In Out In – 11 – Nie powinienem?

James odetchnął jeszcze i rozejrzał się po kuchni, sprawdzając czy wszystko już ogarnął. W dużej zmywarce myły się jeszcze naczynia, ale reszta wyglądała na ogarniętą. Niezjedzone jedzenie popakował i schował do lodówki. Uśmiechnął się nawet do siebie blado i otarł przedramieniem czoło, odgarniając z niego potargane już włosy. Wytarł jeszcze dłonie w ściereczkę i dopiero na powrót założył marynarkę. Miał nadzieję, że na tę chwilę to było wszystko, co miał zrobić. Był nawet zadowolony, że miał czym zająć ręce, bo przynajmniej nie myślał.
Kiedy wyszedł z kuchni i przeszedł przez hol do salonu, zobaczył, że ten jest zupełnie pusty. Przed domem jeszcze usłyszał odjeżdżanie ostatniego samochodu. Było zupełnie cicho i przytłaczająco. I dopiero po chwili dostrzegł sylwetkę tamtego prawnika, Waltera Masona, siedzącego na werandzie przed salonem, odwróconego przodem do ogrodu. Miał stamtąd dobry widok na powoli chylące się ku zachodowi słońce.
James aż przełknął ciężko ślinę i przestąpił z nogi na nogę. Nie spodziewał się, że go jeszcze tu zastanie. Tak naprawdę był pewien, że to, co mówił ten mężczyzna, było tak tylko rzucone na wiatr, aby lepiej się poczuł. Był więc szczerze zaskoczony.
Oblizał jeszcze usta i przeszedł na taras. W domu, poza nimi, byli jeszcze tylko syn Wendy i jego żona.
— Nie pojechałeś? — spytał, stając koło Waltera, który od razu uniósł na niego spojrzenie i pokręcił głową.
— Przecież obiecałem, że zaczekam — odpowiedział oczywistym tonem.
— Nie przypuszczałem, że będzie ci się chciało tyle czekać — odparł James. Oczy trochę go piekły po całym dniu, ale nie miał zamiaru się nad tym użalać. To było nic w porównaniu z tym, jak czasami źle się czuł.
— Nie ciągnęło się aż tak bardzo. — Walt uniósł się i zajrzał do salonu przez oszklone drzwi. — Już wszyscy poszli? Możemy jechać?
— Tak, już wszyscy pojechali — przytaknął James i też zajrzał do środka domu przez balkonowe okno. W nim widział swoje odbicie. Był taki niepozorny, chudy i niewyględny przy Walterze. — Tylko jeszcze syn cioci z żoną zostają w domu na noc.
— Tak właśnie myślałem. Dobrze, to chodźmy, moje auto stoi na podjeździe — odparł Walt, ruszając z Jamesem przez wejście do salonu, by przejść przez niego do holu, a z niego do głównych drzwi. — Jak się czujesz? — dopytał troskliwie.
James wzruszył ramionami.
— Mimo pozorów, bywało gorzej. A przynajmniej fizycznie — stwierdził, idąc za nim, lekko skulony.
— To jeszcze musimy popracować nad stanem psychicznym — postanowił prawnik i gdy doszli do jego czarnego BMW stojącego na podjeździe, otworzył wpierw przed Jamesem drzwi od strony pasażera, nie zważając na to, jak to może z boku wyglądać.
James aż przystanął w połowie kroku i spojrzał na mężczyznę z zaskoczeniem. Nie spodziewał się czegoś takiego.
— Eee… nie trzeba było — wydusił z zakłopotaniem. Nie spotkał ani nie słyszał nawet o żadnym hetero facecie, który otwierał przed innym drzwi. A nawet nie miał nigdy do czynienia z żadnym gejem, który by coś takiego dla niego zrobił. Był to niby mały gest, ale bardzo specyficzny i… na swój sposób przyjemny.
Walt tylko uśmiechnął się w odpowiedzi i zatrzasnął drzwi samochodu, kiedy James już zajął miejsce. Sam potem obszedł auto i usiadł na miejscu kierowcy. Odpalił i wyjechał z podjazdu.
— Po drodze zatrzymamy się na stacji, bo i tak muszę zatankować i kupię nam od razu coś do picia, żebyśmy tak nie siedzieli bez niczego, w porządku? — zagadał, gdy już byli na drodze.
James tylko skinął głową, po czym pomacał się, jakby przestraszony, po kieszeniach.
— Ale… zapomniałem portfela.
— Ja cię zaprosiłem, więc ja płacę — odpowiedział od razu Walt, zerkając na niego krótko.
— Ale… — zaczął James z przejęciem w głosie. — Będę czuł się zobowiązany — skończył, zaciskając palce na kolanach. W ogóle, od momentu, kiedy wsiadł do tego samochodu, kiedy go zobaczył, czuł się mocno skrępowany. Teraz jeszcze namacalnie widział klasę tego mężczyzny, który siedział obok. A on był takim nikim. Marnym nauczycielem. Prawnik przecież musiał wiedzieć, że nie odziedziczy po ciotce żadnego majątku.
— Zrekompensujesz się na naszym następnym spotkaniu — obiecał Walt i skręcił na stację benzynową, więc temat się urwał. Wysiadł, by zatankować, po czym ruszył do sklepu. Wrócił z niego, niosąc czteropak puszek z colą. Gdy zasiadł za kierownicą, położył je na kolanach Jamesa i ruszył dalej w stronę jeziora.
Wendy Peterson nie mieszkała w centrum miasta, więc od jej domu do miejsca, które obrali za cel, nie było daleko. Po kilku minutach zatrzymali się więc niedaleko brzegu jeziora. Otworzyli drzwi samochodu, by był lekki przewiew. Okolica była wyjątkowo cicha i przyjemna, a powietrze ani zbyt chłodne, ani zbyt ciepłe. Właśnie taka atmosfera była idealna na taki wieczór. Robiło się też coraz ciemniej, więc Walt zaświecił lampkę i spojrzał na Jamesa.
— Mam nadzieję, że nie męczę cię za bardzo, wyciągając w takie miejsce?
James spojrzał na niego swoimi piwnymi, zmęczonymi oczami i pokręcił głową.
— Nie. To miłe, takie oderwanie się. Dziękuję. — Uśmiechnął się blado, wyjmując jedną puszkę coli i podał ją mężczyźnie. Był taki przystojny. Jeśli nawet był gejem, bo było to niemal pewne, to i tak był poza jego zasięgiem. Jakby sytuacja była inna, to może miałby szanse, by ten go przeleciał, ale to tyle. Miło jednak było teraz z nim posiedzieć i poczuć to specyficzne spięcie i zdenerwowanie obecne przy takim atrakcyjnym i pociągającym mężczyźnie.
— Nie ma za co, cieszę się, że mogę jakoś pomóc — odpowiedział Walt z tym swoim miłym, przyjaznym uśmiechem i otworzył swoją puszkę. Napił się od razu, bo trochę piany wypłynęło z otwarcia. — Ładne są tu jeziora — zmienił temat, wskazując puszką widok, jaki mieli przed przednią szybą. — Ale byłeś może kiedyś nad Michigan? Tam są dopiero widoki… — dodał, nie zdając sobie sprawy z tego, że James również jest z Milwaukee.
Nauczyciel popukał jeszcze w swoją puszkę, nim ją otworzył. Nie zalał się dzięki temu i spokojnie mógł się napić.
— Mhm. Swego czasu mieszkałem nad nim, w Milwaukee. Potem ciocia po rozwodzie ściągnęła mnie znowu do rodzinnego miasta. Teraz nie wiem, czy tam może nie wrócę — odparł, wpatrując się bardziej w puszkę niż w jezioro, które z każdą chwilą coraz bardziej zakrywała ciemność.
— Mieszkałeś w Milwaukee? A tej informacji twoja ciocia mi oszczędziła — odparł Walt ze szczerym zaskoczeniem i zaciekawieniem. — Przynajmniej nie myliła się co do tego, że ma bardzo miłego bratanka — dodał z lekkim uśmiechem, przyglądając się uroczej, w swoim mniemaniu, twarzy Jamesa.
Ta niemal od razu się zarumieniła, a sam nauczyciel spojrzał na niego z lekkim wyrzutem w oczach.
— Miło to słyszeć, ale, no, nie uważasz, że to trochę za wcześnie o tym mówić, jak nawet mnie tak naprawdę nie znasz? Ciocia mogła mnie idealizować, w końcu reszta rodziny za mną nie przepada… więc to oni mogą mieć rację.
— Oni? Uważając cię za darmozjada, który zamierza zdobyć majątek ciotki, a z tego co wiem, testament cię nie obejmuje, więc konkluzja może być tylko taka, że wydumali sobie znikąd taki pogląd — odpowiedział Walt poważnie. — A to, że jesteś miły, mogę spokojnie ocenić po rozmowie.
Zakłopotany James uśmiechnął się blado.
— Dziękuję. Chociaż teraz jeszcze bardziej nie rozumiem. Skoro… no, wiesz, że nic nie dostanę, skąd taka troska o mnie? — Przełknął nerwowo ślinę, patrząc na Waltera z rumieńcami na twarzy. Te były jednak dość blade, tak samo jak cała twarz Jamesa. — Znaczy… coś ci ktoś o mnie mówił czy coś? Liczysz na coś? — wydusił przez ściśnięte gardło.
Walt zamrugał powiekami, nie rozumiejąc, co wyraźnie było widać po jego spojrzeniu.
— Liczę na coś…? Co masz na myśli? — musiał dopytać, aż zatrzymując puszkę w drodze do ust.
James jeszcze bardziej się speszył i odwrócił wzrok od niego na swoją colę. Wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Na… cokolwiek. Nieważne. Wybacz — zaplątał się, czując, że znowu się wygłupił. Czyli jak zawsze. Wolał czyste sytuacje, a tu czuł się zagubiony. Walter niemal na pewno był gejem, ale zachowywał się tak inaczej niż inni, których spotykał i… był dla niego miły. Musiało się coś za tym kryć.
— Hm… na pewno liczę na dobre towarzystwo, mogę cię zapewnić — odparł Walt i wychylił się do niego, stukając swoją puszką o jego.
James znowu spojrzał na niego dużymi, zmęczonymi oczami. Nic nie układało mu się w głowie. Gapił się więc tylko na Waltera zagubionym wzrokiem, z lekko rozchylonymi bladymi wargami. Cienie pod oczami były coraz bardziej widoczne, czym bardziej schodziła mu opuchlizna z oczu.
Walt aż uśmiechnął się lekko i wyciągnął dłoń, po czym dotknął palcem wskazującym jego dolnej wargi.
— Czym cię tak zaskakuję, że tak na mnie patrzysz z otwartymi ustami? Bo aż tak przystojny chyba nie jestem, że zapiera dech w piersi. — Zaśmiał się z siebie i cofnął dłoń, zerkając krótko na jezioro. Było już prawie zupełnie ciemno.
James też tam na chwilę spojrzał, po czym znowu na Waltera. Oblizał usta i dotknął sam swojej dolnej wargi.
— Jesteś… inny — wydusił przez ściśnięte gardło. Tego, że tak przystojny jednak był, już nie powiedział, aby bardziej się nie ośmieszyć.
— Inny? — zaciekawił się Walter, popijając colę.
James jeszcze przełknął ślinę, po czym dopiero odwrócił wzrok na swoją puszkę. Jak ją zauważył, przypomniał sobie w ogóle o jej istnieniu i napił się dwa łyki. Poza wodą, to była pierwsza jakaś rzecz w jego żołądku od jakiegoś czasu. Miał nadzieję, że mu nie zaszkodzi.
— No… inny. Nie rozumiem cię — wydusił, mając szeroko pojęty ogół Waltera Masona. Wydawał się taki nieskrępowany, przystojny i otwarty, w przeciwieństwie do niego.
— Nie? To znaczy, masz na myśli moje motywy, dlaczego zabieram cię w takie miejsce? — dopytał prawnik, nie bardzo wiedząc, o co może Jamesowi chodzić. Był taki cichy i spokojny. Sam nie wiedział czemu, ale nie potrafił się jakoś od niego odsunąć. Siedział więc prawie że przodem do niego, mocno wykręcony na siedzeniu.
— Też — odparł James i wymienił z nim krótkie spojrzenie.
— Wyglądałeś na nie mniej zasmuconego niż syn Wendy. Przykro mi się zrobiło. Miałeś całe zapuchnięte oczy. — Prawnik uśmiechnął się blado, przyglądając się jego twarzy.
James odpowiedział też słabym, mocno wymuszonym śmiechem.
— Więc postanowiłeś zabrać nad jezioro jakąś sierotę, która nie umie się odnaleźć w nowej rzeczywistości? Nie chcę być nieuprzejmy, ale… no. To mi nie pasuje do tego, jak zwykle ludzie się zachowują. Nie dziw mi się. Nigdy nie spotkałem jeszcze nikogo, kto ot tak by się o kogoś zatroszczył — odparł, mając w tych słowach na myśli siebie.
Tym razem Walt lekko ściągnął brwi w wyrazie zdziwienia i lekkiego zawodu, że jego postępowanie mogło być odebrane negatywnie.
— Nie chcę ci zrobić krzywdy, James — zarzekł się poważnie, patrząc mu przy tym żywo w oczy.
Szczuplejszy mężczyzna skinął głową, niezbyt przekonany. Takie zapewnienie jednak było przyjemne.
— Dobrze — odparł tylko, nie mając nic więcej do dodania.
Walt przyjrzał mu się uważniej i widząc, że jednak nie do końca go przekonał, posmutniał nieco. Odwrócił wzrok znowu na przednią szybę i również napił się ze swojej puszki.
— Naprawdę wolę miasta — rzucił po chwili. — Więcej ludzi i świadomość wpływu na rzeczywistość. Ale tu jest naprawdę ładnie. Gdyby nie było ciemno, chciałbym się przejść wzdłuż jeziora, o tam, gdzie te drzewa widać.
James spojrzał na niego i dopił do końca colę.
— Księżyc jest wysoko i w pełni. Jeśli chcesz, możemy tam iść, wzdłuż jeziora jest ścieżka — zaproponował, patrząc kątem oka na mężczyznę. Podobał mu się niemal na równi z tym, jak niepokoił. Zwalał to jednak na strach przed nieznanym i nietypowym zachowaniem. I trochę na pogrzeb. Może gdyby nie śmierć ciotki, wszystko byłoby bardziej mu znane. Walter nie pieściłby się tak niepotrzebnie i po prostu zabrał go do hotelu.
Prawnik potaknął na zgodę i również odstawił puszkę.
— Możemy i jak zostawię samochód z włączonymi światłami, to chyba nikt mnie tu o tej porze nie okradnie. — Uśmiechnął się dość beztrosko i wysiadł z samochodu. Od razu wcisnął ręce w kieszenie spodni.
James nie skomentował jego pomysłu i ruszył w stronę jeziora oraz ścieżki wybudowanej tuż przy jego brzegu. Ze dwa razy tu był i mniej więcej ją pamiętał. Nie bał się też jakoś, że ktoś ich napadnie.
— A zmieniając temat… — spróbował, kiedy już szli brukowanym chodniczkiem, mając taflę jeziora po swoje prawej — jak się poznałeś z ciocią?
— Podczas wystawy w galerii w Madison poświęconej walce z rasizmem — odpowiedział Walter, idąc luźnym krokiem blisko Jamesa. Spoglądał to na niego, to przed siebie i na jezioro. Było już ciemno, ale i tak bardzo przyjemnie. A może właśnie dzięki temu tak nastrojowo. — Przeszło… pięć czy sześć lat temu.
— To już długo. Miała szczęście, że cię miała z tym rozwodem. — Szczuplejszy mężczyzna uśmiechnął się słabo. — Dobrze mieć zaufanego prawnika.
— Miała szczęście — przytaknął Walt z uśmiechem, aż głębiej mu się przyglądając, kiedy spostrzegł, jak uroczy James był, kiedy się uśmiechał. — Mogę ci też zostawić wizytówkę, jakbyś kiedyś potrzebował pomocy. Choć podejrzewam, że nie byłaby to sprawa rozwodowa, hm?
James aż zadrżał i spojrzał na Waltera, rozchylając delikatnie wargi. Po chwili jednak spuścił głowę, pesząc się i ukrywając tak swoje zażenowanie.
— Aż tak to widać? — odważył się spytać, samemu mając prawie pewność do orientacji drugiego mężczyzny.
— Dla doświadczonego obserwatora. Nie martwiłbym się na twoim miejscu, że każdy przechodzień wie — odpowiedział ten nieco luźniej, świadom, że o nim też sporo osób z branży od razu wiedziało. Nie krępowało go to.
James skrzywił jednak usta. Niestety nie wyglądał na pocieszonego.
— Mimo wszystko czasami wolałbym, aby jeszcze mniej osób wiedziało — mruknął pod nosem, po czym pokręcił głową i spojrzał przepraszająco na Waltera. — Wybacz, znowu się nad sobą użalam i przynudzam.
Mężczyzna ściągnął lekko brwi i przystanął, po czym odwrócił Jamesa w swoją stronę za ramiona i ujął go delikatnie za podbródek.
— Rozumiem, każdy ma gorsze dni, a dzisiejszy pogrzeb doskonale cię tłumaczy. Tylko… jeśli w tej uwadze chciałeś mi przekazać, że wolałbyś, bym nie wiedział, bo boisz się, że coś ci zrobię, mogę cię teraz odwieźć do domu — powiedział, patrząc mu w oczy swoimi szczerymi, niebieskimi.
James aż otworzył swoje, nadal zmęczone po całym dniu, piwne oczy.
— Ee… nie. Nie to miałem na myśli. — Speszył się i cofnął, wyrywając mu się z uchwytu. — Miałem na myśli… moją rodzinę i ogólnie ludzi. — Wzruszył ramionami i ruszył dalej ścieżką, czując się potwornie głupio, że w tej chwili nie myślał w ogóle o zmarłej ciotce, a o mężczyźnie, który był tuż obok niego. Był żałosnym i marnym człowiekiem w swoich oczach.
— Rodzina jest do ciebie uprzedzona przez to, że jesteś gejem? — dopytał Walt, idąc za nim, ale widząc, że ten się odsunął, nie zbliżył się bardziej, zostawiając mu przestrzeń wokół siebie.
— Trochę — James przyznał, bardzo łagodząc to, jak było naprawdę. W końcu przez ich reakcję po tym, jak się dowiedzieli, uciekł do Milwaukee.
— Przykro mi — odparł Walt, powstrzymując się, by nie położyć mu dłoni na ramieniu.
— To nic niezwykłego. Rozumiem ich, więc nie musi być ci przykro.
— Rozumiesz? To, że ludzie są uprzedzeni, bo pociąga cię ta sama płeć? — w głosie Walta słychać było jawne zdziwienie.
— Mhm. Inne są kanony społeczne, ludzie mają różne podejście… — James wzruszył ramionami, trzymając dłonie w kieszeniach spodni. — To w końcu moja wina, że jestem taki… Ja nic na to nie poradzę poza zejściem im z drogi — odparł, przyjemnie wyciszony ciemnością i cichym szumem liści drzew.
Prawnik za to skrzywił się, już widząc, jakim typem geja był James. Do tego aż w oczy uderzała jego nieśmiałość, skromność i nieporadność. To wszystko sprawiało, że miał ochotę albo potrząsnąć nim i powiedzieć, że to, co mówi, to same głupoty i ludzie powinni szanować go, kimkolwiek nie jest, albo podejść i ścisnąć mocno, by schować go w swoich ramionach. Powstrzymał się jednak przed jednym i drugim. Widział, że mężczyzna jest zmęczony i teraz na pewno nie jest w nastroju do dywagacji na temat tolerancji.
— Masz prawo być tym, kim jesteś i kim chcesz być — odpowiedział mu tylko i złapał go za dłoń, zatrzymując. — Zawracajmy, hm? Coraz gorzej widzę samochód. — Uśmiechnął się lekko.
James od razu spojrzał na jego dłoń. Był większa, silniejsza niż jego i taka przyjemnie ciepła. Skinął głową bez namysłu i potarł palcami drugiej ręki zmęczone oczy. Coraz bardziej go piekły.
— Mhm… — Nie skomentował wcześniejszych słów Waltera. Może i mógł być, kim chciał, ale w cieniu, nie narażając się na niczyje ataki. Ból chciał czuć co najwyżej w seksie, nie w codziennym życiu.
Walt, widząc, że James już ledwo trzyma się na nogach, nie dodał już nic, ale też nie puścił jego dłoni. Wrócił z nim do samochodu i dopiero tam ją wyswobodził.
— Siadaj, odwiozę cię — powiedział miękko i obszedł samochód, by usiąść za kierownicą.
James skinął tylko głową, a nim ruszyli, oparł głowę o boczną szybę samochodu.
— Szczerze. Już nawet nie chcę tu być… — wymamrotał w pewnym momencie, kiedy powoli jechali.
— W Saint Paul? — zapytał Walt, skręcając w kierunku głównej drogi.
James wyłącznie wzruszył ramionami w odpowiedzi. W ogóle nie chciało mu się być. Czuł się źle i bez celu, a śmierć cioci Wendy jeszcze bardziej go w tym pogrążyła. Potarł oczy, czując, jak mu się szklą, a kiedy to nie pomogło, po prostu je zamknął.
Walt nie słysząc odpowiedzi, również nic nie dodał. Dopiero na światłach ponownie spojrzał na Jamesa i stwierdził, że ten usnął. Zapatrzył się na niego i wyciągnął dłoń, delikatnie przesuwając wierzchem po jego policzku. Przykro mu było, gdy patrzył, jak ten jest wyczerpany i zgaszony.
Miał jeszcze chwilę namysłu, gdy stał na skrzyżowaniu i ostatecznie zamiast pojechać do domu zmarłej Wendy, skręcił do hotelu, w którym się zatrzymał. Po kwadransie jazdy wjechał na parking i wysiadł z samochodu. Obszedł go, po czym otworzył drzwi od strony pasażera. Odpiął delikatnie pasy, którymi przypięty był James i pochylił się do jego ucha.
— Jimmy — szepnął. — Chodź, położysz się.
Ten tylko zamruczał, pochylając się do przodu. Uchylił jedną powiekę, marszcząc się i stękając żałośnie. Był nieprzytomny, zupełnie zaspany i wycieńczony.
Walt bez wahania objął go jedną ręką za plecami, a drugą pod kolana i bardzo ostrożnie wyciągnął z auta. Zamknął go nogą. Zdziwił się, jak lekki był James.
— Ty coś jadasz? — szepnął z lekkim uśmiechem, ruszając z mężczyzną na rękach w kierunku windy.
James tylko zamruczał coś przez sen i wtulił się w Waltera bardziej. Zacisnął nawet szczupłe palce na klapie jego marynarki, a policzkiem potarł o jego tors. To tylko bardziej urzekło prawnika. Nie mógł oderwać od niego wzroku, gdy już wszedł do windy i ruszyli na górne piętra. Wychylił się bez słowa i pocałował czule mężczyznę w czoło.
Gdy winda zatrzymała się na odpowiednim piętrze, Walt ruszył do końca korytarza i jakimś cudem udało mu się otworzyć swój pokój, nie upuszczając przy tym Jamesa. Wtoczył się do środka, znowu zatrzasnął drzwi nogą i po ciemku dotarł do sypialni. Nie zapalał też światła, gdy położył już nauczyciela na swoim łóżku. Cicho, żeby go nie obudzić, zaczął mu zdejmować wierzchnie ubranie.
Bardzo wyraźnie widział przy tym, jak jego ciało jest szczupłe. Kiedy ściągnął mu koszulę, nawet mimo słabego światła zza okna dostrzegł odznaczające się pod skórą żebra, mocno zarysowane obojczyki i płaski, chudziutki brzuch. James był bez ubrania dużo chudszy niż w nim.
Walt zostawił mu tylko bieliznę, pozbywając się całej reszty. Potem przykrył go aż pod szyję i jeszcze pocałował go w policzek, nim wyszedł bez szmeru z sypialni. Odetchnął za jej drzwiami, jak już je zamknął, a potem skierował się do łazienki, by wziąć prysznic i pójść spać na kanapie. Dzień był męczący i dla niego. Miał nadzieję, że ten szczupły, niepozorny mężczyzna nie będzie miał mu za złe, że zabrał go do hotelu.
Pół godziny później, wciąż myśląc o piwnych, łagodnych oczach Jamesa Petersona, Walter Mason leżał na kanapie, powoli zasypiając.

*

James Peterson obudził się w nieswoim łóżku z lekkim bólem głowy. Kiedy uniósł się z materaca do pozycji siedzącej, rozejrzał się nieobecnym wzrokiem po sypialni, w której się znajdował. Nie znał jej, a do tego był jedynie w samej bieliźnie. Ściągnął brwi i oglądając się jeszcze na drzwi, czy nagle ktoś nimi nie wejdzie, sięgnął między swoje pośladki, upewniając się, czy dobrze czuje. Był czysty, suchy i nic go nie bolało. Czyli tak jak myślał. Nic się w nocy nie wydarzyło, o czym by nie pamiętał. Bardziej go to zdziwiło niż uspokoiło.
Nie chcąc zbyt długo o tym myśleć, przeczesał mysie włosy palcami i okręcił się prześcieradłem w ramionach, po czym wyszedł z sypialni, aby sprawdzić, gdzie trafił. Obstawiał, że do tego całego adwokata ciotki, bo w końcu w jego samochodzie zasnął. Musiał go za to przeprosić.
Ujrzał go już siedzącego na skórzanej, czarnej kanapie. Miał na sobie wąskie spodnie i rozpiętą, grafitową koszulę, pod którą James ujrzał dobrze zbudowane, wyćwiczone, choć nienapakowane ciało. Włosy miał jeszcze nieuczesane, ale radosny uśmiech, który rzucił Jamesowi na powitanie, dodał mu uroku.
Na stoliczku stał duży, drewniany talerz z małymi kanapeczkami. Były z zieloną sałatą, wędliną, serem i pomidorem. Do tego dwa parujące kubki z herbatą.
— Dzień dobry — rzucił prawnik, unosząc się lekko. — Jak ci się spało?
James jakoś odruchowo obejrzał się za siebie, czy to do niego Walter tak się uśmiecha. W końcu jednak sam delikatnie, nieśmiało uniósł kąciki ust.
— Dobrze. Dziękuję. I przepraszam za kłopot, nie wiedziałem, że jestem tak zmęczony. Jak tylko… no, powiesz mi, gdzie są moje rzeczy, to sobie pójdę.
— Chyba żartujesz. Siadaj, zjemy razem śniadanie, a potem cię odwiozę — odparł Walter, podchodząc do niego. — Twoje ubrania leżą na komodzie w sypialni, chyba że wolisz, bym pożyczył swoje?
James skrzywił się, jeszcze bardziej zakłopotany. Jakoś odruchowo zmierzył wzrokiem sylwetkę mężczyzny przed sobą.
— Nnn… nie. Będą za duże. — Zaśmiał się nerwowo. — I naprawdę nie chciałbym robić kłopotu.
— To żaden kłopot, poza tym specjalnie zamówiłem śniadanie dla nas obu. — Walt uśmiechnął się, wsadzając ręce w kieszenie i obserwując go. — Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że cię tu zabrałem?
James przełknął ślinę, uciekając spojrzeniem przed tymi niebieskimi oczami mężczyzny.
— Nie. Nie… Tylko, no, naprawdę nie trzeba było. Czuję, że ci tylko zawracam głowę… i no… robię kłopot — wymamrotał nerwowo, zaciskając co rusz szczupłe place na materiale, którym się okrył.
— Nie robisz. Naprawdę, cieszę się, że mogę cię gościć — odpowiedział Walt i lekko uniósł mu głowę za podbródek, by spojrzeć mu w oczy. — Siadaj, zjemy śniadanie, hm?
James przełknął znowu ślinę i delikatnie skinął głową, nie śmiejąc protestować. Usiadł na skraju kanapy, ciągnąc za sobą prześcieradło, w które był okręcony jak burrito.
Walt usiadł obok niego na kanapie i podsunął mu herbatę. Duży, drewniany talerz z kanapeczkami również przysunął na skraj stolika, by łatwiej było po nie sięgać.
— Częstuj się, ja już się nie powstrzymałem i jedną zjadłem — rzucił Walt, samemu sięgając po kanapeczkę.
— Dziękuję — odparł James, biorąc herbatę i stawiając ją sobie na kolanach. Kanapkę wybrał najmniejszą z samym serem i sałatą. Nie chciał odmawiać, aby nie rozczarować mężczyzny. Powoli zaczął ją skubać.
— Wyglądasz bardzo blado, mam nadzieję, że dobre jedzenie pomoże — rzucił Walt, przyglądając mu się. Oblizał usta z soli, jaką był posypany pomidorek na kanapce. — Nie spieszy ci się specjalnie, hm?
James nie będąc nawet w połowie swojej kanapki, spojrzał na Waltera trochę podkrążonymi oczami.
— Normalnie wyglądam blado, więc to nic takiego. Już tak mam — wytłumaczył się, wiedząc, że to, jak wyglądał, wcale nie było atrakcyjne. Już nie przejmował się tym, tak jak kiedyś. — I… i czemu pytasz?
— Bo nie wiem, czy mam wepchnąć ci te kanapki do ust, ubrać i zapakować do samochodu, bo jesteś z kimś umówiony. — Prawnik zaśmiał się.
James spłonił się lekko na twarzy.
— Nie. Nie jestem z nikim umówiony i… wolałbym nie mieć wpychanych kanapek do ust.
— Obiecuję, że się powstrzymam — odpowiedział Walt, kładąc sobie dłoń na sercu i sięgnął po drugą kanapkę, bo jedną już zjadł. — Ale jedz ładnie. I jak już mowa o umawianiu się. Masz kogoś, kogo powinienem się bać, że mnie znajdzie za to, że mu zabieram partnera na noc do hotelu? — zapytał z lekkim uśmiechem, przyglądając mu się.
James pokręcił od razu głową, trzymając swoją kanapkę dalej w dłoni, jakoś nie mogąc się zmusić, aby zjeść ją do końca.
— Nie mam nikogo. I nawet jeśli, to wątpię, aby mnie szukał — dodał już trochę ciszej, popijając herbatę małymi łykami.
Walt spojrzał na niego pytająco.
— Dlaczego wątpisz?
James speszył się znowu i pokręcił tylko głową, kuląc się bardziej.
— Tak jakoś.
Prawnik zrobił zatroskaną minę i wpakował do ust resztki kanapki. Przełknął szybko i odpowiedział.
— Gdybym ja był twoim partnerem, to bym się martwił.
Rozbawiony James tylko prychnął pod nosem, po czym od razu spojrzał z lekkim przestrachem na Waltera. Bał się, że ten źle odbierze jego reakcję.
— Wybacz — przeprosił od razu, nie dodając już, że zwyczajnie w to nie wierzył.
Walt nieco się strapił na taką odpowiedź. Trochę nie rozumiał Jamesa, ale z drugiej strony jakoś mężczyzna go przyciągał. Miał w sobie coś, co strasznie go urzekało. Nie wiedział jednak, co ten o nim myśli i zachowywał się dość obronnie, więc nie chciał popełnić jakiegoś faux pas.
— Mhm — mruknął, wracając wzrokiem do swojej herbaty, po którą właśnie sięgnął z zamyśleniem.
James też jeszcze bardziej się strapił i spróbował wrócić do jedzenia swojej kanapki. Miał wrażenie, że staje mu w gardle.
Walt spojrzał na niego z ukosa i odetchnął. Kiedy James przełknął kęs, prawnik nagle wychylił się do niego, złapał za podbródek i szybko, ale delikatnie cmoknął go w usta. James o mało nie rozlał przy tym herbaty, którą trzymał na kolanach. Nie odepchnął go ani nic takiego. Patrzył wyłącznie dużymi oczami na mężczyznę. Niemal wyczekująco, ale bez słowa.
Walt odsunął się o zaledwie kilka milimetrów, patrząc w oczy nauczyciela. Oblizał usta i odetchnął gorącym powietrzem na jego wargi.
— Nie powinienem? — zapytał cicho, a w środku coś aż go ściskało, by objąć Jamesa.
Ten przełknął ślinę, patrząc nadal na Waltera swoimi ufnymi, piwnymi oczami.
— Nie… to znaczy… — Speszył się i zaczerwienił na twarzy. Nie umiał w tej chwili złożyć spójnej odpowiedzi. — To było… miłe.
Walt uśmiechnął się i pogłaskał go delikatnie palcami po policzku.
— Więc… mogę jeszcze raz? — zapytał szeptem, zbliżając usta do jego ust i lekko przekręcając głowę.
James tylko skinął głową, nie chcąc za bardzo ponaglać Waltera. Pragnął, aby ten go objął i zrobił z nim, co tylko zapragnie.
Prawnik przysunął się bliżej i ponownie go pocałował, ale tym razem dłużej i nieco mocniej, łapiąc między wargi jego dolną. Possał ją delikatnie i objął szczuplejszego mężczyznę, wreszcie lekko go do siebie przyciskając. Wysunął nawet język i przesunął nim pomiędzy smakującymi kanapką ustami Jamesa.
Ten westchnął nisko, oddając bardzo pasywnie pocałunek. I bardzo umiejętnie dopasowywał się całkowicie pod to, jak całował go Walter. Ten robił to bardzo dobrze, z wyczuciem, dość subtelnie i ostrożnie, ale pewnie. Mruknął nawet cicho jak kocur w jego usta i po dłuższej chwili odsunął się. Spojrzał w oczy Jamesa i uśmiechnął się niemalże maślanie.
Drugi mężczyzna odetchnął nisko i także oblizał wargi.
— Już? — wypalił, nim pomyślał.
Walt zaśmiał się.
— Za krótko? — zapytał, nie odsuwając się od niego jeszcze.
James jeszcze bardziej się speszył. Spuścił wzrok na kolana mężczyzny.
— Umm… to znaczy… nic… nieważne — wydukał, bojąc się, że jego myśli zapędzają się dużo dalej niż Waltera.
— Ale dobrze było, hm? — zapytał prawnik, odrobinę się cofając, choć z dużym oporem psychicznym. Czuł, że mogłoby to zajść dalej, a nie chciał naprzykrzać się mężczyźnie, który wczoraj pochował ciotkę.
James, nie unosząc spojrzenia, pokiwał pokornie głową. Podobało mu się i chciał więcej. I nie rozumiał, czemu mężczyzna przed nim tak ostrożnie posuwa się do przodu. Czyżby robił coś źle?
— A teraz zjedz jeszcze chociaż jedną — odpowiedział Walt, widząc, że James ledwo tknął śniadanie. Odsunął się przy tym całkiem, samemu sięgając po kubek z herbatą.
Nauczyciel spojrzał za nim tęsknie, po czym na kanapkę. Czyli chodziło o jego wygląd i to jaki chudy był? Mruknął potakująco na zgodę, biorąc kolejny kęs kanapki. Czuł się znowu trochę zgaszony, ale nie przejmował się tym. Przywykł, że zawsze coś było w nim nie tak.
Prawnik popatrzył na niego, zastanawiając się, czy pocałunek rzeczywiście mu się podobał, skoro był taki cichy. Miał nadzieję, że tak, bo sam tylko marzył teraz, żeby pochylić się nad nim i ponownie to zrobić.
By nie zapędzić się myślami, rzucił:
— Wiem, że nie będziesz na odczytaniu testamentu, ale może mimo to byśmy się spotkali, jeśli chcesz?
— Kiedy? — spytał drugi mężczyzna, unosząc na Waltera swoje łagodne spojrzenie, w którym czaiła się delikatna nadzieja.
— W piątek o trzeciej popołudniu jest odczytanie. Będę w Saint Paul jakoś już około południa. Zostanę jednak na noc i wyjadę dopiero następnego dnia, więc jeśli byś chciał wieczorem się spotkać, byłbym bardzo szczęśliwy — odparł Walt z uśmiechem i dojadł kanapeczkę, po czym oblizał palce.
James skinął głową, zerkając krótko na jego palce.
— Mhm. Nie powinno to być problemem. Więc jeśli tylko chcesz… — Uśmiechnął się delikatnie, zastanawiając się jednocześnie, co będzie robić przez cały tydzień, a raczej co zrobi ze swoim życiem. Wiedział, że będzie musiał się wyprowadzić z domu ciotki. I nie miał pojęcia, gdzie ma się podziać.
Walt od razu wyszczerzył się bardziej, widząc jego uśmiech.
— Wspaniale! — odparł ze szczerym entuzjazmem i impulsywnie wychylił się, cmokając nauczyciela w kącik ust.
James zarumienił się na policzkach i spuścił wzrok. Mężczyzna był taki żywiołowy, otwarty i radosny. I niesamowicie przystojny. James widział to coraz wyraźniej z każdą chwilą.
— Ale wiesz… jakbyś się rozmyślił… czy coś, to nie szkodzi. Zapewne będziesz miał ciekawsze rzeczy na głowie.
— Jeszcze raz zwątpisz w moje dobre chęci, to chyba rzeczywiście za karę zacznę ci wpychać kanapki do ust. — Walt zaśmiał się i dosłownie nie potrafiąc się powstrzymać, złapał go obiema dłońmi za policzki i mocno pocałował. — Chcę się z tobą zobaczyć, naprawdę. Rozumiesz?
James stęknął nisko w jego usta, po czym skinął gorliwie głową.
— Mhm… Rozumiem — odparł z nieśmiałym uśmiechem. Ciężko mu było na razie w to uwierzyć i raczej zostawił zastanawianie się nad tym aż do piątku, kiedy Walter będzie miał się z nim zobaczyć. Z drugiej strony, może chciał odczekać jakiś czas od pogrzebu, dlatego teraz nic nie robił.
Walt posłał mu jeszcze jeden uśmiech i cofnął się, by dopić do końca herbatę. Jamesa nie pospieszał, samemu zamierzając wyjechać dopiero po południu, bo jeszcze chciał załatwić w mieście kilka spraw, skoro tutaj był. Cieszył się też na myśl, że będzie mógł spotkać się jeszcze z Jamesem i teraz nie musiał się z nim żegnać na zawsze. Mężczyzna był przeuroczy. Teraz wyglądał naprawdę jak zabłąkane kocie, kiedy tak siedział, opatulony wyłącznie w prześcieradło z kubkiem herbaty w dłoniach, którą siorbał. Wpatrywał się przy tym w niego niepewnie.
— To… ja może dopiję i nie będę już ci siedział tu, hmm? — zasugerował, nie do końca wiedząc, co ma ze sobą zrobić. Jego relacje z mężczyznami były zwykle dużo jaśniejsze i oczywistsze. A Walter wydawał się, jakby na coś czekał.
— Mówiłem ci, że cię odwiozę. Mam jeszcze trochę czasu — odpowiedział prawnik, opierając się wygodnie o oparcie kanapy. Miał naprawdę ładnie zbudowane ciało, co widać było dzięki rozpiętej koszuli. Nieco owłosiony na klatce piersiowej, ale nie przesadnie. — Wymienimy się numerami, żebyśmy mieli jak się skontaktować co do piątku, w porządku?
James skinął głową i odstawiwszy kubek po herbacie, wstał.
— Pójdę po telefon — wytłumaczył się, idąc do sypialni, gdzie podobno były jego rzeczy. Szurał przy tym prześcieradłem po podłodze i wyglądał dość zabawnie. Jak mało zgrabny duszek czy Rzymianin.
Walt aż zachichotał pod nosem. Nie potrafił oderwać od niego wzrok, a kiedy James zniknął za drzwiami sypialni, aż zrobił zatroskaną, zawiedzioną minę. Poczekał jednak na kanapie, skubiąc ser.
Jego gość na szczęście, dosłownie po chwili, wrócił, niosąc w dłoni telefon. Był nie najnowszy, ale w etui, więc niezniszczony. James usiadł z nim znowu na kanapie.
— Podać ci?
— Mhm, już… — Walt sięgnął do spodni, gdzie miał schowany telefon. — Już.
James podyktował mu powoli swój numer.
— Puścisz mi sygnał, czy podasz? — spytał, nauczony już, że kiedy ktoś podawał numer, to nie zawsze był on prawdziwy. Sam to robił czasami, kiedy nie chciał już z jakimś facetem się spotykać na seks, a z Walterem chciał jeszcze się zobaczyć. Chociażby jeszcze raz, aby ten go wziął.
— Już ci puszczam… — odparł prawnik, zapisując jeszcze numer jako Jimmy i puścił mu sygnał. Gdy dzwonek na telefonie nauczyciela się odezwał, rozłączył się i uśmiechnął do niego. — I już.
James skinął głową i też zapisał Waltera, pod jego pełnym imieniem i nazwiskiem. Jak wszystkich w swojej książce telefonicznej.
— Dzięki.
— Nie ma za co. I na pewno nie chcesz pożyczyć sobie jakichś ciuchów? Mam kilka koszul na zapas. Jak chcesz, możesz też skorzystać z prysznica — zachęcił go Walt.
James spojrzał na siebie, po czym na Waltera. Branie prysznica u niemalże obcych sobie mężczyzn wydawało mu się znajome, branie od nich ubrań już mniej.
— Z chęcią wezmę ten prysznic… a co do ubrań. Nie wiem, będą na mnie wyglądać jak na strachu na wróble. I kiedy ja ci je oddam?
— W piątek, jak się zobaczymy — odpowiedział od razu prawnik i uniósł się z kanapy. — Łazienka jest tam. — Wskazał mu drzwi naprzeciwko tych, które prowadziły do sypialni. — A ja pójdę znaleźć dla ciebie jakieś ubrania. Mam jedną dość wąską koszulę, nie powinna za bardzo wisieć.
James skinął głową, wstając i odkładając swój telefon komórkowy na stoliczek.
— To ja… to ja pójdę się umyć — rzucił i pomaszerował do łazienki, nadal zawinięty w biały materiał prześcieradła. Obejrzał się jeszcze za Walterem. Powinien bardziej myśleć o zmarłej ciotce niż o tym mężczyźnie.
Ten, uchwyciwszy jego spojrzenie, uśmiechnął się do niego. Potem jednak szybko zniknął w sypialni, by znaleźć mu ubrania. James od razu spłonił się i schował się w łazience, aby dobrze się umyć i trochę się odprężyć.
Dopiero gdy skończył się myć i zdążył już wyjść z prysznica, usłyszał ciche pukanie do drzwi.
— Znalazłem i spodnie, i koszulę, i nawet pasek, jakby za bardzo wisiały. Mogę wejść, czy zostawić ci pod drzwiami? — usłyszał przyjazny głos prawnika.
James szybko owinął się ręcznikiem i rozejrzał głupio po łazience, jakby nagle za umywalką miało otworzyć się tajne przejście.
— Um… no… chyba możesz, jeśli… chcesz — wydukał w końcu.
— To uwaga, wchodzę — odparł Walt i wszedł do łazienki. Sam miał już zapiętą koszulę i na ramiona zarzuconą czarną marynarkę. W ręce trzymał złożone ubrania. Jakoś tak odruchowo zlustrował Jamesa. — Proszę, zostawię ci na szafce — powiedział, obchodząc mężczyznę, by odłożyć mu rzeczy.
James uśmiechnął się tylko z zakłopotaniem i pokiwał gorliwie głową.
— Dziękuję. Mam nadzieję, że… no, że nic się nie stanie z nimi — mruknął, zasłaniając się lekko ramieniem i kładąc prawą dłoń na lewym. Drugą trzymał się za ręcznik po przeciwległej stronie ciała.
— Jak nie będziesz w nich chodził po skałkach, to nie powinno. — Walt uśmiechnął się i cofnął się do drzwi. — Wybacz, już wychodzę — dodał i zamknął za sobą drzwi, by zostawić go samego i dać mu się spokojnie ubrać.
James aż pozwolił sobie na ciche westchniecie. Oblizał jeszcze usta i zaczął się ubierać. Jak przewidział, wszystko na nim wisiało jak na wieszaku. Nawet pasek od spodni ledwo go spiął. Musiał zapiąć się na ostatnią dziurkę, a i tak był luźny. Nie cierpiał tego w sobie. Poza tym „wąska” koszula wcale nie wyglądała na nim tak, jak powinna. Przynajmniej przy tym wszystkim nie był niski. Chociaż sam nie wiedział czy przez to nie wyglądał jeszcze bardziej chudo. Nic jednak nie mogąc teraz na to poradzić, wyszedł z łazienki.
Walt właśnie pakował jakieś dokumenty do neseseru, który postawiony miał na kredensie. Słysząc, że drzwi się otworzyły, uniósł tam wzrok.
— I jak, odświeżony? — zagadał i zapiął klamry.
— Tak. Dziękuję za możliwość skorzystania z łazienki. — Uśmiechnął się blado i że nie miał co zrobić z dłońmi, wsunął je w kieszenie za dużych spodni.
— Nie ma za co. Jedziemy, tak? — zapytał Walt, biorąc neseser do ręki i ruszając, by ubrać buty.
— Mhm, tylko wezmę swoje ubrania, bo muszę je oddać do wypożyczalni — rzucił jeszcze James i podbiegł do sypialni, aby zabrać garnitur. Kiedy wracał, chwycił jeszcze swoją komórkę.
Walt już czekał na niego przy drzwiach, a kiedy i James ubrał buty, wyszli razem z pokoju. Dopiero teraz James mógł zobaczyć, jak hotel był urządzony, bo gdy tu przyjechali, spał głęboko. Walt też o tym pomyślał i uśmiechnął się do niego lekko, gdy schodzili do windy.
— Jesteś bardzo lekki — rzucił do niego. — Ale wygodnie się ciebie niosło.
James skrzywił się, płonąc jednocześnie na polikach.
— Już taki jestem… I naprawdę nie chciałem ci tak usypiać w samochodzie. Mogłeś mnie obudzić, a nie robić sobie taki kłopot — jęknął, od razu się tłumacząc i opacznie rozumiejąc motywy Waltera.
— Żaden kłopot — odparł od razu Walt i wszedł z Jamesem do windy, a gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, odwrócił się do niego i lekko przycisnął go do ścianki, muskając jego usta swoimi. — To naprawdę sama przyjemność ciebie gościć. Mam nadzieję, że czujesz się lepiej niż wczoraj.
James od razu spuścił głowę, nie chcąc, aby ktokolwiek z ochrony go widział. Położył nawet dłonie na ramionach Waltera i delikatnie go odepchnął.
— Tak. Ale nie tu — poprosił słabo.
— Przepraszam — odparł od razu Walt i rzeczywiście się cofnął. Odetchnął w duchu. Z każdą minutą zamiast się opanować, coraz bardziej pragnął tego mężczyzny. Uśmiechnął się jednak tylko i opanował swoje pragnienia.
James jeszcze odpowiedział delikatnym uśmiechem, ale już trzymał się na dystans. Nie wydawał się też przy tym urażony tym pocałunkiem w windzie.
Po drodze wymienił jeszcze z kilka zupełnie niezobowiązujących uwag o mieście, aż w końcu Walter odstawił go pod same drzwi domu Wendy Peterson.

23 thoughts on “In Out In – 11 – Nie powinienem?

  1. Katka pisze:

    Damiann, ooo, ciśniesz IOI. Fajnie :D No i każda osoba ma to swoje drugie ja, więc nie ma się czemu dziwić :D Zresztą, James jest na to idealnym przykładem, bo on taki nieśmiały i spokojny, więc nikt by go nie posądzal o to, co robi w łóżku XD

  2. damiannluntekurbus17 pisze:

    Kto by pomyslal w ogole – James to taki wstydliwy typ, a jak widze to lubi sie zabawiac z przypadkowymi facetami. Nie zna faceta, a juz chce isc do hotelu. Walt nie lepszy. Pocalunek na pierwszym spotkaniu. Ciche wody brzegi rwa xd

  3. Katka pisze:

    Luinlos, hehehe, kto wie, co się stanie w Anglii. Dramaty są mniejsze i większe, więc nic nie wykluczam, ale też nie straszę XD Co do Jima masz duuużo racji. Bardzo pasuje do Walta, obaj się uzupełniają w znacznie większej ilości aspektów, niż Walt z Albertem. Jeden potrzebuje tego, co drugi jest mu w stanie zapewnić i odwrotnie. „Al tolerował charakter Walta, ale jakby mógł to by go chętnie zmienił” – haha, taaa, oni w ogóle obaj mieli takie niezdrowe ciśnienie polegające na chęci zmienienia partnera, a raczej dostosowania go pod siebie. To się musiało źle skończyć XD

  4. luinlos pisze:

    Katka, napisałaś w odpowiedzi na komentarz Kan: „Ale jak już wspominałyśmy, jeden wielki dramat na kilka opowiadań wystarczy.” Proszę, niech to oznacza, że w Anglii nic okropnego się nie stanie, bo dramat w IOI jest wystarczający…

    Widzę, że ludzie mają skrajne opinie na temat Jamesa. Jak dla mnie, to mniejsza o to, czy jest do lubienia czy nie, ale on zwyczajnie pasuje do Walta. Jest dokładnie taką osobą, której prawnik potrzebuje – nie buntuje się, jest łatwy to pokierowania, potrafi się dostosować, może trochę nieoswojony i niepewny ale generalnie dość spokojnie poddaje się silniejszym wpływom. Ha! Co więcej! On takiego dominującego partnera nie tylko toleruje – jemu jest w takim związku i na takiej pozycji DOBRZE (Al tolerował charakter Walta, ale jakby mógł to by go chętnie zmienił).
    Więc nie ma co marudzić, że jest taką troche ofiarą życiową, bo Walt najwidoczniej takiej odobistej ciamajdy potrzebuje. Będąc w związku z księdzem, Walt chciał go wyzwolić i jakby otworzyć na nowe możliwości (było to jakby wyzwanie), w zwiazku z Jamesem też ma wyzwanie – oswojenie partnera i troszczenie się o niego – ale w tym wypadku jego starania są akceptowane. Może troche w nieśmiały sposób (w końcu to dla Jamesa nowość, że ktoś go szanuje i że komuś na nim na prawdę zależy), ale jednak James lubi taki rodzaj troski.

  5. another69 pisze:

    Katka >> Oooo tak! David był wtedy cudowny! Takie trochę zapłakany, biedny i uroczy ;p Mam ochotę wrócić do tych pierwszych rozdziałów :D

  6. Katka pisze:

    Another, to bardzo specyficzne podejście, by lubić postacie za ich wady. Ale mi się podoba, żeby nie było! To takie fajne docenienie tego, co jest w środku, całokształtu, a nie tylko jaranie się tymi dobrymi stronami :D Idealizowanie jest bardzo złe i faktycznie, jest ku temu tendencja w wielu przypadkach, ale na szczęście jeszcze jakieś perełki się zdarzają. Choć przyznam, że nie jestem za bardzo na bieżąco z nowościami. Och, a to burito jest przesłodkie! Kojarzy mi się teraz nie tylko z Jamesem, ale i Davidem, który (w tych początkowych rozdziałach NBTS) przyszedł do pokoju Shane’a tak owinięty w kocyk :D

  7. another69 pisze:

    Shiv >> Nie nie lub Jamsa ;p Rozumiem, że może wkurzać to, że twoja własna postać jest sierotką Marysią i ma dużo wad, jednak chyba w tych wszystkich wadach jest ten urok… Jak chociażby Shane i David – ja ich kochałam głównie za ich wady ;p No i w naszym Jimmim jest przez to coś słodkiego. W ogólne to w Waszych opowiadaniach najlepsze jest to, że właśnie każda postać jest całkiem inna ;p Nie ma dwóch takich samych charakterów i to jest dobre bardzo. No i nie ma jakiś ideałów jak w większości książek, które teraz wychodzą i są tak popularne :/ No błagam, ci wszyscy bohaterowie są jednowymiarowi…

    Co do jedzenia to chyba właśnie to słowo „tost” bardziej by pasowało niż kanapka, mimo że to to samo. Bo jak się czyta „tost” to jeszcze skojarzysz, że takie śniadanie mogą tam podawać, a „kanapka” jakoś tak nie za bardzo ;p Ale ja kurde nie wiem… W życiu z Polski o centymetr się nie ruszyłam xD A bym chciała.

    Kocham Jamsa burito, bo sama jak jestem z chłopakiem i mi odbije coś, to biorę kocyk, zakręcam się i krzyczę „jestem burito! Zjedź mnie!”, a on patrzy się jak na chorą psychicznie i udaje, że mnie nie zna… Serio piszę xD

    Jak dla mnie, słaba samoocena Jamsa już jest chyba mu pisana, ale chciałabym jednego – żeby uwierzył, że Walt go Kocha. Tak naprawdę Kocha. Bo to bardzo niezdrowe dla związku i dla niego samego.

    Katka >> „Ale jak już wspominałyśmy, jeden wielki dramat na kilka opowiadań wystarczy” – I bardzo dobrze! Nie chcę powtórki z rozrywki…
    I boję się aż tych rozdziałów, gdzie będzie np. pogrzeb Shana i Davida, bo będę pewnie ryczeć jak bóbr… Ale domyślam się, że zakończenie będzie bardziej pomysłowe, niż takie jakie sobie wymyślam, bo umiecie zaskakiwać ;p

  8. Katka pisze:

    Kan, czy będzie nawiązanie do wypadku, to się sami przekonacie, hehe, wiesz, nie chcemy za wiele zdradzać i mimo że to byłby tyci spoiler, to jednak spoiler, a ja je osobiście tępię, jak mogę XD Ale jak już wspominałyśmy, jeden wielki dramat na kilka opowiadań wystarczy XD

  9. kan pisze:

    Czy to znaczy, że będzie jakieś nawiązanie do wypadku Shane’a i Davida ?! Dopiero teraz do mnie dotarło, że jeśli akcja tego opowiadania ma toczyć się po zakończeniu NBTS to może wyjaśnicie czy zginęli czy też udało im się przeżyć.
    Mam nadzieję, że tego nie zakończycie wypadkiem, rozstaniem czy jakimś innym równie smutnym wydarzeniem ;d

  10. Katka pisze:

    Tess, hehe, tak, taka rola Jamesa. Że jest własnie taką malutką zachudzoną kluseczką (co za oksymoron), którą się chce zaopiekować i zapewnić jej dużo mocnych przytulasów. Choć oczywiście, co człowiek, to inny gust i inne spojrzenie na sprawę, więc nie można mieć nadziei, że każdy będzie na niego reagował tak jak Walt. Aaaaale to i tak mega cudne czytać takie opinie jak Twoja, hehe. A orientujesz się dobrze, akcja będzie się dziać jeszcze po tej w NBTS. Ciekawe jesteśmy (jak zwykle) jak się Wam spodoba zakończenie tego opowiadania, a tym samym, jak odbierzecie etap, na którym stanie ich związek :) Ale to w swoim czasie. „niech James się nie wiesza xD” – haha, spoko, myślę, że nie zamierza XD Pozdrowionka! :*

  11. Tess pisze:

    Tak pospiesznie przejrzałam komentarze i jestem w szoku.
    Ja Jamesa lubię bezgranicznie, wzbudza we mnie instynkt opiekuńczy i chyba taka jego rola, nie? Nie wiem. Ma być taką małą, uroczą kupką nieszczęścia, pełną kompleksów i niepewności, którą ma się tylko ochotę przytulić i dodać trochę otuchy. Walta rozumiem w 100%. O ile dobrze się orientuje, to akcja tego opowiadania będzie się toczyć jeszcze po akcji w NBTS, więc James może się zmienić, nie jest powiedziane, że związek z Waltem tego nie zrobi (chociaż, że to zrobi też nie, tak tylko gdybam).
    Ja jestem wielką fanką pary Walt – James, więc niech James się nie wiesza xD To takie małe odniesienie do komentarza Shinu.
    Nie mogę doczekać się następnego rozdziału. Kocham was normalnie :*

  12. Shivunia pisze:

    Tigram >> „Tzn, tak pro forma to można by na brak seksu ponarzekać, ale jak napisałam że nie ma na co to się powstrzymam. ” lol XD genialna logika Tig. A seks, no sama wiesz, że nie może być zaaaaawsze i wszędzie. Ale spokojne, nie przechodzimy na wersje „no erotic” więc bez stresu. Co do Jamesa… oj, bo nie każda postać (przynajmniej wg nas) nie może być chodzącym ciasteczkiem. Dlatego jak Walt jest wulkanem tęczowego optymizmu, to dostał małą depresje z zaczątkami anoreksji aby miał w kogo „rzygać tą tęczą” XD
    A i James… no taki jest XD Pomaga myślenie o nim jak o zachudzonym, brudnym, bezdomnym kociaku z uszkodzonym uszkiem (lol)

    Shinu >> „to niech się w końcu idzie powiesić,” – trochę smutne jeśli mam być szczera. Nie bronie Jamesa, sama uważam że nie zaszkodziło by mu ogarnięcie się, poczucie się kimś ważnym. W końcu jest ktoś kto się nim szczerze zainteresował… ale to tak jak mówienie osobie z depresją aby poszła się powiesić. To dodatkowe jej gnębienie. Nie każdy jest super przebojowy, ma silną osobowość i umie się dostosować do życia i stawić mu czoło po tym jak rodzice doszli do wniosku że go nie znają, po tym jak dostał kopa w dupę niejeden raz, a po kilku razach i tym jak został potraktowany jak szmata zaczął serio w to wierzyć. Jamesowi nie zaszkodził by dobry lekarz a nie stryczek.
    I nie ma co wybaczać, to twoja opinia. My tu tylko piszemy. Dobrze w sumie, że postać wywołuje emocje ;)

    yake >> Dzięki za uwagę, bierzemy ją pod uwagę… jednak aby nie było, ze tylko kiwniemy głową i olejemy sprawę trochę się potłumaczę. Po pierwsze nie będziemy pisać o polskich realiach, bo ich nie lubimy i nawet jakby nas to miało uchronić prze takimi zbrodniami na ludzkości jak pisanie o kanapeczkach to … no trudno. Nie. Nie wiem też gdzie „ciągle” robimy te błędy. Nie wiem, chyba nie piszemy o cmentarzach na których są cale mogiły i leży tona kwiatów. Nie piszemy o jedzeniu na obiad kotleta schabowego z ziemniakami. Serio, staramy się aby to co piszemy było odpowiednie do tego jak jest. Ale. Nie da się pisać po polsku używając angielskich słów. Czasami musimy nazwać coś polskim słowem, nawet jeśli skojarzenie jest z polskimi rzeczami. Bo czym różni się Sandwich od kanapki?
    Dobra… nie wiem. Może niepotrzebnie się tłumacze. Fajnie, że czytasz, mimo tego jaki mamy brak znajomości tamtej kultury. Niestety jeszcze nie mieszkam w USA a jedynie odwiedzam.
    Pozdrawiam serdecznie i dzięki za uwagę. Mamy nadzieje ze za bardzo nie wkurzyłyśmy ;)

    Adele >> James… nie wiem czy ma anoreksję. Może ma niedowagę… dobra na pewno ma niedowagę, ale co do tych mdłości. To dlatego, że jest jeszcze ledwie żywy. Trochę się wypłakał, źle się czuje i jest ogólnie w podłym stanie. Ja sama mając kilku kilową nadwagę mam czasami dni kiedy widząc jedzenie robi mi się mdło. Ale spoko, gwarantuje że nie umrze od tego.

    Another69 >> James jako Bella… ok, jest źle. Zaczynam sama nie lubić Jamesa. Nie wiem no… jest ofiarą życiowa. Kopen w dupen mu nie pomaga. Może go… nie wiem. Udziela mi się głupi. Nie powinnam odpowiadać na komentarze na jego temat bo łapie mnie depresja. Ta pipka siedzi mi w głowie i potem jak czytam jaki jest żałosny zamiast stanąć za własną postacią murem, mam ochotę bardziej jeszcze po nim pojechać. A najlepiej to w ogóle go zmienić, aby jadł, był bardziej pewny siebie i tak nie drażnił. Odbiegłam od tematu.
    Co do śniadania. Uch, no w hotelu w stanach byłam daj boże raz w tym roku, kilka lat temu chyba dwa. I pamiętam, że do pokoju w ogóle nie zamawialiśmy jedzenia. Ale w lodówkach w pokojach były takie kanapki. Z obleśnym jajkiem i i ich obleśnym majonezem i tuńczykiem. takie trójkątne. Były chyba jeszcze z jakaś „padliną”. A na śniadanie w domu jak byliśmy to dzieciaki jadły kanapki. Znaczy… dla mnie to kanapki. bo jak coś wygląda jak kanapka to jest kanapką mimo że ktoś mądrzejszy nazwałby to tostem. Bo jak nazwać, masło, szynkę i ser położone na bułce podgrzanej w tosterze? Znowu odbiegłam od tematu. Shit.
    James burito… no cóż. To akurat mnie też urzeka w nim. I muszę przyznać że debilne amerykańskie prześcieradła idealnie nadają się na robienie z siebie burito. I podoba mi się to co mówisz o niskiej samoocenie i puszczaniu się ;) Chociaż to takie słabe że James w siebie nie wierzy :(

    Aisling >> Od razu dzięki za miłe słowa na koniec. No staramy się jak możemy, chociaż nie zawsze jak widać wychodzi idealnie. Dobrze jednak że się podoba ;)
    Co do Jamesa… no ma skrzywioną psychę i w słodkim Waltowym podrywie niestety nie widzi tylko tego. A szkoda. Pewnie było by im obu łatwiej. „Mimo smutnego zdarzenia to jednak było nawet romantycznie nad jeziorem.” No, bo jednak trzeba pamiętać, że niedawno zmarła mu ciotka. Jedyna akceptująca go osoba w rodzinie. I tak osobiście uważam ze James bardzo dzielnie się trzymał jak na taką stratę.

    Marta >> No w tym rozdziale może można dać mu lekki upust. W końcu jest po pogrzebie, to nie jest łatwy moment w życiu. A i został sam jak palec, nie wie gdzie się podziać. Musi się znowu wynieść z czyjegoś domu, gdzie każdy na niego patrzy jak na intruza. Jednak, rozumiem że może wkurzać. Może też się w końcu ogarnie i nie będzie cie tak wkurzał.

    Floo >> „Martwi mnie tylko Al, że się przypałęta i będzie chciał im namieszać, przysięgam ze jak to zrobi to nic go nie uratuje i poszczuje go miśkiem” Poszczujesz go misiem. Myślę że możesz spróbować z tęczową flagą. Też ucieknie. Albo różowym flamingiem. Tylko ze wtedy ofiara James tez zwieje. Walt go chyba jednak wtedy jakoś zatrzyma. Nie puści już przecież swojej własnej osobistej porażki życiowej. Każdy musi mieć przecież swoje małe nieszczęście, a Walt ma swoje w postaci Jamesa. Którego, spokojna głowa, na pewno już niedługo będzie zaduszał na śmierć z uwielbienia.

    Enid Partenopajos >> Jak słodko. Jak Walter Jamesa obrzuca serduszkami tak ty chyba nas ;) I ten ołtarzyk mrrr, słodko. Cieszę się, że zarówno Walter z tą swoją promieniująca szczęściem i lukrem osobowością i James, chodzące nieszczęście cie urzekli. I chcesz im stawiać ołtarzyk. To słodkie.Az też nie mam więcej do powiedzenia.
    A co do Ryana… no już tysiące razy chyba mówiłam że mamy słabosć do Ryana i Lennego. I jeśli to nie szkdzi ZA bardzo tekstowi to ich upychamy w tekst. Nasza wielka wielka słabość.
    Powtórzenia… wiem, ale czasami tak się nie da ich uniknąć. Bo Kat napisze jakieś fajne słowo i od razu mi ono zostaje w głowie, a ponosząc się emocjami, potem sama go używam. I nie wyłapuje się potem tego i takie kwiatki wychodzą. Może jakbyśmy mniej pisały i miały więcej czasu na każdy rozdział te były by bardziej staranne i ładne.
    No i tez pozdrawiamy cieplutko ;)

    Kan >> Masz racje. James niestety nie ma złych przeżyć z jednym facetem, a z kilkoma. I mogę zaświadczyć że nim zaczął spotykać się wyłącznie na seks, próbował też inaczej. Można tylko się domyślić jak to się kończyło. Jest bardzo uległym charakterem, więc… no :( A to jak szybko Walt go „porwie” i dotrze do niego, nie mogę powiedzieć, ale zaręczam że tą drogę postaramy się opisać jak najciekawiej. Abyście nie żałowali czekania na kolejny rozdział.

    I dziękujemy ślicznie jeszcze raz za wszystkie komentarze ;)

  13. kan pisze:

    Jimmy i Walt <3 Uwielbiam tę parę i kiedy czytałem jak Walt opiekował się nauczycielem, jak bardzo go rozczulał to tak mi się ciepło na sercu zrobiło ;d
    Nie wytrzymam do następnego rozdziału ;d Czuję, że mimo wszystko przed Waltem długa droga bo Jimmy został nauczony przez życie, że związki z mężczyznami jakiekolwiek są oparte na seksie i tylko na tym i trudno mu będzie przełamać się do Walta, już teraz to było widać ;d

  14. Enid Partenopajos pisze:

    Achh…jakie to było kochane i urocze. Najukochańsze i najbardziej urokliwe ze wszystkiego co jest na świecie! Będę czekać z niecierpliwością na kolejne. Z niewysłowioną niecierpliwością!
    Ogółem rzecz ujmując odpadłam przy kilku scenach. A raczej dialogach XD np. przy tym:
    „Drugi mężczyzna odetchnął nisko i także oblizał wargi.
    — Już? — wypalił, nim pomyślał.
    Walt zaśmiał się na to lekko.
    — Za krótko?”
    Geniusz :D na prawdę za nimi zaczynam szaleć, zrobię im ołtarzyk, zaraz obok Ryanka i Lenniaka. Seriously. Coś bardziej konstruktywnego hmm…do Waszego stylu nie ma się co czepiać, do treści też nie jedynie w jednym miejscu coś zgrzyta, jakieś tam powtórzenie, ale nie mogłam teraz znaleźć jak przeglądałam tekst xD Nie mam nic innego do zarzucenia, więc cała reszta mi się podoba, więc…dlaczego moje komentarze zawsze tak mało wnoszą? :c Tak czy inaczej powtórzę po raz któryś – uwielbiam Was! I jeszcze za to, że wplotłyście Ryanka do ostatniego rozdziału FDTS, bo już myślałam, że nie ma szans się pojawić. I miło było poczytać znowu o gołąbeczkach. A Alex ostatnio zaczyna mnie kręcić tym swoim zachowaniem. Tracący swoje opanowanie w łóżku…mrau. Ale kto nie straciłby opanowania przy Jasonie? XDD
    Pozdrawiam tulę i kocham XD a przede wszystkim czekam na kolejny rozdział! Jimmy!!! <3 Walterek kochany awww <3

  15. Floo pisze:

    Rozdział cudny! Walt był słodki, jak tak czule zajmował sie Jimmym. A Jimmiemu przyda się nareszcie trochę ciepła i troski, Walt musi się nim opiekować. Ja Już chcę piątek i to ich spotkanie, a najlepiej żeby już zamieszkali razem.
    Martwi mnie tylko Al, że się przypałęta i będzie chciał im namieszać, przysięgam ze jak to zrobi to nic go nie uratuje i poszczuje go miśkiem? Bo Walt pewnie będzie chciał spokojnie i pokojowo…. O, albo wsadzę mu petardę w tyłek, hiehiehiee… co? że nie humanitarne? A jak misiek sie zatruje?! To będzie dopiero niehumanitarnie!
    Tak czy siak, na pohybel Alowi! A Walt niech już uwodził Jimma i zabiera go do siebie :D

  16. Marta696 pisze:

    Niech ten James się ogarnie,bo już nie można słuchać tego pitolenia.Masakrycznie wkurza mnie to.

  17. Aisling pisze:

    James slodziusi i biedny… Takie wrażliwe, dobre stworzenie :-) , aż ma się ochotę go pocieszyć. Mimo smutnego zdarzenia to jednak było nawet romantycznie nad jeziorem. Walt taki zdecydowany… A tu musi uważać by Jimmy nie wziął czegoś inaczej niż jest. Takie super podchody miłosne…

    XD Jak zawsze dajecie z siebie wszystko i oby tak dalej

  18. another69 pisze:

    Uh, co ja tu mam napisać… Widzę, że dużo osób tu nie przepada za Jamsem i przyznaję, że chłopak… Znaczy facet tak naprawdę, ma swoje wady i da się go nie lubić. Ale ja osobiście stoję za nim murem ;p Znałam parę takich osób i zawsze miałam do nich dziwną słabość, nie w sensie, że miałam ochotę się z nimi przespać, ale w takim, żeby je wesprzeć, np. Kopem w dupę. Bo czasem to lepsze niż tulenie i mówienie miłych rzeczy, ale to też zależy od osoby.
    Dobrze mi się czyta gdy Manson tak troszczy się o Jimmiego, chociaż nie lubię czytać o tym, jak nauczyciel sam siebie nie toleruje i jakie ma niskie mniemanie o sobie. Kojarzy mi się w jakiś dziwny sposób z Bellą ze „Zmierzchu” xD Taka niezdara, zero pewności siebie i ciągle myśli „nie zasługuję na niego”. Chociaż w przypadku Jamsa to aż tak mnie nie razi, może dlatego, że to facet. Jestem straszną feministką i gdy czytałam jak ta Bella myśli o swoim ideale i ocenia samą siebie to mi się rzygać chciało ;p Pewność siebie to podstawa!
    Z tym śniadaniem to racja, że kanapki z pomidorkiem, szynką itp. kojarzą mi się z typowym Polskim śniadaniem i chyba bardziej mi tu pasuję jakaś jajecznica z bekonem czy coś… Sama nie wiem o tym dużo, nigdy nie byłam poza Polską, więc nie będę się w tym temacie wymądrzać.
    Sama siebie nie rozumiem, ale nie czuję tu jakiejś wielkiej potrzeby, by już uprawiali ten seks. Chyba w tej chwili bardziej interesuje mnie to co będzie się dziać w ich głowach i serduchach.
    I przyznaję, że liczę też na szybką, fajną akcję a potem powrót ATCL xD Chociaż nie lubię żegnać się z opowiadaniami. A Manson jest boski…

    Heh, no i nadal mam przed oczami wizje Jamsa zawiniętego w prześcieradło, to jakieś takie urocze, jak wiele rzeczy z nim związanych xD Taki słodziak i niewiniątko… A tak naprawdę to niezła wywłoka z niego. No ale jakby patrzeć na to z punktu psychologicznego, to większość ludzi z niską samooceną, po prostu się puszcza, żeby ją podwyższyć… Chociaż u niego to jeszcze bardziej pokręcone, nie będę teraz tego rozkminiać, bo jestem po paru tabletkach przeciwbólowych i nie chcę czegoś palnąć xD
    Taaak czy owak, chcę następny rozdział… Szkoda, że jutro nic nie wychodzi, bo zawsze w piątki jak jestem w świetlicy (nie chodzę na religię) to mam przy sobie tableta i czytam Wasze opowiadania ;p Dobrze, że nikt mi za ramie nie zagląda…

  19. Adela pisze:

    Zgłodniałam jak to tak czytam… Czy Peterson nie ma może problemów z anoreksją? Biedaczek tak mało je i ma odruchy wymiotne na widok jedzenia.

  20. yake pisze:

    Dziewczyny lubię te wasze opowiadania ale czasem mi krew podgrzewacie, zapytam się; jakie k….a kanapeczki na śniadanie? Ogólnie chodzi mi o sferę obyczajową, każdy kraj ma swoją specyfikę, Tam się nie jada śniadań po polsku. Chyba że emigranci z Polski. Ciągle macie różne wpadki wynikające z braku znajomości tamtej kultury, czasem mnie to śmieszy ale dzisiejsze kanapeczki mnie wkurzyły. Na koniec nie przejmujcie się moim utyskiwaniom ale naprawdę polskiego stylu życia nie da się przenieść do wielu krajów. Pozdrawiam

  21. Shinu pisze:

    Jak sobie pomyśle, że w NBTS James i Walt byli ze sobą już chyba jakieś 4 miesiące(nie pamiętam dokładnie), a i tak James miał wielkie problemy z zaakceptowaniem tego, że Waltowi na nim serio zależy to chce mi się śmiać.
    Kiedyś za wszelką cenę chciałam potrząsnąć Jamesem i krzyknąć mu prosto w twarz, żeby się ogarnął… teraz jak o nim czytam, to mam ochotę mu powiedzieć, że skoro uważa siebie za takie wielkie zero i myśli, że jest niepotrzebny na tym świecie, to niech się w końcu idzie powiesić, bo takim pitoleniem to tylko irytuje. To mu nie pasuje, tamto mu nie pasuje, a bo ja jestem taki, a taki, nikt mnie lubi, och, jaki ja jestem biedny… chcesz być inaczej traktowany, to zrób coś ze sobą, a jak nie to GTFO!
    Och, wybaczcie dziewczyny, ja wiem, że on ma być tego typu bohaterem, ale… ale… no ja po prostu nie mogę z nim już!
    xD

  22. TigramIngrow pisze:

    Nie wiem co powiedzieć. Akcja leci do przodu, w ślimaczym tempie akurat w tym odcinku, ale leci więc nie ma co narzekać. Tzn, tak pro forma to można by na brak seksu ponarzekać, ale jak napisałam że nie ma na co to się powstrzymam. James… ummm… no co ja o Jamesie będę mówiła, jak Wy go lepiej znacie niż ja i pewnie jakieś pokłady energii w nim drzemią, szkoda tylko, że tak głęboko. Walt jak normalnie bez oporów to teraz coś się opamiętał, co te pogrzeby robią z ludźmi, szkoda gadać, aż strach na nie chodzić. No nie mam pomysłu za grosz jakby to skomentować to jakoś wartościowo, więc będzie bez wartości. Puste kalorie. Jamesowi to sondę trzeba zaaplikować albo glukozą poić. Względnie zamknąć w klatce i paść, ale to chyba już było… „Jaś i Małgosia” bodajże. Chude to, niemrawo skubie to jedzenie. Nie dać przez tydzień jeść może by się opamiętał? Albo chociaż zgłodniał…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s