In Out In – 10 – Pożegnania

Nie minęło dużo czasu od świąt, ale Walt i tak chodził cały czas w takim świątecznym, wesołym nastroju. Widocznie był bardzo zadowolony z tego wyjazdu. Nie było się co dziwić. Obiad wyszedł im naprawdę niesamowity i mimo że tylko jedna kobieta, Anne, gotowała, a Albert i Walt robili za sporadyczną pomoc, to wyszło bardzo dużo jedzenia. Wspólnie spędzili całe święta, ubierali choinkę i plotkowali. Nawet udało im się zbudować wielkiego bałwana przed domkiem. Aż szkoda było wracać do miasta.
Teraz, gdy już ozdoby świąteczne powoli znikały ze sklepów, atmosfera ulatywała wraz z nimi, ale prawnik nie smutniał. Z Albertem nie kłócił się aż tak dużo jak to zwykle bywało. No… może wczorajsza awantura o pozycję w łóżku nie należała do przyjemnych, ale starał się o niej nie myśleć. Wiedział, że nie tak powinny wyglądać związki, gdzie każda ze stron ma zupełnie odmienne poglądy i nie boi się trzymać ich uparcie i czasem zaborczo. Ale starał się, by ten związek trwał i było w nim im obu dobrze.
Otrzepał rękawiczki ze śniegu i wszedł do windy, by wjechać na piętro, gdzie mieściło się jego mieszkanie. Właśnie wracał z wywiadu dla miejscowej telewizji, w której opowiadał o społeczności homoseksualnej wśród pracowników sądownictwa. Nawet sam wspomniał, że jest w stałym związku i podał imię Alberta, ale nie to, kim jest i kim był. Uważał, że to niegroźne dla kochanka.
W ogóle był pod miłym wrażeniem, że coraz częściej teraz wszystkie takie programy nadawane są na żywo. Nikt nieżyczliwy niczego nie okrajał z jego wypowiedzi, nie było cenzury. Wszystko mógł przedstawić tak, jak widział i naprawdę swoimi słowami.
Ciekaw był, czy Albert oglądał jego występ. Miał nadzieję. Uważał, że to, co robił, prowadziło w jakiś sposób do większej tolerancji. W końcu chodziło o uświadomienie innych ludzi w tym, czym żyje ich społeczność, jaka jest, że niewiele różni się od wszystkich innych ludzi i że prawa powinny być równe. Dlatego był na swój sposób z siebie dumny.
Wyszedł z windy i w drodze do mieszkania już zdejmował rękawiczki i szalik.
— Jestem! — zawołał od progu, gdy go przekroczył.
Nie czekał długo na odpowiedź. A raczej bardzo krótko, bo najpierw zobaczył Alberta, jak prawie wypada z salonu, a następnie ciska w niego pilotem od telewizora.
— Co ty, do diabła, odwalasz?! Już do reszty straciłeś zdrowy rozsądek?! — krzyknął na prawnika, zbliżając się jeszcze bardziej. Bardzo, bardzo delikatnie mówiąc, nie był ucieszony.
Walt zastygł i uniósł brwi, nie wiedząc, co się dzieje. Podniósł powoli pilota.
— O co chodzi…? — zapytał ostrożnie.
— O telewizję! Do reszty już zgłupiałeś!? — Albert krzyczał dalej. Był aż czerwony na twarzy, a dłonie ściskał w pieści.
Na te słowa Walt ściągnął mocniej brwi i odłożył pilota na szafkę.
— Dlaczego? Mówiłem ci, że będę w wywiadzie. To, co ci ludzie robią, jest dobre. Nie zaczynaj znowu tych swoich kazań, jak bardzo grzeszne jest bycie homoseksualistą — odpowiedział ze zniecierpliwieniem.
— Nie zaczynam! Jestem „tylko” wściekły na ciebie, że mnie w to wszystko wplątujesz! Po co, do diabła, gadasz całemu miastu, że jesteś ze mną, co? No powiedz mi, po co?! Ile razy już ci mówiłem, że nie jestem tobą i nie zamierzam wywieszać się jak kolorowa flaga na maszcie?!
Walt zamrugał, zdziwiony, że to o to chodzi. I po raz kolejny zdał sobie sprawę, jak trudno się żyje z Albertem. Jak ciężko czasem było im dojść do porozumienia na wielu płaszczyznach i jak dla jednego coś było błahostką, dla drugiego czymś niemożliwie ważnym. Nie zawsze potrafili to wyłapać.
— Al, mieszkamy w Milwaukee! Nie w jakiejś wiosce, gdzie jest tysiąc mieszkańców na krzyż. Nikt nie będzie cię wytykał na ulicy palcami — odpowiedział poważnie i odwiesił płaszcz na wieszaczek.
— Och, bo najlepiej bagatelizować moje problemy! — Albert fuknął ze złością i zabrał pilota z szafki, gdzie odłożył go Walter.
— Nie bagatelizuję twoich problemów — zirytował się prawnik i podszedł do niego, gdy jeszcze pozbył się butów. — Tylko wściekasz się o to, że powiedziałem, że mam partnera. Kobieta zapytała mnie o to, miałem skłamać? Poza tym daje to jakiś dowód ludziom, że osoba na moim stanowisku może mieć mężczyznę i być z nim szczęśliwa. Ale ty byś się najchętniej zaszył w schronie i nie pokazywał ze mną nikomu!
— A żebyś wiedział! Bo nie ma po co się komuś pokazywać. To, co jest w łóżku, powinno zostać w łóżku! — Albert warknął na niego, święcie przekonany o swoich racjach. A Walter to wszystko wywlekał z pełną premedytacją na zewnątrz!
— Związek nie ogranicza się do łóżka, Al! — odparł ostro Walter. — Jestem z tobą, kiedy jestem w pracy, w sklepie, na ulicy! Wszędzie, nie tylko w sypialni. A ty chcesz, bym to ukrywał, to niedorzeczne!
— Czemu niby? Czy Bóg chciał, aby faceci prowadzali się za rączki po ulicach? Aby brali śluby i całą tę resztę? Jeśli taka jest nasza kara od Niego, że taki jestem, to dobrze, godzę się z tym, ale nie mam zamiaru paradować i się z tym obnosić. To jest niedorzeczne, takie wciskanie każdemu swojej seksualności!
— Nikomu jej nie wciskam! Zgłupiałeś? — głos Walta przechodził w coraz ostrzejszy ton. Dawno jego twarz nie była tak poważna i pełna tłumionej złości. Bardzo mu zależało na tym wywiadzie w programie, przygotowywał się do niego i widział w nim olbrzymią szansę dla społeczności LGBT w mieście, a Albert znowu go gasił! Wmawiał wręcz, że robi źle. A przecież tak nie było! — Jeśli tak podchodzisz do miłości, Albert, i tak ją definiujesz, to przepraszam cię bardzo, ale twoja religia jest do dupy! — wyrzucił z siebie.
Albert aż zamarł, słysząc ostatnie zdanie. Sapnął nisko, marszcząc się i wysyczał przez zaciśnięte zęby:
— Co proszę?
— Słyszałeś. Wmawiasz mi, że moje teorie to jedno wielkie zło, a sam wyznajesz jeszcze większe, pełne nienawiści, ograniczeń i nietolerancji. To złe, Al. Twoja religia jest zła.
— Jak w ogóle śmiesz?! — wycedził Albert, zbliżając się do niego i szturchając go w klatkę piersiową. — Zjebałem sobie w życiu wszystko dla ciebie, ty… — urwał. — To twoja wina, że tu jestem, a teraz jeszcze po tym, co odwaliłeś, zwalasz winę na mnie? Na moją religię?!
Walt zacisnął zęby, starając się nad sobą panować, bo wiedział, że kłótnią nie powinno się rozwiązywać problemów. Że powinni porozmawiać spokojnie, wymienić argumenty… ale z Albertem tak się nie dało! Był zapatrzony w swoje ideologie i nie dało mu się przemówić do rozumu!
— Na nic nie zwalam, jesteś tu z własnej woli, ale to nie jest moja wina! W ogóle dlaczego to rozpatrujesz jako coś negatywnego, że szukasz winnego? Co jest złego w tym, że masz faceta, a nie kobietę? Jak wolisz swoją religię niż swoje szczęście, to wracaj do kościoła!
Albert fuknął pod nosem i aż się cofnął o krok.
— Chciałbyś?! — syknął. — Najpierw uwieść naiwnego księżulka, potem obiecać mu niemalże niebo, a potem „wracaj do kościoła”, jak już nie jest tak, jak sobie wydumałeś? Czego ty w ogóle się spodziewałeś? Że będę zawsze wszystkiemu, co mówisz i robisz, przyklaskiwał, jak jakaś foczka? Aż tak uczucie do ciebie nie przysłoniło mi oczu!
— Albert, cholera jasna! Nie pojmujesz różnicy pomiędzy tolerowaniem czyichś poglądów a wciskaniem innym, że ich poglądy są złe! Cały czas zwracasz mi uwagę, wmawiasz, co robię źle. Ja ci tego nie mówię, mimo że uważam, że przesadzasz. A teraz tym bardziej. Bo nie pozwolę sobie wciskać, że nie mam prawa do bycia sobą — syknął Walt, patrząc twardo w ciemne oczy byłego księdza. — I starałem się o ciebie tyle czasu, rzeczywiście miałem nadzieję, że mogę z tobą coś zbudować, a ty swoimi słowami i tym całym zachowaniem skutecznie wszystko psujesz! Wszystko obracasz na złą stronę i nie pozwalasz mi cieszyć się tym, co mamy!
— Ach, więc teraz będzie na mnie. Że nie dopasowuję się do ciebie odpowiednio, nie jestem twoim „wymarzonym chłopaczkiem”, który będzie pasował ci do imidżu. Wybacz, Walter, ale nie zamierzam się pod ciebie podkładać tylko dlatego, że sobie tak wymyśliłeś. Sam cały czas mówisz o tej całej niezależności, własnym zdaniu i tak dalej. No to je teraz masz. Takie jest moje zdanie. Nie będziesz obrażał mojej religii, gadał ludziom w telewizji, że ze mną sypiasz i na koniec zwalał na mnie winę, że wszystko psuję. Że to moja wina, że to ja tu jestem ten zły, a jak na razie tylko z mojej strony wyszło, co tak naprawdę do ciebie czuję. Ty, mimo swoich wielkich słów, jakoś nie umiesz wykrztusić, że mnie kochasz! — warknął, znowu napierając na niego.
Walt tym razem mocno się strapił i wycofał o krok. Nie umiał mu tego powiedzieć. Nie umiał mu skłamać. To by było bardzo nie fair, gdyby mu to wyznał, nie czując tego. Nie chciał mu tego robić.
— Bo cię nie kocham — wydusił przez ściśnięte gardło. — Jeszcze… — dodał płasko.
Albert aż się żachnął.
— Jeszcze? Ile ze sobą jesteśmy? Tydzień, dwa?! A może przez przypadek dużo dłużej. A ty co? Dalej nic do mnie nie czujesz? — zasyczał, płonąc na twarzy nie tylko ze złości, ale i z zażenowania. To, co mówił o tym, że jest dla niego tylko zdobyczą, że zapolował, uwiódł, było takie namacalne w tej chwili.
— Al, to nie jest „nic”. Czuję, że mamy ze sobą silną więź — jęknął Walt, coraz bardziej skrępowany tą rozmową. — Tylko to nie jest miłość. Przepraszam. Ale cały czas coś jest źle! Kiedy zaczyna być lepiej, tobie znowu coś nie pasuje, to jak ja cię mam pokochać?
— Chyba żartujesz?! — Albert aż pokręcił głową, zaciskając pięści. — To kpina! Będziesz mnie obwiniał o to, że się we mnie nie zakochałeś, a ja co? Ty jesteś taki zajebisty że… że… — zaciął się, cały aż się trzęsąc ze złości. Kochał tego faceta, mimo że ten go czasami tak niebotycznie denerwował. Ale do diabła, kochał go.
— Mam masę wad, a moje poglądy skreślają mnie jako wartościowego człowieka i takiego, który w ogóle powinien żyć z tobą jak w zakonie? — mruknął ponuro Walt, czując się zupełnie nagle zmęczony tym związkiem. Tą wieczną walką z Albertem. Tym, jak nic się nie układało. Bo to, że było na chwilę dobrze, nie znaczyło, że całokształt mu odpowiadał. Męczył się. — Al… nie wiem, może rzeczywiście powinieneś być z kimś, kto cię może pokochać… A ja nie wiem, czy potrafię — powiedział przez ściśnięte gardło, ale patrzył mu w oczy.
Albert aż zawarczał, powstrzymując się, aby nie wybuchnąć po tym, co usłyszał. Zrobiło mu się też jednocześnie tak obrzydliwie przykro, tak źle, jakby cały ten czas był oszukiwany. I może rzeczywiście był.
— Nie wiesz, czy potrafisz? — prychnął i pchnął go znowu zaczepnie w klatkę piersiową. — Od jak dawna, kurwa, nie wiesz, czy potrafisz?! Po cholerę to w takim razie ciągnąłeś, jak tak się przy mnie męczyłeś, hm? No gadaj! — krzyknął, skrajnie wściekły i oszukany. Zrezygnował dla niego ze wszystkiego, co miał! Nie miał nic poza nim. Zmienił nawet część swoich postanowień, złamał obietnicę. A teraz słyszał takie słowa. Chciało mu się wrzeszczeć!
Walt cofnął się o krok, ale zaraz potem znowu zbliżył się do Alberta i odpowiedział po przełknięciu śliny:
— Możesz mnie uderzyć, jak chcesz. Wiem, że wiele dla mnie poświęciłeś, a ja… myślałem, że będzie inaczej — dodał ze skrajnym poczuciem winy, szczególnie gdy widział, w jakim stanie był mężczyzna. Widział, że go teraz krzywdził i było mu z tym cholernie źle.
Albert zawarczał, po czym faktycznie trzasnął go pięścią w twarz. Sam się prosił, nie zamierzał żałować, czy przepraszać albo uważać tego za jakieś podchody.
— Zrobiłeś ze mnie głupca, ot co! Nie rozkochuje się w sobie kogoś, jeśli nawet się go nie toleruje!
Walta aż odrzuciło na bok. Stęknął krótko i złapał się za szczękę, oddychając głęboko. Miejsce pulsowało bólem. I nie był całkiem zaskoczony. Poza tym, wiedział, że mu się należało.
— Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale już nie da się tego dłużej ciągnąć, Al — wydusił, ponownie się prostując i patrząc na jego twarz. — Obaj się męczymy.
Albert dyszał głośno, starając się znowu go nie uderzyć.
— Ta… chyba masz rację — wydyszał. — Będziesz mógł w końcu znaleźć sobie bardziej naiwnego, otwartego frajera, który będzie z tobą biegał po mieście! — syknął, nadal na tyle wkurzony, że nie myślał o tym, że nie ma pojęcia, gdzie się podziać. Mieszkał tu przecież, do cholery. Nie mógł sobie ot tak po prostu wyjść.
— Al… — Walt chciał powiedzieć coś o tym, by nie był na niego zły, czy cokolwiek w tym guście, ale wszystko wydawało mu się głupie, puste i nie na miejscu. Zacisnął więc tylko zęby, odetchnął i dodał płasko, mimo że szczerze: — Przykro mi.
Młodszy mężczyzna prychnął pod nosem i potarł twarz dłonią. Wymamrotał coś pod nosem, czego Walter nie usłyszał, po czym z już zaczerwienionymi oczami, nie tylko twarzą, syknął, patrząc złym wzrokiem na prawnika:
— Obyś sam kiedyś poczuł, co ja teraz czuję.
Po tym minął go, trącając jeszcze specjalnie ramieniem i wyszedł do sypialni, czując, że zaczyna pękać. Że wszystko po prostu się wali jak domek z kart, ale nie tak cicho i spokojnie, ale z gruchotem.
Walt stał w miejscu, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Spojrzał z bólem w kierunku wyjścia do sypialni i po kilku kolejnych chwilach pociągnął nosem, czując zbierające się w oczach łzy. Nie chciał go tak ranić, nie chciał tego tak kończyć. I teraz świadomość, że właśnie zerwał z facetem, z którym był, jak na siebie, bardzo długo, była strasznie nieprzyjemna.
Zawahał się, po czym postąpił krok w kierunku sypialni. Zatrzymał się jednak i w końcu wycofał do swojego gabinetu. Nie umiał mu teraz spojrzeć w twarz.

*

Albert wparował do mieszkania, zrzucił kurtkę i z siatką pod ręką oraz gazetą przemaszerował przez salon do kuchni. Po drodze papierowy rulon rzucił na stolik przed kanapą, gdzie siedział Walter. Nie pokusił się o witanie się z nim. Od pamiętnej kłótni i rozstania minęły dwa dni. Albert trochę ochłonął, a może nawet za bardzo, bo zrobił się okrutnie obojętny i zimny. Nie odzywał się do Waltera i tylko zapowiedział tego samego tygodnia, że wyprowadzi się do jego końca. Na razie jednak zajmował sypialnię, a Walterowi przypadła kanapa. Dobrze, że była wygodna.
Prawnik, który właśnie przeglądał jakieś dokumenty, popijając kawę, zerknął za byłym, choć wciąż mieszkającym z nim kochankiem.
— Co to? — zapytał z wahaniem i równocześnie odłożył filiżankę obok.
Albert dosłownie chwilę później wrócił do salonu, jedząc już bagietkę.
— Gazeta. Byłoby szybciej ci się mnie pozbyć, jakbyś mi pomógł. Może tobie rzuci się coś w oczy — prawie że warknął, a kiedy Walter rozwinął magazyn, okazało się, że był to zbiór ogłoszeń mieszkaniowych. — Nie musi być duże — dodał.
Sam ostatnio całe dni w pracy, w autobusie i kiedy tylko miał chwilę, przeglądał takie magazyny czy Internet. Nie mógł nic znaleźć. I jedyny plus, jaki w tym wszystkim widział, to fakt, że nie musi wydawać zaoszczędzonych pieniędzy, które zarabiał w gazecie od kilku miesięcy na hotel. Chciał jednak jak najszybciej się stąd wynieść. Mężczyzna, któremu oddał serce, a który nie chciał nawet odwzajemnić uczucia, go irytował.
Walt pokiwał od razu głową, wpatrując się w listę mieszkań do wynajęcia.
— Oczywiście, że ci pomogę. Opłacę ci z góry kilka miesięcy — zarzekł się, mając nadzieję, że chociaż tak będzie mógł zadośćuczynić. — Chcesz bardziej w centrum czy obrzeża?
— Nie musisz. Nie chcę twojej łaski — oburknął od razu Albert, który na samą myśl, że miałby jakoś, nawet pośrednio, brać od niego pieniądze, skrzywił się. Co prawda chwilę nawet myślał nad pożyczką, ale to było co innego niż taka łaska. — I wolę śródmieście. Aby był jeszcze jakiś dojazd, a nie był to kompletny koniec świata. — Podał też mu kwotę, na jaką mógł sobie pozwolić.
— Al… pozwól mi zapłacić — poprosił Walt, unosząc na niego szczenięce spojrzenie. — Przecież to żaden problem, a tobie będzie łatwiej.
— Nawet nie zaczynaj jeszcze raz. Nie chcę twojej łaski. Nie chcę mieć tego potem na sumieniu, a i pieniędzmi się nie wykupisz. Szukaj lepiej, a nie się we mnie wpatrujesz tymi swoimi ślepiami — Albert burknął znowu, zapychając się pieczywem. Nie umiał inaczej. Nie tylko dlatego, że dalej był zły na byłego kochanka. Było mu ciężko. Nadal, jak na niego patrzył, serce mocniej mu biło, a będąc miękkim, mógłby popełnić znowu kolejny błąd. Ulec, uznać swoją winę czy cokolwiek z tych rzeczy, których nie chciał. A takie warczenie i agresja pozwalały wszystko skrzętnie ukryć.
Walt posmutniał wyraźnie, ale nie nalegał. Nie chciał się z nim sprzeczać i wprowadzać jeszcze bardziej grobową atmosferę, niż już była. Odłożył więc swoje dokumenty i zaczął przeglądać ogłoszenia.
— Może gdzieś bliżej jeziora… — zaproponował, widząc kilka ogłoszeń z tych okolic.
— Może też być. Popatrz, zakreśl, a ja zrobię sobie kolację — postanowił Albert, wychodząc znowu do kuchni. Tak było łatwiej. Mniej kontaktu eliminowało kolejne sprzeczki.

*

Kiedy Albert wynosił swoje torby do przedpokoju, Walt cały czas na niego patrzył. Stał w progu i czekał, by pomóc mu je znieść do taksówki, którą mężczyzna zamówił. Oczywiście wolałby sam odwieźć go do nowego mieszkania, ale były kochanek odmówił. W sumie… nie dziwił mu się.
— Które zabrać? — zapytał, gdy Albert wyniósł z sypialni ostatnią walizkę.
Albert spojrzał na niego srogo ciemnymi oczami, już chcąc powiedzieć, że żadnej nie musi. Jednak w końcu tylko wzruszył ramionami.
— Którąkolwiek.
Walt pokiwał głową i jedną torbę przerzucił sobie przez ramię, a w rękę chwycił uchwyt większej walizki.
— Pójdę przodem — powiedział, czując, że ma ściśnięte gardło. Nie spojrzał już też na twarz młodszego mężczyzny i wyszedł z mieszkania z częścią jego bagażu.
Albert zabrał resztę, kiedy tylko się ubrał. Zamknął jeszcze mieszkanie, samemu nie czując się wcale lepiej. Był lekko zapuchnięty na twarzy i miał nadzieję, że Walter nie uczyni żadnej głupiej uwagi w kwestii tego, że w nocy puściły mu nerwy i pozwolił sobie na chwilę płaczu. Czuł się przy tym wszystkim strasznie słabo. Pragnął już znaleźć się w nowo wynajętym mieszkaniu, zamknąć się w nim i wyciszyć.
Gdy tylko zeszli przed apartamentowiec, ujrzeli czekającą tam taksówkę. Kierowca otworzył im bagażnik, do którego wpakowali wszystkie torby Alberta. Gdy Walt już odsunął się od samochodu, jakoś nagle nie wiedział, co powiedzieć. Spojrzał tylko na twarz Alberta, mając nadzieję, że ten coś powie.
Ten chwilę też patrzył, po czym sięgnął do kieszeni kurtki. Wyciągnął z niej klucze do mieszkania prawnika i podał mu.
— Klucze. Oddaję. I… — Zawahał się. — Ciężko mi to przyjdzie, ale… jak na razie tego jeszcze nie mogę powiedzieć, to wybaczę ci. Nie chcę cię potem widzieć, ale wybaczę ci. Moja religia, której tak nienawidzisz, mi to nakazuje. Żegnaj — dodał, po czym odwrócił się i wsiadł do samochodu.
Walt poczuł, jak oczy go pieką, gdy patrzył za mężczyzną. Gdy drzwi samochodu się zamknęły, już nie wytrzymał i pozwolił łzom popłynąć po policzkach. Widział, jak Albert cierpi z tego powodu i wiedział, że sam zawalił. Całkowicie, jak tylko się dało. Miał tylko nadzieję, że to doświadczenie, jakim był ich związek, otworzy jakoś przed jego byłym kochankiem świat. Że może znajdzie kogoś, kto odpowie na jego uczucia i da mu to, czego on sam nie mógł.
Z tymi myślami wrócił do swojego mieszkania, w którym znowu zrobiło się pusto.

*

Kilka miesięcy później.

Na Oakland Cemetery w Saint Paul w tę sobotę było słonecznie. Bezchmurne niebo rozpościerało się nad głowami zebranych, odzianych na czarno ludzi, którzy słuchali ostatnich słów księdza. Liście na licznych drzewach na wielkiej przestrzeni cmentarza szeleściły przez lekki wiatr. Ludzi zebranych wokół grobu było bardzo wielu. Kilka par z dziećmi, które nie bardzo wiedziały, kto jest chowany, kilka samotnych, podstarzałych kobiet, elegancki mężczyzna stojący odpowiedni kawałek dalej od całej reszty i jeszcze kilku, którzy najwyraźniej nie byli najbliższą rodziną nieboszczki.
Po zakończeniu ceremonii wszyscy zaczęli powolnym, niespiesznym i ponurym krokiem zmierzać do swoich samochodów zostawionych przy drodze. Minęli kościół stojący na prawie że samym środku cmentarza i pojechali w kierunku domu Wendy Peterson. Tam miała się odbyć pożegnalna impreza dla zmarłej.
W domu było już wszystko zaaranżowane. Zadbano o catering, bo nikt nie myślał o gotowaniu w obliczu tak wielkiej tragedii w domu zmarłej i rozwiedzionej dwa lata temu Wendy. Każdy jednak chciał ją pożegnać w domu, gdzie spędziła tak wiele lat swojego życia i z którym była głęboko związana. Teraz więc kolumna samochodów jechała w stronę przedmieść, gdzie kobieta mieszkała za życia.
Syn Wendy, mężczyzna dobiegający czterdziestki, bardzo schludny i elegancki, podjechał pod dom jako pierwszy i wysiadł razem z żoną. Cały budynek był duży i wyremontowany najwyraźniej niedawno albo zwyczajnie bardzo zadbany. Na dość sporym tarasie stało wiele donic z kwiatami, z wielkich okien na parterze widać było obszerny hol, a w ogrodzie otoczonym wysokim murem trawa była nisko przycięta i odgrodzona od ścieżki rządkiem małych, zgrabnych kamyków.
— Zapraszam do środka, zapraszam — mówił syn zmarłej do osób wysiadających z samochodów i zmierzający do głównego wejścia do domu.
— Dziękuję. Moje kondolencje — mówiły kolejne osoby, kiedy wchodziły do mieszkania i na progu składały wyrazy swojego smutku i wsparcia dla syna zmarłej. On w tej chwili był najbliższą osobą, bo były mąż trzymał się dość na uboczu. Nie wyglądał najlepiej, śmierć byłej żony musiała być dla niego, mimo wszystko, ciosem.
W dużym salonie zbierały się kolejne osoby. Bliscy, znajomi, rodzina Wendy, a nawet sąsiedzi. Wszyscy mówili o niej same dobre rzeczy, pogryzając drobne przekąski i pocieszając plączących albo samemu płacząc.
Jednym z gości był młody mężczyzna, ubrany, jak większość, w czarny garnitur, taką samą koszulę i ciemny krawat pod szyją. Ubranie wyjątkowo dobrze na nim leżało. Kasztanowe włosy miał starannie zaczesane, a na twarzy poważny, smutny wyraz. Co raz wymieniał z kimś kilka słów, głównie z tego względu, że większość go tu nie znała. Wyjaśniał więc, kim jest i rozmawiał chwilę na temat zmarłej. Rozglądał się sam po zgromadzonych ludziach, wreszcie przysiadając na krześle przy kominku z filiżanką kawy, jaką proponowała gościom synowa Wendy.
Był jednym z nielicznych osób spoza miasta. Rodzina zmarłej w większości mieszkała Saint Paul, a i znajomi Wendy byli stąd. Nie zmieniało to jednak faktu, że on sam dużo o niej wiedział. Szczególnie przez mężczyznę, który właśnie do niego podszedł i stanął za jego plecami.
— To przykre, że znowu się spotykamy. Tym bardziej w takich okolicznościach. Ech — westchnął Howard Stern, były mąż świętej pamięci Wendy.
Mężczyzna popijający kawę uniósł się i wyciągnął do niego dłoń.
— Witam, panie Stern. Mnie również przykro i proszę przyjąć moje kondolencje — odezwał się od razu z powagą i szczerym współczuciem w głosie.
— Tak… dziękuję, panie Mason. Długo sobie ta szalona kobieta sama nie pożyła. I żeby być wdowcem… Nie spodziewałem się. Mogłem niemal się zakładać o to, że pierwszy kopnę w kalendarz, a tu taka niespodzianka. Ale… To uprzejme z pana strony, że się pan pofatygował.
— To było wręcz moim obowiązkiem i nie wybaczyłbym sobie, gdybym się nie znalazł na pogrzebie. Byłem co prawda adwokatem Wendy, ale też przyjacielem. A pan, panie Stern, dalej mieszka w Saint Paul, czy również przyjezdny, jak ja? — Walter Mason zagadał mężczyznę bez typowego sobie uśmiechu. Wyglądał przez to bardzo poważnie i wzbudzał respekt swoją wyprostowaną postawą.
— Nadal mieszkam w mieście. Nie umiem jakoś się z nim rozstać, mimo że połowa rodziny ma mi za złe, że się stąd nie wyniosłem. Pociesza mnie jedynie okrutny fakt, że nie jestem tu jedynym, na którego krzywo patrzą. Chociaż powinno mi być przez to wstyd — odparł, wsuwając swoje paliczkowate palce w kieszenie spodni, które opinały mu się trochę za bardzo na brzuchu, tak samo jak koszula. Marynarkę miał już dawno rozpiętą.
Walt uniósł lekko brwi z zainteresowaniem. Wsadził przy tym jedną dłoń do kieszeni.
— Krzywo patrzą? Jakiś niechciany członek rodziny przybył na pogrzeb? — zapytał, spoglądając przy tym po gościach znajdujących się w dużym salonie.
Nikt specjalnie się nie wyróżniał. Jakaś otyła kobieta opychała się krokiecikami, rozmawiając z inną, która była jej doskonałym, chudym przeciwieństwem. Przy drzwiach stało dwóch młodych mężczyzn, także ze sobą rozmawiających. Obaj wyglądali bardzo dobrze i nie mogli być starsi od adwokata. Poza nimi w salonie siedziało kilka osób samotnie na fotelach. Nikt się nie wyróżniał.
— Nie. To jeszcze gość Wendy, ale każdy myśli, że wkręcił się tu i namówił ją na dopisanie go do testamentu. Nieciekawa sytuacja w sumie. A do tego krążą plotki, czemu jego rodzice, którzy tu na domiar tego są, nawet nie stają w jego obronie. Jakieś to takie śliskie. Nigdy jakoś mnie to nie interesowało, teraz tym bardziej nie interesuje.
— Hm, gość Wendy? Ma pan na myśli tego bratanka, o którym mi wspominała, że pomieszkuje z nim ostatnimi czasy? — zapytał Walt, przypominając sobie mgliście o tym, co mówiła kobieta, gdy z nią ostatnio rozmawiał.
— Tak. Dokładnie ten. Ściągnęła go tu zaraz po naszym rozwodzie. Niby dla towarzystwa czy coś. Sam pan wie, jaka ona była czasami. Że niby burzy się boi czy samotności. Nieważne już teraz. W każdym razie do momentu przeczytania testamentu wszyscy gadają o nim, jakby to on ją udusił poduszką, ale… — położył mu dłoń na ramieniu — bądźmy szczerzy. Jest zbyt wielką ofiarą losu, aby być tym złym — prychnął z lekkim, kpiącym uśmiechem pod nosem.
Przez to oblicze Walta nieco pociemniało.
— Ciężko mi ocenić, skoro nie znam tego człowieka. Jest w salonie? — dopytał.
Howard skinął głową i wskazał siedzącą w kącie, na fotelu, szczupłą, a może nawet zachudzoną postać mężczyzny z mysimi włosami.
— Taa, to ten. Dziwny jegomość. I jak pan sam widzi, nie jest zbyt lubiany przez resztę Petersonów.
Walt, patrząc na mężczyznę w kąciku, poczuł jakiś napływ współczucia, czy nawet ciężkiej do wyjaśnienia troski. Mężczyzna wydawał się taki niepozorny, wyciszony i smutny.
— Nie wygląda szkodliwie — zwrócił się z dystansem do byłego męża Wendy.
— Też tak myślę, ale ja tu mam mało do powiedzenia. Też jestem tu tym złym — Howard zakpił i znowu klepnął Masona w ramię. — W ogóle, nie pamiętam. Pali pan?
— Nie, staram się unikać szkodliwych uzależnień.
— To ja w takim razie przeproszę i na moment się ulotnię — odparł mężczyzna, rzucając rozmówcy porozumiewawcze spojrzenie, kiedy poklepał się po kieszeni marynarki, gdzie zapewne miał papierosy.
— Oczywiście, miło było z panem zamienić kilka słów — odpowiedział Walter i wymienił jeszcze z mężczyzną uścisk dłoni. A gdy ten wyszedł z obszernego, teraz bardzo ponurego salonu, prawnik obejrzał się w stronę siedzącego w kącie bratanka zmarłej kobiety. Zamyślił się chwilę, obserwując go, nim wreszcie zdecydował się do niego podejść. Stanął tuż przy nim, patrząc na niego z góry poważnym, ale przyjaznym spojrzeniem. — Dzień dobry, mogę się przysiąść?
Szczupły mężczyzna o smukłych niczym u pianisty palcach, które teraz miał splecione przed sobą, uniósł na niego wzrok czerwonych, zapuchniętych oczu. Pociągnął nosem.
— Umm… no tak. Oczywiście — mruknął.
Walt uśmiechnął się do niego delikatnie i usiadł obok. Od razu wyciągnął do niego dłoń.
— Walter Mason, byłem adwokatem i przyjacielem Wendy — przedstawił się.
Mężczyzna podał mu też swoją.
— James Peterson. Wendy była moją ciocią… ale to pewnie pan wie. — Pociągnął nosem, patrząc po zebranych w salonie. Z dwie osoby odwróciły wzrok, gdy tylko na nich spojrzał.
— Tak, dowiedziałem się już tego. Przykro mi z powodu śmierci pana cioci. Domyślam się, że była między nią a panem zażyłość, skoro jakiś czas mieszkaliście pod jednym dachem.
— Dobrze się znaliśmy… a kiedy rozwiodła się z wujem, to nie chciała mieszkać sama — James wytłumaczył, nie patrząc na adwokata. Nie zastanawiał się nawet nad tym, kim był jego rozmówca. Był za bardo przytłoczony i zdołowany tym, co się stało. Gdy już nawet dobrze mu się powodziło, miło spędzał czas, to jedyna osoba, która go nie osądzała i przy której mógł być w miarę sobą, odeszła. Nie chciał nawet w tej chwili myśleć, co z nim będzie. Bo on, w przeciwieństwie do reszty rodziny, wiedział, że jego imienia nie ma w testamencie.
Walt pokiwał głową i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki chusteczkę.
— Proszę. — Podał mu ją i wskazał na wyjście z salonu, które przez werandę prowadziło do ogrodów. Na samej werandzie stało kilka osób i co raz ktoś wychodził, by odetchnąć świeżym powietrzem, a nie siedzieć w tym zaduchu i ciężkiej atmosferze. — Co pan na to, byśmy się przeszli i przewietrzyli?
James znowu uniósł na niego wzrok swoich zapuchniętych oczu, przyjmując chusteczkę.
— Dziękuję — mruknął pod nosem i otarł go. — I… no, możemy.
Nic go nie trzymało w tym salonie, gdzie tyle osób patrzyło na niego spode łba.
— W takim razie chodźmy. — Walter uśmiechnął się pocieszająco do Jamesa i objął go nawet lekko ramieniem, gdy wstali i ruszyli do wyjścia. Jakoś tak zupełnie niespodziewanie włączył mu się instynkt opiekuńczy w stosunku do tego mężczyzny.
Ten nie zaprotestował w ogóle na jego gest, tylko pociągnął nosem. Jego garnitur nie leżał na nim idealnie, a Walter czuł, jaki jest szczuplutki, mimo że byli niemalże tego samego wzrostu.
Wyszli przez taras do ogrodu, w którym nie było wiele wymagających pielęgnacji kwiatów, ale i tak ten był urokliwy. Bardzo zielony, z wieloma zakątkami i ławeczkami. Wendy ponad dom zdecydowanie ceniła duży ogród.
— Mieszka tu pan dalej? — zagadał Walt, puszczając jego ramię, gdy znaleźli się na ścieżce i ruszyli nią powoli.
James skinął głową.
— Tak. Chociaż… no, nie wiem co dalej. Czuję się dziwnie nie na miejscu, jak już jej nie ma — westchnął, idąc noga za nogą z pochyloną głową.
— Nikt chyba jednak na razie pana nie wyrzuca? Testament nie był jeszcze odczytany, dom nie został w niczyje ręce przekazany — odpowiedział trzeźwo prawnik, znowu uśmiechając się do niego troskliwie i pochylając lekko, by spojrzeć na jego twarz.
James wyglądał bardzo markotnie. Usta miał wąskie i blade, a policzki zapadnięte. Walter nie był jednak świadomy, że mężczyzna drugi dzień nie je, bo wszystko co weźmie do ust, staje mu w gardle.
— Niby wiem, ale… No, byłem tylko jej gościem, a teraz jej nie ma. — Westchnął, pocierając ramię dłonią. — Ale… proszę wybaczyć. Strasznie się użalam nad sobą — zreflektował i uniósł spojrzenie swoich piwnych oczu na towarzyszącego mu mężczyznę. — Pan jest przyjacielem… był… — strapił się znowu i zacisnął usta w wąską linię, starając się kontrolować — przyjacielem cioci?
— Tak — odpowiedział od razu Walter i powstrzymał olbrzymią chęć objęcia tego mężczyzny. Wydał mu się… słodki mimo tego, jak nieporadnie teraz wyglądał. — Znaliśmy się już jakiś czas, potem poprowadziłem jej sprawę rozwodową, a za tydzień mam odczytać jej testament. — Westchnął i gdy przystanął na moment, wyciągnął dłonie i położył je na ramionach Jamesa. — Widzę, że bardzo pan przeżywa jej odejście. Ale proszę wiedzieć, że Wendy bardzo cieszyła się z pana obecności. Wspominała mi o panu, gdy ostatnio rozmawialiśmy. — Uśmiechnął się do niego ze szczerym, przyjaznym spojrzeniem, chcąc jakoś go pocieszyć.
James znowu pociągnął nosem i otarł palcami oczy.
— Dziękuję. Miło to słyszeć — odparł, uśmiechając się bardzo blado i słabo. — Ciocia naprawdę wiele dla mnie znaczyła. Była taką… podporą w rodzinie. A teraz w sumie nic mnie tu nie trzyma. Znowu — wyznał szczerze, patrząc Walterowi bez większego zawahania w oczy. W jego głowie w tej chwili nie było na tyle porządku, aby sobie przypomnieć, że mężczyzna, z którym rozmawia, mieszka w Milwaukee, tak jak on swego czasu.
Prawnik spojrzał mu uważniej w oczy i tym razem bez oporów przyciągnął go i lekko objął.
— Proszę wybaczyć poufałość, ale niektórym to pomaga. — Zaśmiał się krótko.
James najpierw zesztywniał w jego ramionach, po czym jednak zupełnie bez oporów sam przylgnął do niego. Oparł mu czoło na ramieniu, a dłonie położył mu na ramionach od tyłu, przytulając się ufnie.
— Dziękuję — wymamrotał po chwili. Pociągnął jeszcze raz nosem i dopiero się odsunął. Otrzepał szczupłymi dłońmi garnitur Waltera z niewidzialnego brudu. — Przepraszam.
Prawnik uśmiechnął się subtelnie.
— Nie ma za co. Ale skoro nic tu pana nie trzyma, a domyślam się, że ciężko by było spędzić tu samemu cały wieczór, może chciałby pan wybrać się gdzieś ze mną? Do miasta posiedzieć w jakiejś restauracji? — zaproponował Walt. — Zostaję w mieście do jutra i sam nie mam planów na wieczór.
James spojrzał smutnymi oczami na mężczyznę przed nim. Wahał się i było to widać po jego twarzy aż nazbyt wyraźnie.
— Sam nie wiem — wydusił, spuszczając wzrok. — Bo… Nie chcę ich zostawiać z tym wszystkim… i tak się ulotnić. I tak dość mnie nie trawią.
— Skoro pana „nie trawią”, czego zupełnie nie rozumiem — zaznaczył twardym, lekko zirytowanym tonem — to będą uznawać pana obecność za kłopotliwą, więc chyba nie ma sensu, by się pan naginał. Ale jeśli pan woli, bardzo chętnie pomogę w porządkach, gdy już goście wyjdą i potem zabiorę pana w jakieś spokojne miejsce — zarzekł się, patrząc prosto w oczy Jamesa. Sam nie wiedział, czemu to proponował. Może dlatego, że naprawdę nie miał planów na wieczór albo po prostu ten mężczyzna miał w sobie coś przyciągającego.
James przygryzł dolną wargę, zastanawiając się nad tym, co usłyszał. Nieporadność jego osoby podkreślało wykręcanie sobie palców.
— Nie chciałbym pana kłopotać. To… no, a poza tym nie wiem, czy mam do tego wszystkiego głowę. — Westchnął ciężko, nie chcąc nawet się przyznawać, że wolałby się nie ośmieszać przy nowo poznanym człowieku tym, że znowu zrobi się niedobrze od jedzenia. A poza tym aż za bardzo chciał do niego po prostu przylgnąć. Z tym tylko czuł się gorzej. Bardziej żałośnie, jeśli to w ogóle możliwe w tym stanie, w jakim był.
— Hm… — Walt zamyślił się, rozważając wszystkie pomysły, jakie przychodziły mu do głowy. — Zaprosiłbym pana do hotelu, gdyby nie brzmiało to dwuznacznie. — Zaśmiał się krótko i cicho, by nie zburzyć specyficznej atmosfery. — Jeśli chce się pan wyciszyć i nie być nigdzie w tłumie, mogę zgodzić się na wszystko i posłużyć towarzystwem.
James przygryzł wnętrze policzka, patrząc na Waltera chwilę, po czym odwrócił się w stronę domu zmarłej ciotki.
— To… nie wiem… — jęknął i nie zmieszał się w ogóle na słowa mężczyzny. — Naprawdę nie mam pomysłu. I… przepraszam, ale aż głupio, jak pan tak mówi mi per pan. Czuję się jak w pracy. — Uśmiechnął się, wyraźnie zakłopotany, bo to męczyło go już niemal od początku ich rozmowy, ale nie wiedział, jak poprosić mężczyznę, aby mówił do niego bez takiego szacunku.
Walt uniósł lekko brwi i uśmiechnął się do niego przyjaźnie.
— Walt, jeszcze raz miło mi cię poznać.
James uśmiechnął się też, ale dużo bardziej nieśmiało.
— James. Naprawdę przepraszam, za to całe… zamieszanie. Dziwnie się po prostu czuję, jak pan tak mówi do mnie uprzejmie — zaczął się tłumaczyć. — I… ja jednak bym chciał trochę zostać i tu pomóc. Dość, że uważany jestem tu za darmozjada, nie chcę tego potęgować.
Walt westchnął z lekkim zawodem, ale i zrozumieniem.
— Dobrze, ale po pierwsze, jak ja mam ci mówić po imieniu, to ty mi też musisz. A po drugie, to w takim razie jutro jeszcze przed wyjazdem do Milwaukee chcę cię wyciągnąć chociaż na kawę w jakieś spokojne miejsce.
James oblizał blade usta i skinął głową.
— Dobrze. Przepraszam, to… odruchowo, ze zdenerwowania — znowu zaczął się tłumaczyć i w końcu wsunął dłonie w kieszenie spodni, bo za bardzo bawił się, w swojej opinii, palcami. Nie dodał już, że nie miałby nic przeciwko, jakby ten facet jeszcze dziś go gdzieś ze sobą zabrał. Gdziekolwiek, jeśli miał być ze sobą szczery. Był magnetyzujący.
— Rozumiem — odpowiedział prawnik i objął go jednym ramieniem, prowadząc go ponownie w stronę domu. — W takim razie na jutro jesteśmy umówieni, a dzisiaj jeszcze poczekam do końca posiedzenia z nadzieją, że może jednak dasz się wyciągnąć chociaż nad jezioro wieczorem, by posiedzieć w aucie, pijąc colę i wyciszając się — dodał, lekko masując go po ramieniu.
James uśmiechnął się blado spojrzał na mężczyznę swoimi zapuchniętymi oczami. Wydawał się jednak bardziej rozluźniony i spokojniejszy niż wcześniej.
— Umm… Tak. Dziękuję… i… — zaciął się, czując się dziwnie zakłopotany. Gdyby nie sytuacja, że kilkanaście godzin wcześniej był na pogrzebie ciotki, to nawet by się długo nie wahał, aby pojechać gdzieś z tym mężczyzną, ale okoliczności były jednak bardzo niesprzyjające do sprawdzania orientacji seksualnej Waltera.
— Hm? I? — dopytał przyjaźnie prawnik, popatrując na niego. Czuł, że James również może być gejem, choć nie dałby głowy. Ale zwykle miał całkiem dobry gaydar, kiedy teraz bił mu na alarm. No i to w znacznym stopniu tłumaczyłoby jego złe kontakty z rodziną. Szczególnie, jeśli się przed nimi ujawnił.
— I myślę… że to mógłby być dobry pomysł… no, z tym jeziorem — wydukał Peterson, patrząc na chodniczek pod nogami.
Walt nie umiał powstrzymać się przed szerszym uśmiechem.
— Też tak uważam — odpowiedział i puścił jego ramię, gdy znaleźli się ponownie przy wejściu do salonu. — Więc gdy wszyscy już wyjadą, pojedziemy, jak pozwolisz, moim samochodem. Teraz jeszcze bym ci zniknął na chwilę, bo chciałem zamienić kilka słów z synem Wendy. Duża część spadku jest na niego przepisana.
James pokiwał głową gorliwie.
— Ja i tak nie mam auta. — Uśmiechnął się z zakłopotaniem i odsunął się o krok, aby nie wyglądało dziwnie, że stoi tak blisko tego przystojnego mężczyzny.
— Dobrze, to ja się tu będę kręcił, a jak będziesz gotowy, to daj znać. — Walt posłał mu jeszcze jeden lekki uśmiech, nim zniknął we wnętrzu domu i przeszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie dojrzał znikającą za progiem sylwetkę syna jego zmarłej przyjaciółki.

30 thoughts on “In Out In – 10 – Pożegnania

  1. Agata pisze:

    W końcu się rozstali. Chwalić Boga na niebie i ziemi! XD Chociaż… z jednej strony się ciesze, bo miałam już byłego księżulka powoli dość, ale z drugiej strony to takie straszne. Rzucił dla niego bycie księdzem, dużo dla niego zaryzykował a im się nie ułożyło, to smutne :c A Mason? A biedny Mason sam pewnie miał ogromne wyrzuty sumienia, bo to w końcu jego wina, że Albert zostawił kościół. Chociaż to co mówi Albert, że ich miłość powinna kończyć się w sypialni jest jakieś poronione. I dlaczego go uderzył? Niedobry, niedobry. Dodatkowo strasznie mnie zasmucił aspekt rodziny Jamesa. Straszna ofiara z niego. Nie dość, że jego pewność siebie właściwie nie istnieje, to jeszcze rodzina ma go gdzieś. Biedny, samotny James :c

  2. Katka pisze:

    Tigram, rzucę na to okiem, jak będę na kompie, bo teraz nie jestem, wiec to trochę niewygodne, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że zwyczajnie imiona się nam pomieszały.

  3. TigramIngrow pisze:

    ” Chociaż, wiesz, po tej mojej ostatniej kłótni z Howardem nie wiem, czy warto się w jakiś związek pakować. ” ioi, 4
    A tutaj jest „George Stern, były mąż świętej pamięci Wendy.” To w końcu ile ona miała tych mężów? Wzięła kolejny ślub? Chyba nie, bo tu jest napisane, że to jest eks mąż.

  4. Katka pisze:

    Gordon, zgodzę się co do „kompromisowego kolesia”. Moim skromnym zdaniem Walt był dla Alberta zbyt dominującym typem, a z kolei Albert takim, który musi chociaż w małym stopniu czuć, że to on ma kontrolę. Jak było, wszyscy wiemy. Haha, a o przytulasa w wykonaniu Walta nie trzeba się było martwić. Toż on jakby mógł, to by w ogóle z ramion Jima nie wypuszczał XD A Jamesik się temu wszystkiemu poddawał, bo nie miał w tej chwili za bardzo siły się opierać. No i nie chciał nawet, potrzebował tego, szczególnie, kiedy cała reszta rodzinki miała go za tego złego :(

    Tess, haha, to upominanie się pod każdym rozdziałem o to, by wreszcie Al i Walt zerwali było cuuudne. Co ktoś z Was tak pisał, a my wiedziałyśmy, że to jeszcze nie to, miałyśmy takie „Boże… biedni, znowu im to robimy”. Ale, ale, wyczekiwany moment nadszedł :) „Rozpisałabym się trochę nad poglądami Walta i Alberta w sprawie ujawniania się, tolerancji itp.” – a szkoda, że się nie rozpisałaś XD To ogólnie jest ciekawa sprawa i przyznam, że jak sama bardziej zgadzam się z Waltem niż Albertem, jeśli o poglądy chodzi, to jednak uważam, że skrajności też są złe. A oni obaj właśnie takie skrajności prezentowali. Stąd taki wynik. Jeśli chodzi o obrażanie czyjejś religii – oczywiście zgadzam się z Tobą w 100%, to jest totalnie nie fair. Jedyne co jednak chcę dodać za Walta – w tym wypadku to było całkowicie pod wpływem emocji. Przez całą ich znajomość tak naprawdę Walt ani razu nie pisnął, że religia Alberta jest zła i, nie oszukujmy się, to Albert cały czas wyrzucał Waltowi, że to jego teorie są chore. No ale emocje wzięły górę i chyba każdy z nich powiedział za dużo :( I baaaaaardzo się cieszymy, że udało się zadowolić! :D

    Another, widzę, że świat sprzymierzył się przeciwko Tobie. Ale mam nadzieję, że zła passa jest już za Tobą. W ogóle, jak mówisz o tych dyskusjach, to mam nadzieję, że uda Ci się kiedyś przekonać chłopaka do swoich racji. Wiesz, im więcej ludzików szanujących odmienności, tym lepiej, więc nie poddawaj się XD Tylko bez przesady, by jeszcze nie skończyło się jak u Walta i Ala… XD Oooch, no i oczywiście strasznie mnie cieszy, co mówisz o Walterze :D Jest postacią pisaną przeze mnie, więc w takich chwilach mogę być z niego dumna :) Też go lubię i osobiście nie pogardziłabym takim facetem. „Jest chyba bardziej sierotką Marysią, dupą wołową czy jednym z tych trzęsących się, małych, psów” – hahaha, matko, cóż za barwne określenia XD Niech lepiej biedactwo tego nie czyta, bo jeszcze by popadło w większe kompleksy. I fajnie, że widać, że do siebie pasują. Walt rzeczywiście ma bardzo silną potrzebę zajmowania się kimś. I teraz ma na kogo to przerzucić :) Pierwsze razy są faaaaajne, ale masz rację, ten z Waltem na dole był chyba bardziej ciekawy do obserwacji niż jarania się (choć nie wiem, czy u niektórych osóbek nie odwrotnie, mówię swoje odczucia). Na pewno dużo lepiej się czyta seks, w którym widać, jak dobrze jest postaciom i jak się tym jarają. Ma się wrażenie większego… gorąca XD Choć z kolei z sm jest różnie, ale mówiąc bardziej o takim klasycznym seksie, to chyba lepiej, jak obie postacie czują się na miejscu :) „Kurde, rozpisałam się jak głupia… To dlatego, że od paru dni się odezwać nie mogłam prawie ;p Lubię tu wchodzić ;p” – po całym dniu walki z komputerem, kombinowaniu, skanowaniu, formatowaniu, takie słowa definitywnie działają kojąco XD Dzięki ;*

  5. another69 pisze:

    Uh, nienawidzę świata! Gdy już się okazało, że dzisiaj mogę spokojnie napisać komentarz, od razu po szkole i nic z kompem się niepożądanego nie dzieje, okazało się, że miałam iść do okulistki i teraz ledwo widzę co piszę przez jakieś krople xD
    Al by powiedział, że „Bóg mnie opuścił”…
    Heh, no więc, komentarz chciałam wstawić już jakiś czas temu, pod poprzednim rozdziałem, ale co tam.

    Cieszę się, że Walt rozstał się z Albertem, mimo że nie nie lubiłam go tak całkowicie ;p Fajnie było czytać ich dyskusje, bo sama ciągle dyskutuje na takie tematy z chłopakiem. Tylko, że my mamy o tyle łatwiej, że zgadzamy się w kwestii wiary (nie wiary w naszym wypadku) i mamy ogólnie podobne poglądy. Co nas dzieli to sprawy tolerancji homo, trans itp… No i wtedy zaczynają się debaty jak w tym opowiadaniu, praktycznie tak samo to wygląda, nikt się nie ugina ;p
    I ja zawsze twierdzę, że mam rację… Heh, bo mam.

    Jednak, mogłabym się domyślić, że Ci grzeszni kochasie nie będą razem, nawet gdybym nie czytała NBTS. Ponieważ za wiele ich dzieliło i skoro nawet w łóżku nie mogli się już dogadać, to już definitywnie ten związek skazany był na porażkę. Kłótnie są dobre, nawet bardzo dobre w związku, ale od czasu do czasu, a nie bez przerwy.

    Walter mnie podnieeeca… I ta jego gadka jest świetna. Nie pamiętam, która z Was go ma, ale masz moje uznanie ;p Świetna, barwna i bardzo pociągająca postać z charakterkiem, co uwielbiam.

    Jimmi może takiego charakterku nie ma (no to na pewno), ale jest bardzo specyficzny, według mnie w fajny sposób. Nigdy nie lubiłam zbyt przegiętych ciotek, ale cóż… Nie maluje się i do tego ukrywa swoją orientacje, więc ciężko tak go nazwać xD Jest chyba bardziej sierotką Marysią, dupą wołową czy jednym z tych trzęsących się, małych, psów, które tak uwielbiają gwiazdki popu ;p Ale jest w nim coś urzekającego i nie dziwię się Waltowi. A że ten ma też taki „instynkt macierzyński” i troszczy się o naszego nauczyciela, to pasują do siebie jak ulał, bo Jimmi wyraźnie tego potrzebuje ;p

    A teraz biedactwo cierpi, bo mu ciocia zmarła… Z jednej strony cieszę się, że wykitowała, bo się poznali, a z drugiej szkoda babki xD No nie ważne.

    Chciałam też skomentować, że podobał mi się pierwszy raz Walta i Al`a, jak większość pierwszych razów ;p Minęło troszkę czasu od przeczytania tego rozdziału i jakoś nie pamiętam szczegółów, ale ważne, że mi się podobało ;p Walt na dole także, choć nie czuł takiej wieeeelkiej przyjemności, jak chociażby Jeff, przez co sama też się tak nie podnieciłam. Jak postaci jest dobrze to mi też xD

    Ogólnie to szkoda, że zbliżamy się do końca, bo podoba mi się ta parka i chcę jej więcej… Ale zawsze są bonusy :D No i jedno się kończy, a drugie zaczyna! Dobrze, że dajecie nam takie pocieszenie, jak nowe opowiadanie lub (jak tu) drugą część ATCL :D

    Kurde, rozpisałam się jak głupia… To dlatego, że od paru dni się odezwać nie mogłam prawie ;p Lubię tu wchodzić ;p

    No i już czytam NM i mam jak na razie bardzo dobre odczucia ;p

    Pozdrawiam ;)

  6. Tess pisze:

    Jaki zajebisty rozdział!
    Długo na to czekałam, czego nie da się ukryć, bo jak to ja, oczywiście musiałam przypominać o tym pod każdą nową częścią.
    Myślałam wprawdzie, że rozstanie Alberta z Waltem przyjdzie mi dużo łatwiej. Bądź co bądź trochę trudno się było do Ala nie przyzwyczaić, ale cóż. Ta ich ostatnia kłótnia rzeczywiście była dosyć ostra. Jak nawet Albert przeklinać zaczął, haha. Rozpisałabym się trochę nad poglądami Walta i Alberta w sprawie ujawniania się, tolerancji itp., ale nie chcę nikogo męczyć moimi wywodami :D Dodam w tym temacie w takim razie tylko to, że zgadzam się z większością poglądów Walta, ale… Ale też bym się wkurzyła na miejscu Alberta. Mason w końcu zdawał sobie sprawę z tego, jaki stosunek miał do tego Al, a i obrażanie czyjeś religii to też przesada (chociaż sama nie wierzę i nie zgadzam się z większością reguł religii chrześcijańskiej), więc Walter jednak trochę przegiął. Chociaż też rozumiem, że był wkurzony, emocje itp.
    Teraz musi być już tylko lepiej. Musi być, bo teraz jest James. Szkoda cioci, ale jakoś tak nie zrobiło mi się smutno. W końcu wiadomo było, że umrze.
    Oj dziewczyny, zadowoliłyście mnie tym rozdziałem całkowicie. Teraz z całkowitym przekonaniem mogę przyznać, że nie mogę doczekać się następnego, bo tak mnie cholernie ciekawi jak to się wszystko dalej potoczy…
    Och no, już wystarczająco napisałam. Weny :*

  7. Gordon pisze:

    Ja powiem tylko tyle ze Albert teraz se powinien znalezc jakiegos bardziej kompromisowego kolesia. Tyle mu do szczescia chyba bedzie potrzeba i sie nie bede powtarzac po reszcie. Albo bede ;p nareszcie! Czekalem na ten moment i jest lepszy niz myslalem. Sam mialem ochote zrobic to co Walt ale na szczescie ten objal profesorka. mi sie podobalo ze nie byl zazenowany tymi wszystkimi dwuznacznymi gadkami Walta i jego gestami. pewnie inny facet by sie oburzyl a James sie tak zajebiscie temu wszystkiemu poddaje ;p nadeszla dla nich nowa era a ja juz sie slinie na mysl o nastepnych rozdzialach ;p

  8. Katka pisze:

    Namida, „Poza tym, stwierdzam, że miło czytać nowy o 23, mimo, że wychodzi ono o północy” – ha, przechytrzyłaś system! Niecnie, ale cóż, good for you, hehe :D Rozstanie… tak, wszyscy byli tego świadomi, a jednak potrafiło się zrobić żal Alberta. Choć oczywiście większość życzyła im już tego rozstania. No bo Albercik taki troszku biedny, ale można liczyć, że ten kop od życia coś mu jednak dał. Ach, a to wczuwanie się… nie mów, że „za bardzo”, bo to bardzo dobrze! :D Im mocniej się wczuwa i bardziej wyobraża każdy szczegół, to się przecież ma wrażenie, jakby się tam było :D Choć chyba w momencie tej kłótni osobiście wolałabym tam nie być XD Jeszcze bym im kazała się zamknąć, przytulić i skończyłoby się ugodą, przez co Jim dalej byłby sam… „Tak na prawdę odnoszę wrażenie, że mimo związku z Walterem, to nie mógł pogodzić się ze swoją orientacją i swoimi pragnieniami.” – to na pewno prawda, więc myślę, że dobrze czujesz. Nigdy do końca tego nie zaakceptował i chyba nawet nie chciał. W końcu powtarzał nie raz, że jest to jego swego rodzaju kara. Chyba w dużej mierze tego Walt też nie mógł znieść. Tej myśli, że był dla niego narzędziem kary. To nie było przyjemne. Co do Jima i Walta – hehe, krok po kroku będą się docierać. Chociaż w porównaniu do tempa, jakie Walt miał ze zdobywaniem Alberta, można wręcz powiedzieć, że to co ma z Jimem to sprint XD „Dobrze wiemy, że to odrobinę mniej uległa kochanka, niż Jimmy :D” – hahaha i roooooooooozkoszne zakończenie XD Dzięki! :D

  9. Namida pisze:

    Czytałam co prawda wczoraj, ale czas skomentować mam dopiero teraz. Poza tym, stwierdzam, że miło czytać nowy o 23, mimo, że wychodzi ono o północy (ah, ta kochana różnica czasu… Taka prosta rzecz, a cieszy ^^). Ale do rzeczy. To było jasne. Wszyscy o tym wiedzieliśmy (może nie wszyscy, ale i tak to wisiało w powietrzu). Zerwali ze sobą. I mimo, iż wiedziałam o tym od początku, no wiedziałam, że tak będzie! to jakoś mimo wszystko tak mi smutnawo. Śledziłam uważnie każde słowo w kłótni, aż jakoś tak w głowie wyobrażając sobie tony ich głosy, te krzyki! Ah, czasem chyba za bardzo się wczuwam. Żal mi Alberta, mimo wszystko. Tak na prawdę odnoszę wrażenie, że mimo związku z Walterem, to nie mógł pogodzić się ze swoją orientacją i swoimi pragnieniami. I w sumie jest mi przykro. Walt jednak nie ma co się obwiniać, a i wyczułam, że jest mu przykro.
    No, i oczywiście, spotkanie na pogrzebie! Jakież to urocze :) I, kolejne wrażenie, które odnoszę, jest takie, że Walt przez pocieszanie, od razu przeszedł do podbijania serca Jamesa :) Mimo dramatycznych okoliczności, wiadomo, ich związek potoczy się jak najbardziej pozytywnie, a ja już nie mogę się doczekać, aż ukażecie nam jak się ich związek będzie rozwijał. Już nie mogę się doczekać! Życzę Weny! Dobrze wiemy, że to odrobinę mniej uległa kochanka, niż Jimmy :D

  10. Katka pisze:

    Enid, uuu, aż się serducho raduje na taki entuzjazm. Tym bardziej, że już dzisiaj kilka razy udało nam się od Was poczytać, że Walt i Jim stanowią dla Was czołówkę. Super :D „Uwielbiam tą parę, bałam się, że nie zdążycie w tym rozdziale zawrzeć początku ich związku, ale cieszę skoro się udało!” – haha, a wiesz, usiłowałam jakoś inaczej ten rozdział urwać, wcześniej gwoli ścisłości, bo w swojej obecnej formie przekracza standardową długość, ale się nie dało… Więc spotkanie Jamesa i Walta musiało zostać wrzucone XD Och, biedny Albercik, dostaje mu się dzisiaj. Choć, jak zauważyłam, w tym opowiadaniu każdemu dostaje się po równo, haha. Jedni nieznoszą drwiącego, upartego Alberta, inni Walta, który z pozytywnym uśmiechem idzie… po trupach, a inni Jamesa, który swoją nieporadnością potrafi irytować. Haha, ale to chyba dobrze XD Emocje są ważne. A póki odzew jest, znaczy, że opowiadanie w jakimś stopniu się podoba, co nas baaardzo cieszy :D Och, a Wendy… taaa, z za światów przyczyniła się do uszczęśliwienia swojego bratanka :) Och, i dzięki za te kilka słów odnośnie FDTS :) A komentarze pod wpływem emocji, nawet te niekonstruktywne, czyta się z wielką frajdą, więc no stress :D

  11. Enid Partenopajos pisze:

    Jezu ja chcę ich, pragnę ich! W tym momencie bardziej niż Ryana i Lenniaka…albo tak samo! Uwielbiam tą parę, bałam się, że nie zdążycie w tym rozdziale zawrzeć początku ich związku, ale cieszę skoro się udało! UWIELBIAM POCZĄTKI! Choć to nie sprawdza się co do moich ulubionych pairingów, bo wtedy uwielbiam ich zawsze, ale, ale…ja się nie doczekam kolejnego rozdziału! Normalnie nie wyrobię XD serio serio.
    Albert to mnie mega wkurzył. Powinnam patrzeć się obiektywnie, ale to trudne. Rozumiem, że cierpi i dlaczego cierpi, ma do tego pełne prawo, ale…nie potrafię mu współczuć.
    NO JAK SIĘ JARAM TYMI WYKRĘCAJĄCYMI SIĘ PALUSZKAMI JIMMIEGO!!! Jestem dziwna, ale…jeju jej, to było mega słodkie. Choć to straszne, że akurat Wendy, która była jedną z moich ulubionych postaci kojarzącą mi się z Debbie z QAFu, umarła. No ale pewnie to ona sprowokowała te spotkanie, żeby oboje w końcu byli szczęśliwi.
    A teraz…no niech oni się w końcu pieprzą XDDDDD
    Co do poprzedniego rozdziału fire dragon – świetny pomysł z tatuażem. Chociaż śnieżynka była taka nęcąca i na nią czekałam, to zbyt dużo osób o niej wiedziało, a to jest takie…intymne.
    Nyauuu! ^.^ kotek uszczęśliwiony, śmietanka zjedzona. Przepraszam, że tak lakoniczna, zawsze po świetnych rozdziałach cała chodzę, skaczę, latam i nie potrafię napisać nic takiego…dobrego. I konstruktywnego. Musicie mi wybaczyć, bo to Wy mnie do tego stanu doprowadzacie!
    *tuli tuli tuuul*

  12. Katka pisze:

    Diablica, hehe, zawsze jest fajnie, jak się dużo dzieje XD Wiem, że czasami bywają zastoje, ale cóż… potem przynajmniej się super czyta, jak jest takie wielkie ŁUP! „każdy zasługuje na miłość i szacunek” – praaaaaaawda, prawda. Wiesz, nie chcemy jakoś robić jednego wielkiego raju dla wszystkich gejów, ale okrutne też nie jesteśmy… no i chyba jedynie tyle mogę zdradzić XD O Alu w każdym razie jeszcze będzie :) A to porównanie do czekolady – uuuuurocze! XD I jakie trafne, haha. Co do komentarzy – spoooko, w końcu to nie jakiś obowiązek, ale jak komcisz raz na jakiś czas, to też jest super, bo wiemy, że wciąż z nami jesteś :D Dzięki za ten dzisiejszy w każdym razie :) Pozdrawiamy cieplutko :D

    Kan, haha, magicznego przeskoczenia czasu niestety nie będzie, aaaale, bywały już tu dość spore przeskoki, więc myślę, że aż tak długo czekać nie będziesz musiał :) Ale po drodze też chyba będzie ciekawie… A przynajmniej mamy nadzieję XD

  13. kan pisze:

    Z trudem ponieważ wiem już, że i tak będą razem i jak będzie wyglądał ich związek, prawdopodobnie w tym momencie pragnę żeby okazało się, że w następnym rozdziale przyśpieszył czas w jakiś całkowicie magiczny sposób i już będą mieszkać razem ;d

  14. Diablica pisze:

    JEEEEJJ! O tym marzyłam *.* O przełomie, który właśnie nastąpił <3 Uwielbiam te momenty, kiedy akcja się to czy w wartkim tempie, wtedy kiedy powinna ( moim zdaniem :D ) taka być ;)
    Wracając do rozdziału, pomimo tego, że nie darzyłam Alberta większym uwielbieniem, to jest mi go naprawdę szkoda, bo mimo wszystko każdy zasługuje na miłość i szacunek, a on jak na razie, z tego co tutaj wyczytałam, za wiele jej nie zaznał :( Na szczęście pocieszyło mnie spotkanie Walta z Jamesem *.*. Och jakie to było słodko gorzkie, jak czekolada 70% kakaa :D – Moja ulubiona, jak się można domyśleć :*
    No cóż z utęsknieniem czekam na kolejne rozdziały, no i przepraszam Was za moje zaniedbanie w komentarzach :/ Postaram się poprawić.
    Pozdrawiam serdecznie i przesyłam mnóstwo buziaczków :*
    PS. Ach… i WEENYYY

  15. Katka pisze:

    Adela, dzięki, poprawiłam :) Haha, no i Walt chyba też często uważa go za „biedactwo do przytulenia”, bo z Shiv się często śmiejemy, że kiedyś go dosłownie złamie. Toż on go nie przytula, on go miażdży! Ale zgadzam się, rozczula strasznie :D A nowy rozdziałek za 9 dni, niestety nie możemy nagiąć grafiku, niemniej mamy nadzieję, że szybciutko Ci zleci :) Ale przyznam, że będzie zdaje się równie długi jak ten dzisiejszy :)

    Margo, „On jest jak taka biedna psina z oklapniętymi uszkami” – oooch, kolejne rozkoszne określenie! XD Podejrzewam, że wiele osóbek, które za Jamesem nie przepadają, ma taki lekki facepalm, haha, ale fajowo, że Ciebie urzeka. Taka pipka słodka z niego. A związek Walta i Ala rzeczywiście się burzliwie zakończył… no niestety nie zawsze jest idealnie :/ W ogóle, fajni mi czytać te wszystkie opinie odnośnie kłótni i całego związku. Nie chcę się za bardzo wypowiadać, bo i sama miałam często sporne myśli, nie wiedząc, czyja strona zawiniła. Więc, jako że jeeednak skoro piszę Walta, to trochę bardziej za nim stałam, nie będę narzucać zdania i pozwolę sobie jedynie obserwować Wasze rozkminy :D I przyznam, że strrrrasznie fajnie widzieć, jak są skrajne i jak wyciągacie z tego wszystkiego różne aspekty – jak np. tu z tą upartoóścią Alberta, Margo :D Och, ile ludzi, tyle opinii, ale podoba mi się takie wnioskowanie. Upartości żadnemu z nich nie można chyba odmówić, ale cóż, Albert zdecydowanie zaciętym facetem był XD

    Ailsling, „Będę okrutna, ale co tam… Nareszcie zerwali!” – haha, spoko, myślę, że i tak po prostu wypowiadasz głośno myśli większości. Zresztą, widzę, że często się dzisiaj pojawia słowo „nareszcie” XD Co do tego czy żaden z nich nie był szczęśliwy… na pewno mieli te chwile radości, w końcu nie tylko się żarli, ale masz rację, na pewno gdzieś podskórnie obaj wiedzieli, że to nie jest to, że powinno być… inaczej, lepiej. Hehe, a James w oczach Walta jest nawet więcej niż „sweet”! :D

    Illita, oooch, fajnie, że najulubieńsza! :D Domyślam się więc, że przeżywałaś katusze, czytając o Walcie z Albertem. No ale, jak sama mówisz: nareszcie koniec. A Walt i James na pewno się bardziej wypełniają, więc pasować, na pewno pasują do siebie bardziej. Niektórzy wolą na pewno czytać o takich spięciach jak u Ala i Walta było (co przyznam, że i dla mnie było ciekawym doświadczeniem), ale cóż… najwyraźniej panowie już dłużej nie mogli i… teraz Walt wkracza do związku duuużo spokojniejszego. Hm… chyba mu się należy po tym, co miał z Alem, ale nie mnie to oceniać XD (bo w duchu uważam, że Albert chyba nawet bardziej powinien dostać teraz jakieś szczęście od życia :)) I dzięki za wenę! :D Nigdy za wiele, hehe.

    Nezu-Chan, „Przecież ja wielka fanka Waltera i Jamesa jestem. xD” – to cieszy, haha. Mam wrażenie, że oni wzbudzają bardzo skrajne emocje. Niektórzy to Walta nie trawią, inni Jamesa, a jednak fani obu się znajdują XD Albercika nam też było żal :( Ale właśnie, tak być musiało. A chyba im prędzej, tym lepiej, to może księżulek kogoś jeszcze znajdzie…? A ciocia raczej nie wpadłaby na to, żeby ich zeswatać… Będę okrutna, ale… musiała umrzeć XD Pozdrowionka! :)

    In., witaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaj! :D Yey, normalnie błogosławieństwo przełomowym rozdziałom. Jakoś tak zawsze na nich kilka ludków się ośmiela dać znać o swoim istnieniu :D Miło słyszeć, że czytasz nas już od dawna i że trwasz, i jeszcze nie zdążyłaś się zniechęcić i takie tam XD No i to jeszcze z tak… powiedziałabym, patrząc na inne komentarze, niecodzienną opinią przybywasz :) Mówię oczywiście o ” Albert szybko stał się jedną z moich ulubionych postaci”. Chyba rzadko kiedy osoba, która miesza i psuje (choć tu oczywiście mówię ze strony nieobiektywnej, bo Albert nie psuł przecież świadomie) jest tą ulubioną. Ale, ale, tez jak powszechnie wiadomo, postacie, które są do nas podobne, jakoś są bliższe sercu, więc skoro w Albercie widzisz coś z siebie, to rozumiem. Ale aż się boję i mam nadzieję, że jednak kłótnie w Twoim wykonaniu nie kończą się tak drastycznie jak tutaj u Ala i Wata XD „(…)czy też dlatego, że koniec ich związku może również oznaczać koniec Alberta.” – a tu Cię uspokoję, że Albercik się jeszcze pojawi :) Hehe, no i widzę, że jesteś w gronie osóbek, które nie lubią Jamesa. Zrozumiałe ;) Ale też mamy nadzieję, że jednak go polubisz, hehe, choć nic na siłę :)

    Floo, oj tam, od razu zatłuc… no wiesz? Nie aż tak drastycznie! Walt by się nie posunął do przemocy XD Ale spoko, hehe, choć widzę, że okrutna dla Alberta jesteś XD „ty już dawno powinieneś, w złote zbroi i na białym rumaku uwodzić Jamesa!!!” – haha, pewnie by to zrobił, gdyby wiedział o istnieniu Jamesa XD Ale spoko, już wie i… jak już powszechnie wiadomo, nie da mu uciec XD Trza ratować damę w opresji. A jak się skończy historia… a zobaczysz XD Nie no, jeszcze troszku, mamy plany, więc spoko ;) Nie będzie to długaśne opko, ale chcemy jednak ciutkę pokazać z ich życia, no i Albert jeszcze powinien znaleźć 5 minut dla siebie :)

  16. Shivunia pisze:

    Tigram >> Są rozbrajające, kiedy ma się do nich cierpliwość. Ale faktycznie Walter, chyba woli takie wyzwania niż prowadzenie wojen z partnerem. Jakaś miła odmiana od tego co ma czasami w pracy XD James jaki każdy widzi, mięciutki jak wata cukrowa hehehe
    A co do Alberta, to spoko ;)

    Luinlos >> Dziwnie się poczułam jak powiedziałaś, że to nasza pierwsza taka duża kłótnia. Takie lekkie zaskoczenie. Nie myślałam że da się to tak odebrać. Ale faktycznie, kłótnia była ostra. Chociaż jak ją się pisało, to miałam wrażenie jeszcze większych emocji. Albert był serio wściekły. I nie dziwie mu się, jak zwykle się i tak z nim nie zgadzam. I jakkolwiek bardzo by on kochał Walta, to faktycznie, żaden nie umiał się ugiąć.I stąd te kwiatki między nimi. A teraz poluje na plastelinę którą może w miarę do woli ugniatać – czytaj Jamesa. XD „kto pozwoli mu ukierunkować te wszystkie jego dominujące, troskliwe tendencje” – fajnie ujęte ;) Może w końcu sobie więcej… pofantazjować hihihi
    A James i słodkości – no on bynajmniej nie dietuje, tylko nie umie dużo zjeść i je mega wolno. Jeśli o to chodziło XD

    Liviah >> co za niekryty entuzjazm XD Like it

    Shinu >> „Najlepsze jest to, że w sumie nie potrafię stanąć po żadnej stronie.’ bo obaj mega zjebali!Chociaż ja się trochę skłaniam jednak bardziej ze to Walter więcej zrobił mega egoistycznie i bez pomyślenia w ogóle. To on w końcu najbardziej zrobił z tego szopkę i przedstawienie kosztem uczuć Alberta. Ale może tak mówię bo byłego księdza mam w głowie.
    „I serio? Z przystojnego, męskiego, twardego i stanowczego Alberta na pipowatego Jamesa, który nie umie się poprawnie odżywiać? Jestem zawiedziona Walt.” hahahaha, padłam. Ale masę w tym racji. Tak naprawdę wybrał sobie gorszy model. Ale z drugiej strony, to czasami miło jest się połudzić że nawet takie pipki znajdą sobie kogoś seksownego i troskliwego. Tak czy inaczej, powiedzieć ze Walt ma jeden i konkretnie ukierunkowany gust nie mogę XD
    „Jedyne czego żądam, to jakieś wzmianki/wstawki o tym, że Albertowi się układa. Błagam! ” – najpierw żądasz, potem błagasz, no Shinu, normalnie ze skrajności w skrajność XD Ale spoko, Alberta ZUPEŁNIE nie zostawimy teraz. W końcu jest to o całej trójce. Mimo że to Walter jest główną osią.

    Yaoistka >> Bo Jamesa to można by było niechcący pokruszyć, jakby się go przytuliło za mocno XD Taka z niego biedulka. Ale tez ma swoje inne strony. Ale może Walt go nie skrzywdzi. Może będzie uważał. Bo z Albertem to nie myślał za bardzo wg mnie. I racja, nie pasował Walt do Ala, są ciut za pewni swoich poglądów ;/

    Marta >> Oj, no Walt mocno go skrzywdził. Ale spokojnie, nie chcemy pisać jedynie o tych złych facetach którzy zwodzą, zwodzą i dają fałszywe nadzieje. Więc.. jest nadzieja jeszcze dla Alberta. Może jeszcze mu to na dobre wyjdzie XD Mam przynajmniej taką nadzieje ;)

    Kan >> „Walt nie był w porządku wobec niego.” Zgadzam się. Nie był. Na swój sposób go oszukiwał… ale myślał że robi dobrze. Że tak będzie lepiej i w ogóle. Szczerze… nie wiem co miał serio w głowie, ale Albert był dla niego ważna lekcją. Wiec może trochę dojrzał… i jego też trochę pomęczy to że zjebał z Albertem. A co do samego Alberta, jeszcze z nim będzie coś w samym tekście ;D
    Ciotka była też inna od całej rodziny. Ale bogata, więc ją lubili. A że James się „przypałętał” a nigdy nie miał dobrych relacji z rodziną, w końcu z jakiegoś powodu się wyprowadził z miasta, to teraz wszyscy patrzą na niego wilkiem.
    „Teraz pewnie znając już dalsze losy Walta i Jamesa z trudem przyjdzie mi czytanie o tym jak się stopniowo poznają.”- hę? Będzie źle się czytać? czemu? Oj, ale nie będzie za dużo słodzenia i przeciągania. Chyba. Postaramy się przynajmniej ;)

  17. Floo pisze:

    Nareszcie, nareszcie, NARESZCIEEEEEEEEE!!!!!!!!!!! Już myślałam że zatłuczenie Ala będzie jedyną opcją… no i teraz muszę pochować ostre narzędzia, do tego przeznaczone. No trudno. Ważne że Walt, rzucił księżulka, i jakoś wcale mi nie było go żal. Za to było mi żal Walt gdy, był taki zaszczuty, i gdy płakał że Al odjeżdża. Waaaat, nie płacz za nim, niech jedzie w cholerę, ty już dawno powinieneś, w złote zbroi i na białym rumaku uwodzić Jamesa!!! A Al to niestety, była zawali droga i tyle. Bosze ja nie rozumiem robić taką awanturę o to że powiedział w TV jego imię… A co on jeden na świecie? I jeszcze się ośmielił i Walta bić, sama miałam ochotę walnąć go w zgoła inne miejsce, za takie coś! Walt jest nietykalny i kropka!
    Weny dziewczyny, Weny, dużo weny!!!!! I mam nadzieję że ta historia nie skończy się w momencie jak razem zamieszkają :P

  18. In. pisze:

    Chyba czas najwyższy rzucić od siebie kilka słów. Śledzę Waszego bloga już od tak dawna, a jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się nic skomentować. Ale ja nie o tym. Albert szybko stał się jedną z moich ulubionych postaci (zapewne dlatego, że gdy kłócił się z Waltem, to widziałam samą siebie, ha ha ;-) ), tym samym In Out In wkroczyło na listę opowiadań, które bacznie śledzę. Emocje i gęsta atmosfera tego rozdziału, były naprawdę dobrze oddane. Nie wiem jednak czy było mi smutno z tego powodu, że się rozstali, czy też dlatego, że koniec ich związku może również oznaczać koniec Alberta.
    Co do Walta i Jamesa – o ile ten pierwszy wzbudza we mnie sympatię, tak tego drugiego ciężko mi zdzierżyć. Lecz kto wie – może za sprawą Masona jeszcze się do tej postaci przekonam? Tak czy inaczej, jestem ciekawa kolejnego rozdziału.

  19. Nezu-Chan. pisze:

    BOŻE, NAWET NIE WIECIE JAK DŁUGO CZEKAŁAM NA TEN ZAJEFAJNY MOMENT! xD ( Przecież ja wielka fanka Waltera i Jamesa jestem. xD ) No! Oczywiście żal mi było Alberta i to cholernie, ale uważam, że tak jest lepiej. ( Tak, specjalnie omijam fakt, że Walter zachował się jak skończony ch** o.o ) No i też żal mi cioci. Fajna kobitka z niej była i taka sympatyczna. :c No cóż.. ale można powiedzieć, że gdyby nie ona Walter nie byłby z Jamesem, bo nawet nie mieliby żadnego powodu do spotkania. No chyba, że kochana ciocia zapragnęłaby tego, żeby się spotkali, choć osobiście w to wątpię. Pozdro i buziaki. ;*

  20. Illita pisze:

    NA-RE-SZCIE ! Rany , ileż czekałam aż Walt pozna Jamesa , to moja „najulubieńsza” para :D Jakoś nigdy nie byłam w stanie zapałać sympatią do Alberta , zwłaszcza po tej kłótni , zdecydowanie biorę stronę Walta . Nie moge sie doczekać aż się zacznie rozwijać relacja między Walterem a Jamesem , pasują do siebie o wiele bardziej niż Albert i Walt . Weeny , mimo że jej wam absolutnie nie brakuje :D

  21. Aisling pisze:

    Będę okrutna, ale co tam… Nareszcie zerwali! Ileż można w tak toksycznym związku żyć… Żaden nie był szczęśliwy i tylko jeden drugiego ranił. Oczywiście żal mi Alberta bo Walt go nie kochał tak jakby tamten chciał. Pozostaje życzyć dużo szczęścia w życiu dla obu panów.

    James jest sweet :-)

    Pomysłów ;-)

  22. Margo pisze:

    U la la… tyle wrażeń w trakcie jednego rozdziału się nie spodziewałam:) Biedny Walt, współczuje mu, że tak nieszczęśliwie i bardzo burzliwie się zakończył jego związek z Albertem. Ale cieszę się, że wreszcie doszło do spotkania z Jamesem :) Bidulek. On jest jak taka biedna psina z oklapniętymi uszkami, co by się chciało go tylko głaskać i przytulać i ochraniać przed resztą świata.
    A co do księdza, to myślę, że gdyby nie był tak uparty to by się ich związek tak szybko nie rozpadł. Możliwe, że nadal by trwał. Z jednej strony mi go trochę żal, bo poświęcił swoją „karierę” księdza dla związku, a z drugiej strony te jego nieuginające się w żadną stronę przekonania – straszne. Nie jest dobrze kiedy człowiek jest jak trawa i chwieje nim w każdą stronę, ale odwrotnie też nie za dobrze. W związku trzeba dojść do porozumienia a więc trzeba się trochę pouginać, że tak powiem. A jak Alberto taki sztywny to nic innego nie pozostaje mi powiedzieć jak: ŻEGNAJ! I się cieszę, że w końcu Walt znalazł kogoś takiego dla siebie, kto się da pokierować sobą…aż nadto :)

  23. Adela pisze:

    bratanka zmarłem kobiety -> chyba miało być „zmarłej” ;P
    Jej jak ja kocham Petersona, chce go więcej i więcej. Takie moje biedactwo do przytulenia! Dodajcie, błagam jak najszybciej nowy rozdział!

  24. kan pisze:

    Ciota kipnęła, rozstanie i poznanie Jamesa ;d ale się dzieje. Jednak przyznam, że jakkolwiek irytował mnie Al to było mi przykro po tej całej kłótni i kiedy już się wyprowadzał. Walt nie był w porządku wobec niego. Też chciałbym przeczytać jakiś bonusik o Alu czy sobie radzi i w ogóle.

    Ta rodzina dziwna taka jakaś, że niby James taki zły? No błagam, chyba jako jedyny doskonale rozumiał swoją ciotkę. Pewnie teraz Walt będzie wspierał Jamesa w całej tej spadkowej aferze, taka nieporadność jest urocza ;d W końcu Walt będzie miał kogoś kim będzie mógł się zaopiekować. Tak sobie nawet myślę, że Al miał zwyczajnie zbyt ognisty charakter i może przez to też wszystko się rozpadło. Może Walt gustuje w takich ciapkach jak James? Oczywiście prawnik nie jest zwolennikiem jeżeli chodzi o bycie pasywem a James to uwielbia, kolejny plus. Jestem ogromnie szczęśliwy, że już doszło do spotkania bo czytanie prawniku i byłym księdzu było dla mnie męką. Teraz pewnie znając już dalsze losy Walta i Jamesa z trudem przyjdzie mi czytanie o tym jak się stopniowo poznają. Urocze były te wszystkie odczucia jakie odezwały się w Masonie kiedy ujrzał takiego zapłakanego nauczyciela i kiedy go przytulił awww <3

  25. Marta696 pisze:

    Jezu tak mi się zrobiło szkoda Alberta.Musicie napisać co się u niego dzieje.No i Walt wreszcie znalazł taką pierdołe życiową do kierowania i narzucania swojego zdania

  26. yaoistka^^ pisze:

    Jestem… Zadowolona, Al i Walt nie pasowało do siebie, ale jak pisałam gdzieś wcześniej, Walt zle zrobił chodząc tak długo za Alem i dając mu zmiana nadzieje!! A co do Jamesa.. Biedulek!! Tak bym go chciała przytulic :) albo nie, bp bym go zgniotla albo zabiła posladkiem XD

  27. Shinu pisze:

    No nareszcie! Piękna kłótnia, po prostu majstersztyk ;D Najlepsze jest to, że w sumie nie potrafię stanąć po żadnej stronie. Widzę winę po obu i w zależności od rozdziału czasami większą jest z jednej czasami z drugiej, więc ogłaszam remis.
    I serio? Z przystojnego, męskiego, twardego i stanowczego Alberta na pipowatego Jamesa, który nie umie się poprawnie odżywiać? Jestem zawiedziona Walt. Ze skrajności w skrajność normalnie. Chyba nigdy nie pojmę rozumowania naszego prawnika.
    Jedyne czego żądam, to jakieś wzmianki/wstawki o tym, że Albertowi się układa. Błagam! Jest mi go tak żal. że aż łza się w oku kręci. Nie mogę czytać o tym jaki to Walt jest nagle szczęśliwy i zakochany, kiedy nie będę wiedziała czy Albert gdzieś tam nie siedzi załamany, samotny, porzucony w kącie. To byłoby jak zdrada. Dajcie mi cokolwiek! ;]

  28. luinlos pisze:

    Och…
    To chyba pierwsza taka wielka wielka i poważna kłótknia w Waszych opowiadaniach, bez najmniejszej nadziei i szansy na dobre zakończenie. Bardzo dobrze napisana scena. W pewnej chwili nie wiedziałam nawet po czyjej stronie jest racja, po czyjej stronie powinnam stanąć. Już wiele razy było to powtarzane, ale zdecydowanie Walt i Al mają zbyt silne, dominujące charaktery i usposobienie, aby ten związek miał prawo bytu. I nie wydaje mi się, żeby był chociaż cień szansy na to, aby rozstali się w pokojowej atmosferze…
    James jest taką zagubioną sierotką! Podobało mi się, jak w Waltcie obudziły się te wszyskie instynkty opiekuńcze względem nauczyciela. Zdecydowanie prawnik potrzebuje kogoś, kto pozwoli mu ukierunkować te wszyskie jego dominujące, troskliwe tendencje. A James potrzebuje kogoś, kto będzie niejako podejmował za niego decyzje.
    Jedna rzecz – od chwili gdy napisałyście, że James kupował sobie słodkości w piekarni (czy tam cukierni, nie pamiętam), zastanawiałam się, jak to się stało, że w NBTS tylko skubał swoje jedzenie. Podobało mi się, że o tym wspomnialyście w tym rozdziale.

  29. TigramIngrow pisze:

    Dobra, to jestem w stanie zrozumieć co urzekło Walta w Jamesie. Takie nieporadne osóbki są bardzo rozbrajające i łatwo się nimi manipuluje, oraz łatwo można je nagiąć do swojej woli.
    Powstrzymam się z komentarzem odnośnie rozstania z Albertem. Za bardzo eks xiądz mnie irytuje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s