In Out In – 24 – Słowo po słowie

Walter Mason kręcił się po kuchni, przygotowując dla kochanka śniadanie. Ten spał jeszcze w sypialni, ale robiło się już późno, więc miał nadzieję, że ten nie będzie miał mu za złe, że go zbudzi. Oby śniadanie do łóżka załagodziło sprawę.
Postawił na drewnianej tacy talerz pełen ciepłych tostów z serem, a obok dwa kubki. Jeden z kawą, a drugi z kakao. James zażyczył sobie wczoraj obu tych napoi i Walt domyślał się, że wybierze jeden. Postanowił, że wtedy sam przejmie drugi. Po chwili zastanowienia jeszcze położył na tacy dwie tabletki na ból głowy. Na wszelki wypadek, jakby James potrzebował.
Wyposażony w śniadanie i radosny uśmiech, wszedł do sypialni. James spał jeszcze na boku z kołdrą naciągniętą niemalże na czubek głowy. Nie chrapał ani nie kręcił się przez sen. Zawinięty był tylko jak w kokon.
Walt podszedł bliżej i położył tacę na szafce nocnej, by wpierw rozchylić zasłony. Gdy to zrobił, promienie słońca oświetliły sypialnię. Było już po jedenastej i na szczęście mieli wolny dzień. Było też dość ciepło, więc prawnik jeszcze uchylił okna, nim usiadł po drugiej stronie łóżka i odchylił lekko kołdrę.
— Jimmy, zbudź się. Śniadanie przyniosłem — szepnął mu prosto do ucha i pocałował delikatnie w płatek.
James zamruczał przez sen i wcisnął twarz w poduszkę. Tak, że po chwili musiał się od niej odsunąć, bo się dusił.
— Jeszcze… chwilę… — jęknął, czując, że najchętniej nie otwierałby ust.
— Tosty wystygną… — odpowiedział Walt z lekkim żalem i pogłaskał go po mysich, rozburzonych włosach. — Ale dobrze, leż. Przyniosłem ci kawę i kakao, ale może chcesz jeszcze wodę?
James jeszcze zaburczał, pokręcił się, potarł twarzą o poduszkę i w końcu się uniósł, otwierając oczy.
— Mmm — zamruczał, nie chcąc mówić. Miał w ustach dziwny niesmak. Spojrzał na kochanka trochę nieprzytomnie.
Walt tylko uśmiechnął się z czułością i cmoknął go w suche usta. Potem bez słowa wyszedł, aby wrócić po dosłownie chwili, jakby biegł. Miał w dłoni wysoką szklankę z wodą, którą podał kochankowi.
— Prochy? — dopytał, sięgając po tacę, na której spoczywały tabletki. Położył ją sobie na kolanach, kiedy usiadł odpowiednio. Sam nie był jeszcze do końca ubrany, bo miał tylko proste, granatowe spodnie od piżamy.
— Mhm. — James skinął głową, biorąc od niego zarówno tabletki, jak i wodę. Napił się, przełykając je i bardzo słabo uśmiechnął się do kochanka. — Dzięki — wychrypiał i widząc, że na tacy poza tostami jest jeszcze picie, zajrzał jakie. Zabrał kakao, chociaż kawę też chciał wypić. Wodę do końca też.
Walt przyglądał mu się przy tym, przypominając sobie, jak zachowywał się wczoraj. Samo wspomnienie tego chichotu i tak szczerze, choć pijacko roześmianej twarzy Jamesa, strasznie go urzekało.
— Dobrze się wczoraj bawiłeś? — zagadał, podsuwając mu bliżej tosty, żeby mężczyzna przypadkiem nie skończył na piciu.
James wziął sobie jednego i zaczął od razu jeść. Jak zwykle małymi kęsami.
— Mhm… Nieźle. I prawie wszystko pamiętam — jęknął i odstawiwszy kakao, napił się jeszcze wody, potem kawy i dopiero spojrzał w oczy kochanka. — A ty?
— Ja? Ja miałem bardzo… bardzo niecodzienny widok, kiedy wróciłeś… — odmruczał prawnik, z szatańskim uśmieszkiem i wychyliwszy się do szyi Jamesa, pocałował go w nią, niemal łaskocząc.
— Nnn… — James stęknął, po czym odsunął się i ziewnął. — Nie… Ty jadłeś?
— Tak, wstałem trochę wcześniej. I pewnie dzisiaj nigdzie nie chcesz wychodzić, hm, kochanie?
— A gdzie? — James ściągnął brwi, robiąc nieszczęśliwą minę. Jeszcze głowa go pobolewała, czuł się wypluty i zmęczony. Gdzie miałby iść?
— Nie proponuję niczego. Domyślam się, że wolisz odpocząć w domu — prawnik odpowiedział miękkim głosem, nie spuszczając z niego spojrzenia.
Jakkolwiek Albert nie nazywałby Jamesa w swoich myślach albo nie wypominał mu, że spotyka się z ofiarą, James w oczach Walta był niemalże perfekcyjny. Oczywiście prawnik wiedział, że ten nie jest modelem z okładek, ale podobał mu się. Jego ciało, jego reakcje i cała osobowość. I po chwili kontemplacji zmęczonej, lekko skacowanej twarzy kochanka, zapytał z zamyśleniem:
— Jimmy? Masz jakieś… specjalne miejsce? Coś, co ma dla ciebie jakąś wartość sentymentalną?
James spojrzał na kochanka, targając przy okazji swoje włosy i nadal skubiąc tosta. Całą kawę już wypił.
— Hmm… znaczy, jakie? Bo chyba nie nadążam.
— Jakieś, które lubisz. Wiesz… hm, dla kogoś może to być coś niezwykłego, a dla innych czymś zupełnie bez znaczenia. Jak na przykład… jakaś ławka w parku, na której całowało się pierwszy raz albo jakieś miejsce w mieście… — Walt starał się wytłumaczyć, o co mu chodziło. Wiedział, że przecież nie może oświadczyć się w jakimś zwykłym miejscu. Musiało być nastrojowo. I jakkolwiek bał się negatywnej odpowiedzi, tak chciał, żeby było… specjalnie.
James ziewnął jeszcze raz i spróbował się zastanowić.
— Nie wiem… Umm, specjalne miejsce. Uch. Specjalnie kiedyś było, jak prawie zabłądziłem w górach, jak byłem nastolatkiem. I, trzeba było — ziewnął — rozbić namiot i poczekać do rana. A że się bałem, że zje nas jakiś niedźwiedź, to siedziałem aż do wschodu słońca. Było pięknie. Aż popołudniu nie skręciłem kostki, jak już schodziliśmy.
— Och… — wydusił Walt z wyraźną troską. — Kiedy to było? Jak byłeś jeszcze w szkole? — dopytał i sięgnął automatycznie dłonią do włosów kochanka, aby pogłaskać go po nich delikatnie. Cmoknął go przy tym w policzek. I już zaczął się zastanawiać nad oświadczynami na jakimś szczycie. To by było… dobre.
— Hmmm… tak, jeszcze w szkole. Dawne czasy — odparł James i przeciągnął się, zjadając do końca tosta, a potem biorąc się za chłodne kakao. — A tak to, jakieś specjalne miejsce… No, chyba nie pamiętam. Przyjemny był jeszcze taki park kawałek od mojego dawnego mieszkania. Dobrze się tam w lato książki czytało i… to chyba tyle. No, chyba że… — James lekko się zarumienił. — No wiesz, jeszcze tam nad jeziorem, co mnie zabrałeś. — Uśmiechnął się nieśmiało.
— Kiedy się poznaliśmy? — Walt odpowiedział cieplejszym uśmiechem i zagryzł wargę. — Miałeś takie zaczerwienione oczy… — dodał, z sentymentem wspominając dzień pogrzebu Wendy Peterson. James był jednym z bardziej zasmuconych jej odejściem członków rodziny, a i tak nikt nie chciał tego dostrzec i tylko widzieli w nim kogoś łasego na testament.
Wyciągnął dłoń i przesunął kciukiem pod okiem kochanka, głaszcząc go delikatnie.
— To… takie dziwne wspomnienie. — James spuścił wzrok na swoje dłonie. — Z jednej strony… ciocia. Pogrzeb. A z drugiej strony… — Wzruszył ramionami. — No… poznałem ciebie.
Walt przytaknął, po czym wychylił się do niego i położywszy mu dłoń na karku, zetknął swoje czoło z jego.
— Przykro mi z powodu Wendy. Ale ty… Jesteś wszystkim, co kocham — dodał z krótkim śmiechem, patrząc mu w oczy szczerze. Chciał się z nim złączyć na zawsze. Serce aż mu łopotało z radości na samą myśl, że ten mógłby powiedzieć „tak”.
James uśmiechnął się nieśmiało, jak zwykle się przy tym rumieniąc.
— Jesteś kochany… ale nadal nie wiem, czemu tak z rana, na kacu, mnie wypytujesz o takie rzeczy. Sam się swoimi podziel — poprosił.
Walt zaśmiał się cicho i chwycił go za dłoń trzymającą kubek kakao. Napił się z niego odrobinę, a potem przewalił na plecy, podkładając rękę pod głowę.
— Moje specjalne miejsca? Sam nie wiem… To jezioro też ma dla mnie duże znaczenie. Jest też jedna kawiarnia w centrum miasta, w której, jeszcze w czasie studiów, spotykałem się z kolegą ze starszego rocznika, który pomagał mi w nauce. Kilka takich miejsc by się znalazło, jednak nie mam żadnego… takiego „naj” — odpowiedział, nie wspominając jednak przy tym kawiarni, w której spotykał się z Albertem na pączki. Nie chciał psuć nastroju.
James przytaknął i delikatnie poskubał zębami dolną wargę.
— Mhm. I ten… pytasz o to, bo chcesz iść gdzieś… — przełknął ślinę głośno — na randkę?
Walt momentalnie uśmiechnął się szerzej.
— Moooooże… — Nie mógł sobie podarować wprawienia kochanka w tę lekką niepewność.
— Och… znaczy… — James zaciął się. — To może być… jakieś, wiesz, też inne miejsce.
— I jeśli wybrałbym coś… z mniej publicznych miejsc, dałbyś się zaprosić? — Walt spojrzał mu głębiej w oczy.
James od razu poczuł, jak mimo zmęczenia i ogólnego kaca, zamiast bladych policzków ma czerwone nie tylko je, ale i resztę twarzy.
— Może… — wyszeptał i bardzo słabo się uśmiechnął.
Walt zachichotał i poderwał się, by pocałować nauczyciela mocno i soczyście w usta. Przytrzymał go przy tym za policzki, aż składając tym jego usta w śmieszny dzióbek.
— Wybiorę coś wyjątkowego! — zapewnił, uśmiechając się do niego szczenięco.
James uśmiechnął się trochę na siłę i skinął głową.
— O… okej — zgodził się, mając nadzieję, że nie będzie żałował i że nic się nie wydarzy. Ale z drugiej strony, bardzo chciał, aby Walter był taki szczęśliwy jak teraz.
Prawnik tylko zamruczał w odpowiedzi jak naprawdę zadowolony zwierzak i jeszcze cmoknął go w policzek, nim go puścił. Nie był tylko pewien, co z obrączką. Pierścionka przecież Jamesowi nie kupi, a obrączkę już mu kiedyś dał. Może wystarczą same słowa…?
Czuł wręcz, jak serce bije mu szybciej z podenerwowania. A przecież nie miał się oświadczać dzisiaj. Z jednej strony chciałby mieć to za sobą, ale z drugiej… Sama ta chwila mogła być… specjalna.
Odetchnął i wskazał na tackę.
— Zjesz jeszcze tego ostatniego tosta?
James chwilę się zastanowił i skinął głową.
— Tak. Wyjątkowo, tak — odparł i uśmiechnął się delikatnie. Cieszyła go mina Waltera… ale głowa nadal pobolewała. — I ten… jak zjem, chciałbyś się jeszcze ze mną położyć?
— Brzmi dobrze — zgodził się Walt. Nie planował na dzisiaj nic specjalnego, więc mógł trochę polenić się ze swoim skacowanym kochankiem.
James uśmiechnął się ciepło, zadowolony z takiej odpowiedzi i żywiej zabrał się za jedzenie tosta.
Gdy tylko na talerzu zostały same okruszki, Walt zabrał tackę i wyszedł z nią do kuchni. Odłożył brudne naczynia do zmywarki, napił się mleka z lodówki i wrócił do kochanka. A kiedy ujrzał, że ten już leży na boku, położył się tuż obok, po czym w naturalny sobie sposób dominująco go objął. Przyciągnął go delikatnie do siebie i pocałował w dosyć ciepłe czoło.
James uśmiechnął się do siebie, wtulając się w objęcia kochanka. Delikatnie przytrzymał przy sobie jego dłoń i odetchnął głęboko, czując, jak w tej pozycji jest mu dobrze.

*

Gdy tylko zatrzymał się na miejscu parkingowym i zsiadł z motocyklu, nie tylko ujrzał, ale i poczuł na sobie łakome spojrzenia trzech nastolatek, które akurat przechodziły obok chodnikiem. Popatrzyły na jego maszynę, a potem równie ciekawsko zlustrowały całą jego postawę. Chyba ich nie zawiódł, gdy zdjął kask, bo na ich twarzach pojawił się lekki uśmiech. Był przystojny, a zarost dodawał mu charakteru. Dziewczyny zachichotały i podążyły dalej, nieco przyspieszając, ale i tak oglądając się na niego.
Albert skrzywił się dziwnie, zabrał jeszcze z paka swoją torbę na ramię, a włożył do niego kask. Włączył alarm i ruszył do wejścia do budynku. Długo wczoraj myślał o tym całym Ridleyu, z którym miał ostatnio styczność. I z którym rozmawiał, i… który powiedział, że jest zainteresowany. Wieczorem jeszcze rozmawiał z Walterem. Znowu się pokłócili o jakąś pierdołę, ale nie rozłączyli się w gniewie. Mężczyzna obiecał, że jeszcze się odezwie. Najpewniej wtedy, kiedy Jamesa przy nim nie będzie, a on będzie wolał kłótnię od bezczynnego siedzenia.
Westchnął do siebie ciężko i sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki. Wyjął z niej małą karteczkę złożoną na pół. Chwilę myślał, czy jej nie zgnieść w pięści i nie wyrzucić, ale w efekcie się powstrzymał.
Jakby nigdy nic, ruszył za resztą przybyłych do pracy do bramek. Dla bezpieczeństwa, tu też zamontowali bramki, aby nikt nie wchodził z bronią albo ostrymi narzędziami.
Po wkroczeniu dalej, do holu budynku, o mało nie zderzył się z jakimś zabieganym dziennikarzem, za którym biegł nie mniej zaaferowany kamerzysta. Widocznie kroił się jakiś gorący temat. Udało mu się uniknąć bliskiego spotkania z dwójką tych mężczyzn i tylko odprowadził ich wzrokiem do drzwi, nim podążył dalej.
W holu zawsze kręciło się wielu ludzi. Część zmierzała do wind, część siedziała na strategicznie porozkładanych kanapach, a inni z kolei kierowali się do znajdującej się na tym piętrze restauracji. W tym całym harmiderze Albert dostrzegł długą, czarną ladę stanowiącą miejsce pracy Ridleya Westa. I nie zaskoczył się, gdy i jego tam zobaczył. Nie rozmawiał z nikim, a jedynie wpatrywał się to w ekran komputera, to popijał kawę z plastikowego kubeczka, krzywiąc się przy tym paskudnie, to znowu unosząc wzrok, by uważnie i czujnie zlustrować jakiegoś gościa.
Albert odetchnął ciężko i poprawił torbę na ramieniu. Skierował się w stronę mężczyzny i oparł się o ladę jednym łokciem. Nie musiał się schylać, bo ta była wysoka.
— Nie powinieneś się tym truć — poinformował mężczyznę i sięgnął do kieszeni po karteczkę. Złożył ją starannie na małą kosteczkę i położył ją przed Ridleyem. — Miłego dnia — dodał i odsunął się, aby udać się do windy. Mimo ostatniego incydentu, nie obawiał się ich.
Ridley West popatrzył za nim znad obrzydliwej kawy, a potem sięgnął po karteczkę. Jego piwne oczy spoczęły na tym, co było na niej zapisane, a kąciki bladych ust uniosły się lekko ku górze.
Ponownie uniósł wzrok, ale Albert już zniknął w windzie, więc Ridley tylko schował jego numer telefonu do kieszonki w marynarce i znowu wpatrzył się w komputer. Nie interesowało go teraz obserwowanie żadnego innego gościa czy dziennikarza w holu. Myślami odpłynął do tego, co zdążył już poznać w Albercie oraz do wyobrażeń tego, co jeszcze mógł odkryć.

*

W mieszkaniu było dosyć ciemno. Paliły się jedynie listwy przypodłogowe, specjalnie tak pozasłaniane meblami i wąskimi deseczkami, żeby światło rozchodziło się głównie na ścianie albo prześwitywało spomiędzy książek oraz świeciło zza kanapy. Nie raziło w oczy i wprowadzało w miłe odprężenie. Do tego była jeszcze zapalona lampka do czytania.
Albert przewrócił stronę, nie wsłuchując się w leniwie płynącą z głośników muzykę. Akustyczne brzmienie gitary, powolne rockowe ballady i książka teologiczna. Tego mu było trzeba, aby się wyłączyć i odpocząć od życia.
Zdecydowanie w ten nastrój nie wpasował się dźwięk dzwonka komórki leżącej nieopodal na stoliczku, tuż obok filiżanki z kawą. Gdy Albert spojrzał na ekran, ujrzał tam nieznany numer. Westchnął ciężko, zaznaczył, gdzie czytał i odłożywszy książkę na stolik, odebrał.
— Albert Feist, słucham.
— Ridley West, przeszkadzam? — usłyszał głos nadzorującego porządek mężczyzny z redakcji, w której pracował. Był formalny, choć z delikatną nutą rozbawienia, którą zapamiętał z ich rozmowy w windzie.
— Jeśli w piciu kawy można przeszkadzać bardziej niż w pracy, to tak — odparł do telefonu sucho, mimo że na jego ustach pojawił się cień uśmiechu. A jednak się odezwał. Nawet przez chwilę, trwającą kilka godzin, wątpił.
— Możesz się zrewanżować i z kolei mi poprzeszkadzać w piciu kawy, gdy na jakąś razem wyskoczymy — zaproponował zgrabnie jego rozmówca.
— Jaka szyba odpowiedź. Miałeś to już zapisane? — Albert zadrwił zwyczajnie odruchowo, po czym jednak zreflektował. Może nie powinien. Nie tak od razu. — Kiedy? — spytał, nim pomyślał. Czy już się wygłupił? Zaklął do siebie w myślach. Nie umiał rozmawiać w ten sposób.
Ridley zamruczał coś do siebie, chyba myśląc przez moment, po czym zaproponował:
— Za dwie godziny u mnie, u ciebie albo gdzieś na mieście z dala od redakcji?
Albert ściągnął brwi i spojrzał za okno. Było ciemno. Już dawno.
— Jedno spotkanie w windzie i już wysuwasz propozycję odwiedzin? Nikt ci nie wspominał nigdy, że to nachalne? — spytał srogo, karcąco, po czym prychnął pod nosem. — I dziś? Jest późno, jakbyś nie zauważył.
— A ty zwykłeś wieczorami spędzać czas na kawie z dobrą książką w ręce? — Ridley… chyba zgadywał, bo byłoby to dość dziwne, gdyby podglądał, co właśnie robi. — Nie zgrywaj rozgoryczonego faceta bez życia, panie Feist, skoro masz ledwie… trzydzieści lat? Trzydzieści jeden, dwa maks? Ach… i jeśli boisz się ciemności, odwiozę cię do domu — dodał bardziej mrukliwym głosem.
Albert fuknął pod nosem i napił się kawy. Dosyć długo nie odpowiadał. Ten facet zbijał go z tropu i… ucinał mu każdą drogę ucieczki.
— Trzydzieści jeden. Tak, właśnie czytałem. Odpoczywałem po pracy, bo przynajmniej coś w niej robiłem — mruknął zgryźliwie. — I rozumiem, że wolisz, abym to ja cię odwiedził, skoro wysuwasz propozycję odwiezienia? Niepotrzebną nadmienię, bo mam własny środek transportu, jakby co. — Opcji wyjścia na miasto nawet nie rozważał. Chyba dlatego, że miałby wrażenie, że to jakaś pseudo-randka. I jeszcze by zawinęli do cukierni czy czegoś w tym stylu. Miał na nie alergię.
— Wyślę ci adres smsem. A i, panie wierzący… żadna praca nie hańbi — zamruczał Ridley, po czym… rozłączył się.
Albert, kiedy usłyszał ciszę w telefonie, trochę ogłupiałym wzrokiem spojrzał na ekran. Co? To już…? Żadnego namawiania, żadnego… niczego? Tylko…
Aż zamrugał powiekami, zupełnie wcięty. Nie spodziewał się takiego zagrania. Co ten facet planował? Był w szoku i czuł niepewność, czy nie zignorować nadchodzącego smsa i zostać w domu. Ale kim by był, jakby odwalił taki numer? Skrzywił się.
— Żeby cię… — syknął i wstał z kanapy. Musiał się przebrać i odświeżyć. A śpieszyć się nie planował.

*

Było już naprawdę dość późno, gdy podjeżdżał pod podany adres. Jeszcze bardziej to odczuł, kiedy tylko znalazł się na dość mało ruchliwej, na pewno i za dnia, uliczce. Okolica była rzadko oświetlana latarniami, wszystkie domki miały jednopoziomową strukturę, a przed sobą tej samej wielkości, spore, choć ubogie ogródki. Żadnych płotów, za to gęsto posadzone, wysokie drzewa przewyższające same budynki. Tradycyjnie, w równych odległościach, przy ulicy znajdowały się skrzynki pocztowe i każdy domek miał identyczny podjazd. Wśród takich domków mieszkał Ridley West, jak się okazało, gdy Albert wreszcie zatrzymał się na jednym z tych bliźniaczych podjazdów.
Skrzywił się nieco. Rozejrzał wokół i postawił motor, przy okazji włączając alarm. Jakoś średnio podobała mu się okolica. Ale co miał zrobić? Odjechać? A jeszcze ten cały Ridley by go zobaczył i pomyślał, że stchórzył. Nie da mu tej satysfakcji.
Po chwili stał już pod drzwiami i dzwonił do drzwi ze zobojętniałą miną i kaskiem w dłoni. Zanim te się otworzyły, najpierw ujrzał, jak zasłonka za ich szklanymi szybkami się odchyla. Zerknęła na niego twarz gospodarza i dopiero wtedy zamek szczęknął.
Gdy Albert zobaczył już Ridleya, ten wyglądał jakoś inaczej… Najwyraźniej uznał, że nie musi się stroić. Włosy, jak jeszcze w pracy usiłował okiełznać, zaczesując je do tyłu, tak teraz stanowiły istną burzę pofalowanych, jasnych kosmyków. Zachodziły mu przy tym na czoło, niemalże wchodząc na okulary. Właśnie, w biurowcu Albert był pewien, że ich nie widział. Teraz jednak Ridley miał na nosie prostokątne okulary w ciemnozielonych oprawkach. Na sobie jakieś szarawe, ale nawet nieźle dobrane jeansy i czarny bezrękawnik.
— Dobry wieczór. Wejdź — powitał Alberta, uchylając się z przejścia.
Albert skinął mu głową i wszedł do środka, rozglądając się od razu. Nie nachalnie, ale ze spokojem i jakby znużeniem w swoich ciemnych oczach. I tak było to lepsze niż nieprzyjemne ocenianie nimi.
Domek nie był duży, co dało się ocenić już z zewnątrz. Wąski, krótki przedpokój prowadził do jednego, średniej wielkości pokoju, który musiał dla Ridleya stanowić zarówno pokój gościnny, jak i sypialnię, bo innego pokoju Albert nie widział. Była tam długa, rozkładana kanapa, obok stojąca lampa z frędzelkami wiszącymi u klosza i kilka sprzętów. Na lewo niewielka kuchnia, na prawo łazienka i otwarty składzik, którego niedomykające się drzwi właśnie Ridley spróbował zamknąć. Nie wyszło, więc psyknął między zębami i oparł się o ścianę.
— Niedawno się wprowadziłem, więc nie zdziw się lekkim… artystycznym nieładem. Czego się napijesz?
— Drobnym bałaganem, chciałeś powiedzieć. — Albert jak zwykle nie był delikatny. Położył swój kask na jedynym stoliku, tuż obok kanapy. — Na razie wodę, jeśli możesz albo bezkofeinowej kawy.
— Nie mam takiej, więc dam ci wodę. Chyba, że się napijesz schłodzonego toniku? — Ridley, mówiąc, już poszedł do kuchni. Niewielka przestrzeń domu pozwoliła go słyszeć nawet z innego pomieszczenia.
— Nie. Wodę — odparł Albert i jeszcze rozejrzał się po pokoju. Było tu przytulnie, mimo niewielkiej przestrzeni.
Dość imponującą kolekcję stanowiły książki stojące w dwóch wysokich regałach. Na podłodze leżał stary dywan, ściany miały na sobie kremową tapetę w blade, bliżej niezidentyfikowane wzorki, a nad biurkiem, które również zostało upchnięte w pokoju, wisiała ramka z dyplomem za pierwsze miejsce w jakimś konkursie recytatorskim.
— Woda. — Lustrację pokoju przerwało Albertowi nadejście Ridleya, który podał mu wysoką szklankę, samemu trzymając butelkę toniku. — Jak się podoba, panie dziennikarzu?
Albert przyjął szklankę i podziękował. Dopiero po tym odpowiedział.
— Mylę się, czy, jeśli byś mógł, to najchętniej czytałbyś też w pracy? — spytał zamiast odpowiedzieć i wskazał brodą regał z książkami.
— Chyba mamy podobny sposób na spędzanie wieczorów — odpowiedział Ridley i wskazał kanapę. — Lubię czytać, ale ciężko znaleźć pracę połączoną z pasją… więc siedzę przed kompem i rozdaję kluczyki. Siadaj i powiedz, jakim cudem cię skusiłem, że tu przyleciałeś — zasugerował, samemu dosuwając sobie fotel bliżej kanapy i zajmując na nim miejsce.
Albert spojrzał na niego z góry, po czym faktycznie usiadł. Oparł się łokciem o podłokietnik. Chwilę patrzył na te jasne włosy i oczy skryte za okularami. Jakoś, w jego opinii, tak mężczyzna wyglądał normalniej niż w pracy. Bardziej naturalnie.
— Zaproponowałeś?
— Więc dotąd, od kiedy zerwałeś z Waltem, nikt ci nie proponował albo nigdy po proponowaniu nie zrodziło się z tego nic więcej? — Ridley ulokował w nim swoje bystre, piwne oczy. Imię Walta, mimo że później nie rozmawiali o nim, używając go, najwyraźniej zapamiętał z urywków rozmowy telefonicznej Alberta.
— Spytałeś, jakim cudem się skusiłem. Cudu nie było, zwyczajnie mnie zaprosiłeś i postanowiłem, że jednak przyjadę. A to, czy jak dotąd coś było, nie wiem, czy jest twoją sprawą — odparł jak zwykle oschle. Ech, może faktycznie źle robił, że się zdecydował.
Ridley uniósł lekko kącik ust i odkręcił butelkę. Napił się trochę, po czym odstawił ją na stolik. Dzięki bezrękawnikowi Albert mógł stwierdzić, jak jest zbudowany. Był szczupły, choć nie umięśniony, ale wyraźnie miał zdrową skórę, z licznymi pieprzykami. Przedramiona były owłosione, choć z racji jasnej barwy włosów, nie było tego tak widać, jak u Walta.
— Czyli mam się trzymać z dala tej całej otoczki prywatności, która cię otacza? — rzucił, znowu patrząc na gościa.
— Nie przepadam za mówieniem o tym, jeśli kogoś ledwo co znam — były duchowny odparł od razu. Nie chciał mu mówić więcej, niż ten już wiedział. Chyba nie chciał się narażać.
— Lepiej przyjechać do geja, którego ledwo co znasz, i robić inne rzeczy, niż dać się poznać?
Albert ściągnął brwi groźnie.
— Nie — prawie że syknął. — Mówię, że nie chcę mówić o prywatnych rzeczach. Czyli o moim dawnym związku, życiu i innych szczegółach związanych z przeszłością. Nie lepiej porozmawiać o czymś obecnym? Chociażby, jak już zacząłeś temat książek, to zdradź mi, jakie najbardziej lubisz.
— Każde. Kupuję w starym antykwariacie. I jestem podły, oceniam po okładce. Która mi się spodoba, to biorę… A później albo się sparzę, albo zachwycę. Jak z mężczyznami. — Ridley znowu uśmiechnął się lekko, podciągając jedną nogę i opierając kostkę na kolanie drugiej.
Gość skinął głową. Zanotował to w pamięci. Ciekawiło go, czy też będzie pochopnie ocenioną po okładce książką.
— I jak, na razie więcej cię zachwyciło, czy rozczarowało? — spytał, nie precyzując, o czym mówi.
— Hm… pół na pół. Jak ostatnio mnie rozczarowało… to teraz chyba los mi powinien wynagrodzić? Może… — oblizał usta i poprawił okulary, które odrobinę zjechały mu na nosie — w twoim przypadku jest podobnie.
Albert ukradkowo przełknął ślinę. Ten blondyn był jakiś… inny. Co raz, rozmawiając z nim, brakowało mu ciętej riposty.
— W tej chwili czytam ciekawą książkę — odparł, nim się zastanowił, jak może brzmieć to w uszach Ridleya.
Po ustach gospodarza znowu przemknął lekki, specyficzny uśmiech.
— Mhm. Wnętrze ciekawsze niż okładka?
— Um… — Albert na moment zapomniał języka w gębie, kiedy zauważył swoje potknięcie. — Nie zwracałem uwagi na okładkę. Zainteresował mnie tytuł — odparł sucho, chcąc uciąć jakoś ten dwuznaczny temat.
— Ja lubię zarost — temat jednak jak bumerang wrócił za pomocą ust Ridleya, przechodząc jednak błyskawicznie w bardzo jednoznaczną stronę. — Zawsze tak miałeś, czy to zmiana po zerwaniu? — dopytał, samemu przesuwając dłonią po swojej gładkiej szczęce. Patrzył przy tym na staranną linię zarostu na szczęce Alberta, na jego bródkę i krótkie baczki.
Ciemne oczy dziennikarza błysnęły dziwnie, a on sam usztywnił się nieznacznie na kanapie. Czuł się dziwnie osaczony. Jakby cokolwiek nie powiedział, nie mąciło to pewności siebie u tego blondyna. Jakby już miał zaplanowane, co powie. I do tego nieustannie się na niego patrzył. A on nie wiedział, co wydusić.
— Zawsze — mruknął, w głowie już szukając furtki do zmiany tematu. Na bezpieczny, nieobciążony w ten sposób, pozwalający mu się zrelaksować.
Ridley spojrzał mu jakoś uważniej w oczy, milczał chwilę, aż w końcu przełknął ślinę.
— Wybacz.
I tym razem zaskoczył Alberta, który nie zrozumiał.
— Słucham…? — Gubił się. O, jak się gubił. Czy ten siedzący przed nim mężczyzna szperał mu w głowie?
— Mieliśmy nie rozmawiać o tamtej sprawie, a mnie myśli pociągnęły znowu w twoim kierunku. Przepraszam, bo czasem nie umiem się w tym… — machnął ręką i sięgnął znowu po butelkę — zatrzymać.
— W tym? — Albert zniżył głos, mrużąc oczy podejrzliwie.
— W czytaniu. Spodobała mi się okładka, pierwszy rozdział tylko podsycił ciekawość, a w następnym już nie mogę się oderwać… i drążę, co jest głębiej, dalej… — wyjaśniał Ridley, odkręcając butelkę i napił się kilka łyków, nim podjął: — Czasem trzeba mi na siłę wsadzić zakładkę, jak się za bardzo zaczytam.
Albert słuchał go z coraz większym zaciekawieniem i dziwnym zaskoczeniem co do porównania, jakiego użył Ridley. Miał nadzieję, że to było porównanie.
— Wiesz… wiesz, że czasami najlepsze książki mają rozczarowujące zakończenie, prawda?
— Nie dowiem się, jeśli nie przeczytam jej całej — odpowiedział gospodarz, spozierając w jego ciemne oczy zza szkieł okularów.
— Są recenzje — rzucił jeszcze Albert, mniej przekonany, aby się z nim spierać niż chwilę temu. Nie widział też, co do tego doprowadziło.
— Nie czytam recenzji. Są nieobiektywne. Wolę przeczytać sam, poznać całość co do każdego wyrazu. Niektórych rzeczy nawet nauczyć się na pamięć… — Ridley wyraźnie musiał głębiej wypuścić powietrze i odstawił znowu butelkę, lecz teraz nie cofnął się znowu, tylko pozostał tak, lekko pochylony w stronę Alberta. Dmuchnął w jakiś przeszkadzający kosmyk, co i tak niewiele mu dało. — Nie masz tak, że zapamiętujesz najciekawsze treści i delektujesz się nimi?
— Mam… — odparł dziennikarz bez namysłu. Nawet nie zauważył przy tym, że mówi odrobinę ciszej niż jeszcze chwilę temu. — Miło je wspominać, jednak potem żałujesz, że coś nie było napisane inaczej. Że ominięto jakąś treść i jedyne, co zostaje, to marzenie czegoś lepszego.
— Czegoś lepszego… — Przez usta Ridleya znowu przemknął lekki uśmiech. — Tak lepszego, że mimo znania na pamięć… — wychylił się odrobinę bardziej w stronę Alberta — wciąż trzyma się to przy łóżku, by móc znowu i znowu tam zaglądać?
Albert sięgnął po szklankę wody i napił się, aby nie zaschło mu w gardle w nieodpowiednim momencie.
— Nie… — odparł i na chwilę zawiesił głos, nie wiedząc, co tak właściwie robi. — Czymś tak dobrym najlepiej rozkoszować się w odpowiedniej chwili. Aby… nie zbrzydło od przejedzenia.
— Powoli, słowo po słowie…? Byle za każdym razem doczytać rozdział do końca. Inaczej można zgubić myśl, zniechęcić się… A wiesz, że w dobrych książkach każdy rozdział kończy się czymś… mocnym. Czymś, że chce się więcej i więcej — odpowiedział Ridley chyba też mimowolnie przyciszonym głosem, po czym oblizał usta i wychyliwszy się lekko do Alberta, musnął delikatnie jego wargi.
Dziennikarz od razu zrobił większe oczy i odsunął się raptownie do tyłu. Nie spodziewał się! Nie spodziewał się w ogóle, ani tego muśnięcia, ani tego, co sam robił. Tego mimowolnego kuszenia, grania w tę głupią grę. I uświadomił sobie to wszystko, kiedy Ridley przekroczył tę cienką granicę, a on przez gwałtowny ruch oblał się wodą.
Gospodarz wstał równie gwałtownie, co Albert się odsunął. Rozejrzał się szybko, odetchnął i przeczesał swoje skołtunione włosy palcami.
— Dobrze, że wybrałeś wodę! — stęknął z frustracją i poszedł po ręcznik do łazienki, a gdy wrócił, sapnął znowu. — Zdejmij i się wytrzyj. Na grzejniku szybko wyschnie.
Albert popatrzył na niego z dołu dziwnym, niewiele mówiącym spojrzeniem. Wstał w końcu i zabrał mu ręcznik.
— Masz to swoje mocne zakończenie! — syknął, maskując tym swoje zdenerwowanie i wyszedł do łazienki, jednocześnie przyciskając ręcznik do ubrania, czyli czarnej koszuli, pod którą była podkoszulka w tym samym kolorze. Dobrze, że zdjął chociaż kurtkę na motor.
Ridley nie podążył za nim. Albert tylko słyszał, jak mamrocze coś do siebie i przeklina szklankę wody, siebie, Alberta i kilka tytułów książek, które mu się nawinęły. Jedynie mignął gościowi, gdy przechodził do kuchni ze szmatką. Najwyraźniej trochę też wylało się na podłogę.
Były duchowny rozebrał się z mokrych ubrań, zauważając z niechęcią, że nawet spodnie sobie oblał. Na szczęście nie bardzo, więc nie przemoczyły mu bielizny. Postanowił w nich zostać, mając nadzieję, że plama wyschnie szybko. Nie była duża. Ale bluzkę i podkoszulkę już musiał zdjąć.
Westchnął ciężko i razem z nimi, ale już bez ręcznika, wyszedł do salonu.
— Ridley! — zawołał mężczyznę. Czuł się, jak w kiepskiej powieści romantycznej dla nastolatek, gdzie zawsze ktoś oblewał się czymś i potem chodził półnagi. — Dasz mi jakąś podkoszulkę?
— Dam! — odpowiedział gospodarz, wychodząc z kuchni i zatrzymał się w pół kroku. Mimowolnie obejrzał ciało Alberta i dopiero potem podążył do komody, na której stał telewizor. Tam trzymał ubrania i z jednej półki wyciągnął czarny, gładki podkoszulek. — Daj resztę, podkręcę grzejnik — zaproponował, gdy podawał mu swoje ubranie.
Albert wymienił je z nim na swoje, mokre.
— Dziękuję. Mam nadzieję, że nie zrobiłem większego bałaganu, niż myślę — odparł i nie dodał, że to była wina Ridleya. Zaskoczył go.
— Gorzej by było z kawą — stwierdził gospodarz i podszedł do kaloryferów. Porozkładał na nich ubrania Alberta i podkręcił je trochę, by szybciej wyschło. — Pasuje? — dopytał, gdy skończył i wreszcie obejrzał się na gościa.
Ten dopiero naciągał na swoje odpowiednio wyrzeźbione ciało czarną bluzkę. Ten kolor mu pasował.
— Tak. Jest dobra — odparł, poprawiając ją.
— Dać ci jeszcze wodę czy czegoś innego? — zaproponował Ridley, który od tego niefortunnego pocałunku był bardziej rozkojarzony. Jak większość mógł przewidzieć, tak najwyraźniej nie wziął pod uwagę takiej reakcji Alberta.
Ten, widząc zmianę w jego zachowaniu, westchnął ciężko. Miał się czuć winny? Niedorzeczność.
— Zaskoczyłeś mnie — wypalił bez zastanowienia. I nie ugryzł się w język. Było za późno. Powiedział to.
Ridley ściągnął lekko brwi i milczał chwilę, patrząc mu w oczy oraz wciąż stojąc obok grzejników ze sztywno spoczywającymi po bokach ciała rękoma, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić.
— Tylko to…? — dopytał, jakby się upewniał. — To nie była niechęć?
Albert znowu westchnął i podszedł o krok do niego.
— To coraz bardziej przypomina naprawdę kiepską historię. — Westchnął, ale kontynuował: — Przyjechałem tu przecież. Po głupiej i niedorzecznej rozmowie w windzie i mniej niż pięciu minutowej przez telefon. Jak myślisz?
Ridley oblizał usta i dmuchnął w grzywkę.
— Że nie spisałeś tej książki na straty — odpowiedział już nieco lżejszym tonem, unosząc nawet lekko kącik swoich bladych ust.
— Jeszcze — mruknął srogo Albert i odsunął się. Zabrał ze stolika szklankę, z której wcześniej wylał na siebie wodę jak skończona ofiara i wyszedł do kuchni, by nalać sobie samemu więcej. Musiał się odprężyć, bo był napięty jak struna.
Grzejniki w tym nienajlepszej jakości mieszkaniu najwyraźniej działały dobrze, bo w dość krótkim czasie ubrania Alberta znowu były suche. Ridley odebrał więc od niego swoją koszulkę i gdy jego gość już ubrał na siebie swoje odzienie, odprowadził go do drzwi. Było już po północy, a w okolicy cicho jak makiem zasiał. Żadnej żywej duszy na chodniku, żadnego przejeżdżającego samochodu, a jedna z latarni nieprzyjemnie migała.
— Teraz ty też masz mój numer — przypomniał mu, patrząc, jak zakłada kurtkę.
— Wiem — odparł Albert, zapinając ją po chwili i jeszcze się poprawiając przed drzwiami. Buty już miał na nogach. — Ale to sugestia, że teraz ja mam zadzwonić, czy nie pilnujesz się takich umownych reguł?
— Jedyne, na co zwracam uwagę, to czy odbierzesz ode mnie, czy nie. To dość jasny znak — zauważył Ridley z lekkim uśmiechem i wcisnął ręce w kieszenie jeansów, opierając się ramieniem o ścianę. — Kolejność nie jest ważna.
Albert patrzył mu chwilę w oczy, nic nie odpowiadając. Dobrze, że to usłyszał. Odebrać było łatwiej niż samemu zadzwonić.
— Rozumiem — mruknął w końcu i położył dłoń na gałce drzwi. Przekręcił ją, ale nie pchnął ich. Powoli… bardzo ostrożnie przysunął się do twarzy Ridleya swoją własną. Ich usta dzieliły milimetry… kiedy były duchowny nagle się odsunął i wyszedł. — Do zobaczenia — rzucił jeszcze.
Nie usłyszał odpowiedzi, ale wyraźnie czuł spojrzenie blondyna na plecach. Może nie odpowiedział nic przez zaskoczenie albo nie wiedział co. W każdym razie stał w drzwiach i uniósł dłoń w pożegnalnym geście dopiero, kiedy Albert już wyjeżdżał z podjazdu.

31 thoughts on “In Out In – 24 – Słowo po słowie

  1. Kayuri pisze:

    To było trochę jakby Kanye dał Kim kurtkę, a ona tylko się uśmiechnęła i weszła do limuzyny.
    A Kanye i tak byłby wygranym, cuz look at this ass.
    Just look.
    Smile.
    Don’t cry,
    craft.

  2. Katka pisze:

    Nisha, i Ridley doczekał się też antagonisty XD To chyba zdrowe, hehe. Ciekawa jestem przez to, czy w końcu w jakiś sposób Cię do siebie przekona, czy nie. W każdym razie… ma na to mało czasu XD Ale fakt, to dwie wredoty, jednak chyba na inny sposób, więc… kto wie, może jakoś się zdzierżą XD Może trafił swój na swego :)

  3. Nisha pisze:

    Ridley mnie zadziwia. Taki.. Mega trudny do rozgryzienia. Pewny, rzuca aluzjami i z drugiej.. Jakoś go nie lubię. Nie wiem, czemu to. Odpycha mnie taka pewność. Arogancja aż. Uprzedzona jakoś jestem xD Choć jestem jednocześnie ciekawa, jak to się rozwinie. Czy się dogadają, czy zagryzą wzajemnie, bo to takie dwie wredoty troche xD James skacowany jest meega słoodki.. Cudo po prostu. Niesamowite.

  4. Shin97 pisze:

    To ja teraz czekam na coś o Davidzie i Shane bo o ile dobrze pamiętam wspominałyście że będą ;) Mam nadzieje że szybko się wykurowali w szpitalu :P

  5. Shivunia pisze:

    another69 >> Już raz dziś mnie przeglądarka nastraszyła i wykasowała mi wszystko co napisałam. Yey, jest fajnie. Ale, ale, bardzo przyjemnie mi się czytało twój komentarz ;) Fajnie słyszeć że Albert i jego rozmowy z Ridleyem wywołują pozytywny oddźwięk oraz że na razie nie jest tak STANDARDOWO. To ważne, bo jednak kiepsko jest jak schemat jest zawsze taki sam. Że spotkanie, randka, sex. No często też tak to wygląda naprawdę ale jednak wydaje mi się, że ta dwójka nie jest aż tak standardowa. Albo zwyczajnie ma wolniejsze tempo niż chociażby taki Lenny i Ryan którzy w ogóle zaburzyli system i zrobili wszystko zupełnie na odwrót. U Jasona i Alexa było też tak, ze to nawet nie miało być randkowanie, a wyszło jak wyszło. Albert jednak się nie spieszy. Z Waltem się nie spieszył, a teraz chyba tym bardziej nie chce się spieszyć, aby znowu się nie sparzyć.
    „Ridley wydaje się taki męski, ale gdy pomyślał, że Al poczuł do niego wstręt, nagle zrobił się smutny… To słodkie. ” Teeeż tak uważam. on umie być słodki, ale jednocześnie rozbrajający masakrycznie swoją bezpośredniością. Czasami wydaje mi się że trochę jest nietaktowny. I ciężko mi określić czy to sprawa odwagi czy głupoty XD
    A Albert to nadal Albert, nieważne jakby nie był na zewnątrz badboyem ;) Jeszcze bardziej będzie chyba później to widać.
    Dzięki bardzo, nawzajem ;)

  6. another69 pisze:

    Cudny rozdział *,* IOI miał nudniejszy okres, ale teraz znowu idzie w dobrą stronę! Pomijając naszych słodziaków, chcę napisać, że nasza nowa parka jest baaardzo interesująca. Nigdy nie myślałam, że rozmowa o książce mnie podnieci… Znaczy, temat książek zawsze mnie podnieca, ale nie w ten sposób xD
    Lubię jak w Waszych opowiadaniach są takie chwile. Nie tylko seks, głupie, bezsensowne gatki czy oczywisty, tandetny flirt, ale taka ciekawa rozmowa, bardzo bystre spostrzeżenia i ten seksowny klimat. To było naprawdę dobre i chciałabym Was za to pochwalić :D
    Mimo tego, że rozmowa mnie podnieciła, to cieszę się, że nie było seksu. To by wszystko zepsuło. Byłoby znowu tak prosto. Spotkali się w windzie, spotkali u Ridley`a w mieszkaniu, Al oblał sb koszulę, został bez niej i nagle super seks. Tak się kończą te erotyki bez dobrej fabuły, gdzie autor chce jak najszybciej przejść do seksu (a kto nie chce przy takich ciachach…), ale jednak wolę coś takiego. Niech się poznają lepiej i niech to trwa troszkę, wtedy pierwszy seks jest czymś wielkim. Takie „WRESZCIE!”. Ale nie wiem jak zrobicie xD Pewnie i tak będę zadowolona… W końcu u J&A seks był szybko, a jednak są bosy i ciekawi… Ej, u Rynny też tak było… Teraz dopiero czekam aż zaczną się poznawać.
    Dlatego tutaj mogłoby być inaczej, żeby nie powtarzać tego w kółko xD

    Ridley wydaje się taki męski, ale gdy pomyślał, że Al poczuł do niego wstręt, nagle zrobił się smutny… To słodkie. I zastanawiam się co tam ma w głowie. Lubię takich jak on – mówiących wprost. Sama lubię walić prosto z mostu, a nie bawić się w podchody, unikać tematu, albo kręcić. Trzeba być albo głupim, albo bardzo odważnym by mówić tak wprost.

    Ja też oceniam książki po okładce xD Na szczęście tylko książki.

    A Al jak tak odskoczył, od razu przypomniał mi jaki był wcześniej… Teraz jest seksownym facetem na motorze, za którym oglądają się nastolatki i kobiety, ale wcześniej był księdzem, który tak cholernie wstydził się tych wszystkich gestów Walta… Niby duży facet, ale taki słodki. Uwielbiam to.

    I nie wiem co jeszcze napisać… Czekam na FDTS XD

    Miłego wypoczynku wszystkim :D

  7. Katka pisze:

    Introwertywna, „Al nareszcie natrafił na godnego przeciwnika w dyskusji” – myślę, że Walt tez był godnym przeciwnikiem w dyskusji, ale w przypadku Walta określenie „przeciwnik” jest wręcz kluczowe XD Ridley z kolei prowadzi tę dyskusję z Albertem na równym torze, nie spiera się o poglądy, a po prostu o nich rozmawia. Więc tu jest dla niego ewidentny plus w oczach Alberta, tak sądzę. Haha, a ten fragment z ladą – spoko, ja pewnie też nie mogłabym zrobić tego, co Albert. Ale masz rację, to musiało wyglądać seksownie, szczególnie z aktualnym imidżem Alberta. Mmm :) Och, a przypomnienie, że IOI się kończy… no cóż, przynajmniej dla kogoś ma jakieś plusy XD A i na żałobę Waszą jesteśmy przygotowani, haha, podejrzewam, że troszkę zwolenników tego opowiadania, tudzież którejś parki, będą lamentować, ale (co już powtarzam tysiąc razy XD) od czego są bonus ;) Pozdrowionka!

  8. Introwertywna pisze:

    I już mogę zasnąć z uśmiechem na ustach :D
    Zacznę tak trochę od końca, bo to on właśnie mi się najbardziej spodobał. Od razu sobie wyobraziłam Alberta i Ridleya i te milimetry, które dzieliły ich usta. Cała ta sytuacja perfekcyjnie wyrysowała mi się w głowie. Ich rozmowa również mnie urzekła. Była poprowadzona w całkiem ciekawy i pasujący do nich sposób. Al nareszcie natrafił na godnego przeciwnika w dyskusji, a Ridleya należy pochwalić za bezpośredniość i fakt, że nie zraża go postawa Alberta. A! Strasznie mi się jeszcze spodobało jak Al dawał mu karteczkę z numerem. Niby taki szczegół, a tak fajnie opisany i też zapadł mi w pamięć. „Nie musiał sie schylać, bo ta była wysoka.” Jeśli była aż tak wysoka, że ten spokojnie mógł zeprzeć się na niej łokciem, to mnie by pewnie nie było widać xd Nienawidzę właśnie większości lad, bo ja mogę zapomnieć o przyjmowaniu tak atrakcyjnych póz xd A Albert w mojej wyobraźni prezentował się wtedy bardzo atrakcyjnie!
    Dobrze, że poprzedni news przeczytałam przed tym rozdziałem, bo to mi go przynajmniej jakoś osłodziło. Tak mi ten Albert zawrócił w głowie, że ulubieńcy z innych opowiadań zeszli na dalszy plan i miałam wrażenie, że In Out In będzie trwać nie wiadomo ile, a tu mnie sprowadziłyście na Ziemię. Ale już teraz wiem, że wraz z końcem tego opowiadania zacznie się moja mała żałoba, bo na serio będzie mi piekielnie ciężko rozstać się z Albertem, zwłaszcza po obecnych rozdziałach, gdzie jest go więcej. Lecz nie będę dłużej się nad tym rozwodzić, bo na to przyjdzie jeszcze czas ;-)

  9. Katka pisze:

    Illita, weź, gorąco zabija T_T I fakt, nocą też jest, że się tak wyrażę, chujowo w tym względzie.

    Saki, hehe, fajnie, że mimo pisania na telefonie, chciało Ci się ;) „Wyjątkowo coś dużo zjadł :)” – to mnie rozbawiło, haha, bo mam wrażenie, że to serio wraca do Jamesa jak bumerang XD Jak nie Walt mu wypomina jedzenie, to czytelnicy XD Ja i tak czasami mam takie „boże, daj mi apetyt Jima”. Utrzymanie linii byłoby takie łatwe XD Bardzo się cieszę, że Ridley się podoba i tym fajniej, że widzisz, jaka jest różnica pomiędzy nim, a Waltem. Może nie tak diametralna jak między Albertem a Jimem, ale i tak :) Pytanie, czy ta różnica wg Ala będzie wystarczająca, hehe. Ochhh, a Ridley definitywnie umie przepraszać, dobrze, że zwracasz na to uwagę, bo to chyba bardzo pozytywnie działa na Alberta, a raczej na mniemanie Alberta o Ridleyu. Zaś co do FDTS – poczeka na Ciebie, a potem przynajmniej będziesz miała mniejszą przerwę do następnego opka ;) Więc spoko, może nie ma co rozpaczać. I jeśli potem nie będzie okazji, już życzymy miłego wyjazdu ;)

    Vicious, „jak cały czas w sumie chciałam, żeby to opowiadanie się skończyło, tak teraz jak ma się faktycznie kończyć to mi smutno xD” – ups XD Cóż, przynajmniej jest szansa na to, że zakończysz czytanie IOI jednak z przeświadczeniem, że w jakiejś części Ci podeszło :) A przynajmniej mam nadzieję. W ogóle podkreślenie Alberta słowami „jestem oschły i nic mnie obchodzi… ale proszę, nie obrażaj się!” mnie rozbroiło XD To takie trochę… „chcę być złym misiem, ale i tak jestem rozkoszny” XD Ach, Albercik… Kurcze, a to, że widzisz w nich potencjał do swojej ulubionej pary, to naprawdę wow dla mnie. Tzn. nie żebym umniejszała ich znaczenie, bo sama strasznie ich lubię i wierzę, że są warci takiej sympatii, ale to „wow” dlatego, że ich powstanie ogólnie nie było planowane, trochę na żywioł z tym poszłyśmy i bardzo się cieszę z takiego skutku :) Który Twoje słowa tylko podkreślają :) I oby tylko dalsze rozdziały z nimi się podobały! :)

  10. vvicious pisze:

    No i kurde, jak cały czas w sumie chciałam, żeby to opowiadanie się skończyło, tak teraz jak ma się faktycznie kończyć to mi smutno xD chociaż może nie smutno (w końcu jednak ATCL <3 ) no aaaleee… proponuję osobne opowiadanie dla Alberta i Ridleya ^^ (takie bez Jamesa ;D )
    Naprawdę mi się bardzo podoba ich dynamika, urocze jest to Albertowe "jestem oschły i nic mnie obchodzi… ale proszę, nie obrażaj się!" xD od początku bardzo lubiłam Alberta (mimo ogromnej różnicy poglądów), kocham takie trudne charaktery ^^ no i tak ciągle liczyłam, że w końcu mu się poszczęści, że mu kogoś fajnego w końcu znajdziecie, ale szczerze przyznaję, że Ridley przerósł moje oczekiwania ;) tzn ja wiem, trudno mówić po kilku stronach (nie oceniaj książki… khem, khem ;x ), ale po prostu jego pojawienie się naprawdę mnie cieszy i wydaje mi się, że to mogłaby być jedna z moich ulubionych par – wnioskując na razie na tym, jak dobrały się ich charaktery przynajmniej :)
    a więc czekam, bo ciekawa jestem, ciekawa :)

  11. saki pisze:

    Ok. Dzisiaj krótko, bo nie mam weny, a rozdział czytałam rano i nie wszystko pamiętam :)
    No i komciam z fona i mam ograniczony dostęp do tekstu.

    Biedny skacowany James. hehe
    Wyjątkowo coś dużo zjadł :)
    Nie mogę się doczekać oświadczyn. Ciekawa jestem, co też Walt wymyśli :) No i oczywiście jak zareaguje na to James.

    Uwielbiam Ridleya :) Nie każdy jest zdolny do tego, żeby Albercikowi zabrakło ciętej riposty i nie wiedział co powiedzieć. :)
    Bezpośredniość Ridleya powala. Jest tak inny od Walta i tych jego podchodów :) I to, jak zakończył rozmowę telefoniczną. No po prostu Albertowi nie zostało nic, tylko do niego przyjechać :)
    Dwuznaczna rozmowa o książkach wymiata. No i ten buziaczek… No poniosło go, no. Nastrój mu się udzielił. :D Na szczęście to była tylko zimna woda. Bo co by było, gdyby to była np kawa (zważając na porę, to mało prawdopodobne, ale ćśśś, to tylko przykład) to by się poparzył i by plama była :)
    I jeszcze jedno. Ridleyowi chwali się to, że wysłuchał prośby Alberta i nie wypytywał o jego przeszłość. No i to, że jak (przez przypadek) wkroczył na zakazany temat to przeprosił :) A Al i jego myśl, że facet mu w głowie szpera rozwala. Toż on nie wie, że z ludzkiej twarzy można czytać jak z książki?

    PS: a teraz idę płakać do kącika, bo wyjeżdżam w piątek na tydzień i nie będę miała dostępu do neta, a co za tym idzie, nie będę mogła w sobotę przeczytać nowego rozdziału FDTS ;( sniff No cóż… Najwyżej przeczytam jak wrócę

  12. Shivunia pisze:

    Illita >> Upał faktycznie czasami jest… zamulający. Ale o północy chyba nie jest już aż taki ;)
    Niemniej, dzięki za miłe słowa na wstępie. I rozbawienie mnie określeniem że jarasz się jak Rzym XD padałam.
    I to „NIE-SA-MO-WI-TY” hahaha, super to słyszeć. Faktycznie jest bardzo oryginalny moim zdaniem. A szybko zleciał bo pewnie za szybko czytałaś XD

    Marta696 >> gry słowne i lawirowanie miedzy słowami w ich przypadku niesamowicie mi pasuje. Miło więc, że doceniasz i też ci się podobało ;) No i może trochę szkoda, ale chyba by było za szybko. Plus nie wiadomo do końca jak to się na 100% potoczy dalej.

    Shin >> kawałek znamy i to już trochę czasu. Dużo jest jeszcze takich kawałków i teledysków w necie. Aż czasami można się zaskoczyć nieźle. A James naprawdę może sporo pamiętać. Bądźmy dobrej wiary XD

    Yaoistka >> Nie wiem czy „dominować” to nie za mocne słowo. Ale pokazuje na pewno swoją druga stronę. Albo kolejną stronę.

    Tigram >> Kilka wyznaczników i już od razu lepiej się czyta. Jeszcze ma na pewno skórzana kurtkę ;) To też sexi… może na równi z Ridleyem hahaha

    Diablica >> Jeśli chcesz przyspieszać swoją nagrodą to znasz nasze maile ;) Ale akacja na pewno będzie nim opowiadanie sie skończy. Taka czy inna. Ale jakaś na bank będzie. I pojękiwania możemy zagwarantować.
    Dzięki ;) mamy nadzieje na dobrą pogodę ;)

    luinlos >> Jakbym miała jakoś sensownie odpowiedzieć na twoje przypuszczenia odnośnie gdzie będą oświadczyny… to mogła bym za dużo zdradzić. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że właśnie tak by było. Bo ani nie mogę powiedzieć że was nie zaskoczymy, ani że was zaskoczymy. Patowa sytuacja. Niemniej, liczymy, że się spodoba nieważne gdzie to nie będzie ;)
    Ridley. Kurcze, staram się jakoś fajnie ci odpowiedzieć, a co jedyne myślę to przytakiwanie na to co napisałaś. Bo faktycznie, Ridley nie parzy się i nie odpowiada warczeniem na oschłość Alberta, a jednocześnie przez to go strąca z już wymyślonego stanowiska. Ten się gubi i też inaczej przez to zachowuje niż zaplanował. Plus, jak sama zauważyłaś, Ridley umie się wycofać. Nie brnie na siłę do przodu jak Walter. Nie jest też tak pewny siebie. I też fajnie to zinterpretowałaś z odpowiedzią na pocałunek Alberta. ;)
    A rozmowa o książkach była wg mnie też fajna. Taka śmieszna, bo pisałyśmy ją bez ustalania, więc same postaciami nie do końca wiedziałyśmy o czym mowa. Wydaje mi się, że przez to wyszło to bardziej naturalnie. Dziękujemy ładnie za docenienie ;)
    A błąd już poprawiamy ;) Dzięki bardzo za zauważenie go ;)

    Enid Partenopajos >> Określenia Team „ktoś” zawsze tak słodko mnie bawią ;)A jednocześnie aż serce się raduje kiedy mimo takiego „teamowania” widzi się też inne postaci i się one podobają ;) Bardzo nam miło, ze do gustu przypadły ci rozmowy Alberta i Ridleya. Bo faktycznie są… chyba trochę inne ;)
    Co do zakończenia działalności pisarskiej Kasi i Bern (nie, nie umiem przestawić się na ich nowe nicki), to też dziś o tym czytałam. Trochę szkoda, bo też wiąże wiele wspomnień z ich blogiem, ale jak to mówi jedna wspaniała osoba „coś się kończy, coś się zaczyna”. My bynajmniej na razie nie planujemy kończyć. Mamy jeszcze dość tekstu, że nawet w przypadku śmierci jednej z nas, druga mogła by jakieś pól roku prowadzić bloga XD (czarny humor rządzi).
    Ale, nie. Nie przerzucimy się na angielski. Ja go nawet dobrze nie umiem, wiec ciężko by było. Oczywiście, ciężko nam jest obiecać, ze za rok, dwa, trzy czy ewentualnie siedem nadal będziemy tu pisać i publikować. W tym czasie wielu też z was pewnie się wykruszy zaczynając swoje nowe życia gdzie już nie będzie czasu na godzinkę czytania.
    Co będzie, to sie zobaczy. Ale pewnie kiedy się będzie kończyć, to to zauważycie, podobnie jak dało się to zauważyć na AH. Na razie jednak bez stresu ;)

    Tess >> Poznałaś go bardziej, to już bardziej wiesz z kim masz do czynienia. A nam miło, że go lubisz ;) Jako, że ja go nie pisze, to ośmielę się stwierdzić że się z tobą zgadzam. Umie wprowadzać w zagubienie, nie tylko Alberta. A Jimmy. Moze ciut ;) Nie przestanie jednak być sobą hehehe

  13. Illita pisze:

    TigramIngrow Jeśli tylko się pojawi HD natychmiast dam znać :D Zgadza się, Lublin. Ja jestem absolutnie otwarta na propozycje :D

  14. Tess pisze:

    W poprzednim komentarzu napisałam, że nie wiem czy lubię Ridleya, czy też nie. Teraz już wiem, że go lubię.
    Fajny facet, a to, że Al nie wie czasami co mu odpowiedzieć jest na plus xD
    Mam takie wrażenie, że James zrobił się trochę… pewniejszy siebie? Jeszcze tylko te oświadczyny…

  15. TigramIngrow pisze:

    Illita, padłam! A teraz poproszę w wersji HD :D
    A tak btw, to rozumiem, że Ty też jesteś z Lublina?
    Może jakieś spotkanko na kawę? Ewentualnie idąc za przykładem Walta – na pączki?

  16. Enid Partenopajos pisze:

    Jestem tak bardzo Team Jimmy, że choć postać Alberta mi się podoba tak z wyglądu to go nie lubiłam…ale teraz! *O* OMFG! Ridley jest wspaniały. Uwielbiam ich słowne utarczki i te ciągnące się dwuznaczne sugestie, porównania, metafory…Zaczynam coraz bardziej lubić tą parę, chociaż dalej Walt i James na 1 miejscu XD No i Rynna <3 *tak, trudno mi napisać komentarz nie wspominając o nich choć raz*
    Właśnie zauważyłam, że jeden z moich pierwszych blogów yaoi kończy swoją działalność, pewnie orientujecie się o który chodzi, w sumie autorki przenoszą się jedynie na angielski, jednak ja nienawidzę czytać w innych językach niż polski. Zrobiło mi się trochę smutno, ale jak sobie wyobraziłam, że Wy tak kiedyś zrobicie ogarnęła mnie czarna rozpacz ._. Całkowicie serio mówię. Nie wyobrażam sobie końca FDTS, a co dopiero końca całego tego bloga! Proszę obiecajcie, że nie macie tego w planach na najbliższe kilka lat XD Potrzebuje teraz uspokojenia XD

  17. luinlos pisze:

    Walt jest w swoim żywiole – nie ma to jak opiekować się zkacowanym Jamesem XD
    Nawet tosty zjadł! Zastanawiam się nad tym, gdzie w końcu będą te oświadczyny… Na początku obstawiałam właśnie jezioro, ale teraz już sama nie wiem… Tam są słodko gorzkie wspomnienia. No i wydaje mi się, że będziecie chciały nas zaskoczyć (coś jak ze śnieżynką która okazała się być szklanką alkoholu i dymem co było doskonałe).

    Ridley przypada mi coraz bardziej do gustu – ta jego prostolinijność działa bardzo dobrze na Alberta, który najwidoczniej nie lubi podchodów. Albert chyba się przyzwyczaił, że taką najeżoną postawą sprawia, że ludzie zachowują dystans, a tu proszę, niespodzianka, Ridley jest dość odporny na takie zachowanie. Ale to nie tak, że jest jakiś gruboskórny czy do niego nie docierają pewne sygnały – w końcu w tym rozdziale było mocno widać, że jest też wrażliwy. Och, zrobiło mi się go szkoda, jak zrobił się taki niepewny po typ pocałunku… Ciekawa jestem jaka była jego przeszłość, skoro tak się skurczył w sobie jak myślał, że Albert poczuł do niego wstręt. Lubię jak facet jest pewny siebie, ale równocześnie czasami udaje się zobaczyć taką… bardziej wrażliwą i delikatną stronę. No i Albert też staje się odrobinkę mniej oschły – w końcu po tym całym „odskoczeniu” od Ridleya powiedział, że to dlatego że był zaskoczony. Tak jakby chciał dać wyraźny sygnał dla Ridleya „odskoczyłem jak oparzony, ale to tylko dlatego że byłem zaskoczony, to nie tak że cie odrzucam i nie chcę abyś się o mnie starał” – takie… przyzwolenie? Plus zaznaczenie, że może być płochliwy XD

    Och, i ta rozmowa o książkach, ocenianiu po okładce itd była bardzo fajnie napisana. Podobało mi się maskowanie w taki sposób prawdziwego tematu rozmowy. W sumie sama czasami stosuję podobną taktykę – nie we flircie, bo ja jestem upośledzona w romantycznych sprawach – ale czasami jak chce kogoś przeprosić, a zwykłe przeprosiny jakoś nie mogą mi przejść przez gardło, to takie trochę „owijanie w bawełnę” wydaje mi się prostsze :P

    Chyba trafiłam na jeden błąd:
    „Jeszcze bardziej to odczuł, kiedy tylko znalazł się na dość mało ruchomej, na pewno i za dnia, uliczce.” – chyba powinno być „ruchliwej” a nie „ruchomej”. Miałam skojarzenie z ruchomymi schodami z Hogwartu :)

    Pozdro!

  18. Diablica pisze:

    Suuper rozdział! Rozwój akcji, jak najbardziej odpowiada moim wyobrażeniom ;) Chociaż, jak wiadomo nie mogę się doczekać jakiejś „grubszej akcji”, czyli potu, pojękiwań i dwóch gorących ciał. Nie należę do ludzi cierpliwych tak więc poprosiłabym o PRZYSPIESZENIE następnego rozdziału, w miarę jak najszybciej ;)
    Mocno was całuje i życzę udanego wyjazdu, robaczki :* <3

  19. Yaoistka^^ pisze:

    OMG…. Al się rozkręca! mrrau! ^^ wgl Jimmy też zaczyna dominować Walta ^^ WEN ;)

  20. TigramIngrow pisze:

    Shin97, o jaaaaaaa. Jedzonko i półnadzy faceci :3 A jak jeszcze jeden pakuneczkiem w slipkach poruszył…. mrrrr.
    Chociaż tyłeczków jak na mój gust było za mało. Ale klaty niczego sobie :)
    Aż sobie na fejsbuniu udostępnię :D

  21. Marta696 pisze:

    Ta gra słow była strasznie seksowna,szkoda że się tak skończyło.Cieszę się że wreszcie o Albercie jest więcej,niech mu się dobrze wiedzie z Ridleyem.

  22. Illita pisze:

    OMG. Pierwszy raz czytam rozdział zaraz po dodaniu i muszę powiedziec że klimat jest niesamowity! Nie mogę się doczekać oswiadczyn Walta! Zachowuje się jak dwunastolatka ale jaram się jak Rzym za Nerona i już xD A Ridley jest NIE-SA-MO-WI-TY ! Uwielbiam gościa ! I widać jak bardzo Albert na niego leci, oh , tak cudownie się zapowiada! Ale jakoś szybko zlecial ten rozdział i trzeba czekać na następny :c Ale cholera jasna czuję że warto! I przepraszam za raczej bezskladny koment, ale upał wypalił mi mózg D:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s