In Out In – 5 – Na zapas

Jak tylko Walter Mason pożegnał swoją starszą przyjaciółkę, Wendy Peterson, sięgnął po płaszcz z wieszaczka przy drzwiach. Ubierając się, zerknął na swoją rudowłosą sekretarkę, która uwijała się z ostatnimi dokumentami.
— Podwieźć cię, słońce? — rzucił do niej.
— Nie, jeszcze to potrwa z dwadzieścia minut co najmniej — odparła Anne, nawet nie odrywając wzroku od aktówki.
— Na pewno?
— A mówię niewyraźnie? No już, spadaj, spadaj. Umówiony jesteś, nie?
— Tak! — Walt aż pojaśniał. Zapiął do końca płaszcz i sięgnął po swój neseser, który wcześniej położył przy fotelu dla czekających klientów. — Z moim przystojnym księdzem. — Zachichotał, ruszając do wyjścia.
— Diabeł — prychnęła Anne, a Walt tylko wysłał jej buziaka i wyszedł z biura.
Gdy siedział już wygodnie w swoim czarnym BMW, skierował się pod hospicjum, z którego obiecał dzisiaj odebrać Alberta.
Trochę czasu spędził, wyczekując, aż ten wyjdzie, ale w końcu zobaczył, jak z budynku wybiega ubrany na czarno mężczyzna. W biegu zakręca szalik wokół swojej szyi i rozgląda się po ulicy w poszukiwaniu znajomego elementu. Kurtkę miał jeszcze rozpiętą. Musiał być spóźniony. A z tego co Walter widział na zegarku, dokładnie dwanaście minut. Wiedział, że Albert nie lubił się spóźniać, ale i tak dość często mu się to zdarzało. Dlatego często pospiesznie, tak jak teraz, musiał gdzieś zmierzać. Samochód na szczęście jednak stał blisko, więc dosłownie pół minuty zajęło duchownemu dotarcie do wozu Waltera.
— Cześć — powitał go prawnik z uśmiechem, wpatrując się w jego przystojną twarz. — Zasiedziałeś się, co?
— Tak. Pani Hurton opowiadała mi o swoich wnukach, a potem jeszcze byłem u małej Emily. Trochę trwało, nim usnęła. — Uśmiechnął się, kiedy wsiadł, usadowił się na wygodnym fotelu i zapiął pasy.
— I jak się czujesz? Zmęczony? Jedziemy do tego ogrodu botanicznego, czy wolisz gdzieś na kawę? — zapytał Walt, ruszając już z miejsca parkingowego.
— Obojętnie. Ale z miłą chęcią bym się przeszedł do tego ogrodu. O tej porze roku już ciężko zobaczyć tyle kwiatów co tam.
Znali się już dość długo i czym mniej Walter naciskał, tym bardziej sam Albert się otwierał. Nie był aż tak wrogo nastawiony do prawnika. Za tym mogło oczywiście stać wiele aspektów. Jak chociażby czas, który ze sobą spędzali i to, że unikali rozmawiania na drażliwe tematy. Albo też to, że Albert coraz bardziej zauważał, jakim przystojnym i miłym człowiekiem był Walter Mason.
— Popieram całkowicie — odparł z uśmiechem prawnik, kierując się w stronę ogrodu botanicznego, znajdującego się całkiem niedaleko jeziora. Dojazd był dość łatwy, ale o tej porze niestety było sporo korków. Kiedy zatrzymali się na miejscu parkingowym, Walt spojrzał na Alberta. — Dawno tam nie byłem. Zauważyłem, że w ogóle dużo czasu spędzam wśród czterech ścian… Hm, może nad jezioro powinienem się częściej wybierać — westchnął.
— Mógłbyś — odparł Albert, wysiadając z samochodu. — Świeże powietrze zwykle nie szkodzi — dodał, zapinając kurtkę, bo trochę wiało.
Walt zgasił silnik i również wysiadł.
— Tak przynajmniej mawiają. — Uśmiechnął się z rozluźnieniem. Podążył z księdzem w stronę wejścia do ogrodu. — A jak z twoim kontaktem z naturą? Czy preferujesz zimne mury kościoła? — zagadał po drodze.
— Brzmi to tak, jakbyś myślał, że żyję w zakonie. A tak nie jest — odparł Albert, mijając tablicę informacyjną mówiącą, czego nie wolno robić na terenie ogrodów botanicznych. Dalej była główna brama i ogrody przed szklarnią. Teraz mało zachęcające.
— Och, wiem. Ale i tak macie sporo zakazów, jakby nie patrzeć — prawnik stwierdził poważnie, kierując się do wielkich szklarni, których dachy i ściany zbudowane były w kształcie półkuli.
— Chcesz znowu o nich rozmawiać? — odciął się duchowny, rzucając prawnikowi bojowe spojrzenie. Tak, do tego Walter też zaczynał przywykać. Pod tą otoczką chłodu Albert skrywał bardzo zdecydowanego i upartego faceta z żyłką do współzawodnictwa. W pewien sposób go to intrygowało. Czasami na siłę miał ochotę przebijać się przez tę otoczkę, by móc dostrzec, w swoim mniemaniu, prawdziwego Alberta.
— Dlaczego nie? Temat jak każdy inny — stwierdził luźno.
— Ostatnio miałem wrażenie, że nie skończył się miło. Przychodzą mi nawet określenia: spór, konflikt… kiedy myślę o twoim i moim podejściu do zasad.
— Och, Al, nie mów, że nie lubisz dyskutować. W końcu w twoim fachu na pewno nie raz miałeś do czynienia ze spornym zdaniem ateistów — odparł prawnik, pochylając nisko głowę, gdy przeszli pod łukiem pełnym kwiatów i wkroczyli w tereny szklarni gęstszy od roślin, alejek i wysokich drzew.
Mężczyzna spojrzał na niego i skrzywił usta z dezaprobatą.
— A to, że to robię, to znaczy, że mam to robić cały czas?
— Oczywiście, że nie. Powiedz, które ci się podobają. — Walt kucnął na ścieżce, pochylając się do kępki fioletowych kwiatów.
— Lubię magnolie… ale jeszcze tu ich nie widziałem. Piękne są też chryzantemy, ale nie do wszystkiego pasują — odparł Albert, wsuwając dłonie w kieszenie spodni. Kurtkę miał już rozpiętą, a szalik luźno wisiał na jego karku. W szklarni było dużo cieplej i duszniej niż na zewnątrz.
— Znasz się na kwiatach? — dopytał prawnik, który nawet nie potrafił powiedzieć, na jakie kwiaty patrzy. Zerknął przy tym z dołu na Alberta, znajdując się mniej więcej na wysokości jego krocza. Aż w duchu odetchnął ciężko. Ostatnio coraz częściej do jego głowy przebijały się wizje seksu z tym seksownym księdzem. Dałby wiele, by chociaż zobaczyć go bez koszulki.
— Nie. Wiem tylko, jak niektóre się nazywają. I to takie główne ich nazwy, ich pełnych nazw w ogóle nie mogę spamiętać — wytłumaczył, nieświadom myśli drugiego mężczyzny.
— Masz na myśli łacińskie? — zapytał Walt, unosząc się wreszcie i ruszając dalej spacerowym krokiem. Rozpiął przy tym płaszcz, bo i jemu zaczęło robić się ciepło.
— Nie. Gatunków magnolii jest kilka. Nie wiem nawet ile. Pamiętam tylko dwie nazwy, bo są łatwe do zapamiętania. Magnolię brooklińską i japońską. O łacińskich nawet nie ma co mówić. — Machnął ręką i zaśmiał się krótko pod nosem. — A ty jakieś kwiaty lubisz?
— Hm… Nie znam się specjalnie na kwiatach. Lubię czerwone. Gdyby nie wyglądało to niepoważnie, ubierałbym się do pracy w czerwony garnitur. — Zaśmiał się prawnik. — Mam nawet taki jeden.
Albert aż przystanął i spojrzał na niego jak na wariata.
— Poważnie?
Walt obejrzał się na niego i uśmiechnął na widok jego miny.
— Nie żartuję. Uwielbiam go. Chciałbyś przymierzyć? — Zagryzł wargę, patrząc na niego z rozbawieniem.
— Raczej nie. I… po co ci czerwony garnitur? Przecież… — Albert skrzywił się z niesmakiem. — Po co ci taki?
— A tobie po co taka kurtka? Al, to kwestia gustu. Lubię takie ubrania. Nosiłem czerwone spodnie, kamizelki i fioletowe muszki do szkoły — odparł luźno prawnik, ruszając dalej. Wsadził przy tym dłonie do kieszeni swoich eleganckich spodni. Wyglądał naprawdę atrakcyjnie. Spodnie nieco opinały jego uda, ramiona miał dość szerokie, co tylko podkreślał fason płaszczu, a włosy zaczesane do tyłu i przystojną, rozluźnioną twarz.
Albert zrobił jeszcze głupszą minę, ale ruszył za nim.
— Co nosiłeś? I… co? Nikt nie zrzucił cię ze schodów? Musiałeś wyglądać jak klaun.
— Siedzi w tobie więcej uprzedzeń niż widać na pierwszy rzut oka — odparł mu tylko prawnik, wciąż jednak spokojnie i przyjaźnie.
— To nie uprzedzenia. To osąd.
— Skoro tak uważasz. Ale nie, nikt mnie nie zrzucił ze schodów. Byłem lubiany.
Na twarzy Alberta widać było aż nazbyt niedowierzanie.
— I może jeszcze byłeś przewodniczącym? — dopytał, a raczej upewnił się, bo chyba kiedyś Walt mu o tym wspominał. Było to jednak dawno, więc nie był pewien.
— Tak! — Walt odpowiedział ze śmiechem, przysiadając na jednej z ławeczek. Odprowadził przy tym wzrokiem kobietę z około pięcioletnim dzieckiem, które usilnie próbowało dotknąć każdego kwiatka, a jego matka z niecierpliwością ciągnęła je dalej. Poza nią, byli na tej akurat ścieżce sami.
Albert stanął przed nim. Miał wysoko uniesione brwi i powątpiewanie na twarzy.
— Kłamiesz?
— Dlaczego miałbym? Zawsze lubiłem ingerować w sprawy mające znaczenie. Zostałem przewodniczącym w ostatniej klasie. I usiądź obok.
— Dziękuję, postoję jeszcze… Ale serio? Przecież jak tak chodziłeś cudacznie ubrany, to prawie każdy musiał się domyślać.
— Byłem out. Widać osobowość, osiągnięcia i podejście do innych wystarczają, by nie narazić się na akty nienawiści — stwierdził Walt pewnym głosem i spojrzał mu głębiej w oczy. — Tego się boisz?
Duchowny zmrużył swoje ciemnie oczy
— Tego?
— Że ktoś, jakby wiedział, że jesteś gejem, próbowałby cię „zrzucić ze schodów”?
Albert przełknął ciężko ślinę. Odpowiedział jednak hardo:
— Przypuszczasz, że bym sobie nie poradził?
— Tego nie powiedziałem. Masz silny charakter, umiesz trzymać przy swoim, z tego co dotychczas zauważyłem. — Walt uśmiechnął się lekko. — To nie zmienia jednak faktu, że to może być przyczyną tego, jak się ukrywasz.
Mężczyzna spiął się cały i fuknął nosem.
— I znowu coś mi insynuujesz. Nie ukrywam się pod koloratką, tak wybrałem swoją drogę i, doprawdy, nic ci do tego.
Walt westchnął cicho, widząc go takiego wzburzonego i wciąż tak przystojnego. Spojrzał na lewo i prawo i spostrzegł, że są sami, otoczeni wysokimi krzakami. Uniósł się nagle, stając tuż przy księdzu i położywszy mu delikatnie dłoń na policzku, cmoknął go w usta.
Albert od razu odepchnął go tak, że Walter z powrotem usiadł na ławeczce.
— Do ciebie nic doprawdy nie dociera! To jak walenie grochem w ścianę! — syknął na niego, rozjuszony.
— Kłamałeś, ojcze — odparł tylko Walt, patrząc na niego z dołu dość poważnie jak na siebie.
— Kiedy niby?
— Chwilę temu, gdy mówiłeś o ukrywaniu. Widzę, że się boisz, Al. Jesteś twardy, ale to wszystko to tylko otoczka, bo w środku jesteś zastraszony — odparł, unosząc się na nogi, by ruszyć dalej. — Do tego teraz zdenerwujesz się na mnie i nie dlatego, że jestem zapewne według ciebie bezczelny, ale dlatego, że to co mówię, jest prawdą. Wiesz, że lżej by ci było, gdybyś to przyznał?
Albert aż zazgrzytał zębami, po czym jednak wziął kilka głębokich wdechów, aby się uspokoić. Nie szło mu to, więc w myślach odmówił jeszcze dwie zdrowaśki, nim odpowiedział.
— Przyznał? I co? Chodził w czerwonych garniturach albo biegał na parady? Spójrz na mnie. Nie dociera do ciebie, że podjąłem już decyzję?
— I jesteś szczęśliwy i spełniony? — zapytał Walt, patrząc mu bez zawahania w oczy.
— A ciebie, przepraszam, co to obchodzi? Wnikasz w moje życie, w moje decyzje z tą swoją przystojną gębą, jak jakiś szatan! Czego ty właściwie chcesz?! — wycedził, starając się mówić jak najciszej, mimo oburzenia, które aż nim wstrząsało.
— Może cię wyzwolić — odparł odważnie Walt, sam w tym momencie nie będąc całkiem spokojnym. Umawiając się tyle czasu z tym intrygującym księdzem, wcale nie miał na celu tego, co właśnie powiedział. Ale gdy widział, jak ten się miota, jak walczy ze sobą, czasami wręcz nieświadomie zaogniał sytuację między nimi. Zbliżał się do niego coraz bardziej i teraz już nie potrafiłby odpuścić.
Albert zatrząsł się ze złości i zdenerwowania. Zrobił się przy tym czerwony na policzkach.
— Słucham?! — wycedził.
Walt odetchnął cicho, patrząc w te jego ciemne oczy swoimi jasnymi, pełnymi szczerości, życzliwości, ale i powagi w tym momencie. W niektórych momentach wiedział, że nie należy się cofać. Szczególnie, kiedy wiedziało się o swojej racji i wierzyło w swoje przekonania. Postąpił więc jeszcze jeden krok w stronę księdza, tak że ten niemal wyczuł jego oddech na swojej twarzy.
— Powiedz, Al, czy mnie pragniesz.
Ksiądz w jednej chwili cały poczerwieniał. Otworzył nawet usta, aby coś na niego warknąć, ale tylko je w efekcie zamknął i gapił się na Waltera szeroko otwartymi oczami. Chwilę trwało, nim je w końcu znowu groźnie ściągnął i odepchnął od siebie prawnika.
— Jak… jak śmiesz? — wydyszał, nie tracąc kolorytu z twarzy. Płonął z zażenowania, że Walter w ogóle coś takiego mu zainsynuował i… że trafił.
— Nie staram się ciebie obrazić. Tylko dotrzeć do tego, czego chcesz naprawdę — westchnął cicho prawnik.
— Tylko, że tobie nic do tego! Podjąłem już decyzję! A ty wszystko usilnie utrudniasz!
— Nie odpowiedziałeś, czy jesteś spełniony — odparł nieubłagalnie Walter. Teraz, kiedy był poważny i patrzył na wzburzonego Alberta ze względnym spokojem, wydawał się jeszcze bardziej pociągający.
Albert mierzył go chwilę swoimi rozdrażnionymi, ciemnymi oczami.
— A kto jest? — odfuknął, nie mając zamiaru wprost mówić, że żyło mu się dobrze, lecz nieidealnie.
Walt spojrzał mu już łagodniej w oczy.
— Powinienem teraz rzucić jakimś morałem, że ten, kto słucha głosu serca czy coś w tym stylu, hm? — Zaśmiał się cicho i poklepał go po ramieniu. — Chodź. Jeszcze wiele kwiatów nie zobaczyliśmy.
Albert nie ruszył się jednak z miejsca.
— To idź. Ja mam na dziś dość — burknął, odwracając się na pięcie.
Walt westchnął ciężko i zatrzymał go ramieniem.
— Nie obrażaj się na mnie — jęknął prosząco.
Albert spojrzał na niego z rezygnacją.
— Nie obrażam, tylko na dziś mam dość. Jak zwykle zresztą, kiedy nawet nie starasz się słuchać, co do ciebie mówię.
— Jak zwykle, kiedy poruszam ten temat, chciałeś powiedzieć. Przepraszam, Albert. Chodź, przespacerujemy się chociaż w ciszy. To uspokaja, sam dobrze wiesz — nalegał Walt, zerkając mu w oczy zachęcająco.
Duchowny jeszcze chwilę tylko na niego patrzył, w końcu jednak westchnął głęboko i ciężko. Trudno było mu odmówić Walterowi. Skutki tego były aż nazbyt wyraźne.
— Jak już nalegasz.
Przystojna twarz prawnika pojaśniała momentalnie.
— W takim razie idziemy — zdecydował, ruszając przodem w stronę alejki, którą nie zdążyli przejść. Chciał spędzić z nim przyjemnie resztę popołudnia, więc postanowił nie wnikać w temat, o który zawsze zresztą się spierali. Trudno było mu znaleźć jakąkolwiek szczelinę w tej barierze Alberta, by dotrzeć do niego bliżej. Mężczyzna był koszmarnie uparty. Czuł jednak, że się do niego zbliża. I nic nie mógł na to poradzić, że aż mu coś w środku łopotało z radości.

*

James Peterson rozejrzał się po coraz bardziej pustym pokoju. Westchnął sobie nawet cichutko pod nosem i wrócił do składania w równą kosteczkę swoich koszul, swetrów i kamizelek. Spodnie już wszystkie wcisnął do walizki. I jak tak patrzył na nią i tę drugą, jeszcze pustą, zdawał sobie sprawę, jak mało miał rzeczy. Wszystkie jednak skrupulatnie pakował. Nie miał nawet komu zostawić reszty, więc nie było sensu zostawiać drobiazgów. Poza tym kto wie, co mogło mu się przydać w… nowym domu. Zmiany były ciężkie, tym bardziej takie duże. Jednak już zdecydował, a namawiająca go już długo ciotka znacząco się do tego przyczyniła.
Gdy składał kolejny z rzędu sweter, usłyszał nagle dźwięk dzwonka dobiegający gdzieś spod sterty rzeczy rozłożonych na łóżku. Zostawił więc koszulę w połowie składania i sięgnął po telefon.
— Tak? — spytał, kiedy odebrał.
— Cześć, psorku — usłyszał niski głos, który rozpoznał od razu.
— Witaj, Shane. Co u ciebie? Czemu dzwonisz? — spytał, siadając na łóżku. Podkulił kolano pod klatkę piersiową.
— Bo się stęskniłem, a ty się nie odzywasz — odparł chłopak, który o dziwo, tym razem wydawał się mieć dobry humor. Zwykle James widział go dość ponurego.
— Bo… miałem trochę rzeczy na głowie — wyjaśnił lakonicznie.
— Taa, jasne! — Shane zaśmiał się. — A co robisz tak w ogóle? Jesteś wolny w tym tygodniu?
— Nie. Nie do końca. Bo widzisz… Właśnie się pakuję, bo wyprowadzam się z Milwaukee.
— Wow… Serio…? — w głosie Shane’a wyczuł zaskoczenie i cień zawodu. — Chujnia. Znaczy, nie no… Nie wiem, czemu się wyprowadzasz? Coś się stało?
— Nie, nic. Tylko to dłuższa historia. Ogólnie rzecz mówiąc, postanowiłem trochę zmienić… klimaty.
— Kurwa… Szkoda. Na długo? I gdzie uciekasz w ogóle?
— Nie uciekam, Shane, przeprowadzam się. Do Saint Paul konkretnie. To w Minnesocie, więc nie aż tak daleko — odparł z ciężkim westchnieniem, opierając policzek o kolano. Dziwnie było mu znowu wracać do rodzinnego miasta, ale już zdecydował. Nie zamierzał zmieniać decyzji.
— No… niby blisko. A zmiany i tak są chujowe — mruknął Shane ni stąd, ni zowąd. — Na zawsze?
— Co na zawsze? Czy się wyprowadzam? Nie wiem.
— Dobra… To jakbyś się pojawił jeszcze kiedyś w Milwaukee, to się odezwij.
— Postaram się pamiętać. I nadal jesteśmy przecież w kontakcie. Maila ani telefonu nie zmieniam — pocieszył go, lekko uśmiechając się pod nosem. Shane był młodym człowiekiem, a czasami zachowywał się tak specyficznie. Nie chciał zwiedzać świata, poznawać nowych ludzi i miejsc.
— No, mam nadzieję — prychnął Shane po drugiej stronie połączenia. — To też się będę odzywał. I ten… — zawstydził się najwyraźniej lekko — uważaj na siebie, psorku.
James zaśmiał się pod nosem.
— Uważać? Na co? Chyba nie zapowiada się, aby ktoś miał mnie porwać.
— No, kurwa, tak ogólnie mówię — mruknął Shane. — W ogóle czemu Saint Paul akurat?
— Bo moja ciotka tam mieszka i mnie zaprosiła, i… trochę namówiła — wyjaśnił swobodnie, bez emocji. Już nadenerwował się dość tym wyjazdem.
— A, to spoko. Myślałem, że wiesz… tak się rzucasz na głęboką wodę i zmieniasz środowisko tak… no wiesz, w ciemno.
— Nie. — James zaśmiał się. — Aż takim desperatem nie jestem. I szkoda byłoby mi dla tego niewiadomego zostawiać to, co mam tu. Mimo pozorów, lubię swoją pracę. — A dawnego miasta niespecjalnie, dodał, ale już w myślach.
— A tam też będziesz uczyć? Nasza szkoła zajebista przecież była — westchnął Shane z nostalgią w głosie.
— Jeszcze nie wiem, ale taką mam nadzieję. Nie chciałbym rozdawać gratisów w supermarkecie. — Zaśmiał się z lekką obawą. Nie wiedział, co zrobi, jak nie dostanie jakiejś pracy w miarę szybko. Oszczędności nie miał wiele, a pasożytować na ciotce też nie zamierzał. Mieszkanie, w którym teraz siedział, też już było sprzedane. Nawet wolał nie myśleć o tym, co będzie, tylko brnąć do przodu.
— Byłaby chujnia, co? To będę trzymał kciuki — zapewnił Shane twardo. — I co, dzisiaj wyjeżdżasz?
— Jutro — odparł krótko James. — A co? Chcesz coś? — spytał po krótkim wahaniu.
— Spotkać się chciałem… Kurwa, szkoda. Toż widzieliśmy się z cztery miechy temu.
— To… — James spojrzał na zegarek na ścianie. Był już niemal spakowany, a jutro wylot miał dopiero o czwartej popołudniu. — Przyjść do ciebie?
Mógł sobie wyobrazić wyszczerz, jaki zapewne pojawił się na twarzy Shane’a. Tak przynajmniej wnioskował z entuzjastycznego tonu, którym odpowiedział mu chłopak:
— Jasne! Jak ci styka czasu, to ja czekam.
— To będę… za jakiś czas. Dopakuję się już tylko i będę mógł wyjść.
— Zajebiście. To czekam.

*

James w sumie nie był pewny, czemu idzie spotkać się z Shanem. Odpowiedzi, jakie podsuwała mu jego własna głowa, wcale go nie uspokajały i czuł się sam ze sobą przez nie coraz gorzej. Wiedział bowiem, że nie chce tylko porozmawiać. A w nowym mieście nie wiedział, ile czasu… będzie się aklimatyzował.
Cóż, pozostało mu liczyć, że chłopak wyjdzie z jakąś propozycją. Zadzwonił domofonem, stojąc już pod blokiem swojego dawnego ucznia, mając nadzieję, że ten działa.
— Kto? — usłyszał głos Shane’a. Co prawda domofon lekko trzeszczał, ale przynajmniej działał.
— Peterson.
— No wbijaj — po tych słowach drzwi zabrzęczały, więc James mógł już wejść na klatkę schodową.
Szybko wszedł na górę, nie chcąc wpaść na nikogo po drodze. Zapukał do drzwi, a kiedy chłopak mu otworzył, wszedł do środka.
— Zdążyłem skoczyć jeszcze po lody — oznajmił na wstępie Shane z uśmiechem na twarzy. Miał w wardze nowy kolczyk, którego James jeszcze nie widział. — Najpierw chciałem taki duży tort, bo wyglądał zajebiście, z masą czekolady na górze. Ale ty i tak byś skubnął tylko, to lody wziąłem — wytłumaczył się, opierając plecami o ścianę i czekając, aż nauczyciel się rozbierze. Sam był w samych czarnych bojówkach i jakimś starym t-shirtcie. I co go James widział, to miał wrażenie, że jest coraz większy. Coraz bardziej napakowany i, co było abstrakcyjne, nawet wyższy. Czuł się przy nim mały.
— Jakie? — spytał, rozbierając się z butów kurtki i swetra. Poza tym miał na sobie proste spodnie i koszulę.
— No dwa smaki wziąłem, bo nie wiem jakie, lubisz. Są truskawkowe i orzechowo-waniliowe.
— Jedne i drugie są dobre. Możesz mi nałożyć odrobinę tych, które wolisz. Aby nie otwierać od razu obu — odparł i wsunął dłonie w kieszenie, stając przed Shanem, bo nawet nie miał jak przejść do maleńkiego salonu.
— Dobra, to siadaj, a ja nałożę orzechowo-waniliowych — zdecydował chłopak, odsuwając się i ruszając do kuchni.
W mieszkaniu, swoim zwyczajem zresztą, rozlegała się rockowa muzyka. Nie tak głośna jednak, jak to nieraz bywało. Poza tym… niewiele się zmieniło. James już przyzwyczaił się, że tutaj zawsze było tak samo. Wszystkie te same bibeloty i pamiątki. Nic nie zmieniało swojego miejsca. To było na swój sposób przyjemne, chociaż zdjęcia na półkach przyprawiały go o ciarki. Były takie wypominające wszystko. To co już upłynęło i do czego nie można wrócić. Może nie robił aż tak źle, wyprowadzając się z miasta. Trochę zmieni otoczenie, może też samego siebie. W to akurat wątpił.
Usiadł sobie na kanapie, na samym jej brzegu.
Po kilku chwilach do salonu przyszedł Shane, niosąc salaterki z lodami, w które bardzo niedbale powciskał połamane kawałki wafli. W środku już były łyżeczki. Podał jedną miseczkę Jamesowi i usiadł obok.
— I jak tam, spakowany? — zagadał do niego, opierając stopę o skraj stolika.
— Mhm — mruknął mężczyzna, wyciągając jeden wafelek… a raczej jego kawałek. — Muszę jeszcze to co mam na sobie dopakować i przebrać się, ale tak to spakowane wszystko.
— A ty masz samochód w ogóle? Sprzedajesz, czy jak? Bo lecisz pewnie? — dopytywał Shane, jedząc łapczywie i w trakcie przyglądając się Jamesowi. Dość nachalnie, jakby chciał jak najwięcej rysów jego twarzy zapamiętać. Tak na wszelki wypadek.
— Mhm, mam lot bezpośrednio do Saint Paul, a samochodu nie mam. Do szkoły miałem blisko, a szkoda było mi na utrzymanie go pieniędzy — odparł i już prawie ugryzł wafelka, ale dodał: — Wiem, mało amerykańskie.
Shane zarechotał pod nosem i zapchał sobie policzki zimnymi lodami.
— Spoko, ja też nie mam fury. Trochę ironia, co? Jak robię w jebanym warsztacie — prychnął z pełnymi ustami.
— Trochę. Ironią też było, że chodziłeś na geografię, skoro ta cię w ogóle nie interesowała — odparł James i w końcu wziął porcję lodów do ust.
— A co miałem, kurwa, fizykę wkuwać? A tak przynajmniej psorka miałem fajnego. — Shane trącił go lekko łokciem, tym samym niemal wbijając Jamesa w boczne oparcie kanapy. Naprawdę… czuło się, że rósł w oczach. I koszulka jakoś tak bardziej się na nim opinała niż kiedyś. Jak na dwudziestodwulatka był nieźle umięśniony.
James spojrzał na niego niemal z pretensją za tego kuksańca.
— Miło to słyszeć… chociaż wolałbym, abyś lubił mój przedmiot.
— Lubiłem! Jak filmy nam puszczałeś, to było spoko — odparł od razu Shane, którego miseczka była już w połowie opróżniona. Do tego właśnie trochę lodów spłynęło mu z kącika ust na podbródek.
— Już nie chwal, bo kiepsko ci idzie — odparł jego były nauczyciel z ciężkim westchnieniem. Jego lody bardziej się rozpuszczały, niż ubywały.
— Ale serio filmy były spoko — mruknął Shane z wyrzutem, oblizując usta.
— To miło to słyszeć. A co ostatnio oglądałeś, jeśli już jesteśmy w temacie filmów?
— Indiana Jonesów oglądałem! — odparł od razu chłopak, ciesząc się, że James o to pytał, bo najwyraźniej podejrzewał, że i jego filmy przygodowe interesują. — Bo z takim chłopakiem się umówiłem i wiesz, się okazało, że też, kurwa, lubi, to oglądaliśmy kilka części. A pomiędzy seks. — Wyszczerzył się.
— I dobrze się bawiłeś? — dopytał mężczyzna, bardziej się bawiąc lodami, niż je jedząc.
— No, nieźle było. Trochę był jednak za duży, nie lubię aż takich napakowanych, ale co miałem marudzić? — Shane wzruszył ramionami, kończąc swoje lody. Gdy dojrzał, ile James jeszcze miał, wydął wargi. — Kupiłem lody specjalnie, a nie tort… Zjesz całe, nie?
James spojrzał do swojej salaterki na roztopioną mamałygę.
— Te co mam… chyba tak. Ale nic więcej.
— Spoko. Chociaż te. — Shane westchnął, podsuwając się do niego bliżej i kładąc mu swoją naprawdę dużą dłoń na udzie. — Będziesz się chciał trochę pobzykać? — Uśmiechnął się do niego złowieszczo bokiem.
James spojrzał na niego, akurat mając łyżeczkę w ustach.
— Mhm — mruknął i wyjął ją z ust. — Mogę. Jeśli ty masz ochotę.
— Noo, ale musisz zjeść. — Shane poklepał go po udzie zdecydowanie. — W ogóle moja matka jest w Europie. Wiesz, z pracy. Nawet, kurwa, nie wiem gdzie, bo tylko kartkę wysłała z pozdrowieniami, ale nie ma napisane, co to za miejsce. Pocztówkę ci pokażę, to mi powiedz, co?
— Możesz. Chociaż z tyłu powinno być napisane, gdzie zostało albo co przedstawia zdjęcie — zauważył James, pojadając powoli rozpuszczone lody. Oblizywał się przy tym co chwilę, by nie spłynęły mu po brodzie. Nie chciał wyglądać niedorzecznie. Tak jak Shane.
— Nie ma właśnie — mruknął gospodarz i odstawiwszy salaterkę na stolik, uniósł się z kanapy.
Wyszedł do swojej sypialni i wrócił z pocztówką, na której tyle były napisane rzeczywiście jedynie „pozdrowienia z Europy!”. Pocztówka za to przedstawiała morze, wysokie wybrzeże i na nim bielusieńkie domki z niebieskimi, okrągłymi dachami. Do tego wąskie, prostokątne okienka i przejrzyste, intensywnie niebieskie niebo. Shane pokazał Jamesowi pocztówkę, patrząc na niego z wyczekiwaniem.
Ten przyjął ją, odstawiając na bok lody. Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na chłopaka.
— Nie domyślasz się w ogóle pewnie. A chociaż czy to północ, czy południe Europy?
Shane zaczerwienił się lekko i zagryzł dolną wargę, nie wyglądając teraz specjalnie groźnie.
— Nie wiem… Kurwa… Pooo… — przedłużył sylabę, by przed skończeniem upewnić się w mimice Jamesa, czy dobrze strzela — łudnie?
— Południe. Grecja najpewniej, sądząc po tych domkach i wybrzeżu. — Odwrócił kartkę i nie czytając treści, zerknął tylko na podpis, skąd to jest. — Mhm, widzisz?
— Gdzie, kurwa? — Shane pochylił się do niego i zmarszczył brwi. — Jest… Ale powinna napisać, że z Grecji, a nie Europy. Albo takie duże „GRECJA” z przodu powinno być. Toż, kurwa, ocean nas dzieli, skąd mam wiedzieć, jak tam domy wyglądają?
— Ale dla większości osób tutaj to wszystko tam to jedna Europa. Nie zauważamy najczęściej, że jedno ich państwo jest wielkości naszych stanów — wyjaśnił James, oddając mu kartkę i zabierając się dalej za lody.
— No, takie maluśkie są, nie? — prychnął Shane, patrząc na pocztówkę. — A byłeś tam kiedyś?
— Niestety nie, chociaż bardzo bym chciał.
— No… Może ci się uda — mruknął i odłożył pocztówkę na stolik.
— A ty chciałbyś zwiedzić jakieś miejsce?
— Nie. Ja jak o podróżach myślę, to tylko wiesz, celem jest koncert.
— I nie chciałbyś zobaczyć na przykład Paryża, Wiednia czy chociażby jakiegoś naszego wielkiego miasta? Nawet Hollywood?
— No, Hollywood może tak. Byłoby zajebiście jakąś gwiazdę spotkać i autograf zdobyć… — Chłopak zamyślił się, wyciągając nogi przed siebie, a ręce zakładając na oparcie kanapy. — Ale i tak nie mam z kim i za co.
— Ale masz cel. Może kiedyś ci się przytrafi, poza tym, jak kiedyś byś był na koncercie gdzieś w pobliżu, to zamiast wracać od razu do domu, możesz zajrzeć jeszcze i pozwiedzać okolicę.
— Ta… — odmruknął Shane, ale i tak dziwnie ponuro. Przechylił głowę i spojrzał na Jamesa niemal z tęsknotą. — Kurwa, szkoda, że wyjeżdżasz.
James spojrzał na niego swoimi jasnymi oczami.
— Ale masz tu znajomych, nie mów, że będziesz tęsknił.
— Trochę. Dużo znajomych na studiach jest. Większość właściwie, kurwa. Ja tu jeden z nielicznych utkwiłem w robocie. Czekaj, to ty tam w Saint Paul dopiero szukać będziesz? — dopytał Shane z zaciekawieniem, a James wzruszył ramionami.
— Chyba tak. Znaczy podobno ciotka ma coś dla mnie, ale nie wiem na sto procent. Mam nadzieję, że ją dostanę.
— A będziesz się tam miał z kim pieprzyć? — zamruczał chłopak, na którego usta powoli wykwitł drapieżny uśmiech.
James aż przełknął ciężej porcję roztopionych lodów. Miał je już na szczęście na wykończeniu.
— Ummm… ee… nie wiem. Może.
— Dzisiaj muszę cię dobrze przerżnąć, żeby ci starczyło na dłużej, na wszelki wypadek, co? — Shane pochylił się nieco go niego i polizał po policzku.
James aż wciągnął głośno powietrze nosem.
— Ummm… tak? Tak myślisz? — spytał, zerkając na niego i odstawiając salaterkę.
— Mhmmm… Mam siłę na co najmniej dwa ładunki. Gdzie chcesz pierwszy? — zaburczał Shane do jego szyi i przesunął po niej zębami.
Mężczyznę aż przeszły przyjemne dreszcze. Oblizał usta.
— Dwa? Tylko, taki młody? — spytał, oddychając już głębiej
Shane zarechotał i chwycił jego szczękę mocno i stanowczo. Odwrócił jego głowę do siebie i krótko, ale bardzo agresywnie pocałował.
— Pieprzony kusiciel. Dostaniesz więcej, jak chcesz tak mokro w dupie — wymruczał i przesiadł się na skraj stolika, tuż przed nauczyciela. — To zdejmuj koszulę.
James odetchnął ciężko i sięgnął swoimi szczupłymi palcami do górnego guzika ubrania. Zaczął je sprawnie rozpinać, nie chcąc, aby Shane się zniecierpliwił i mu urwał jakiś guzik. Potem musiał jeszcze wrócić do siebie.
Chłopak aż zmarszczył nos i oblizał się, przypominając teraz głodnego zwierzaka. Sam ściągnął przez głowę swój podkoszulek, tym samym ukazując swoje umięśnione ciało i tatuaż.
— Zdejmij całkiem — rzucił, samemu wyciągając stopę i rozsuwając mu na boki nogi. Tak, by wyglądał na chętnego i zapraszającego go do ataku.
James uniósł na niego swoje łagodne oczy i zdjął do końca koszulę. Odłożył ją jak najbardziej na bok, mając nadzieję, że nie zostanie nadmiernie pogięta.
Shane uśmiechnął się na jego widok, po czym nagle dopadł Jamesa, łapiąc go za nadgarstki i unieruchamiając mu je nad głową. Nim nauczyciel zdążył choćby odetchnąć głębiej, chłopak wpił mu się w usta żarłocznie, trzymając go mocno i wisząc nad nim.
James nawet nie myślał, aby się sprzeciwić. Stęknął tylko cicho w jego wargi i dopasował się.
Shane’owi wystarczała jedna dłoń, by unieruchamiać mężczyznę, więc drugą od razu skierował w dół jego ciała. Nie przerwał pocałunku, gdy przesunął nią po jego szczupłej klatce piersiowej i lekko wykręcił mu sutek.
James pisnął w jego wargi, ale nie sprawiło mu to więcej dyskomfortu niż przyjemności. Shane za to zaburczał, zadowolony z takiej reakcji i puścił wreszcie jego nadgarstki, by zsunąć się niżej. Polizał jego klatkę piersiową i pociągnął za sutek zębami, równocześnie już błyskawicznie dobierając mu się do spodni.
James nie ruszył dłoni, nadal trzymajac je nad głową. Pozwalał chłopakowi bez wątpliwości zabawiać się swoim ciałem. Trochę go znał, więc wiedział mniej więcej, do czego jest zdolny.
Shane oblizywał jego sutek, rozpinając mu w trakcie spodnie, które w końcu obsunął wraz z bielizną w dół. Odsunął się w końcu, by zdjąć je całkiem z Jamesa. Pozbawił go jeszcze skarpetek i mając go całego nago, zamruczał z zadowolenia.
— Sypialnia. Posprzątałem — rzucił, łapiąc go w pasie i dosłownie przerzucając go sobie przez ramię. Trzasnął go przy tym dość mocno w tyłek. — Ale dziwnie nosić własnego psorka! — Zarechotał, ruszając do drugiego pokoju.
— Do tego nagiego — dodał James, kładąc swoje szczupłe dłonie na jego umięśnionych, szerokich plecach. — Wszystkich tak nosisz? Bo jesteś jeszcze większy niż ostatnio.
— Siłownia robi swoje. I nie wszystkich. Ten od Indiany Jonesa był nawet większy niż ja — prychnął Shane, wchodząc do swojego pokoju i kładąc Jamesa na łóżku. Od razu sam uklęknął nad jego klatką piersiową, by mieć krocze blisko twarzy nauczyciela. Na razie jeszcze w spodniach.
James tylko na chwilę spojrzał mu w oczy, po czym na jego rozporek. Dłońmi pogładził jego uda.
— Ach… I podobał ci się? — spytał, dopiero po chwili przypominając sobie, że już chyba pytał o coś podobnego albo o to samo. Teraz w głowie jednak miał jedynie myśli o tym, co znajduje się w spodniach Shane’a.
— Nie, za duży był. Ale spoko się gadało, więc wiesz… Trzeba korzystać — odparł chłopak, masując się niemal zachęcająco po kroczu. — A ty jakich wolisz w ogóle?
James chwilę nie odpowiadał, nie wiedząc w sumie jak.
— Umm… zdecydowanych?
Shane uśmiechnął się groźnie i rozpiął swoje spodnie, a mężczyźnie ukazała się naprawdę spora wypukłość w jego czarnych slipkach.
— To masz. Bierz się za niego, już — rozkazał twardo.
James przełknął ślinę, która od razu zebrała mu się w ustach. Sięgnął do jego bielizny i ściągnął ją w dół, wyciągając penisa chłopaka na wierzch. Jego jednak objął tylko dłonią, a ustami sięgnął do moszny.
Shane podsunął się przy tym bardziej, by ułatwić mu dostęp. Teraz niemal wisiał nad twarzą swojego byłego nauczyciela. Przytrzymał mu nawet głowę przy jądrach, burcząc z aprobatą.
James oblizał je wpierw, po czym rozchylił mocno szczęki i wziął je do ust, by possać wprawnie. Patrzył przy tym to na penisa, którego pobudzał dłonią, to na chłopaka, czy mu dobrze. Penis sztywniał szybko i sprawnie, więc co do tego nie było wątpliwości. Shane aż zakręcił lekko biodrami.
— Ta, ssij dobrze…
James zamruczał potakująco, wczuwając się i przekręcając co jakiś czas głowę. To w jedną, to w drugą stronę, aby polizać najwrażliwsze miejsca. Sprawdzał je i szukał, patrząc na reakcję Shane’a. Ten oddychał coraz ciężej, aż w końcu sam zabrał jądra z ust Petersona i przytrzymał sobie penisa, kierując go nieco w dół. Wciąż trzymał głowę mężczyzny i wsunął kawałek kutasa w jego usta.
— Dużo zmieścisz? — zamruczał groźnie.
James, nie mogąc odpowiedzieć, tylko ścisnął jego uda szczupłymi długimi palcami i sam przysunął się bliżej jego podbrzusza. Brał jego penisa wolno i na razie tylko do połowy, bo ten jeszcze nie był dostatecznie śliski, a on rozluźniony.
Shane nie naciskał za bardzo i zwolnił uścisk na głowie mężczyzny, by dać mu większe pole manewru.
— No pokaż, pochwal się — zachęcał, zagryzając wargę, gdy patrzył na niego z tej pozycji.
Jamesa nie trzeba było specjalnie namawiać. Oblizywał jego penisa, po czym brał go coraz głębiej w usta. Czym dalej, tym bardziej się nim krztusząc, ale za każdym razem coraz głębiej. Rozluźniał się przy tym i czerwieniał na twarzy.
Shane odetchnął chrapliwie i zaczął w pewnym momencie sam poruszać biodrami. Wyraźnie poddawał się uczuciu ciepłych i wilgotnych, i… bardzo doświadczonych ust Jamesa.
— Zasysaj… dostaniesz pierwszy do gardła… — wydyszał chłopak, marszcząc mocno nos.
Nauczyciel posłusznie zsunął się trochę z jego penisa i zaczął dobrze i wprawnie mu ssać. Nie za mocno, nie za słabo, co jakiś czas biorąc go głębiej.
Shane w pewnej chwili pochylił się bardziej, podpierając na dłoni tuż nad głową Jamesa i sam chaotycznie poruszył biodrami, by po chwili spuścić się mężczyźnie do ust.
— Uuuuuuuuuuch… uwielbiam… je…! — wywarczał przy tym, cały drżąc.
James ścisnął mocniej palce na ciele swojego dawnego ucznia, ale udało mu się przełknąć chociaż część nasienia. Trochę wypłynęło mu po policzku. Nie przejął się tym jednak, tylko łakomie wyciągnął szyję, łapiąc wargami żołądź penisa, który wysunął mu się z ust. Och nie, nie miał zamiaru pozwolić mu tak skończyć. Chciał jeszcze. Może faktycznie trochę na zaś, na zapas. A może po prostu, bo taki był. Nie chciał teraz jednak tego roztrząsać. Ani tego, że prawdopodobnie nigdy nie znajdzie kogoś, kto jednocześnie będzie go kochał i pieprzył tak, jak lubi. Zeszmacał i brał, jak tylko mu się podoba. Nieważne. Teraz po prostu chciał przejść dalej i wydusić z tego młodego, napakowanego ciała nad sobą jeszcze chociaż dwa spusty.

23 thoughts on “In Out In – 5 – Na zapas

  1. Shivunia pisze:

    Shinu >> No gratulacje. Znalazłaś czas na czytanie na koniec semestru, to… to… godne pochwały. (niech jakaś magiczna siła sprawi abym zaliczyła sesje za pierwszym razem). A co do Jamesa… uch, szkoda, że go nie trawisz. I nie dlatego że go pisze, a dlatego że będzie miał tu swój udział i ma… i będziesz miała mniej do czytania jak go omijasz. XD Z drugiej strony nie dziwie się. James Peterson to szczyt bycia osobą „in” i straszną mamałygą. Kompleksy i bawienie się jedzeniem.
    Albert natomiast jest też „in” ale… no ma jaja XD (ale pojechałam Jamesowi) Nie wiem tylko czy były skory do bycia tak tulanym, lulanym i cała ta reszta. A ten „moment” zbliża się wielkimi krokami. Toż inaczej jakby było byście nas zabili (plus Jimmy w mojej głowie nie ułatwiał mi pisania Alberta każąc mi to jak najbardziej przyspieszyć XD)

  2. Shinu pisze:

    No, w końcu znalazła czas to i zaczęłam nadrabiać opowiadania xD Kurczę, myślałam, że IOI będzie w całości poświęcony Waltowi i Albertowi, a tu się James pojawia… ech, no niestety, przyznaję się bez bicia, że omijam części z nim związane, bo nie przepadam za gościem, a już w szczególności nie potrafię czytać o Shanie, kiedy wiem jak skończy ;(
    Ale wracając do Walta i Ala – przyznam, że jestem pod wrażeniem. Jako, że kocham takie „zakazane” związki, a kazirodztwo mi się przejadło(xDD), to wręcz czekałam na jakiegoś księżulka :D. I proszę – piszecie właśnie o tym. Musze powiedzieć, ze zakochałam się w Albercie. Wyzwala u mnie jakiś taki dziwny instynkt macierzyński xDD. Po prostu mam ochotę go wziąć i przytulić i ululać – sama nie wiem dlaczego ;D. Czekam na moment, aż w końcu ulegnie pokusie i miejmy nadzieję, że to nastąpi już niebawem. Walt – nie poddawaj się! ;D

  3. Katka pisze:

    Floo, hehe, no wyjechał, wyjechał, ale wiesz, jak to się skończy :) Spoko, jak się zejdą, damy znać XD „Nie lubię tego księżulka!” – nie mam pojęcia dlaczego, jak to przeczytałam, pomyślałam o „księciuniu” z Gumisiów…

  4. flonia pisze:

    Eeeee, chyba się pogubiłam, to Jimmi wyjechał? Ale on miał być z Walteeeeem :(
    Nie podoba mi się to ze są osobno! Oni mają być razem!!!! Albert wynoś się idź do zakonu i nie wychodź stamtąd, psujesz wszystko!
    Nie lubię tego księżulka! Cioteczkę polubiłam, ale może mi wybaczy że jej tak źle życzę, ale oni muszą się już spotkać!

    Dajcie znać jak już się spotkają, bo na razie mi się nie podoba T^T

  5. Katka pisze:

    Ashia, yey, dzięki, miło słyszeć, że ktoś z zapartym tchem śledzi losy księcia Alberta! :D Hehe, a propos Walta i tego, jak czuć jego optymizm – osobiście uważam, że on się powinien materializować za każdym razem obok, jak ktoś ma doła. Toż wystarczy na niego spojrzeć, a człowiek ma wrażenie, że świat nie wie, co to troski XD Och, och, a Shane i jego czarna przyszłość – no ciut to jednak boli podczas czytania, co nie? Aż by się chciało tam w tę scenę wejść i mu powiedzieć „Ty ciołku, masz NIE jechać z Davidem na koncert!”. Choć pewnie i tak by nie posłuchał XD „choć nadal mam dziecinną nadzieje, że oni żyją i są w szpitalu bo ich odratowano” – hehehe, nie zaprzeczam, że może być taka ewentualność :) Co do Alberta i Walta i tego, jak ładnie ich relacje opisałaś („te kłótnie, sprzeczanie sie co jest moralne, a co nie, ich seks. czuję, że to będzie coś dobrego, ale toksycznego”) Cóż… zdecydowanie ich związek był bardziej burzliwy niż ten, który Walt ma z Jimem. Może dlatego prawnik woli tego drugiego – jest mu z nim spokojniej i bezpieczniej. A konflikty ma w pracy, w związku nie potrzebuje XD Chociaż nie można zaprzeczyć, że do Alberta czuje coś specyficznego :) Dzięki za rozbudowanego komcia! :)

  6. Ashia pisze:

    A mnie to całe opieranie się Ala bardzo intryguję, więc z przyjemnościa czytam jak się tak ciągle krzywi i zaprzecza, a w głowie, sercu i kroczu swoje czuje xD
    Walt jest świetny, aż czuję tę jego szczerośc, wesołość, ten optymizm jak przepływa przez monitor i mnie tym zaraża! Ja te jego cieszące się, niebieskie ślepia i zapewne hollywoodzki uśmiech widzę przed soba jak żywe xD
    Jak czytam o Shanie, moim kochanym wulgarnym, bezpośrednim, ale i naiwnym na swój sposób Shanie, i jak myslę jaki los go spotkał, to az mnie sciska w serduchu. To jak rozmawiali, że fajnie byłoby wybrac się w podróz zakończoną koncertem, ale nie ma z kim i za co, a James na to, że ma cel. To normalnie az nieprzeyjmnie mi sie zrobiło, bo przypomnialam sobie ostatni rozdział NBTS :( ale dobra dobra! nie będę się nad tym rozwodzić, choć nadal mam dziecinną nadzieje, że oni żyją i są w szpitalu bo ich odratowano xD
    Oj Jamie, Jamie, Jamie. Ty zakompleksiony, uroczy, niewyżyty słodziaku. Cudowna jest jednak myśl, ze tam gdzies lezy w łózku sobie Walter (który na obecną chwilę mysli o ksiedzu Albercie ^^), dla którego będziesz całym swiatem :)
    Scena seksu, choć przerwana, co mi w zupełnosci nie przeszkadza, świetna jak zawsze. Dobrze czyta się ich razem ^^!
    Więcej Alberta! Ta jego wewnętrzna walka i tajemniczość jak juz wspomniałam mnie intryguję, Walta zdecydowanie też xD Już widzę co to będzie za bomba emocji i pragnień jak Al ulegnie i to wszystko w nim wybuchnie łaaaa*____*. Ta dwójka razem, te kłótnie, sprzeczanie sie co jest moralne, a co nie, ich seks. czuję, że to będzie coś dobrego, ale toksycznego. W sumie szkoda mi Ala, bo jednak duzo poświęcił, zrzucając sutannę dla Walta, a wiemy, że ten nie żywił do niego takich uczuć jak nasz księzulek no i żal faceta jednak:<. No ale tak w życiu bywa czasami, mam chociaz nadzieję, ze przez to ze Walter go wyciągnał z tego kościoła w przyszłości będzie mu lepiej i znajdzie sobie kogoś!:D Och jak ja uwielbiam te momenty jak uswiadaniam sobię, że myśle o bohaterach i opowiadaniach jak nie o fikcji hahah, ale to wskazuję tylko na to jak dobre jesteście w tym co robicie ;*

  7. Katka pisze:

    Tess, haha, och, jakoś tak nie mogłam się powstrzymać, by wymienić jego wady XD Ale widzisz, to wulgarność też się zgadza :D Tesshane też dobrze brzmi XD

  8. Tess pisze:

    Katka, bardziej chodziło mi o ten jego sentymentalizm, przywiązanie do miejsc i rzeczy… Też nie przepadam za zmianami :D Mi do wielkiego byka dużo brakuje, uwierz. Ale, tak. Czasami jestem wulgarna… Jak na dziewczynę nawet bardzo xD

  9. Katka pisze:

    Kan, uuu, to fajnie, że tylko dwa :D Ale ile by nie było, to zawsze jest ta presja, która równie nieprzyjemne na człowieka wpływa jak samo zakuwanie… „Wybacz ciociu Wendy ale czas już umierać” – Boże, żeby ta biedna kobieta wiedziała, ile ludzi życzy jej śmierci XD To takie przykre, haha. „Tak bardzo chcę żeby już byli razem” – uwierz, gdy to pisałyśmy, mój wewnętrzny Walt też bardzo tego chciał… Tęsknił za Jimem. Ale spoko, przewijki czasowe będą, choć mamy nadzieję, że wyjdą naturalnie :)

    Tess, to na swój sposób świetne, jak można się z jakimś bohaterem identyfikować, bo się go wtedy bardziej odczuwa, łatwiej do niego przywiązuje i z większą radością przeżywa z nim wszystkie chwile. Mam nadzieję, że tak to u Ciebie działa :D I to trochę straszne identyfikować się z wielkim, wulgarnym bykiem, który nie wie, co to „takt” i straszy ludzi samym spojrzeniem XD No dobra, ma tez zalety… XD A co do tego, co piszesz o Jimie, mam tylko jeden komentarz – „on jeszcze nie wie…” :D Haha, i dzięki za to PS XD Jednak są tacy ludzie!

  10. Tess pisze:

    Haha, to aż straszne… Ale ja tak bardzo identyfikuje się z Shane’em. Te pamiątki, wspomnienia, brak taktu w niektórych sytuacjach. Coś pięknego. Gdybym miała być damską wersją jakiejś postaci z waszych opowiadań, to byłabym właśnie nim xD Masakra!

    „Ani tego, że prawdopodobnie nigdy nie znajdzie kogoś, kto jednocześnie będzie go kochał i pieprzył tak, jak lubi.” – Och, no wiem, że powinno mi być żal psorka, ale kiedy pomyślę, że tam gdzieś czeka na niego jego ukochany, (który teraz NIESTETY bierze się za tego niewinnego, dziewiczego księżulka) to jakoś mi raźniej.

    PS. Ja się cieszę, że seks nie był opisany :)!

  11. kan pisze:

    W sumie to tylko dwa egzaminy, więc nie tak źle ale i tak ogrom materiału, współczuję Kat i trzymam kciuki żebyś wszystko pozytywnie zaliczyła ;d
    Wybacz ciociu Wendy ale czas już umierać, drogi Albercie czas dać się przelecieć.
    Mimo wszystko trudno przychodzi mi czytanie kiedy wiem, że James będzie z Waltem. Tak bardzo chcę żeby już byli razem są taką fajną parą chociaż niezmiernie wkurza mnie ten brak pewności siebie i naprawdę niska samoocena Petersona. Niech ten czas leci szybciej. Oczywiście czas w opowiadaniu ;d

  12. Katka pisze:

    Tigram, nie da się ukryć, że jak jest rozdział zakończony cliffhangerem, to ludki więcej komentują chociażby po to, żeby nam grozić śmiercią XD Haha, ale przyznam, że to i tak miłe. To taka wiesz, tajna polityka. Jak tylko możemy podtrzymać Was w niepewności, to to robimy :D

    Elis, też lubię jak Shane się zajmuje psorkiem (chociaż oczywiście wolę go z Davidem, hehe) :D I to aż zaskakujące, że kogoś tak pozytywnego jak Walt, można postrzegać jako szatana :D

    Vicious, mogłabym sparafrazować Twoje słowa „Miałam się uczyć, a nie czytać kolejne opowiadanie, no ale wyszło jak zawsze ;]” – i napisać „Miałam się uczyć, a nie pisać opowiadania, ale wyszło jak zawsze”… Taaa… Ale troszku zakułam, mam nadzieję, że Tobie po przeczytaniu też się udało. W ogóle widzę, że to jedzenie Jima serio Cię dręczy! Ciekawe, jaką by minkę zrobił, jakbyś go tak trzepnęła XD „No i fajnie, że Shane się pojawił, on mi zawsze jakoś poprawia humor ;D” – bo z Shanem (względnie z Shane’a) można się zawsze pośmiać XD Za to postać Alberta była poruszona w bonusie „Last Christmas”, ale jeśli nie czytałaś, nie musisz. Kiedy dojdziemy do pewnego etapu, zostanie on przywołany, bo jest jakby „w środku” akcji tego opowiadania :) I rzeczywiście, lepiej nie czytaj komentarzy! XD DUŻO tu spoilerów.

    Kan, takie chwilowe ukojenie dla duszy, hehe. Taaa, mam to samo :) I zazdroszczę, że Twoja się dopiero zbliża… Ja już od tego tygodnia mam egzaminy :(

    Wadera, ta, w relacje Alberta i Walta wdała się lekka rutyna. Widać Walt jest tak uparty, że nie jest w stanie jednak za długo trzymać języka za zębami i zawsze coś, mały diabełek, palnie! Nie ma się co dziwić, że Albert się tak wkurza, hehe. No i ładnie Jamesa ujęłaś. Takie… albo miłość, albo seks. Ale że nie wierzy w to pierwsze za bardzo, szuka togo drugiego. Przynajmniej w części się zaspokaja. Chociaż wciąż nie emocjonalnie i nam psorek smutnieje :( „Bzyknąć księdza” – to źle brzmi XD

  13. Wadera pisze:

    Ciotka musi umrzeć!!! XD
    Znaczy lubię ją, ale ile można czytać o Alu, który jest ale nie jest i co chwila się obraża. Znaczy zauważyłam, że przebieg ich spotkań jest zawsze taki sam, najpierw jest spoko ładnie, neutralne tematy, potem Walter zaczyna coś lekkiego na temat homoseksualizmu, Al to ignoruje i okrąża, potem Walter odnosi to co powiedział do Ala, Al się irytuję potem Walter naciska, Al się wścieka (oczywiście kulturalnie), a potem Walter dobrucha Ala który się uspokaja, ale nadal jest niezadowolony. I na okrągło to samo.
    Jak czytam o Jamesie to aż mi się tak przykro robi zwłaszcza po tym jego zdaniu w myślach że nigdy nie znajdzie kogoś kto by go jednocześnie pokochał i dał mu taki sex jak lubi, bo aż na kilometr było widać że może zrezygnować z jednego z tych czynników na koszt drugiego, a i tak dobrze że na początku przy Walterze wybrał ten pierwszy, a sex dostał gratisowo XD
    Adela spodobał mi się strasznie Twój komentarz ;) rzeczywiście ironia że aby dwóch facetów stworzyło udany związek ciotka pierwszego musi umrzeć, a drugi musi bzyknąć księdza :D
    P.S.: Jeszcze tylko 6 dni ]:-}

  14. vvicious pisze:

    Miałam się uczyć, a nie czytać kolejne opowiadanie, no ale wyszło jak zawsze ;]
    Jimmiego wciąż nie lubię i znowu jego babranie w jedzeniu sprawiło, że miałam mu ochotę trzasnąć, ale może go jakoś przecierpię, bo reszta mi się bardzo podoba.
    Waltera już mówiłam, że lubię, tutaj chyba nawet jeszcze bardziej (może bo jeszcze nie jest z Jimmim xD), strasznie mi się podoba ta jego naturalna pewność siebie. No i fajnie, że Shane się pojawił, on mi zawsze jakoś poprawia humor ;D
    A przede wszystkim postać Alberta mi się bardzo podoba, wnioskuję, że sie pojawił w jakimś bonusie do NBTS, którego nie przeczytałam, ale to może i dobrze, bo rozwiązanie tego wątku będzie dla mnie niespodzianką (o ile sobie nie zaspojluję komentarzami…). Ogólnie mam nadzieję, że opowiadanie bardziej się skupi na nim, niż na Jamesie, z przyczyn wiadomych ;p, ale też bo jestem ciekawa jak to się skończy dla księdza.

  15. Elis pisze:

    Koniec? Ja chcę dalej, ich seks. Lubię jak Shane zajmuje się psorkiem, a tu koniec. :(
    Jamie ktoś taki, co będzie cię pieprzył tak jak chcesz i kochał istnieje, ale jeszcze nie czas, abyś go spotkał.
    Albert nadal się opiera, a Walter to faktycznie taki szatan, który wszedł w spokojne życie księdza i go diabelnie kusi. Już nie mogę się doczekać, kiedy Al ulegnie. :)

  16. TigramIngrow pisze:

    Kat, no bo ja tak pomyślałam pod wpływem tego co Shiv ostatnio napisała. Że pod rozdziałem zakończonym zwyczajnie jest o wiele mniej komentarzy, a pamiętam jak na ich brak narzekałyście na spotkaniu fanowskim i stąd było moje pytanie. I przecież wiem, że nie o sam seks się rozchodzi i że czasem się tylko sygnalizuje istnienie sceny erotycznej. Serio, nie o to mi chodziło, że przerywacie seks, tylko to tak wyszło… No, już po prostu kolejny raz.

  17. Katka pisze:

    Yaoistka, opiera się, bo Walt walczy z jego całym światopoglądem, a to niełatwo pokonać. I spoko, cieszymy się, że piszesz cokolwiek :)

    Tigram, to żadna strategia, zwyczajnie seks nie zawsze musi być opisany :) Nie o to w tym chodzi (o dziwo XD). A pieprzyli się jeszcze dłuuuugo, więc pewnie sam stosunek byłby na cały rozdział, hehe.

    Adela, prawda? Ile to muszą przejść, żeby wreszcie byli razem. Ale przyznam, że akcja naprawdę nie będzie się wlec, w końcu opisujemy aż 3 lata podchodów Walta i rok jego pobytu z Alem nim zszedł się z Waltem – i dałoby się to napisać naprawdę obszernie, a tutaj robimy duuuże skoki czasowe :) Spoko, jeszcze troszkę i się doczekasz.

  18. Adela pisze:

    Chciałabym żeby akcja doszła juz do meritum. Co za ironia, żeby Mason mógł być z Jamesem to musi przespać się z Alem, a ciotka musi umrzeć. Normalnie az mnie meczy ta sytuacja. A czerwony garnitur jest bleee…

  19. TigramIngrow pisze:

    Serio? Koniec?
    Teraz?
    To taka Wasza nowa polityka, żeby wymusić więcej komentarzy? Tak do statystyk?
    Bo po przeczytaniu i formułowaniu całego komentarza w myślach całość wzięła w dupę jak zobaczyłam koniec w takim momencie.
    Ale cóż… rozdział zacny.

  20. Yaoistka^^ pisze:

    Kurczee…i co ja mam napisać? Bardzo jestem ciekawa co będzie z Alem… :/ Kurcze nieźle się opiera! :/ Weny najwięcej życzę i czekam xD
    Wybaczcie za komentarze, ale ostatnio nie mam ochoty pisać komentarzy XD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s