, kiedy zaszli na cmentarz do Wendy. To miasto faktycznie nie było ulubionym miejscem na ziemi Jamesa.
— Przykro mi, Jimmy. Twoja rodzina naprawdę źle cię potraktowała. Cud, że Wendy była naprawdę wspaniałą kobietą — prawnik odpowiedział z delikatnym uśmiechem. — Przypomina mi się, jak jeszcze cię nie znałem, a ona w mailach pisała, jak cudownego ma bratanka.
— Ciocia była jedyną, która była mi życzliwa. Reszta chyba nie za bardzo… Nie wiem nawet, jak o tym myśleć. Sam czuję się przez to winien. — Westchnął, patrząc pod nogi. — Przecież aż tak nie mogłem ich zawieść…
Walt posmutniał, widząc go takiego. Musiał bardzo mocno zawalczyć nad ochotą przyciągnięcia go do swojego boku. Mijali wielu przechodniów i samochodów, więc nie chciał wprawiać go w jeszcze większe zakłopotanie.
— To nie twoja wina, Jimmy. To siedzi w ludziach. Ten brak zrozumienia na inność.
— Tak… wiem. Ale przez to… — Jeszcze bardziej zmarkotniał. — Sam jestem taki. I ty się martwisz i… ja nie wiem, co mam z tym robić… — jęknął, po czym westchnął bardzo głęboko i spojrzał na Waltera. Delikatnie się do niego uśmiechnął. — Przepraszam.
— Po prostu poczuj, że nie jesteś odrzucony. Wiedz, że są ludzie, którym na tobie zależy — Walt tylko tyle odpowiedział w tej chwili, z nową determinacją podchodząc do tego, co zamierzał zrobić wieczorem. Tak, musiał mu to udowodnić. Że coś znaczy, że jest kimś, kto zasługuje na szczęście i akceptację.

*

James akurat odpisał na smsa kolegi z pracy, kiedy zauważył, w którą stronę jadą. Nawet się uśmiechnął i przechylił do przodu w fotelu pasażera, oglądając bezchmurne niebo przez przednią szybę.
— Piękna pogoda się zrobiła w porównaniu do wczoraj. — Uśmiechnął się i wrócił na swoje miejsce, siadając nisko w fotelu. — Jedziemy nad jezioro.
— Mhmmm! — odmruczał wesoło Walt. Robiło się już ciemno, ale znał tę drogę. No i nie zapomniał o coli. W końcu też ją pili, gdy ostatnio byli nad jeziorem. Oczywiście lepiej by pasowało wino, ale że prowadził, musiał wybrać inny napój. — Będzie ładny widok na niebo i las — dodał, skręcając w większą głuszę.
Już opuścili granice miasta.
— Tak jak ostatnio? — James uśmiechnął się delikatnie. — Chociaż z wtedy niewiele co pamiętam poza bolącymi oczami i skrępowaniem.
— Cieszę się, że zabrałem cię wtedy z domu Wendy — przyznał Walt, przypominając sobie, jak każdy członek rodziny Petersonów i Sternów patrzył na Jamesa. Tak… wrogo, z niechęcią. A on był taki smutny, zagubiony, odrzucony… — I cieszę się, że zasnąłeś mi w aucie i mogłem zabrać cię do hotelu. Aż mi się przykro robi na myśl, że potem wyjechałem na tydzień, a ty musiałeś spędzić te dni w domu z synem Wendy.
James prychnął pod nosem, smutno się uśmiechając.
— Jak widzisz, przeżyłem. A rano… jak mnie wtedy zabrałeś. Nawet nie chcesz wiedzieć, jakie miałem dziwne myśli. Nie pamiętałem, jak się znalazłem w obcym sobie łóżku. To było… dziwne.
— To był w ogóle dziwny czas. Ale ważne, że na dobre nam to wyszło, kochanie. — Walt uśmiechnął się do niego pokrzepiająco i krótko ścisnął jego dłoń, nim wreszcie zajechał tuż przed jezioro. W tym samym miejscu, w którym rok temu był z kochankiem. Miał wrażenie, że to miejsce w ogóle się nie zmieniło. Żadnych zabudowań wokół, żadnych ludzi. Tylko natura, drzewa, czyste, bezchmurne niebo i to specyficzne powietrze.
Korzystając z całkiem wysokiej temperatury, Walt otworzył drzwi od swojej strony i skinął na puszki coli leżące u stóp Jamesa.
— Weźmiemy po jednej i się przejdziemy? — zaproponował, czując, że serce zaczyna szybciej i gwałtowniej łomotać mu w piersi.
James, nieświadom jego stanu, samemu będąc przyjemnie rozluźnionym tym, że byli sami, a wokół słychać było jedynie naturę, spełnił prośbę kochanka. Zabrał po puszce i wysiadł. Od razu jedną podał Walterowi.
— Naprawdę jest ładnie. — Westchnął. Saint Paul nie było jego ukochanym miastem, przez większość dnia było mu zwyczajnie smutno, ale czuł się lepiej. Teraz w szczególności i kiedy odwiedził grób ciotki.
— Dobrze mieć swoje wyjątkowe miejsce — odpowiedział Walt, ruszając niespiesznie z Jamesem w stronę brzegu jeziora.
Cola już nie była tak zimna jak w momencie, kiedy wyjęli ją z lodówki, ale i tak była takim przyjemnym niuansem, który przypominał mu ten ostatni raz.
— To jest trochę przepełnione goryczą, ale… tutaj mamy swój start. Marzy mi się przyjechanie tu z tobą za jakieś trzydzieści lat, gdy wciąż będziemy razem i będziemy wspominać — dodał z cichym chichotem, idąc noga za nogą.
James popatrzył na kochanka i uśmiechnął się pod nosem, czując, że się rumieni. Jak zawsze.
— Naprawdę jesteś romantykiem. — Westchnął luźno i zbliżył się odrobinę do kochanka, stykając się z nim ramieniem. — Dziwne miejsce.
Walt uśmiechnął się do niego i objął go jedną ręką, przyciskając go do swojego boku. Nie chciał teraz myśleć o Albercie i porównywać, ale samo go naszło. Gdy jego „specjalnym” miejscem z Albertem była po prostu zwykła cukiernia w Milwaukee, a z Jamesem… takie magiczne miejsce.
Westchnął głęboko.
— Chciałbym cię o coś poprosić — szepnął.
James spojrzał na niego, akurat mając brzeg puszki przy ustach.
— Hmm? — spytał, delikatnie opierając się o kochanka. Dobrze mu było przy nim. Tym bardziej, że nikt nie patrzył. Chciałby się tak bardzo nie bać.
Walt uniósł na te jego ufne oczy spojrzenie i puściwszy jego ramię, zatrzymał się. A gdy i James odruchowo to zrobił, prawnik uklęknął przed nim na oba kolana, odstawił puszkę na ziemię i ujął delikatnie jego dłoń w swoje. Schował w niej twarz, pocałował ją czule i szepnął:
— Abyś za mnie wyszedł.
James, jak z początku tylko patrzył na niego, nie rozumiejąc, czemu się zatrzymują, czemu Walt klęka, tak teraz miał wrażenie, że ktoś oblał mu uszy wrzątkiem, a twarz natarł śniegiem.
Nigdy w życiu nie czuł się taki… taki… Nie miał pojęcia!
Otworzył usta jak rybka, rozejrzał się, potem znowu wbił spojrzenie zszokowanych oczu w Waltera i znowu spróbował coś powiedzieć. Nie umiał. Miał… miał… miał za niego wyjść? Jak? Ale… Nie mógł zupełnie poskładać myśli, a serce łomotało mu w klatce piersiowej tak, że z roztrzęsionych rąk cudem nie wypuścił puszki coli.
— To… to impuls… — wydusił w końcu.
Jasne, niebieskie i teraz niemalże świecące się z od emocji oczy Walta uniosły się na niego i wpatrzyły w jego twarz. Prawnik usta wciąż miał przy jego dłoni. Serce biło mu wręcz boleśnie w piersi. Nigdy, nigdy nie czuł takich emocji! Miał wrażenie, że wszystko szumi wokół, a w tym wszystkim ciepło dłoni kochanka parzyło jego własne.
— Po to cię tu zabrałem, James. Po to tu przyjechaliśmy — wydusił z trudem, choć głos miał pewny. — Proszę, wyjdź za mnie.
James przełknął ślinę, nie wiedząc, co powiedzieć. Bał się! Jak strasznie się bał! Najchętniej poprosiłby o kilka dni na przemyślenia, ale wtedy chyba nie wytrzymałby zranionego spojrzenia Waltera. A wiedział, że ten tak na niego spojrzy. I… czemu chciał tych kilka dni? Aby nie popełnić błędu, aby się uspokoić? Bo… bo widział, że chce być z tym mężczyzną, tylko…
— Mhmm… — zamruczał, kiwając głową.
Kochał go i co miał na to poradzić? A co, jakby się teraz zawahał? Mógłby go stracić. Mógłby go skrzywdzić. A to było ostatnie, czego pragnął. Nawet jeśli miał poświęcić swoje poglądy i… wyjść za niego. Zrobić coś, o czym nigdy w życiu nie myślał, że będzie dla niego dostępne.
Walt zamrugał, odsunął usta od jego dłoni i sapnął z emocji. W jego oczach momentalnie zebrały się łzy.
— Naprawdę…? Zgadzasz się…? — wykrztusił, niemal nie wierząc.
James rozejrzał się i znowu popatrzył na Waltera.
— Nie wierzysz? — spytał przez ściśnięte gardło, nie wiedząc, czy nie powinien zwyczajnie przytaknąć, czy zachować się jeszcze inaczej.
— Cieszę się! Po prostu… Och, Jimmy…! — Walt jęknął i pocałował go mocno we wnętrze dłoni, po czym uniósł się i objął go. — Powiedz to jeszcze raz — poprosił żywo, patrząc mu w oczy i oddychając ciężko. — Powiedz.
James stęknął odruchowo, kiedy Walter niechcący zgniótł mu żebra. Nawet na moment zacisnął mocniej oczy, aby przyzwyczaić się do ucisku. Odetchnął i dopiero spojrzał na kochanka.
— Mmm… co? Tak… zgadzam się… ale… Walt — jęknął znowu, bo aż bolała go miłość mężczyzny.
— Hm? Och! — Prawnik dopiero po chwili zreflektował i rozluźnił uścisk. — Przepraszam. Przepraszam, kochanie. — Przemknął wzruszonym spojrzeniem po jego twarzy i już delikatniej go objął, przyciskając twarz do jego szyi. — Cieszę się… Jak nigdy, cieszę się.
James dopiero teraz mógł sam objąć kochanka. Był w niemałym szoku i jeszcze było mu słabo przez tę sensacyjną prośbę. Ale chyba jeszcze nie żałował, że się zgodził. Chociaż nie wiedział, jak Walter planuje realizację tego.
— Czuję… I ten… Naprawdę to planowałeś?
— Tak. Długo. Pytałem nawet Anne, Alberta, ojca i Bena, co o tym myślą — odpowiedział Walt z lekkim uśmiechem i spojrzał mu w oczy. — Bo wiesz, że cię kocham i chcę być z tobą do końca. Ale to tylko słowa, a to teraz… Po prostu chciałem ci to mocniej przekazać.
James zrobił większe oczy, słysząc wyliczankę z początku.
— W… Wsz… Wszystkich — wydukał. Czyli teraz każdy znajomy Waltera będzie wiedział, że się mu oświadczał. I… aż mu się zrobiło dziwnie słabo.
— James… — Walt ujął delikatnie jego twarz w dłonie. — Nie bój się. Nie bój się i powiedz, że naprawdę chcesz, bo to jest dla mnie najważniejsze.
Rozbiegane w tej chwili oczy Jamesa w końcu skupiły się na Walterze. Przełknął ciężko ślinę i jedyne, co był w stanie zrobić, to skinąć lekko głową i wydusić bardzo cichym szeptem:
— Tak… Chcę.
Walt uśmiechnął się z rozmarzeniem. Już niemal czuł, jak będzie ściskał dłoń kochanka, gdy pójdą podpisać odpowiednie papiery. Już niemal czuł, jak po wszystkim wrócą do domu, będąc naprawdę po ślubie. Już nie mógł się doczekać pierwszej nocy po nim, a potem podróży poślubnej. W końcu słoiczek z pieniędzmi na wyjazd był niemal pełny, więc będą mogli spełnić jedno z marzeń Jamesa o dalekiej podróży.
Myślał o tym wszystkim i tylko pragnął, aby towarzyszył temu uśmiech na twarz Jamesa Petersona, mężczyzny, którego kochał jak nic na świecie.
Nie powiedział nic, a jedynie zamknął oczy, wsłuchując się w te wszystkie dźwięki natury i bicia własnego serca. Powoli wciągnął zapach kochanka i pocałował go delikatnie i czule.
James stęknął nisko w jego wargi, ale odpowiedział na pocałunek. Objął go za szyję, przytulając się.
Puszka coli nadal spoczywała w jego dłoni i nadawała wszystkiemu dziwnej lekkości. Że nic się nie stało. Że zwyczajnie się całują nad jeziorem. A chwila jednak była pełna napięcia i uwolnienia z tych wszystkich uczuć.
— Kocham… cię… — James wyszeptał bardzo cicho, kiedy na sekundę się odsunął, aby wtulić twarz w szyję Waltera. Chciało mu się płakać. Ze szczęścia.
— Kochaj — odpowiedział Walter niemal równie cicho, przytulając go do siebie. Pogłaskał go po mysich włosach, mając wrażenie, że ściska w ramionach całe swoje szczęście. — Bo ja nie mam zamiaru przestawać — dodał poważnie i przymknął oczy.

KONIEC

37 thoughts on “In Out In – 27 – Kochaj, bo ja nie mam zamiaru przestawać

  1. Katka pisze:

    Asus, oooo, super, że przybywasz z opinią o całym IOI! :D Nieważne, że po czasie! Cieszymy się bardzo, móc ją przeczytać. A tym bardziej serce rośnie, jak mówisz, że Ci się opowiadanko podobało :D Myślę, że ma ono swoje konkretne grono odbiorców, bo mam wrażenie, że zarówno Walt, jak i James są postaciami, które można kochać, ale można i nie znosić. Ale widzę, że podobnie jak ja roztkliwiasz się nad Jamesem, haha. Taka słodka, biedna sierotka z niego była, że po prostu nie dało się jej nie przygarnąć pod swoje skrzydła. Walterowi na pewno włączył się mocny syndrom opiekuńczy. Albert to faktycznie postać, do której trzeba się przekonać. Jest mega oschły, bywa nieprzyjemny i jakbym osobiście znała takiego faceta, to bym raczej nie chciała utrzymywać z nim długiej znajomości. Ale Ridley go zmiękczył do przyswajalnej postaci, haha, no i fajnie, ze ostatecznie mu kibicowałaś :D Zaś kwestia Shane’a i Davida… hahahaha, powiem szczerze, że też współczułam ludkom, którzy niczego świadomi nie byli XD Ale z drugiej strony, my też przeżywałyśmy to w dużym stopniu, więc chyba podzielałyśmy ból czytelników. Jeśli nawet nie czułyśmy go bardziej, bo w końcu sprawiłyśmy, że nasze własne dzieci cierpiały. Snif. Ale widzisz, możesz dzięki temu docenić swój luksus XD Bardzo dziękujemy za to podsumowanie. Zawsze miło je czytać. Cieszymy się, że podobało Ci się opowiadanie i oczywiście mamy nadzieję, ze nasze następne twory też przypadną Ci do gustu :)

  2. Asus pisze:

    Skończyłam to czytać już jakiś czas temu i niewdzięczna nie zostawiłam po sobie śladu bytności XD no to trzeba nadrobić^^ pierwsze rozdziały zbiły mnie z tropu… Walt, tyś się za wyświęconym uganiał?! całe trzy lata… i co z tego wyszło? że go jednak nie kocha ;_; (nie żebym jakoś specjalnie z tego powodu rozpaczała, w sumie to poczułam ulgę) z początku byłam sceptycznie nastawiona do Alberta, miałam nikłą nadzieję, że oprze się Walterowi i tym księdzem jednak zostanie… ale w sumie fakt, że na końcu spiknął się z Ridley’em i ułożył sobie życie mnie udobruchał i uważam, że to było przesłodkie <33 więc tak, pod koniec go polubiłam. James i Walt to chodzący cukier i lukier^^ to jak się poznali… tak właściwie to fakt, że James był taki usmarkany, gdy spotkał się ze swoją miłością po raz pierwszy mnie urzekł i gdzieś miałam fakt, że było po pogrzebie ciotki, którą nawet polubiłam. Tylko jedna myśl – Walt, to twoja szansa! bierz smarkusia gdzieś daleko i daj wszystko, czego zapragnie jego biedne, wymęczone serducho <3 a potem opis rozwijających się między nimi uczuć i ta niepewność i te zapewnienia… no cud, miód, malina, cukrzyca nieunikniona, niedosyt gwarantowany (bo jakby nie patrzeć opowiadanko nie jest specjalnie długie) potem dochodzi druga para i jest jeszcze lepiej^^ tak więc ciepło, ciepło i jeszcze raz ciepło <3 to jeśli chodzi o przyjemne uczucia ;)

    A potem niepokój… czekałam na wzmianki o Shanie i Davidzie, pewnie jak większość i gdy już byłam w miarę spokojna, nic się nie działo, nadszedł ostatni rozdział. Jedno zdanie zburzyło słodkość ostatniej sceny, biedni fani… tak ich dobijać…

    Naprawdę, zaczęłam się zastanawiać, czy nie współczuć osobom, które czytały na bieżącoXD ja miałam od samego początku dosyć sporą wiedzę o losach tej dwójki (o losie, jakim to trzeba być nieogarem, żeby zabierać się za historie od końca), a i tak przeżywałam momenty niepewności i smutku… a co dopiero biedni ci, którzy byli w pełni nieświadomi…

    Pomijając smutki, opowiadanko wspaniałe, kochane, w większości lekkie, bez większych uniesień, które by przyprawiły mnie o zawał ;) miłe dopowiedzenie historii pobocznych bohaterów i tego jak się w ogóle stało to, co się stało.

  3. Katka pisze:

    Porebula, jak ja lubię, jak nasze opowiadania wzruszają :D No i słodko, że polubiłaś Jamesa. Mam wrażenie, ze ma on sporo wrogów, ale cieszy, że jednak niektórych urzeka. Mmm, w ogóle super, ze całość Ci się podobała i uważam, że powodów aby nas kochać nigdy za wiele, więc no, spokojnie możesz to okazywać XD A co do ślubu Sebcia i Frania, to nie wiem, ale już jak kupicie bilety do Argentyny, to już będzie jakiś krok do przodu XD

  4. porebula pisze:

    Poszłabym się zabić bo ryczałam 2 razy w tym rozdziale, ale nie bo dzisiaj NE, a za 4 dni Dozen… Po raz pierwszy ciesze się, że zrobiłam sobie dłuższą przerwę w trakcie opowiadania, bo James przestał byc dla mnie taką ciotą… hurra?
    Wspominanie NBTS wredne było… Sama o tym myślałam, ale i tak było wredne. Nie wiem co mam pisać, bo Jimmy fajny, Walt zajebisty, Al też (chociaż dość często sie nie zgadzam, a biblia zaczela mnie przerastać na księdze rodzaju i 805… chyba tylu latach życia kogoś) I Ridley zostanie wpisany na liste mężów, którzy nie istnieją, są za starzy i są homo.. Pierdole od rzeczy, więc może skończe twierdząc, że opowiadanie mnie kupiło i mam więcej powodów do wyrażania majej miłości do was!
    PS Jak mogę sobie i znajomej załatwić zaproszenie na ślub Seby i Frania? Chce im ropuche kupić!
    Ps2 Nawdychałam się proszku z gaśnicy i chyba odwala mi bardziej niż zwykle. Błagam o wybaczenie

  5. Katka pisze:

    Gonia88, haha, wracasz po odetchnięciu po znienawidzeniu nas i znowu nas nienawidzisz XD Cóż, może zabranie się za IOI nie było więc dobrym pomysłem, jeśli chodziło o kolejność czytania, ale oj, ostatecznie widzę, że wyniosłaś więcej pozytywów XD Mmm a Jamesowi na pewno zazdrości rzesza czytelników XD Sama czasami nie wiem, czy bardziej mi się podoba w Waltcie jego opiekuńczość, wygląd czy portfel XD Dziękujemy za komentarz! ;)

  6. gonia88 pisze:

    Dosyć dawno mnie tu nie było (mała przerwa po NBTS), ale obiecałam sobie że wygospodaruje trochę czasu i pochłonę jakieś jedno opowiadanko…. skończyłam wczoraj i znowu was nienawidzę!!!!!!!!!!!!!!!!!
    Dlaczego ?
    No dlaczego znowu robicie człowiekowi wodę z mózgu? już się pogodziłam że Shane i Dawid to zakończona niezakończeniem sprawa !!! a tu znowu jakiś podtekścik tu i tam i jeszcze jeden na końcówce . To jest nie moralne !
    Koniec, zostawiamy NBTS i nie piszemy więcej nic. Moja wyobraźnia nie przeżyje jeszcze jednej rundy po domysłach co było dalej!
    Co do samej historii…..Dziewczyny jesteście niesamowite , podziwiam wasze pomysły i zacięcie przy tworzeniu magicznych chwil szczególnie ostatni rozdział to słodycz sama w sobie!!!!
    Chciała bym spotkać takiego Walta w realu…….. chodzący ideał tylko dla mnie……. Nie pozostaje nic tylko zazdrościć Jamesowi.

    Dzięki bardzo i zabieram się za następne :P

  7. Katka pisze:

    Basia, mam wrażenie, że sporo osób liczyło na to, że będzie coś wyjaśnione z Davidem i Shane’em, ale ja wciąż jestem zadowolona, że nic takiego nie napisałyśmy XD Bardzo chciałyśmy, żeby pozostało to w swoistym niedopowiedzeniu. Zgadzam się, że do Walta bardziej pasuje James, a co do ciotki… cóż, niezbadane są mózgi starszych pań XD

  8. Basia pisze:

    Hej,
    świetne opowiadanie, choć trochę coś liczyłam na jakieś wspomnienie Davida I Shena, i potwierdzenie że to co się wydarzyło w „never..” to nie prawda…. ach Wolter tak długo się starał o Alberta i to nie wypaliło, i dobrze James do niego bardziej pasuje ;] ich pierwsze spotkanie nie należało do takich wielkich, wspaniałych, ale właśnie od niego wiele się zmieniło…., co za wstrętną rodzinę ma James… choć nie rozumiem zachowania ciotki… jej ulubiony, prze dłuższy czas był przy niej i nic nie dostał w spadku….
    Dużo weny życzę
    Pozdrawiam serdecznie

  9. Katka pisze:

    Sharon d’Arc, hehehe, urocze jest to, że jak się skończy coś, to się czuje, jakby się świat zawalił XD Takie… „ale jak to?”. W mniejszym bądź większym natężeniu, zależnie od przywiązania. A co się stanie, kiedy się skończy FDTS? Cholera wie, haha, sama nie jestem w stanie na ten moment sobie wyobrazić takiej chwili XD
    Och, a Jamesik w urzędzie… Chyba wszyscy są sobie w stanie wyobrazić, jaki będzie zestresowany XD To takie oficjalne podpisanie na piśmie, że jest się gejem, a to przecież najbardziej, jak to ładnie napisałaś, „in” postać.
    „Rany, aż znowu mi się zimno zrobiło a cichy głosik w mojej głowie w kółko przywołuje mi TAMTĄ scenę” – och, niedobry cichy głosik. Chyba jakiś wredny i wyjątkowo sprytny był ostatnio, bo czuję, że wielu osobom szeptał do uszka XD
    „nie na serio, ktoś w końcu musi odwalać niewolniczą pracę i zadowalać/zaspokajać masę wiernych fanów” – haha, matko, jak przeczytałyśmy to zdanie, to się poczułyśmy jak lekarz zadowalający ręką pacjentki cierpiące na „histerię” (obejrzałyśmy chwilę temu ten film o wynalezieniu wibratora i tak się nam skojarzyło XD). Także dzięki za rozbawienie nas, haha.
    I wiem, że dla zwolenników Ala to ciężkie, ale jak już pisałyśmy, bonusy na pewno będą, więc może uda się ekhem zaspokoić XD Dziękujemy baaaardzo za komentarz podsumowujący! :) Miło się czytało :D I oczywiście pozdrawiamy serdecznie.

  10. Sharon d'Arc pisze:

    Rany, od momentu publikacji tego rozdziału, do dnia dzisiejszego zastanawiałam się co mam dalej robić ze swoim życiem o.O (to co będzie jak, nie dajcie wszyscy bogowie jakich kiedykolwiek wymyślił człowiek, skończy się FDTS? Skończę w psychiatryku T.T)
    No, zaręczyny, ogólnie, słodko miło, i w ogóle. James, taki „in” będzie musiał iść do urzędu i otwarcie przyznać, że jest inny niż reszta popapranego społeczeństwa. Biedny, pewnie na zawał padnie.
    I tak jak Tigram, bujałam się na krześle niczym paranoik, gdy wspomniano o Shane’ie i Davidzie. Jakieś nagłe objawy choroby sierocej połączonej z zaawansowaną paranoją. Rany, aż znowu mi się zimno zrobiło a cichy głosik w mojej głowie w kółko przywołuje mi TAMTĄ scenę. A jak jeszcze przed chwilą przeczytałam fragmenty, które przytoczyła Tigram to musiałam przerwać pisanie, bo znowu zaczęłam beczeć i nie widziałam klawiatury. Umrzyjcie (nie na serio, ktoś w końcu musi odwalać niewolniczą pracę i zadowalać/zaspokajać masę wiernych fanów :P)
    A teraz coś co chciałam napisać od początku tego komentarza:
    JAK MOŻECIE KOŃCZYĆ HISTORIĘ W TAKIM MOMENCIE ZWIĄZKU ALA I RIDLEYA??!! Chcę cd… T.T Są moją drugą ulubioną parą i jak już się zaczęło dziać na poważnie to: „loool, nie, zrobimy ostatni rozdział ever ze słodziakowymi zaręczynami Waltera i ofiary” no, weźcie no, tak się ludziom nie robi T.T

    Nie mogę napisać dłuższego komentarza, bo zaraz znowu zacznę beczeć…

  11. Katka pisze:

    Introwertywna, kurcze, w sumie to aż podziwiam, że czytałaś IOI sukcesywnie mimo irytacji, którą wzbudzała w Tobie para James i Walter. Ale liczę, że to wszystko dzięki Albertowi, co tylko udowadnia, że on tutaj definitywnie potrzebny był XD
    Ta rozkmina o podobieństwie do Alberta – tak, ja zawsze uważam, że wyjątkowo pochłania tekst, w którym się utożsamia z bohaterem. Wtedy wszystko się staje bliższe, ciekawsze i łatwiej jest wyobrazić sobie to, co postać przeżywa. Więc fajnie, że masz wiele wspólnego z Albertem, chociaż niektórych jego cech nikomu bym nie życzyła XD Dla dobra otoczenia, haha. No i w ogóle jesteśmy zaskoczone i ucieszone faktem, jak bardzo pozytywny odzew ma Albert, co było nie do pomyślenia, kiedy w ogóle zaczynałyśmy pisać IOI. A tu proszę, dla niektórych jest nawet ulubieńcem :D
    Fajowo, że masz w planach wrócić do NBTS :) Mi osobiście w ogóle samo wracanie do niego sprawia trudności, bo jest dość depresyjne, więc trzeba mieć odpowiedni nastrój, ale mam nadzieję, że będzie Ci się przyjemnie czytać.
    „No i oczywiście dalej będę zaglądać, mam nadzieję, że czas na jakiś komentarz też znajdę, bo w końcu jest jeszcze Lenny i Ryan!” – urocze podsumowanie XD Liczymy na Twoje komentarze, pozdrawiamy serdecznie i do następnego! ;)

  12. Introwertywna pisze:

    Długo się zabierałam za ten komentarz, bo wiedziałam, że jak już go napiszę, to będzie to dla mnie taki oficjalny koniec IOI. Ale ileż można odkładać coś na później ;-)
    Muszę przyznać, że ten rozdział był dla mnie dość obojętny (para Walt-James, budziła we mnie jedynie irytację), tak więc po przeczytaniu czułam się lekko zawiedziona, że o Albercie nic więcej się nie dowiem. Ale mówi się trudno – myślami wróciłam do poprzedniego rozdziału i tam się zatrzymałam.
    Albert stał się najbliższą mi postacią, to w końcu dzięki niemu w ogóle zaczęłam coś komentować na blogu, który śledzę już od naprawdę długiego czasu ;-) A pokochałam go w dużej mierze dlatego, że mam z tym złośliwym Albertem sporo wspólnego (to chyba nie powód do dumy XD). I fajnie było czytać o postaci, z którą było się tak związaną. Ale ciągle się zastanawiam, czy warto byłoby umówić się z nim na kawę i pączki, bo z doświadczenia wiem, że spotkania z ludźmi o podobnych charakterach do mojego kończą się katastrofą, delikatnie mówiąc. Może zatem lepiej podziwiać go tylko w tym opowiadaniu ;-) Polubiłam go od samego początku i z każdym rozdziałem moje uwielbienie względem niego rosło, aż w końcu stwierdziłam, że jest to mój numer jeden wśród wszystkich postaci, które na tym blogu stworzyłyście, co chyba dało dało się zauważyć po moich wcześniejszych komentarzach. Al to postać, która poskromiła moje serce silnym charakterem, a ciekawym dodatkiem było jego podejście do wiary i w ogóle to, że był księdzem. Bardzo mi się podobało, że gdy był już z Walterem i rzucił tę sutannę, to dalej zostały mu te przyzwyczajenia, widać, że to wszystko było i jest dla niego ważne, a nie było nic na zasadzie: „zakochałem się, jestem gejem, więc o wszystkim zapominam i mam nowe życie, bo przecież kościół to potępia”, no i jednocześnie nie zrobiłyście z niego fanatyka (o czym już kiedyś tam wspominałam). Może nie będę już dłużej o nim lała wody, bo wszystko co chciałam o tej postaci napisać, pisałam w miarę na bieżąco pod wcześniejszymi rozdziałami.
    Ale dalej jeszcze mam Ridleya, który pojawił się dość późno, lecz wypada rzucić mu chociaż zwykłe: „dzięki”, bo być może dzięki niemu Albert odnajdzie swoje szczęście w miłości (szkoda, że nie wiadomo jak rozwinie się ich związek, ale po poprzednim rozdziale, mogę sobie wiele pozytywnych rzeczy wyobrazić :D).
    Nie będę też komentować wspomnienia Shane’a i Davida, bo NBTS potraktowałam jako odrębną historię, starałam się nie konfrontować ze sobą faktów z tych dwóch opowiadań, tak mi było po prostu wygodniej. Ale nie byłabym sobą, gdybym wczoraj nie sięgnęła jeszcze raz do ostatniego rozdziału NBTS XD I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że jednak jestem masochistką. Możliwe, że nie zareagowałam na to, aż tak emocjonalnie, bo najważniejszy był dla mnie Albert, a może też dlatego, że tamto opowiadanie czytałam dość pobieżnie, lecz postanowiłam, że w wolnej chwili do niego wrócę, bo jak wczoraj czytałam to zakończenie, to uderzyło mnie ono jakoś tak bardziej.
    Rany. Dalej nie mogę uwierzyć, że to już koniec. A najgorsze jest to, że jestem dziwnie spokojna, więc tęsknota za ulubieńcem pewnie dopiero się zbliża i przede mną ciężkie dni. Tak czy inaczej – dziękuję za stworzenie Alberta ;-)
    No i oczywiście dalej będę zaglądać, mam nadzieję, że czas na jakiś komentarz też znajdę, bo w końcu jest jeszcze Lenny i Ryan!

  13. Katka pisze:

    Another, każde kończenie czegoś, czym się cieszyło, jest smuuuutne. Sama tego nie lubię, ale też z jakiegoś powodu czuję się dumna, gdy udaje się doprowadzić opowiadanie do końca. Niemniej, nie dziwię się, że bywa to czasami trudne. No i zaaaawsze znajdzie się jeszcze wiele aspektów, które można by przedstawić, a pozostaną w niedopowiedzeniu. W końcu ciężko z każdej strony wyciągnąć życie bohatera, bo by to zajęło masę tekstu. Ale wierzę, że zostawia to jednak właśnie ten niedosyt z rodzaju przyjemnych, kiedy można sobie snuć teorie, co dalej ;) Haha i tak, Jamesowi bardzo daleko do materialisty, co jest chyba plusem w obliczu tego, ile Walt zarabia. Inaczej mógłby się kierować właśnie tym, że ma teraz bogatego partnera i niezdrowo wykroczyłoby to ponad uczucia. Co do Alberta i Ridleya – na tym raczej zakończymy, może poza kilkoma bonusami ;) Chociaż, jak to się mówi „nigdy nie mów nigdy” ;) I bardzo fajnie, że ATCL jest wyczekiwane :D Cieszy nas to niezmiernie, hehe, i zapewniam, że ciekawie będzie. A wena… z weną jest tak, że jest zawsze na COŚ. Niestety czasem nie działa w momentach „mamy mały zapas, musimy to napisać”. Ale dlatego chyba to plus, że piszemy różne rzeczy, bo każdy nastrój odpowiada jakiemuś opowiadaniu, więc pisać można praktycznie codziennie ;)

    Floo, och, widzę, że konsekwentnie trzymałaś się nienawiści do Alberta XD Normalnie wręcz pogratulować XD Cóż, przynajmniej w ostatnim rozdziale został Ci on odpuszczony :) W ogóle takie poduszki to by był IDEALNY prezent! XD Walt na bank miałby zaciesz, haha. I uwierz, sama chętnie udałabym się na ich wesele, na pewno będzie urocze, ale też… kameralne. Znając Jima XD

  14. Floo pisze:

    Ten odcinek był cudowny, bo nie było tej zakały ludzkości, Albercika. Bleee nie trawie go, w ostatnim miałam szczera ochotę zrobić mu krzywdę!
    Ale … tak jakoś szkoda mi się z nimi żegnać, dobrze mi z nimi było. Ale cieszę się że to było akurat takie zakończenie. Walt się odważył a Jimmy się zgodził :D
    Och aż uroniłam łzę, jestem z nich taka dumna! Normalnie Walt, ja chcę zaproszenie na ten ślub. Widziałam takie fajne poduszki splecione razem jak obrączki, zrobione tak żeby wyglądały jak donaty. To by był idealny prezent! :D
    Chłopaki wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia i się nigdy nie zmieniajcie! :*:*:*

  15. another69 pisze:

    Jeny, to już koniec. Tak po prostu i już. Niii ma już IOI… Kurde, nie lubię tego uczucia, które jest ze mną zawsze po przeczytaniu do końca jakiejś świetnej książki czy sagi, albo jak serial się skończy. Ale trzeba się z tym godzić niestety… Jak dobrze, że FDTS to taka „Moda na sukces”… xD

    Uh, mogłam się spodziewać, ze wzmianki o Shanie i Davidzie sprawią potok komentarzy na ten temat i płacz wielu czytelniczek. Nie ma co się dziwić…
    Każdy chce by nagle wrócili do żywych, byście wyskoczyły z niespodzianką i wyszło na to, że przeżyli, że właśnie wychodzą ze szpitala i żyją od nowa. No cóż…

    Ważne, że Waltowi i Jimmiemu się ułoży. Chyba, no cóż, tutaj też musimy dopowiedzieć sobie same. Nie wiemy nadal czy Walt kiedykolwiek dowie się o przeszłości Jimmiego, czy rodzice Walta poznają nauczyciela, czy Jimmie skontaktuje się jeszcze kiedyś ze swoją rodziną…

    Oh nie wiem no. Ważne, że się zgodził. I łzy w oczach Walta… Wszyscy pewnie spodziewali się ich szybciej u Jamesa. Chcę takiego Walta. Tylko mniej słodzącego. Niestety nie było też pierścionka ani bransoletki ani nic..Kurde xD Ale James nigdy nie był i nie jest materialistą… Jak ja xD Więc chyba mu to różnicy nie robi. Myślę, że ważniejsze było to gdzie Walt się oświadczył.

    Zastanawia mnie czy będzie opowiadanie z Al`em i woźnym, czy zakończycie to teraz. Nie wiem czy ktoś już o to pytał, za dużo komentarzy, nie chce mi się czytać xD
    No i poczytałabym też o Benie i tym… Nathanie? Czy coś mylę? Mogłoby być ostro, do tego uwielbiam imię Nathan…(Natalia się odezwała).
    Zresztą… Lubię większość postaci z Waszych opowiadań, nie ważne czy to główny bohater, czy drugoplanowy. Więc najchętniej o wszystkich bym czytała oddzielne opowiadania xD

    Kurde, nie wierze, że to koniec… Szkoda, ale bardzo ciekawi nie też ATCL… Pewnie początki będą nieciekawe. W sensie, że ciekawe, ale smutne. Bo nasi chłopcy nie są teraz do siebie przyjaźnie nastawieni….
    Bardzo na to czekam, bo tak jak IOI było przyjemnym opowiadaniem, które mnie rozluźniało, tak w ATCL dużo się dzieje i akcja jest ciekawsza,

    Uh, nie wiem skąd Wy macie wene… Ja się męczę nad 10 rozdziałem mojego opowiadania, a chcę wreszcie coś dodać…

  16. Katka pisze:

    Mocca, jak miło znowu widzieć twój nick! :D Tym bardziej w obliczu tak długiego komentarza i to tak fajowo podkreślającego zakończone opowiadanie :D Kurcze, bardzo się cieszymy, że od samego początku IOI Cię przekonało, a tym bardziej, że kibicowałaś Waltowi i Albertowi! To tutaj chyba rzadkość, haha (chociaż nie dziwię się, owy związek był dość… dziwny i dla wielu fanów Walt-James na pewno wręcz bolesny). W ogóle domyślam się, że ciężko było wyprzeć ze świadomości tę myśl, że związek Alberta i Walta musi się kiedyś skończyć, kiedy faktycznie tak Ci się podobali razem. A z doświadczenia też wiem, że to „nie przywiązuj się” nie zawsze działa :/ Nawet jak się bardzo, bardzo chce. „Jeden chyba z najsilniejszych waszych charakterów.” – oooch, mam ochotę podpisać się pod tym wszystkimi kończynami. W ogóle wręcz podziwiam Shiv za postać Alberta, wyszedł, jak sama mówisz, dość twardo stąpającym po ziemi, zdecydowanym kolesiem i chyba zachował w tym konsekwencję do samego końca. Wiem, że nie powinnam się tak roztkliwiać nad nim, skoro sama IOI pisałam, aaaale, że jest to postać Shiv, to chyba mam prawo XD Ale, tak, tak, cieszę się, że to widać, że jest jednym z tych twardszych charakterów, co mi się osobiście podoba ;)
    A propos Twojego pytania na temat bonusu – będzie ;) Jest już napisany, jakoś niebawem może będzie się dało wrzucić, więc noł stres ;)
    Hahaha, no i jak uroczo ze skrajności w skrajność. Wpierw milusie słowa na temat Alberta, takiego serio przeciwieństwa Jamesa – a teraz tak uroczo samego Jima podkreślasz :D I spoko, mam takie same odczucia co do niego. Jakoś dziwnie często wyrywało mi się „awww” podczas pisania z nim scen XD
    „No bo jak to tak można się cały czas cieszyć.” – haha, tym mnie zabiłaś XD Widać można XD Ogólnie uważam, że Walt to takie złote dziecko szczęścia, któremu się w życiu WSZYSTKO udaje i aż nie wiadomo, czy takiego kochać i za niego wyjść, czy z zazdrości powiesić XD
    I widzę, że nie ominęły Cię negatywne emocje po wspomnieniu Davida i Shane’a… No nie dziwię się, smutna scenka, no ale… Byłoby też dość dziwnie, gdyby Walt i James przemilczeli całkowicie ten temat, tak sądzę. W końcu Shane i David to część ich świata.
    „I taka duma, że od tych dobrych trzech lat mam przyjemność czytać wasze opowiadania.” – :DDD Dla nas to WIELKI komplement, jak ktoś tutaj tyyyyle czasu jest i wciąż czerpie z tego radochę. Normalnie się czuję spełniona i mam nadzieję, że za kolejne 3 będziesz mogła powiedzieć to samo zdanie, ale zamiast ‘trzech lat’ ‘sześć’. I tak dalej, hehe, chyba że nas samochód potrąci XD
    Btw. jak kucyki mnie nie jarają, tak w porównaniu ich do Jamesa i Walta wybuchłam śmiechem XD

  17. Mocca pisze:

    O jeju, jakie to było słodkie. Tego poziomu słodyczy jeszcze żadne z waszych par nie osiągnęła. Serio, nawet gołąbki to zupełnie inna kategoria.
    Ale, ale… Jako że to mój pierwszy ( i cholera, ostatni :D) komentarz pod IOI, to zacznę od początku.
    Od początku mnie to opowiadanie zaciekawiło.
    No bo hej, Albert. A przecież od 2011 żyjemy w świadomości, że to Jimmy zostanie Wielką Miłością Walta.
    No, ale dobra. Czytam.
    I cholera zaczyna mi się podobać.
    To co mnie najbardziej urzekło to chyba to jak diametralnie jest to inny związek niz te które do tej pory opisywałyście.
    Bez młodzieńczego dramatu i absurdalnego „początku” jak u Shane’a i Davida, małej „Mody na sukces” Rusha i Chaliego czy całej, tru męskiej akcji i wybuchów i pościgów i seksualnych podchodów jak na Przeklętych Ziemiach – w roli głównej William i Jeff. :D
    Paradoksalnie, mimo całego zachodu z wyrywaniem Ala z celibatu, wydawali mi się tą najnormalniejszą, najpoważniejszą przede wszystkim, parą.
    Wszystkie te próby przekonania Ala do siebie, ta cierpliwość i nieugiętość Walta były urocze w taki słodko-przyziemny sposób. :)
    A gdy wreszcie Al stanął u niego w drzwiach, aż się uśmiechnęłam.
    I myślę: „Teraz to już nic im nie może przeszkodzić”. Aż sekundę później olśnienie. Jimmy.
    To był ciężki dla mnie fragment opowiadania. Naprawdę lubię Jimmiego, ale wtedy szczerze kibicowałam naszemu ulubionemu eks-księdzu. Bo, Jimmy – kocham cię, ale jednak Al był niewątpliwie barwną i charakterną postacią. I cały czas nie dawało mi to spokoju. „Nie przywiązuj się, wiesz, że z tego związku nic nie będzie.” Wtedy tak bardzo chciałam, żebyście zrobiły z tego AU w którym Walt i Al żyją długo i szczęśliwie.
    Ale potem przyszedł kryzys. Do teraz ciężko mi zrozumieć niektóre zachowania Ala, ale wina jednak jest poniekąd bo obu stronach. To było jednak chyba zderzenie zbyt różnych światów. A szkoda.
    Skoro już przy Alu. Lubię gościa. Imponuje mi, że nie dał się Walterowi urabiać jak ciasto. Jeden chyba z najsilniejszych waszych charakterów. I to chyba też pierwsza wasza postać zdeklarowana co do swojej religii. Ale zgrabnie to rozegrałyście, bo Albercik nie jest jakimś fanatykiem, tylko naprawdę wierzącym. Pisałam już, że lubię gościa? :D
    Cieszę się niezmiernie, że w jego życiu pojawił się Ridley. Jego też lubię. Nie uwłaczając Waltowi – wreszcie godny partner do dyskusji dla Alberta. Poza tym – hej! Jest rudy, inteligentny, zabawny i słodki jak cukierek! Czego chcieć więcej? ;)
    Szkoda tylko, że o nich to już koniec. Dziewczyny, a może jakieś małe side story, cooo? Albo bonusik chociaż.
    A teraz przejdę do meritum, czyli o mój borze zielony i wszystkie Alberty, to za co kocham to opowiadanie! Asadasdeawdawewea! Gdyby to jeszcze nie było jasne, tak, chodzi mi o Jimmiego. Słodycz w czystej nieskażonej postaci. Mój kochany wyuzdany cukiereczek. Jimmiego to tylko kochać. Seeeerio, jak ja bym go dorwała… I te pośladeczki czerwone od pasa, ta drżąca warga. Ja pierdolę. Uwielbiam go.
    IOI dało dużo więcej światła na Jamesa. I trzeba przyznać, że było to zupełnie inne światło. Wcześniej to cóż… Nauczyciel, były kochanek Shane’a, ma faceta prawnika. Słodziak, ale co ja tam o nim wielce wiedziałam.
    A tutaj poznałam go tak jak w NBTS nie miałam tej możliwości.
    Strasznie chciałam go przytulić, gdy umarła jego ciotka. Jak sobie wyobraziłam to chucherko, takie smutne, skulone, łkające po cichutku, jeszcze z tymi wszystkimi nienawistnymi spojrzeniami dookoła. Aż się serce krajało. :(
    No! Ale od czego w końcu jest Walt.
    Strasznie chciało mi się śmiać podczas spotkania z Benem. To ogólne skrępowania i Walter – uosobienie swobody i dobrego humoru. :D
    Walter to w ogóle postać na osobną książkę. Mnie, jako lenia z atakami pesymizmu, jego osoba niezmiernie fascynuje. No bo jak to tak można się cały czas cieszyć.
    No, posłodziłam, to teraz dołączę się do ogólnego lamentu.
    To było okrutne. Jak już tylko przeczytałam o złej pogodzie i nie odwracaniu wzroku na partnera to mina mi zrzedła. Ja też liczyłam, że w tym opowiadaniu coś się wyjaśni. Ale wszyscy konsekwentnie milczeli. I gdy zdążyłam zapomnieć… BAM!
    „Zamiast prognozy pogody leciał z niego jakiś stary kawałek. James lekko się skrzywił i przełączył stację w poszukiwaniu czegoś nowszego. Bardzo tego nie chciał, ale myśli o wypadku sprzed około pół roku same mu się wciskały do głowy.”
    Serio? Stary kawałek? Jak.. hm, nie wiem… LAST KISS PEARL JAMU ?!
    Eh. Jak przeczytałam ostatni rozdział Never Be The Same, to nawet się z tym pogodziłam. „Spoko, to było bardzo w stylu Shane’a. Razem do usranej śmierci, bla, bla, bla..” Ale potem zaczęłą rosnąć we mnie nadzieja. Bo w końcu zakończenie nie było aż tak jednoznaczne. Ale ten rozdział dziebko przygasił ten tlący się płomyczek.
    Wracając jednak do zaręczyn. Oczka mi się zaszkliły. To było takie… Oj no nie wiem. I Jimmy, który nie rzucił mu się od razu w ramiona tylko kalkulował za i przeciw. Takie to było Jimmowate.
    Cholerka, poza tym sentyment mnie łapie jak pomyślę, że to kolejne już wasze zakończone opowiadanie. I taka duma, że od tych dobrych trzech lat mam przyjemność czytać wasze opowiadania. Dziewczyny, naprawdę widać jak przez ten czas się rozwinęłyście jeśli chodzi o chociażby portret psychologiczny postaci. Dziękuję wam za In Out In, za Jimmiego, za Walta, za Alberta i za całą resztę waszej wesołej gromadki. Oby wena nigdy nie ustawała. :)
    I na zakończenie : co Mocca widzi oczyma chorej wyobraźni gdy myśli o Jimmiem i Walcie: http://www.youtube.com/watch?v=xczDd2_X0DI ;)

  18. Katka pisze:

    Joanels, znicz ku ich pamięci… Biedni, coś czuję, że według wielu z Was nie ma już dla nich nadziei XD Mam nadzieję, że chociaż tyyyyyci dalsza akcja załagodziła ból wywołany przez te szpile! :)

    Tigram, uroczo XD Boję się, że mógłby powstać angst, haha, ale cóż, miło słyszeć. Tylko wiesz, do tego konkursu nie trzeba, więc jak wena nadejdzie, to się nie krępuj XD

  19. TigramIngrow pisze:

    ” Normalnie aż by się chciało zrobić konkurs a’la „napisz swoją wersję zakończenia NBTS” i wybrać najfajniejszą” – pisałabym jak Mickiewicz Wielką Improwizację – w natchnieniu i w ciągu jednej nocy.

  20. joanels pisze:

    „Nie wiem, może jestem przewrażliwiona, ale jak dla mnie każde jedno zdanie dotyczące pogody, które padło po nazwie Saint Paul wbijało mi nóż w serce.” Czuję dokładnie tak samo T-T

    Shaaaaaane, David… Mam ochotę zapalić znicz ku ich pamięci…

  21. Katka pisze:

    Luinlos, hehe, cóż za zdrowe podejście, jeśli chodzi o Davida i Shane’a. Ogólnie podoba mi sie, że tak na to patrzysz. W ogóle jakoś każdą interpretację przyjmuję jako względnie możliwe zakończenie, a że każde spojrzenie jest inne, to wydaje mi się, że możliwych rozwiązań jest cała masa XD Normalnie aż by się chciało zrobić konkurs a’la „napisz swoją wersję zakończenia NBTS” i wybrać najfajniejszą XD Ale cóż, to raczej ponury temat, więc pewnie nie byłoby wiele zgłoszeń XD
    Oświadczyny. Tak, Walter jakby chciał, to by to przedobrzył (podobnie jak Rush zapewne, ale Charlie nie miałby nic przeciwko „przedobrzeniu” XD). I jeśli chodzi o jazdę po alkoholu, to tylko Ryana, jeśli już XD
    „O matko, właśnie do mnie w pełni dotarło, że będą małżeństwem.” – fajnie, co nie? XD W ogóle przez oglądanie ostatnio pewnego serialu, tak mnie natchnęło na napisanie czegoś w konwencji ojciec-ojciec-dzieciak. Starzeeeeję się XD A Twoja szybka analiza się zgadza – akcja IOI wybiega znacząco w przyszłość, bo (mogę się pomylić o rok, czy dwa) dzieje się w 2015 zdaje się, a w FDTS mamy dopiero 2009 ;) Więc tak, jeśli doszło do ślubu Mike’a i Marg, to już na czas IOI są małżeństwem 6 lat! XD
    I dzięki wielkie za pozytywne podsumowanie IOI :D

  22. luinlos pisze:

    Przeczytałam rozdział i rzuciłam okiem na komentarze i… Myślałam, że to ja tu jestem pesymistką, ale widzę, że jednak w porównaniu do Was to mój pesymizm jest niczym. Wcześniej zakładałam, że Shane i David nie żyją i w trakcie czytania IOI czekałam na jakieś informacje o nich. I wydaje mi się, że gdyby faktycznie umarli, to nie było by to tak przemilczane i że byłaby na ten temat mowa w rozdziałach, których akcja toczyła by się w okolicy tego wydarzenia. Byli uczniowie byli jednymi z niewielu znajomych Jamesa, których Walt miał okazję poznać. I w sumie tylko z nimi nasz prawnik i nauczyciel utrzymywali kontakt i się widywali. Jestem przekonana, że gdyby faktycznie umarli, to by wywarło to spory wpływ zarówno na Walta jak i Jamesa i było by to poruszone już wcześniej.
    Przynajmniej lepiej się czuję myśląc w ten sposób.
    Mieli wypadek ale się z tego wykaraskali, był na tyle poważny, że James teraz martwi się, gdy rusza z Waltem w podróż przy złej pogodzie. Ale żyją. Tak myślę.
    (Chociaż ten jeden kawałek gdzie Walt mówi Jamesowi że go kocha i chce mu to powiedzieć „tak na wszelki wypadek, żeby wiedział” aż mnie lekko zmroził i zaniepokoił). Nadal twierdzę, że oni żyją:P

    Podobały mi się oświadczyny. Znając Walta, można by się było spodziewać, że przedobrzy. Ale na szczęście wziął pod uwagę gust Jamesa i poprzestał na czymś klasycznym. I to, że zabrał colę było słodkie. Już to kiedyś pisałam, ale uwielbiam w Waszych opowiadaniach to, że pilnujecie takich spraw jak to, by bohaterowie nie jeździli po procentach. Albo że praktykują (zazwyczaj) bezpieczny seks.

    Zachowanie Jamesa było słodkie. Niby był niepewny, niby był zaskoczony, ale powiedział tak. Wbrew swojej niepewności, wbrew nieśmiałości, zgodził się zostać mężem Walta. O matko, właśnie do mnie w pełni dotarło, że będą małżeństwem.
    Czy to będzie pierwszy ślub w Waszych opowiadaniach?? /szybka analiza opowiadań/. No najwyraźniej! Hoho! Ważny moment! Chociaż nie. Tutaj akcja chyba wyprzedza trochę FDTS (tam Shabe jak odwiedzał ciotkę był jeszcze młodziutki)… Więc Szefuńcio i Marg już są po ślubie! Chyba.

    Chciałabym, żeby Alex i Jason wzięli ślub.

    Jason i Alex… To mi przypomina, że mam opóźnienia w komentowaniu rozdziałów.

    Lecę komentować ostatni rozdział FDTS!

    Pozdro,
    Luin

    PS. Cieszę się z zaręczyn, ale będę strasznie tęsknić za tym opowiadaniem, mimo, że na samym początku zupełnie mi nie podchodziło. Heh, najwidoczniej macie ukryty talent, który sprawia, że po kilku rozdziałach opowiadanie, które wcześniej się nie podobało nagle łapie za serce i człowiek się od niego uzależnia.
    Dzięki za IOI :)

  23. Katka pisze:

    Seiridis, oj, widzę, że serio w części przypadków z Was górę wzięło wspomnienie o NBTS nad oświadczynami. Ale tak serio-serio XD No ale już chyba nic nie mogę dodać w tej kwestii, więc pozostawiam wszystko Twojej wyobraźni ;)

    Yaoistka, hehe, to chyba dobrze, że tak wciągnęło. Dzięki za słowa zachwytu, haha, oby inne opka też tak wciągały, że zakończenie wyda się podejrzanie nagłe ;) Miłego wieczorku życzę.

  24. Yaoistka^^ pisze:

    No i koniec… Jimmy i Walt… Al i inni. Po prostu tak mnie te IOI wciągnęło, że nie zauważyłam, że już się kończy. Takie moje zdziwienie było wielkie widząc ten KONIEC.

    Dziewczyny jesteście boskie. Jak zwykle pięknie! Wiecie na co Was stać. Kocham Waszego bloga, opowiadania i wszystko co z nimi związane!

    Życzę weny i miłego dnia. ;)

  25. Seiridis pisze:

    Fajnie, Kat, że chciałaś nas pocieszyć, ale fenomen wstania po wypadku polega na tym, że człowiek wyszedł z niego cało, choć nie powinien. Oni zdecydowanie nie zaliczali się do grona „mam zajebiste szczęście, nic sobie nie uszkodziłem”.
    :C

  26. Katka pisze:

    Kan, jak już mówiłam Seiridis i jak już sam widzę, że zauważyłeś, nie jest do końca wyjaśnione, co się stało z Shane’em i Davidem, więc myślę, że wciąż możesz mieć spore nadzieje na to, że przeżyli :D Ludzie potrafią być zajebiści z tym, jak czasem niemalże bez szwanku wychodzą z, z pozoru masakrycznie ciężkich, wypadków (wciąż pamiętam niektóre filmiki na youtube gdzie byłam pewna, że koleś/laska nie ma szans przeżyć, a po chwili wychodzi z samochodu, czy wstaje z drogi, jak wyjebało go/ją na motorze w kosmos XD). Lubię, kiedy jest jakaś alternatywa i można pod siebie wydumać zakończenie, więc liczę na to, że udało się zostawić tu to pole manewru. Mimo pozorów ;)
    Ogólnie wystosowałeś ciekawe podsumowanie :D Ogólnie odnosząc się do przerysowania Waltera – taaak, w ogóle myślę, że przez to przerysowanie wydaje się on takim idealnym facetem, jakiego każdy (no, na pewno są wyjątki ;)) chciałby mieć. Wiecznie radosny, pewny siebie, opiekuńczy, czuły, przystojny, bogaty… Zalet można by wymieniać masę. Ale cóż, to fikcja literacka, ale jak ktoś kiedyś takiego spotka, to niech mu da mój numer XD
    Ogólnie też uważam, że Albert był wręcz konieczny w tym opowiadaniu, żeby nie stało się ono istnym pączkiem z polewą lukrową i toną cukru na nim. I dobrze, że faktycznie da się odczuć dzięki jego wątkowi swoistą równowagę w nastroju. I wiem, że może się wydawać przykre, że nie będzie rozbudowany jego związek z Ridleyem, ale przyznam Ci, że mamy napisany już z nimi jeden bonus, więc jak będę mieć czas, żeby go jakoś ogarnąć i wrzucić, to poczytacie. Wiem, że to nie dużo, ale w jakiś sposób może zaspokoi niedosyt ;)
    Hehehe, no i wreszcie czas na ATCL :D Ostatnio fajnie się nam je pisało, zapasik spory jest, więc… no nic, tylko publikować XD I dzięki za tę analizę, miło się czyta zawsze takie podsumowujące komentarze na koniec opowiadania. Bo w sumie każde zakończenie jest dla nas dość… dużym wydarzeniem.

    Saki, „W końcu mowa była o wypadku, a nie o tragicznym wypadku, w którym zginęli jego byli uczniowie.” – prawda. A jakkolwiek wypadek się nie skończył, czy pozytywnie, czy nie, to nie da się o tym mówić z uśmiechem na ustach. Więc ja osobiście nie dziwię się Jamesowi i Walterowi, że w taki nastrój wpadli. Wiadomo, jeśli David i Shane umarli, to oczywiste. Ale nawet jeśli nie, to przecież za każdym wypadkiem czai się ryzyko śmierci, więc James miał chyba pełne prawo, by być takim ponurym, gdy o tym rozmawiali. Więc tak, jak najbardziej popieram tworzenie swojej pozytywnej wizji ;)
    „Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam… on pytał swojego ojca o zdanie? Jego kontakt z rodziną nie był opisywany jakoś szczególnie dokładnie lub nie było to często mi wspominane, więc mogło mi umknąć.” – poinformował go. Tak, o rodzinie Walta nie było wiele, bo jest on bardzo samodzielnym facetem, który już żyje swoim życiem, ale gdzieś w początkowych rozdziałach mówił Jamesowi, kim są jego rodzice i w kogo się wdał. Ale chyba z tego co pamiętam, to więcej tego tematu nie poruszał.
    I taaaak, Walter zdecydowanie bardziej się denerwował tymi oświadczynami niż czymkolwiek innym. I jak trafnie zauważyłaś, dotyczyły one całkowicie jego życia, a nie klientów, jak w pracy, więc to zupełnie inny poziom stresu. No tym bardziej, że tak jak James myślał przed wyduszeniem odpowiedzi — jeśli teraz by się zawahał, to czy nic by to nie zmieniło? Walt podskórnie mógł się właśnie tego obawiać. Że jakby zobaczył zawahanie u Jamesa, to mógłby sam dziwnie zareagować, coś mogłoby pójść potem nie tak. Więc zdecydowanie była to ważna chwila w jego życiu.
    I hahaha słodko z tym testem! To zabawne, jak wychodzi Wam tak idealnie bycie jedną postacią i przeznaczenie w jej opowiadaniowym partnerze :D Fajna sprawa.
    Tak, sądzę, że Walt dotrzyma obietnicy i pochwali się Albertowi, podobnie jak całej reszcie swoich znajomych. Bo, bądźmy szczerzy, taki utopiony w szczęściu Walt byłby zdolny chować w sobie euforię? Wątpliwe XD A a propos PS, jak mówiłam Kanowi, bonusik jest i się pojawi na pewno niedługo :)

    Illita, mhmmm, pozytywne emocje nie mogą towarzyszyć w ogóle mówieniu o wypadku drogich sobie osób. I serio, tym bardziej, że tak mało czasu minęło.

    Tigram, bo Ty pesymistycznie na to patrzysz! XD Nie no, nie żebym chciała Ci wmawiać coś, nic w ten deseń. Jak mówiłam wiele razy, każdy widzi to tak, jak mu podpowiada intuicja, postrzeganie albo chociażby nadzieja. Jeśli widzisz to w takich barwach, to jest faktycznie Twój wybór. Zresztą, właśnie dlatego zostawiłyśmy to wszystko w niedopowiedzeniu, żebyście mogli to interpretować na swój indywidualny sposób. Za to szczegóły… i tu kolejna kwestia, że w szczegółach też widzisz to, co chcesz widzieć, względnie wydaje Ci się, że widzisz. Bo zapewniam, że naumyślnie w taki a nie inny sposób te szczegóły nie zostały zrobione… bo ja sama nie wiem, jak się to skończyło XD Więc też ciężko, żebym ukrywała za słowami coś, o czym sama nie wiem. Ogólnie staram się postawić też w Waszej roli (zresztą, podczas pisania zawsze w jakiś sposób staram się być „czytelnikiem”, bo mam z tego więcej frajdy – stąd moje podejście do pisania na zasadzie, „Shiv, nie mów mi co planujesz, chcę mieć niespodziankę”). I po tym wypadku w NBTS sama CHCĘ wierzyć w to, że oni jednak żyją XD (może stąd moje ciśnienie na Was, żebyście dorabiali swoją filozofię…). Bo ja też nie chcę, żeby Shane i David umarli. Więc… no, to chyba tyle XD

  27. TigramIngrow pisze:

    ” gdzie tam jest napisane, że David i Shane nie żyją?” a gdzie jest napisanie że ŻYJĄ?
    Ja już swoje przeżyłam po zakończeniu NBTS. Wypłakałam. Ale jak Wy mi kurde piszecie, co następuje:
    „Pogoda była paskudna, jechali do Saint Paul, miasta, które wcale nie kojarzyło mu się dobrze, drogą, która także nie wywoływała dobrych wspomnień. ”
    „Bardzo tego nie chciał, ale myśli o wypadku sprzed około pół roku same mu się wciskały do głowy” – co można skonfrontować z: ” uderzenia, które miażdżyły samochód, kiedy ten uderzał o ziemię. (…) Nie czuł też nic. Spróbował rozejrzeć się po wnętrzu zmiażdżonego do połowy samochodu i dopiero zauważył, jak wygiętą ma szyję. Nie mógł się ruszyć.” naprawdę na nastraja w żaden sposób do myślenia, że oni przeżyli.
    „— Mhm… — James nie był zbytnio rozmowny. Bardzo to wszystko wtedy przeżył. A do tego ta pogoda… ” A jaka pogoda była wtedy? „Pogoda na razie nie była zachęcająca (…), deszcz na tyle się nasilił, że horyzont nieco im się zamazywał (…) Lało jak z cebra, a droga była tylko jednopasmowa, mimo że stanowa. Co jakiś czas mijali słupy z trakcją elektryczną (…)” [a swoją drogą o tej trakcji to było napisane tak dla pewności, że jak przeżyją wypadek to pęknięty kabel wysokiego napięcia, woda i samochód załatwią sprawę?]
    „zrobiło mu się jednocześnie ciepło i ciężko na sercu. „Coś złego”. Nie chciał myśleć o niczym złym. (…) A nie myślenie o czymś złym na tej drodze do Saint Paul, gdzie David i Shane, jego byli uczniowie, mieli wypadek podczas takiej samej koszmarnej pogody, jaka była za oknem.”
    Że niby to też o niczym nie świadczy? Wszakże wszyscy wiemy, że dziewczyny idealnie grają szczegółami i nigdy nie piszą czegoś bez znaczenia. A tu? „Uśmiechnął się dziwnie błogo, czując, że ta jest jeszcze ciepła.” Jeszcze… serio? Jeszcze? Czyli już niedługo. Jedno słówko. Jedno!
    No i najgorsze: ” David w myślach śpiewał za wokalistą, patrząc na spokojną, ukochaną twarz przez zmrużone, zamglone oczy, aż obraz całkowicie nie wygasł tak samo jak wszystkie dźwięki, które dochodziły do niego. Nie słyszał więc już ani trzeszczenia radia, ani uderzeń kropel deszczu o blachę samochodu, ani czyjegoś przeraźliwego krzyku… nie było już nic. Tylko oni, ciemność i cisza.”
    I Ty się Kat dziwisz i mówisz, że się nie spodziewałaś? Że według Ciebie te nawiązania to delikatne były? Nie wiem, może jestem przewrażliwiona, ale jak dla mnie każde jedno zdanie dotyczące pogody, które padło po nazwie Saint Paul wbijało mi nóż w serce. Każde.

    No dla niektórych te zdania nie są wystarczającym dowodem. Podziwiam. Ja nie umiem tak myśleć. Dla mnie są jednoznaczne.

  28. kan pisze:

    Właściwie to nadal nie wiem czy nie żyją ( taka refleksja po jakimś czasie), okropne jesteście !! :D

  29. Illita pisze:

    Katka, Dziękuję :D Ja tam głęboko wierzę w to że żyją, bo pół roku po domniemanie śmiertelnym wypadku nie da się mówić o tym tak po prostu, nie da się i już. Tym samym musieli przeżyć i będę się tej wersji trzymać rękami i nogami!

  30. saki pisze:

    To było cudne. Wzruszyłam się normalnie. Dlatego, że nie było dokładnie powiedziane, czy Shane i David żyją czy nie, mogłam sobie wmówić, że jednak żyją i mogłam się skupić na tej cudownej chwili, jaką były oświadczyny.W końcu mowa była o wypadku, a nie o tragicznym wypadku, w którym zginęli jego byli uczniowie. Na początku pogoda nie była zachęcająca i bałam się, że jeziorko nie wypali i Walt będzie się oświadczał w hotelu (co nie byłoby tak romantyczne), bo że się oświadczy byłam pewna. W końcu planował to tyle czasu i jakby teraz miał się wycofać, to nie wiem, czy znowu by się zebrał na odwagę.
    Mimo tego fica, co napisałam, w mojej głowie Shane i David nadal żyją i mają się dobrze (no, na pewno lepiej, niż w moim ficu). Ale te wspomnienia jednak dają o sobie znać i chwytają za serce mimo wszystko. Wszystko wracało. Ta pogoda, piosenka w radiu i trasa do Saint Paul. To, że nie płakałam czytając te wspomnienia, nie znaczy wcale, że jestem jakaś bezduszna, czy coś. Może to dlatego, że całkiem niedawno przerabiałam ten temat i udało mi się powstrzymać złe myśli i skupić się na szczęściu Jima i Walta i cieszyć się razem z nimi. Na końcu NBTS płakałam za dwóch, jak bóbr, krokodylimi łzami. Końcówkę musiałam doczytać następnego dnia, bo przez łzy nie widziałam liter. Co wy potraficie robić z ludźmi to jest nie do pomyślenia. Może kiedyś uda mi się zdobyć na osobny komentarz do NBTS, ale to będzie wymagało dużo czasu (w sensie pisanie komentarza- opowiadanie czytałam kilka miesięcy temu). Dobra, bo zbaczam z tematu.
    Jak wyszło to słoneczko, to wiedziałam, że już wszystko będzie dobrze. Jedynym pytaniem było, jak Jimmy zareaguje na oświadczyny. Reakcja Jamesa wyraźnie mówi, że czego jak czego, ale oświadczyn się nie spodziewał. No i dobrze- była niespodzianka, tak jak chciał Walt. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam… on pytał swojego ojca o zdanie? Jego kontakt z rodziną nie był opisywany jakoś szczególnie dokładnie lub nie było to często mi wspominane, więc mogło mi umknąć.
    Walt był chyba bardziej zdenerwowany niż przed najważniejszą rozprawą w jego życiu. Chociaż rozprawy nie dotyczą jego, on jest tylko przedstawicielem w sądzie. A tu się toczą losy całego jego życia. Czy James go przyjmie, czy wyśmieje, czy odrzuci i zostawi, bo się przestraszy. To był jeden z najważniejszych momentów w jego życiu (o ile nie najważniejszy) i chyba kamień spadł mu z serca, jak usłyszał odpowiedź twierdzącą. W przypływie emocji mało nie zmiażdżył/ nie udusił swojego kochanka. :) Dobrze, że się zreflektował, bo nic by z przyjętych oświadczyn nie miał, jakby jego narzeczony został przez niego uduszony :) Narzeczony… jak to pięknie brzmi… Jak ja bym chciała takiego Walta… no, może poza tymi skłonnościami do sado-maso i żeby był hetero…
    Nie mówiłam, że w teście wyszło mi, że jestem Jamesem, a moim partnerem Walt, no nie? Nie pamiętam, żebym o tym wspominała, no chyba że robię coś, o czym nie mam pojęcia :) Dobra, bo znowu mówię nie na temat :)
    Brakowało tylko rozemocjonowanego Walta,dzwoniącego do Ala z pozytywnymi wiadomościami… No, ale w końcu miał dać znać, kiedy ochłonie, więc chyba dotrzyma obietnicy…? Czy nie? Bo skończyłyście na wyznaniu miłosnym, które swoją drogą było cudne. W ogóle cały rozdział był cudny… trochę cukierkowy, trochę nostalgiczny. Taki w sam raz. Ani za wesoły, ani za smutny.

    Mam nadzieję, że nie zanudziłam komentarzem. Weny życzę i pozdrawiam.

    PS: Czekam na jakiś bonusik z opowiadania i nie obrażę się wcale, jak będzie w nim Al i Ridley :)

  31. kan pisze:

    Shane i David nie żyją. Ta wiadomość przysłoniła mi całą scenę zaręczyn. Cały czas w głowie siedzi to, że nie żyją. Zwyczajnie umarli. Potrzebna mi jakaś terapia po tym rozdziale.

    Po kilku minutach….

    Skoro IOI już się kończy to czas na malutkie podsumowanie. Początkowo byłem zły, że coś pojawiło się na miejsce ACTL, jednak kiedy dowiedziałem się, że poniekąd będzie to powiązane z NBTS ta początkowa złość ustąpiła miejsca podekscytowaniu. Przecież David i Shane z pewnością przeżyli i ich historia, może już nie na pierwszym planie, jednak gdzieś tam będzie się pojawiała. I tak czytałem rozdział po rozdziale i z niecierpliwością czekałem na ten moment, kiedy dowiem się, że byli w krytycznym stanie i z pewnością wrócili do zdrowia. Jednak każdy kolejny rozdział utwierdzał mnie w przekonaniu, że się nie doczekam i kiedy już porzuciłem wszelkie nadzieję na tę szczęśliwą chwilę z coraz większą uwagą zacząłem śledzić losy Waltera, Jamesa i Alberta. Początkowo to wszystko mi się wydawało takie dziwne, takie całkowicie nietrzymające się jakiejkolwiek całości. Może dlatego, że już wiedziałem o przeznaczeniu Jamesa i Waltera. Dopiero w momencie kiedy Walt spotkał nauczyciela odetchnąłem z ulgą i ze spokojem mogłem czytać dalej bez żadnych domysłów. Poziom słodkości z każdym kolejnym wpisem wzrastał przez wyidealizowanego Waltera, który wręcz ociekał słodkością, który w połączeniu z ciapowatym Jimmym wywołał u mnie mdłości i w momencie kiedy już myślałem, że nie przełknę więcej tego cukierkowego duetu pojawił się Albert i jego problemy z dostosowaniem do nowej rzeczywistości oraz z akceptacją stanu w jakim znalazł się po zakończeniu związku z Waltem, dzięki niemu ta słodkość została wyważona przez szczyptę goryczy, którą raczył za każdym razem kiedy pojawiał się w opowiadaniu. I muszę przyznać, że jest mi przykro, że nie zobaczę jak potoczą się losy Jego i Ridleya. Jeżeli chodzi o Waltera i Jamesa to jakoś nie jest mi przykro, że nie przeczytam o tym jak im się wiedzie, jestem przekonany, że będą wieść spokojne, usłane różami życie i być może doczekają się dzieci ( uważam, że fikcja jest poniekąd rzeczywistością w innym świecie i w tym świecie akcja toczy się dalej). Muszę pochwalić konsekwentne rysowanie charakterystyki bohaterów, którzy pomimo wielu przygód nie zmienili się od samego początku. Ciapowaty Jimmy, który swoją nieporadnością mógłby pozbawić wielu ludzi cierpliwości, dominujący, szczery, oddany i słodki do bólu Walter oraz rozgoryczony Albert. Trójka ta została idealne skonstruowana uzupełniając wzajemnie wady oraz przerysowane ( w przypadku Waltera) zalety. Została perfekcyjnie zachowana harmonia pomiędzy tymi postaciami dzięki czemu opowiadanie zyskało na wartości. Dobrze, że IOI zostało zamknięte w 27 rozdziałach, chociaż z drugiej strony szkoda, że nie przeczytam o tym jak potoczą się losy Alberta i Ridleya.

    To na tyle, bo za moment zrobi się z tego jakaś długa analiza i pomimo wakacji poczuję się jak na zajęciach z analizy dzieła literackiego, co wcale nie jest dobre. Teraz z utęsknieniem czekam na ACTL :D

  32. Katka pisze:

    Tigram, wspomnienie Shane’a i Davida przecież było tak delikatnie zaznaczone… a jednak widzę, że wywołało w Was dużo emocji. W sumie… kurcze, aż się nie spodziewałam. Serio, jestem w lekkim szoku, ale z drugiej strony jakoś też się fajnie poczułam, bo to znaczy, że NBTS nie zostało przez Was już puszczone w zapomnienie i wciąż na Was działa. No ale, ale, cóż mogę jeszcze powiedzieć? Mam nadzieję, że ogółem IOI się w miarę podobało :)

    Illita, hehehe, dzięki za ten komentarz :D I zgadzam się, że James jest wielkim szczęściarzem. Kto by nie chciał takich oświadczyn :) No i życzę miłej podróży, bezpiecznej drogi i tak dalej! :)

    Tess, baaaaardzo dobrze, że pokonałaś swoje początkowe opory i okazało się, że IOI jest zjadliwe XD A chyba z doświadczenia się już da nauczyć, że na początku wkurwiająca postać potem może pokazać swoje zupełnie inne oblicze i czytanie o jej sprawia frajdę. Albert na pewno przyjmuje przeprosiny, hehe, a Ridleya zdecydowanie ma się zamiar mocno trzymać! :)
    Twój ból z okularami rozumiem, choć teraz, w lecie, bardziej boli mnie inna ich wada, a mianowicie, nie mogę nosić okularów przeciwsłonecznych, bo jak zdejmę te normalne, to jestem ślepa :( (odeszłam od tematu XD)
    Ooooch, sierotka do opiekowania się… Taaak, Jamesa to by się najchętniej zawinęło w kocyk, położyło w ciepełku i karmiło, głaskało i zgniatało w uścisku XD I fakt, często nie jest lekko w obliczu homofobii, ale Walt na pewno będzie robił wszystko, żeby się Jamesowi krzywda nie stała :) I bardzo nam miło, że zakończenie się podobało! :D

    Sei, ale gdzie tam jest napisane, że David i Shane nie żyją? XD Starałyśmy się właśnie tak to napisać, aby wciąż nie było to do końca na 100% wyjaśnione :) I normalnie aż mam ochotę Wam poradzić wyprzeć tę rozmowę z pamięci i przeczytać jeszcze tylko scenę nad jeziorem XD

    Marta, i znowu XD Och, ale to na Was działa. Serio, jestem zaskoczona XD

  33. Marta696 pisze:

    Cała przyjemność z zaręczyn się jebła w momencie gdy było wspomnienie o Shanie i Davidie :(

  34. Seiridis pisze:

    To miał być szczęśliwy rozdział jak sądzę, ale nie był. Wmawiałam sobie, miałam nadzieję, że oni przeżyją. Shane i David. Nie żyją. Przez to to bardzo smutny rozdział. Byłam podekscytowana na zaręczyny, ale po tych wzmiankach wszystko we mnie oklapło.
    Uch.

  35. Tess pisze:

    Pamiętam z jaką niechęcią brałam się za to opowiadanie i teraz w łeb się stukam, jaka ja głupia byłam. Przestraszyłam się trochę tego związku Walta z Al’em. Myślałam, że zmieni to moje podejście do Jamesa, ale na szczęście nic takiego się nie stało. Ostatecznie okazało się, że nie taki ksiądz straszny, jak go malują i nawet Albert, jeśli trafi na odpowiednią osobę potrafi być spoko. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu :) Więc (wiem, że nie zaczyna się zdania od więc), tak na koniec chcę przeprosić Alberta za całe to napierdalanie na niego na samym początku.
    Al, sorry! I trzymaj się Ridleya, bo tylko on z Tobą wytrzyma.

    Nawiązanie do wypadku Shane’a i Dawida było poniżej pasa. Dobrze, że już dzisiaj się wypłakałam oglądając film, bo ledwo się powstrzymywałam, a nie chciałam już przerywać czytania na zdejmowanie okularów, wycieranie oczu i inne tego typu pierdoły.
    Tak swoją drogą okulary są strasznie upierdliwe, kiedy jest potrzeba popłakania. Jak ja tego nienawidzę!
    Odbiegłam od tematu…
    Co do oświadczyn… Były nieziemskie, tak jak sobie wyobrażałam. Czasami chciałabym być takim gejem i mieć takiego słodkiego partnera jak James. Taką małą sierotkę, do opiekowania się i kochania. Chociaż z drugiej strony wiem, że nie powinnam tak mówić. W końcu osoby homoseksualne nie mają niestety tak kolorowego życia, jak w opowiadaniach. Aż się smutno robi, jak słyszę/widzę niektóre komentarze ludzi. Chociaż i tak jest lepiej, niż te kilka lat temu :D

    Zdecydowanie chcę więcej oświadczyn, ślubów i innych tak wspaniałych zdarzeń. Lepszego zakończenia dla tak cukierkowego opowiadania nie mogłyście wymyślić :)

  36. Illita pisze:

    O boże . O boże . O BOŻE. To było takie… takie idealnie jak chciałam żeby było! Wzruszyłam się jak jakaś małolata oglądająca romansidło , ale przeżywałam to jakby to mi się tam oświadczyli ! James ty szczęściarzu ! Czytałam z duszą na ramieniu bo Tigram mnie mocno przestraszyła swoimi mrocznymi wizjami ale to było jak miód na moje serce <3 Wzmianka o Shanie i Davidzie bardzo subtelna , ale to może lepiej. Jestem w takiej euforii że ubilam tego mutanta co go dwie godziny ganialam , to nie ma totalnie znaczenia ale po prostu jestem tak zajebiscie szczęśliwa, nie sklece już żadnego sensownego zdania ! Teraz już mogę spokojnie jechać . WIELKIE dzięki za to opowiadanie :D

  37. TigramIngrow pisze:

    Eeeeeeej! To jest ten dzień co Shane i Dawid umrą? Bo pogoda chujowa w ogóle jakoś tak…. Ej, nie chcę tego czytać! :(
    Pierdole… czytam i co chwila przełączam na inną zakładke.
    Uch…. wspomnienie ;( ;( ;( Nie chcę tego czytać
    Ale żeście to chujowo połączyły. No chujowo. Cała się telepię i mam łzy w oczach.
    Ja pierdolę. Ożesz w dupę.
    Za każdym razem jak piszecie o parszywej pogodzie to normalnie mam ochotę pieprznąć laptopa i w ogóle tego nie czytać. Chuj, normalnie chuj, bo w ogóle nie mogę myśleć o akcji. Ja pierdolę, kurwa, nie mogę. Aż mi zimno.
    Ale żeście dały wspomnienie… ja pierdolę.
    A w dupie mam oświadczyny. Początek był taki, że reszty nie przyswoiłam. A idźcie w cholerę ;( *beczy*

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s