In Out In – 3 – Po trupach do celu

Albert siedział przy stoliku i pogryzał kruche ciasteczko, które sobie kupił. Był za wcześnie, dużo za wcześnie, ale tak wyszło. Nie było sensu, aby chodził w kółko po mieście, więc przyszedł i teraz się nudził. Ubrany był w czarne, jeansowe spodnie, czarną koszulę z koloratką, a do tego proste buty w kolorze reszty stroju. Ciastko, które jadł, też, o ironio, było ciemne.
Kelnerka kilka razy zdążyła do niego podejść i zapytać, czy życzy sobie do ciastka kawę. W końcu jednak do stolika zawitał zgoła ktoś inny. Wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, którego włosy były schludnie zaczesane na bok, na twarzy miał szeroki, wesoły uśmiech, który niemalże zarażał i niebieskie, szczere spojrzenie. Odziany był również nienagannie, w granatową koszulę i eleganckie spodnie.
— Dzień dobry, ojcze — zwrócił się do Alberta, siadając naprzeciwko niego. Wyciągnął na powitanie dłoń, patrząc na jego twarz z uprzejmym zainteresowaniem.
Ten też podał mu rękę, unosząc się lekko ze swojego wygodnego, niskiego krzesła.
— Niech będzie pochwalony — odparł, pamiętając, że Walter jest ateistą, ale nie zamierzał mu z tego powodu odpuszczać.
— Niech będzie — odparł Walter sympatycznym głosem i obejrzał się na kelnerkę, która już szła w stronę ich stolika. Gdy już znalazła się przy nim, zamówił kawę i pączka z lukrem, po czym spojrzał znowu na Alberta. — Długo już ojciec czeka?
— Już trochę, ale to moja wina — wyjaśnił, nie patrząc specjalnie na roześmianą, przystojną twarz mężczyzny przed sobą, tylko na swoje ciastko.
— Hm? Mógł ojciec zadzwonić, skoro miał czas wcześniej.
— Nie czułem aż takiej potrzeby dzwonić do pana do pracy — odparł ksiądz, przypominając sobie, że Walter dał mu swego czasu wizytówkę.
Prawnik westchnął z zawodem, ale po chwili znowu spojrzał na Alberta żywiej.
— Nie pozwoliłby ojciec zwracać się do siebie po imieniu? Nie mam zbyt wiele wspólnego z Kościołem, a do biologicznego ojca daleko ojcu. — Zaśmiał się, jak zwykle aż do przesady przyjaźnie. Był to jednak bardzo szczery śmiech, niewymuszony.
Zaskoczony Albert uniósł brwi i oczy na Waltera. Nie spodziewał się takiej prośby na trzecim spotkaniu. Z tym, że pierwsze było służbowe, a kolejne trwało mniej niż piętnaście minut.
— Eee… Jeśli nie chce pan mówić do mnie w ten sposób, to zawsze może używać takiej samej formy jak ja. Na mówienie sobie po imieniu jednak chyba aż tak się nie znamy.
Walt potaknął na zgodę i odsunął się lekko, gdy przybyła kelnerka z jego kawą i pączkiem z dziurką.
— Dziękuję bardzo — rzucił jej promienny uśmiech i dodał do Alberta: — Dobrze, więc na razie będziemy na pan. Mam nadzieję, że uda się nam kiedyś dotrzeć do większej zażyłości.
— Czemu panu na tym w ogóle zależy?
— A dlaczego pan jest tak oporny?
— Bo stara się pan wedrzeć się w moje prywatne sprawy, a to mi się nie podoba.
— Proszę mi wybaczyć, ale uważam, że ma pan opory i problem z oddzieleniem swojego ja kościelnego, a swojego ja prywatnego. Wiem, że pierwszy raz spotkaliśmy się w kościele, jednak nie powinno to przeszkadzać w zawarciu znajomości bardziej prywatnej. Dlaczego nie podzieli się pan ze mną swoimi zainteresowaniami? O, albo chociaż powie, jakiego pączka mogę panu postawić! — Walter rzucił nagle z uśmiechem i ugryzł własnego. — W końcu to ja pana zaprosiłem.
Duchowny skrzywił lekko wargi.
— Nie wiem, czy jest pan świadom, ale ja nie mam ja kościelnego i ja prywatnego. Poświeciłem swoje życie Bogu i nawet za murami kościoła nadal jestem księdzem. Proszę więc tego nie traktować rozdzielnie. A co do pączka, to dziękuję. Zjadłem już ciastko, ale jeśli to nie problem, to chętnie napiłbym się espresso.
— Już zamawiam — ucieszył się Walter, wstając od stolika i podchodząc do lady. Tym samym dał Albertowi widok na swoje plecy i zgrabny tyłek w tych dobrze dobranych spodniach.
Albert odruchowo zmierzył go spojrzeniem, ale szybko speszył się i odwrócił wzrok, przybierając na twarz surowy wyraz.
Po chwili Walt wrócił do niego z filiżanką kawy i postawił ją przed nim, zanim usiadł na swoim miejscu.
— W takim razie o czym możemy porozmawiać, jeśli nie chce pan wnikać w swoje życie. Wątpię też, by moje pana interesowało. — Walt uśmiechnął się lekko, wracając do jedzenia swojego pączka.
— Może pan się myli. Czemu miałoby mnie nie interesować? Dzięki temu może odnajdę drogę dla Boga do pana serca — duchowny odpowiedział, biorąc filiżankę kawy i pijąc mały łyk. Patrzył przy tym uważnie swoimi surowymi oczami na Waltera.
— Naprawdę jest pan ciekawy? Więc czego chciałby się pan o mnie dowiedzieć?
— A jest coś, czym chciałby się pan podzielić? Albo cokolwiek, chociażby czemu został pan prawnikiem? Co pokierowało pana na tę ścieżkę?
— Hm… — Walt zamyślił się, odchylając przy tym na krzesełku i zakładając nogę na nogę. Wyglądał dość poważnie mimo zrelaksowanego wyrazu twarzy.
Cała kawiarnia była urządzona w jasnych kolorach, z okrągłymi meblami, kolorową szafą grającą w rogu i uroczymi lampkami w kształcie połówek pomarańczy. Było zarówno kolorowo, jak i bardzo wykwintnie, więc pasował do tej scenerii.
— Już w szkole byłem pewien, że chcę zostać prawnikiem. Zawsze lubiłem udzielać się w sprawy ogółu, byłem przewodniczącym w samorządzie szkolnym. Chyba jestem zwyczajnie tym typem, który lubi mieć wpływ na otoczenie.
— I jakimi sprawami w takim razie się pan zajmuje? I zawsze pewien jest pan racji swojego klienta? — Albert pytał z całkowitym spokojem w głosie, popijając kawę.
— Zajmuję się głównie sprawami rozwodowymi, ale jak pan zdążył zauważyć, udzielam się też w sprawach LGBT. A co do racji klienta… nigdy nie da się powiedzieć na sto procent — dodał z ciężkim westchnieniem.
— I bierze pan wszystkie sprawy?
— Nie. Jeśli wiem, że mąż bił żonę albo żona chce wrobić męża, odmawiam. Na szczęście nie jestem w takiej sytuacji, że muszę łapać się wszystkiego, co się da. A pan? Udziela pan rozgrzeszenia każdemu wiernemu w konfesjonale? — zapytał Walt ze szczerą ciekawością w głosie.
Albert zastanowił się chwilę nad tym, co usłyszał, i dopiero po zastanowieniu odpowiedział:
— Bóg kazał wybaczać i to on w ostatecznym rozrachunku rozliczy grzeszników. Ale to jedyne co mogę panu powiedzieć, bo nadal, mimo tej miłej atmosfery, obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi.
Walt uśmiechnął się do niego pobłażliwie i oblizał palce z lukru.
— Nie jestem związany z kościołem, ale wiem, że tajemnica spowiedzi dotyczy grzechów i konkretnych przypadków. Ja pytam ogólnie, jak się pan na to zapatruje. Nie może mi pan odmówić ciekawości. Panie Albercie… — Pochylił się do niego nad stolikiem, obserwując jego ciemne oczy, przystojną twarz i specyficzny zarost. — Dlaczego pan z taką ostrożnością podchodzi do mojej osoby? Nie prowadzę teraz wywiadu.
Duchowny skrzywił się, ale zamaskował to, dopijając kawę do końca.
— Może są to właśnie tak upragnione przez pana wglądy osobiste, moje prywatne obawy. A rozgrzeszenie, jak do tej pory, dałem każdemu.
Walt przyjrzał się mu uważniej z bardzo bliska, po czym odsunął się znowu do tyłu na oparcie.
— Dobrze. Postawmy sprawę jasno — zaczął poważnie, choć wciąż przyjemnym głosem. — Nie chce mieć pan ze mną nic wspólnego?
Albert aż się zapowietrzył, słysząc tak bezpośrednie pytanie. Otworzył nawet usta, aby od razu odpowiedzieć, po czym jednak zrezygnował i wzruszył ramionami.
— Bardzo bezpośrednie pytanie. Aż takie robię wrażenie?
— Pana mimika mówi sama za siebie, a słowa i ton potwierdzają tylko te nieprzyjemne wnioski. Naprawdę chciałem zrobić dobre wrażenie — odparł Walt, tym razem nie potrafiąc powstrzymać się od nieco posmutniałej miny. Jego twarz często wyrażała to, co właśnie czuł.
Albert znowu lekko się skrzywił.
— Nie wiem do końca po co… ale — zawahał się, patrząc na smutną twarz Waltera, która, kiedy nie była taka roześmiana, w opinii młodszego mężczyzny trochę nienaturalnie, była nawet przystojniejsza. — Nie idzie panu źle. Tylko ciężko mi zrozumieć pana intencje.
— Hm… to podejrzane, że tak zabiegam o znajomość z księdzem? Nie powinno pana cieszyć, że staram się odbierać osobę duchowną jak każdego innego człowieka? — zapytał Walt, już poważniejszym tonem nim dotychczas.
Albert przygryzł wnętrze policzka, powili spuszczając z tonu w stosunku do początku rozmowy.
— Nie wiem. Ciężko mi jeszcze panu wierzyć, mimo najszczerszych chęci.
— W takim razie podejrzewa mnie pan o jakieś podłe zamiary w stosunku do pana? Proszę mi wierzyć, nie zrobię nic wbrew pana woli.
— Dziękuję za takie zapewnienie — odparł, już nie dodając, że bardziej bał się o siebie, jak będzie się w stosunku niego zachowywał, niż o to, jakie Walter wysunie kroki w stosunku do niego.
Prawnik uśmiechnął się lekko, po czym zapytał już bardziej beztrosko:
— To jak? Może jednak da się pan skusić na… pączek na zgodę?
Albert prychnął pod nosem i uśmiechnął się kącikiem ust.
— Niech będzie — zgodził się, czując, że już ulega. Nie miał jednak zamiaru w to brnąć, tylko potraktować to jako kolejną próbę swojej wiary i silnej woli. Ale przecież na pączka mógł się skusić. Prawda?
Na jego zgodę na wcześniej posmutniałej twarzy Waltera od razu pojawił się wesoły uśmiech.
— Wspaniale! Niech pan zaczeka w takim razie — odpowiedział i wstał ze swojego miejsca, by podejść do lady i poprosić o pączka. Oparł się przy tym o nią łokciami, lekko i zapewne nieświadomie wypinając.
Albert nie mógł nie zawiesić wzroku na jego pośladkach chociaż na sekundę. Odwrócił go jednak, jak tylko zdał sobie sprawę, co robi.
— Boże… wybacz mi me myśli — wymamrotał do siebie pod nosem, wbijając już tylko spojrzenie w serwetki stojące na stoliczku.
Po chwili pojawił się przed nimi talerzyk… z pączkiem z różową polewą posypaną kolorową posypką.
— Proszę bardzo — usłyszał przy twarzy radosny głos prawnika, który po chwili usiadł naprzeciwko z identycznym pączkiem.
Albert uniósł na niego spojrzenie swoich ciemnych oczu i prychnął pod nosem z cieniem rozbawienia na ustach.
— Dziękuję. Zasłodzę się. — Westchnął, ale sięgnął po pączka.
— Kawa powinna to nieco zneutralizować — odparł Walt z pewnością w głosie. — A jak pana praca w hospicjum? Daje to panu satysfakcję? Nie marzył pan nigdy o innej pracy niż posługa Bogu?
— Praca w hospicjum jest bardzo satysfakcjonująca. Widzę, że komuś pomagam, to zarówno bolesny, jak i kojący balsam dla duszy — wyjaśnił Albert, oblizując usta z lukru i posypki. Patrzył przy tym prosto w oczy Waltera.
Myśli Walta podążyły od razu w bardziej… erotyczny wymiar. Musiał przełknąć ślinę wraz z kęsem pączka, gdy zdał sobie sprawę, że wizja księdza Alberta z jego penisem w ustach wydała mu się aż niezdrowo podniecająca. Mógłby nawet powiedzieć grzesznie, gdyby był wierzący.
— A rozrywki? Co pan robi, gdy potrzebuje relaksu? — zagadał, by uciec od tych wyobrażeń.
— Różnie. Ale myślę, że to może wydać się panu nudne — uznał duchowny, dojadając pączka do końca i oblizując wpierw palce, nim wytarł je w serwetkę. — I… może przenieślibyśmy to na kiedyś indziej?
— Och, spieszy się pan? — Walt spojrzał na niego z cieniem zawodu w oczach.
— Mam jeszcze kilka obowiązków na parafii, a jutro jest niedziela, więc tym bardziej — odparł trochę wymijająco, ale uprzejmie. Nie chciał za długo przebywać z tym mężczyzną, bo czuł, że może za bardzo się rozgadać i zbyt swobodnie się poczuć.
— Rozumiem. Dziękuję, że w ogóle zgodził się pan ze mną spotkać. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mieli okazję porozmawiać — odpowiedział Walter, nie unosząc się jednak, bo jeszcze miał połowę swojej kawy i kawałek pączka. Postanowił więc jeszcze chwilę posiedzieć samemu w kawiarni.
Albert za to wstał i skinął mu głową. Po chwili wahania wyciągnął dłoń do prawnika.
— Też dziękuję za spotkanie. Wie pan gdzie mnie szukać w razie potrzeby. — Uśmiechnął się w dość typowy sposób. Lekki i trochę dobrotliwy.
Walter wstał, by oddać uścisk dłoni.
— Jeśli będę zmuszony poszukiwać pana w kościele, na pewno się zjawię — odpowiedział z uśmiechem, ściskając jego dłoń. — W takim razie życzę panu miłego weekendu i mam nadzieję, że do zobaczenia. — Patrzył mu przy tym szczerze i radośnie w oczy.
Albert odpowiedział uśmiechem, ale szczątkowym w porównaniu do tego Walta.
— Do zobaczenia. I Bóg z panem.
Walt tylko przytaknął i odprowadził księdza spojrzeniem. Naprawdę mu się podobał. Nie rozumiał, jak tak przystojny, atrakcyjny mężczyzna mógł wyrzec się kontaktów fizycznych i w ogóle miłości do innego człowieka. Teraz nie wierzył, że może coś na to poradzić i czy w ogóle powinien.
By nie zadręczać się tymi myślami, skupił się na smaku różowego lukru na swoim pączku.

*

James Peterson wszedł do swojego niedużego mieszkania. Było już późno, plecy go bolały niemalże tak bardzo jak kolana, ale na szczęście spod koszuli nie było widać śladów na jego nadgarstkach. Dobrze, bo w sklepie, w którym był kilka minut temu po zakupy, mogliby na niego dziwnie patrzeć.
Przeciągnął się jeszcze, zadowolony, że chociaż facet, u którego dziś był, nie wygonił go za szybko z domu i pozwolił wziąć ciepłą kąpiel. A że miał dużą wannę z hydromasażem, czuł się naprawdę bardzo dobrze mimo bólów, jakie odczuwał.
Uśmiechnął się słabo do siebie, wyjmując z lodówki opakowanie sałatki, kiedy tylko wypakował zakupy. Z takim obiadem przeszedł do salonu połączonego z sypialnią, gdzie miał rozłożone materiały na jutrzejsze zajęcia.
Gdy tylko włączył laptopa, na którym znajdowała się część jego dokumentów i usiadł z nim na kanapie, nie zdążył nawet otworzyć żadnego folderu. Przypomniał sobie, że jego Skype włącza się po starcie systemu, kiedy nagle rozległ się charakterystyczny dźwięk dochodzącego połączenia.
Poprawił jeszcze koszulę, aby nic nie było widać i odebrał połączenie, widząc, że jest od jego ciotki, z którą czasami rozmawiał. Kobieta była miła, już starsza, ale nawet, mimo że bogata, nie pokazywała tego po sobie i od czasu do czasu lubiła z nim rozmawiać. Chociażby o tym, co obejrzała w telewizji.
Kiedy tylko odebrał połączenie, zobaczył w okienku kamerki twarz kobiety. Uśmiechnęła się szeroko na jego widok. Na nosie miała prostokątne okulary, farbowane na blond włosy spięte w schludny kok, a usta jak zwykle mocno czerwone.
— Jim, witaj! — zawołała do mikrofonu.
— Dobry wieczór, ciociu Wendy. Jak tam? — James także się do niej uśmiechnął. Lubił z nią rozmawiać, mimo że nie byli jakoś szczególnie blisko. To znaczy, głównie rozmawiali przez Skype’a, co było dość zabawne, bo kobieta wiedziała o nim sporo, on o niej, ale nie spotkali się twarzą w twarz od chyba siedmiu lat.
— U mnie szaro i nieprzyjemnie ze względu na ostatnie wydarzenia. Ale zaraz o mnie, najpierw chcę posłuchać o tobie. Opowiadaj, jak ci się wiedzie — zaświergotała radośnie, a w kadrze kamerki James zobaczył filiżankę kawy, która Wendy zaczęła popijać.
— A jakoś żyję, ciociu, jak widzisz. Ale nadal bez zmian. Wróciłem właśnie ze sklepu i jem kolację — pokazał w kadrze kamerki swoją sałatkę.
— No, grzeczny chłopiec! — ucieszyła się. — A jak w pracy? Wiesz, że ja wciąż czekam, aż wybierzesz się w jakąś z tych swoich wymarzonych podróży i wyślesz mi pocztówkę?
— Wiem, ale na razie jeszcze mnie na to nie stać. A w pracy dobrze, właśnie przygotowywałem na jutro dla dzieciaków materiały. Będziemy omawiać zlodowacenia i przygotowuję arkusze, na których będą mogli je zaznaczać.
— No, bardzo ładnie — pochwaliła Wendy, popijając spokojnie swoją kawę. — Powinieneś mieć w szkole takie wiesz… makiety, bo ja zawsze uważałam, że to, co się widzi, lepiej zapada w pamięć.
— Powinienem, ale te jeszcze nie doszły. Ostatnio przyszły te o strefach roślinności na ziemi i mapy polityczne wszystkich krajów. Fantastycznie wyglądają, chociaż na jednaj zrobili literówkę. Ale trudno, poprawiłem markerem. Tylko że, ciociu… ja nie wiem, czy to czasami jest sens z tymi dzieciakami. Bo dla nich jedyne co się liczy, to własny kraj.
— Musisz w nich zapalić ducha turysty! Och, sam dobrze wiesz, Jim, że jak się nie jest świadomym tego, co można zdobyć, poznać i zobaczyć, to tak nie ciągnie. To jak z facetami, jak nie zobaczysz jakiegoś ciacha, to nie masz na niego ochoty. — Kobieta zaśmiała się radośnie, choć i tak James miał wrażenie, że nieco gorzko. — A z geografią będzie tak samo. Filmy im puszczasz, prawda? Zapewniam cię, mój drogi, że chociaż na część z tych dzieciaków działają zapalająco.
— Myślę, że jakieś im puszczę, jak będziemy mówić o paskach górskich świata — odparł, faktycznie się nad tym zastanawiając. — A o co ci chodzi z tym facetem? Nie mów, że znowu się za jakimś oglądałaś. Co na to wuj?
— Z Howardem już… Och, Jim, no co tu dużo wyjaśniać? Rozwodzimy się. — Wendy wyraźnie spoważniała i nawet odstawiła filiżankę.
James także odstawił swoją sałatkę. Nawet tak naprawdę nie był głodny. W sumie tak jak zwykle.
— Co? Jak to? Jak do tego doszło? — spytał z troską.
— Och, ja sama nie wiem, wiesz? Mówiłam ci, że od dłuższego czasu coś nie grało. Howarda coraz częściej nie było, ja też byłam zajęta i… no wygląda na to, że jesteśmy kolejnym przykładem małżeństwa, które się wypaliło po piętnastu latach wspólnego życia.
James skrzywił się, robiąc smutną i zatroskaną minę.
— Bardzo mi przykro. A próbowaliście jeszcze chodzić na jakąś terapię małżeńską?
— A wiesz nawet, że byliśmy? Dwa razy tylko, bo stwierdziliśmy, że to jednak nie ma sensu. Ale wiesz, mam przyjaciela w Milwaukee, więc cię pewnie odwiedzę niedługo! — dodała z większym entuzjazmem. — Adwokat Mason, będzie prowadził moją sprawę rozwodową.
— Och, ciociu… Przykro mi i tak, ale miło, że przyjedziesz. Powiedzieć, że dawno się nie widzieliśmy, to wyjątkowo łagodne słowo. — Uśmiechnął się lekko, nie zwracając szczególnej uwagi na nazwisko adwokata. Nie znał tego światka, więc nic mu ono nie mówiło.
— No, to szmat czasu, prawda? Ubarwisz mi jakoś ten przyjazd i chociaż będę mogła cię zobaczyć. Ja do ciebie jeszcze przedzwonię, jak będę się wybierać. Z panem Masonem jestem jeszcze w kontakcie telefonicznym, ale pewnie i niedługo będę musiała przyjechać, więc się odezwę.
— No dobrze. Jakoś zagospodaruję ci czas, ale jak rozumiem, nie przesadzać z aktywnością fizyczną? — Zaśmiał się uprzejmie, wracając do jedzenia, a raczej skubania sałatki.
— Lepiej nie. — Wendy też odpowiedziała śmiechem. — Ja już swoje lata mam, Jim, ty dobrze wiesz. Więc na wycieczki musisz zapraszać swoich znajomych, nie starą ciotkę. — Zachichotała wesoło.
— To pomyślę o czymś, co cię zaciekawi, a nie zmęczy. Czuję się w obowiązku pokazać miasto — zaproponował, zadowolony z przyjazdu ciotki. Trochę głupio było mu, że z takiego powodu mają się zobaczyć, ale jeśli to było nieuchronne? Tak samo jak jego bycie do końca życia samemu.
— Cudownie! Możesz mi też jezioro pokazać, jeszcze go od waszej strony nie widziałam. No, ale, ale, ja będę kończyć, Jim, a ty mi opowiesz więcej, jak ci idą te twoje próby zainteresowania dzieciaczków geografią, jak się zobaczymy. I o sobie więcej też, o sobie więcej! — zastrzegła, grożąc mu palcem.
James uśmiechnął się dobrotliwie.
— Dobrze. Następnym razem ci wszystko opowiem i dokładniej się przygotuję, chociaż nie wiem, czy będziesz tego chciała słuchać. To straszna nuda.
— Tak, tak, tak — zbyła go machnięciem ręki. — I tak wyciągnę z ciebie wszyściutko, wiesz o tym. — Zaśmiała się. — No, ale papa, kochany, i do usłyszenia jak zwykle, okej?
— Wieeem, ciociu— James jęknął teatralnie, rozbawiony i przyjemnie rozluźniony po rozmowie z nią. — I do usłyszenia, dzięki za telefon.
Kobieta jeszcze posłała Jamesowi buziaka i rozłączyła się. Nauczyciel przeciągnął się po tym, dojadł sałatkę i poszedł wziąć prysznic. Rozmasował sobie tam czerwone ślady na skórze, a kiedy się wysuszył, nasmarował maściami na obtarcia. Ubrawszy jeszcze tylko bieliznę, poszedł przygotować się na następny dzień w szkole. Wolał sobie nawet nie wyobrażać, że jego uczniowie mogliby zobaczyć na jego ciele ślady po kajdankach i klęczeniu na twardej podłodze przed swoim dzisiejszym jednonocnym kochankiem.

*

Walter już po trzech miesiącach znajomości z Albertem wiedział, jakie pączki ten lubił najbardziej. W końcu spotykali się w tej samej kawiarence co dwa tygodnie we czwartki i dużo rozmawiali. Walt chętnie dopytywał się o podejście Alberta do różnych spraw i chociaż nie zgadzali się w bardzo wielu kwestiach, co kończyło się licznymi sporami, to jednak obaj lubili te spotkania.
Dzisiaj był kolejny z takich czwartków, jednak tym razem Walt nie czekał na księdza w kawiarence. Stał przy swoim samochodzie przy plebanii z pudełkiem z donatami z polewą karmelową. Spoglądał ze zrelaksowanym wyrazem twarzy w kierunku wyjazdu z plebanii, oczekując nadejścia Alberta.
Ten w pewnym momencie niemalże wybiegł ze środka i o mało nie minął Waltera, nie spodziewając się go tu. Zrobił głupią minę, kiedy się cofnął dwa kroki.
— Eee… Co? Nie byliśmy umówieni gdzie indziej? — spytał powoli, zapominając czasami, aby zwracać się do niego per pan. Może powinni sobie to w końcu darować?
— Byliśmy. — Zaśmiał się Walt i otworzył przed nim pudełko. — Ale postanowiłem, że równocześnie zachowując tradycję, zaproszę pana w pewne miejsce. Ale najpierw, proszę się częstować i możemy iść do samochodu, hm?
Albert zawahał się na moment, ale w końcu sięgnął po pączka.
— Mam nadzieję, że nie muszę się obawiać i nie jest to pana jakiś szalony pomysł? — spytał z lekkim, trochę kpiącym uśmieszkiem na ustach, wsiadając do samochodu.
Kiedy Walt zajął miejsce za kierownicą, odłożył pudełko z pączkami do schowka i odpowiedział:
— Nie, myślę, że powinno się panu spodobać. — Po tych słowach, z zadowolonym z siebie uśmiechem, nacisnął pedał gazu i ruszył z podjazdu.
Albert tylko skinął głową, jedząc pączka i co jakiś czas oblizując palce z lukru.
— I w ogóle myślałem o… tym, co pan już dość dawno zaproponował, ale czy nadal chciałby pan odpuścić sobie to per „pan”?
Walt od razu spojrzał na niego, ale dość krótko, bo byli na drodze.
— Oczywiście, że bym chciał! Mimo wszystko po trzech miesiącach jesteśmy już chyba na mniej formalnej stopie. Więc, mógłbyś mi wyciągnąć jednego pączka, Albercie? — zapytał z radością w oczach.
Duchowny przełknął ciężko ślinę, czując się dość dziwnie z tym, że faktycznie zaczęli tak do siebie mówić.
— Mogę, ale… Nie będzie pa… ci to przeszkadzać w prowadzeniu? — spytał odruchowo, wpierw się zapominając.
— Możesz mnie karmić — zaproponował Walt lekko, jakby rozmawiali o pogodzie. Skręcił przy tym na światłach w stronę wschodu, bliżej jeziora.
— Wolałbym nie — odparł od razu Albert. — To nadal jest dość niebezpieczne, więc proponowałbym jednak poczekać z tym, aż dojedziemy. Gdziekolwiek jedziemy.
Walt westchnął z lekkim zawodem i spojrzał szczenięco na księdza.
— Albercie, zlituj się. Czekałem z jedzeniem na ciebie, a ty mi teraz odmawiasz?
— Tak. Bo prowadzisz — odparł duchowny, który jak chyba zawsze był ubrany w swój stały czarny komplet i koloratkę. — Nie można kusić losu.
— Dlatego proponuję, byś to ty mi wsadzał pączka do ust, bo wtedy nie musiałbym odrywać rąk od kierownicy — odparł Walter z rozbawieniem. Ta rozmowa coraz bardziej go śmieszyła.
— Ale będziesz odrywał wzrok od drogi. Będę wdzięczny, jak poczekasz.
— No dobrze, dobrze — odparł Walt z westchnieniem i wskazał przed siebie na długą, prostą drogę, którą jechali. — Zaraz będziemy na miejscu. Mam nadzieję, że masz troszkę więcej czasu?
— Mam tyle samo czasu co zwykle, Walter. Gdzie jedziemy? — Albert wydawał się nieznacznie zaniepokojony, ale też i ciekawy.
— Chwileczkę… — mruknął prawnik ze skupieniem, nieco przeciągając sylaby.
Nie minęła długa chwila, nim dotarli na duży parking. Tam Walt zatrzymał samochód, a gdy razem wysiedli, Albert wreszcie mógł zobaczyć, gdzie dojechali. Nawet sobie przypomniał, że słyszał o otwarciu tego nowego parku, pod którym się znaleźli. Wielka, mosiężna brama ozdobiona była kolorowymi balonami. Za nią widać było drzewa i ładnie ozdobione rabatki. Również stąd mogli zobaczyć główny plac w parku, na którego środku znajdowała wielka, imponująca fontanna. Na prawo od wejścia ścieżka prowadziła do uroczej restauracji, przed której wejściem stały kolorowe parasole. Do tego z boku wejścia doczepiona była tęczowa flaga. Z drugiej, lewej strony parku, dobiegała głośna muzyka z wystawionych głośników przy niskiej scenie. Dalej za to Albert dostrzegł ustawione w rzędzie, nowiutkie, lśniące motory. Na niektórych maszynach siedzieli kierowcy i jeździli po niewielkim placu. Widać wraz z otwarciem parku zrobiono wystawę tych jednośladów.
— I jak? — zagadał Walter, zamykając samochód.
Albert podszedł do niego i podał mu opakowanie z donatami.
— Park? — spytał, z lekkim powątpiewaniem patrząc głównie na flagę.
— Tak, jeszcze nikt nie zdążył go zaśmiecić i zniszczyć graffiti, więc chyba możemy się przespacerować? Szczególnie, że jest dzisiaj ładna pogoda — odparł Walter, częstując się jednym pączkiem i od razu ruszył w kierunku wejścia do parku.
Albert jednak się zawahał, nim ruszył za nim.
— A nie było… jakiegoś innego? — spytał z małym przekonaniem.
Walt obejrzał się na niego, przystając. Potem spojrzał w kierunku parku i znowu na księdza.
— Och… Chodzi ci o tę flagę? Jest tylko jedna i chodzi tylko o znak, że jest tu tolerancja. Nie jest to jakiś gejowski park. Widzisz, są nawet rodziny z dziećmi. Chyba, że motory cię odrzucają? — dopytał z troską.
Albert przełknął swoją kolejną wypowiedź i westchnął cicho.
— Lubię spokojne miejsca, a nie festyny. Ale ma pan… wybacz, masz wolność wyboru.
— Na pewno będzie przyjemnie — odparł od razu Walter i dojadł do końca pączka, po czym wyrzucił pudełko do kosza przy bramie. — No chodź, nikt nas tu nie zje.
— Chyba, że jakiś pies — odparł uszczypliwie Albert, wiedząc, że jego i tak nikt nie weźmie za geja, jeśli miał na sobie koloratkę. Ludzie jakoś tego, na jego szczęście, nie łączyli.
— Wtedy poczuję się w obowiązku i będę cię przed nim bronił! — zarzekł się Walter, idąc z księdzem ścieżką pomiędzy ładnie przyciętymi, zielonymi obszarami. Ruszyli najpierw w stronę sceny i wystawy motorów. — Znasz się na tym trochę? — zagadał, wskazując maszyny i jakiegoś mężczyznę, który wykonywał w ogrodzonej barierkami przestrzeni małe akrobacje.
— Nie. Nigdy nie fascynowały mnie zawody stanterów. A czemu pytasz? I przed psem to wolałbym, abyś mnie bronił co najwyżej przed sądem, jakby ten mnie pogryzł i trzeba było walczyć o odszkodowanie.
— A to by się dało zrobić — zapewnił Walt, wciskając ręce w kieszenie swoich ciemnych, prostych spodni. Miał dzisiaj na sobie jeszcze bordową, prawie że czerwoną koszulę i nieco ciemniejszy krawat. — Ja zawsze marzyłem, by przewieźć jakiegoś swojego chłopaka na motorze, ale jakoś nigdy nie zebrałem się w sobie, by zrobić na to prawo jazdy. Chyba stwierdziłem, że do mnie nie pasuje. A tylko po to, by mieć tę jedną, romantyczną chwilę, nie było sensu. — Uśmiechnął się lekko do księdza.
— Więc nigdy nie jeździłeś na motocyklu? — upewnił się. Wcześniej myślał, że Walter pyta konkretnie o triki, jakie wykonywali stanterzy, ale jeśli mówił ogólnie o motocyklach, to była już zupełnie inna sprawa.
— Nigdy — przyznał prawnik, przystając wraz z ciemnowłosym, przystojnym księdzem zaraz obok małej grupki ludzi, która oglądała wystawione maszyny. Były lśniące i czyściutkie, jakby dopiero przyjechały z fabryki. — A ty?
Ten nie odpowiedział, tylko sięgnął do kieszeni spodni, gdzie miał schowany portfel. Wyjął go, a następnie z niego plastikowy prostokącik i podał go Walterowi. Było to prawo jazdy, zarówno na samochód, jak i na jednoślad.
— Ale to stare dzieje. W sumie to zrobiłem, jak była okazja i tyle. Nawet nie miałem potem pieniędzy na jakiś lepszy sprzęt.
Walt aż uśmiechnął się szerzej, kiedy to zobaczył.
— Czyli dobrze zrobiłem, wybierając to otwarcie. — Zaśmiał się. — Szkoda jednak, że nie masz motoru. Może wtedy mogłoby się spełnić, trochę w krzywym zwierciadle, moje marzenie i mógłbyś mnie przewieźć.
Albert przyjął od niego z powrotem swój dokument i schował go razem z portfelem do spodni.
— Teraz nawet nie potrzebuję, ale jeśli chcesz się przejechać, to jestem pewien, że któryś z tych panów na pewno by cię przewiózł. Masz dar przekonywania.
— I mam cię zostawić dla innego mężczyzny? — Walt zaśmiał się lekko, patrząc mu w oczy swoim niebieskim, szczerym spojrzeniem.
Ksiądz ściągnął brwi, odpowiadając pytającym spojrzeniem i czując nieprzyjemne ściskanie w gardle. Czyżby to było zakłopotanie?
— Ja cię nie przewiozę.
— Może kiedyś się dorobisz. Poczekam. Liczę, że do tego czasu nasza znajomość przetrwa — prawnik odparł luźno i położył mu rękę na ramieniu, delikatnie ciągnąc dalej ścieżką w kierunku placu z fontanną.
— Może — westchnął ciężko duchowny, dając się pociągnąć za sobą. Walter niepokoił jego duszę.
Przespacerowali się przez kilka alejek, ale kiedy dotarli do fontanny, ta okazała się oblegana przez małe dzieci. Walt więc stanął kawałek dalej, nie chcąc ani przeszkadzać, ani zostać ochlapanym wodą. Kilka osób patrzyło na nich co jakiś czas z zaciekawieniem, typowym raczej dla ludzi, którzy widzą duchownego w okolicy i starają się poprawnie zachowywać. Walta za to obecność Alberta w ogóle nie krępowała.
— Jakie jeszcze tajemnice skrywasz poza prawem jazdy na jednoślady? — zagadał w pewnym momencie, odwracając wzrok od strumieni wody wzlatujących w powietrze.
— Nie dużo — odparł Albert ze wzruszeniem ramion, obserwując ludzi wokół. Trzymał dłonie w kieszeniach swoich czarnych spodni, niespecjalnie nawet koncentrując się na rozmowie. Wynikało to bardziej z tego, że nie chciał za dużo patrzeć na Waltera, a nie dlatego, że rozmowa go nie interesowała.
— A mogę zapytać o twoje życie sprzed podjęcia decyzji o zostaniu sługą bożym? — zapytał spokojnie Walter i skinął głową za siebie na murek, na którym mogli usiąść, by z takiej pozycji oglądać fontannę i spacerowiczów, a nie musieli stać tak na środku placu.
— Jeśli nie będę mógł, to po prostu nie odpowiem, ale pytać zawsze można — odparł, nim usiadł na murku. Przechylił się do przodu i oparł łokcie o kolana.
Walt zlustrował go mimowolnie, samemu opierając ręce na skraju murku za plecami.
— Chodziłeś do katolickiej szkoły?
— Nie.
— Sam podjąłeś decyzję o zostaniu księdzem, czy ktoś cię do tego skłonił?
— Sam. Takiej decyzji nikt nie powinien na nikim wywierać. Jedynie Pan może to zasugerować — odparł Albert, cały czas patrząc na fontannę i bawiących się przy niej ludzi.
— Był jakiś główny powód ku temu? — pytał dalej Walt, w duchu bardzo zaciekawiony tym, dlaczego ten mężczyzna zdecydował się na takie życie. Miał pewne podejrzenia, a poza tym już poznał na tyle Alberta, że miał wrażenie, jakby ten czuł się stłamszony. Może wmawiał jemu i sobie, że tak nie było, ale i tak było coś w jego postawie, co mogło skłaniać do takiego wniosku.
Albert ściągnął brwi i spojrzał na Waltera.
— A jaki mógł być inny niż powołanie? — spytał z przekąsem.
— Ucieczka? — zasugerował prawnik, odpowiadając spojrzeniem.
— Od?
— Może ty mi powiesz?
— Nie mam czego. To że stałem się księdzem, to moja decyzja i wola Pana — odparł, znowu zwracając spojrzenie w stronę fontanny.
Walt przyjrzał mu się czujniej z większą powagą i nieco wychylił się do niego, kładąc mu ciepłą dłoń na ramieniu.
— Jesteś pewien?
Albert na ten gest ściągnął brwi i spojrzał na Waltera srogo.
— Weź rękę. To po pierwsze. Po drugie: tak, jestem pewien — odparł, już żałując swojego kłamstwa. Nie mógł jednak inaczej.
Walt przytaknął i cofnął dłoń. Nie odchylił się jednak ponownie, tylko oparł o kolana łokciami, podobnie jak ksiądz.
— Dobrze, przyjąłem. A zanim podjąłeś tę decyzję, miałeś może kogoś? Jakaś licealna miłość? — zapytał luźniej.
— Nie — odparł krótko duchowny. — Nikogo nie miałem i z nikim nie byłem. A ty? Pewnie podbijałeś i podbijasz nadal serca wszystkich wokoło? Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak jesteś w ogóle odbierany? — spytał, patrząc na Waltera surowymi, ciemnymi oczami.
— Na razie, z tego co wiem, mam raczej dobrą opinię wśród prawników — odpowiedział Walt z uśmiechem, po czym dodał jednak: — Choć przyznam, że zdarza się, że niektórzy starsi adwokaci koso na mnie patrzą i starają się unikać. Ale wszystko da się zmienić. A jeśli chodzi o podboje, to nie jestem typem drapieżnika, który szuka sobie jednonocnych kochanków. Nie bierz mnie za jakiegoś rozpustnika, Albercie.
— Nie przeszło mi to nawet przez myśl. Myślę raczej, że jesteś typem osoby, która nie może sobie darować i wiele rzeczy jej umyka, bo myśli, że jest zupełnie inaczej — odparł duchowny, patrząc na niego co jakiś czas. Walter był aż irytująco przystojny, a do tego sama rozmowa z nim wywoływała u niego dziwny skurcz w żołądku.
— Mmm… a jakby pominąć te aluzje, to jakby brzmiała twoja wypowiedź wprost? — Zaśmiał się Walt, nie czując urazu do Alberta.
Albert ściągnął brwi, nie rozumiejąc.
— Co? Mówię po prostu, że wyznaczasz sobie cele i do nich dążysz. Nie patrzysz się za bardzo na boki.
— Tak sądzisz? Brzmi, jakbym szedł do celu po trupach. A to jest złe — stwierdził prawnik, a jakiś chłopczyk stanął kawałek od nich i zaczął puszczać bańki mydlane. Wiatr zdmuchiwał je w ich stronę tak, że kilka pękło na Albercie.
Ksiądz skrzywił się z zaskoczenia. Kiedy jednak zobaczył, co na niego leci, uśmiechnął się i palcem pęknął jeszcze dwie bańki.
— To złe. Ale tak jak ty czujesz potrzebę wypytywania mnie o moje życie, tak ja czuję, że taki jesteś. Przyznaj. — Spojrzał na niego. — Nie uparłeś się nigdy na coś, aby to zrobić za wszelką cenę?
— Uparłem się, by zostać prawnikiem, jednak nikomu to nie zaszkodziło. Hm… uparłem się też, by nawiązać z tobą znajomość. Więc sam mi musisz powiedzieć, czy źle to na ciebie działa — stwierdził Walt.
Albert westchnął ciężko.
— Ciężko jednoznacznie mi na to odpowiedzieć.
— Dlaczego? — zapytał prawnik, wyciągając dłoń do lecącej w jego stronę bańki mydlanej. Pstryknął w nią palcami.
— Bo ciężko mi na to jednoznacznie odpowiedzieć — oparł Albert już ostrzej. — Wolałbym nie ciągnąć tego tematu.
— Dobrze. W takim razie chodź, przejdźmy się jeszcze po parku i może potem napijemy się kawę w tej straaaasznej kawiarni gay-friendly. — Prawnik zaśmiał się i poklepał jeszcze Alberta po kolanie, samemu wstając z murku.
Ksiądz skrzywił się na ten gestu w duchu i tylko pokręcił do siebie głową, wstając.
— Nie musisz być ironiczny.
— Bo naprawdę nie ma się czego bać, szczególnie, że twoja koloratka działa jak tarcza ochronna przed gejami. — Walt uśmiechnął się do niego wesoło, ruszając z nim w kolejną alejkę, którą jeszcze nie zdążyli przejść.
Duchowny westchnął ciężko, wbijając dłonie w kieszenie.
— Dobrze o tym wiedzieć — zironizował. — I zapewne nie uwierzysz, ale nie boję się tego, że dla jakiegoś mogę być interesujący. Ja nie jestem zainteresowany, a to powinno wystarczające.
— Masz rację — zgodził się Walt, wystawiając twarz do słońca i w duchu dodając z melancholią „a szkoda…”.

12 thoughts on “In Out In – 3 – Po trupach do celu

  1. Katka pisze:

    Floo, hehehe, ciotka jest fajna, bo jest miła dla Jima :D A Jim ma to do siebie, że to taka lama trochę i wzbudza duuużo opiekuńczych odczuć, więc aż się pragnie, by go ktoś wyściskał XD Przynajmniej ja tak mam, może za sprawą Walta w mojej głowie, który uwielbia, jak Jimmy się uśmiecha. „Nie sądziłam że tak spodoba mi sie para Jim/Shane ale byli słodcy.” – prawda? :) Shane żywi do niego bardzo ciepłe uczucia, więc powinno się to lepiej czytać niż sceny Jima z nieznajomymi. „Normalnie mam taki odruch, że chciałabym Jimiego przytulić pogryźć wszystkich którzy sie do niego zbliżają, poza Shanem i Waltem.” – a to było rozkoszne! Masz pełne błogosławieństwo Walta, który chętnie by Ci dał miano Gwardii Jamesa Petersona XD

  2. Floo pisze:

    Ten tytuł to jakaś aluzja do tego co ostatnio napisałam XD?
    No dobra, dobra, ciotka jest fajna. Wiec szkoda że Jimi i Walt spotkali się na jej pogrzebie. Ale do księdza jakoś się nie przekonałam. On się nie nadaje dla Waltaaaaa!! Przez co tylko bardziej mnie wnerwia.
    Nie sądziłam że tak spodoba mi sie para Jim/Shane ale byli słodcy. Jakoś dziwnie mi się czyta o Jimi z kimś innym, przywykłam że on jest z Waltem, ale jak najbardziej spodobało mi się jak był z Shanem.

    Normalnie mam taki odruch, że chciałabym Jimiego przytulić pogryźć wszystkich którzy sie do niego zbliżają, poza Shanem i Waltem.

  3. Katka pisze:

    Tess, „Taa James i grzeczny chłopiec to jakiś oksymoron.” – co nie? XD Och, Jimmy jest dużo, dużo bardziej niegrzecznym chłopcem niż Waltowi się wydaje. To taka owieczka z zewnątrz, a w środku niezłe ziółko. Albert – z patosem raczej nie mówi, ale z wielką pewnością w głosie na pewno XD W każdym razie dobrze, że Cię rozbawiło :) Choć biedny Albert, pewnie by Ci miał za złe, że się z niego śmiejesz XD A pączek i skojarzenie erotyczne… no wiesz… pączek, taki z dziurką w środku… och, może się kojarzyć XD „Czekam z utęsknieniem na nowy rozdział Nightly Masquerade :*” – już we wtorek :D

    Gordon, prawda? Jak tu się opierać takiemu facetowi! Kurcze… no taki przystojny, bogaty, inteligentny, wesoły i opiekuńczy facet nagle o Ciebie zabiega… Toż to marzenie. Wady też ma oczywiście, ale… jak dla mnie całkiem przystępne XD Hehe, i racja, żeby Walcik dotarł do swojego przeznaczonego nauczyciela, musi najpierw puknąć księdza XD Dobra, to zabrzmiało źle…

  4. Gordon pisze:

    Czego sie innego mozna bylo spodziewac po Albercie? Tez bym sie dlugo Waltowi nie opieral ;p Ksiezulek ma zajebiscie ze taki facet sie o niego ubiega. Tylko on sie taki oschly wydaje ale to moze przez zarazliwa wesolosc Walta. James z kolei jest jak na dojrzalego faceta slodki ;p Juz by sie mogl spiknac z panem prawnikiem ale on musi najpierw Alberta zaliczyc buahaha.

  5. Tess pisze:

    No, hmm… Jak tak dzisiaj czytałam ten rozdział, to wydał mi się nawet ok, było pare fajnych sytuacji.
    Rozmowa Jamesa z ciocią Wendy dla przykładu. Kobietka jest świetna! Już ją lubię. I nie mogę się doczekać, aż dojdzie do spotkania James – Walter, cóż okoliczności może i mało wesołe, bo w końcu ciocia się rozwodzi, ale co tam, ja i tak się cieszę.
    Taa James i grzeczny chłopiec to jakiś oksymoron. Biedna, niczego nieświadoma ciocia Wendy!
    „Dzięki temu może odnajdę drogę dla Boga do pana serca” – nie wiem dlaczego, ale jak wyobraziłam sobie Alberta mówiącego owe zdanie, to parsknęłam śmiechem xD Wyobraziłam sobie jego poważną twarz i strasznie, strasznie patetyczny ton głosu. To mi wystarczyło.
    Te całe pączkowe spotkania mnie rozwalają, bo tak to się zaczyna. Najpierw pączek, a potem…
    I przez was teraz słowo „pączek” ma jakieś dziwne znaczenie erotyczne ;<
    Awrr
    Czekam z utęsknieniem na nowy rozdział Nightly Masquerade :*

  6. Katka pisze:

    Margo, hehehe, brzmi faktycznie dużo ładniej i szlachetniej, aleee… XD No dobra, może to powinno się tak ładniej i szlachetniej nazywać, skoro Walt nie ma w zamiarze szkodzić komukolwiek, więc jakby mu się powiedziało, że dąży do celu po trupach, to by się kategorycznie z tym nie zgodził. Och, a Albercik już coraz mniej nad sobą panuje, jak sama widzisz :D

  7. Margo pisze:

    oj tam od razu po trupach, Walt po prostu wie czego chce i zdecydowanie do tego celu dąży (jakby to nie znaczyło to samo hehe :) ale bynajmniej ładniej brzmi, bardziej szlachetnie :):))
    ach ciekawe, czy Albert się w końcu przełamie i zrzuci koloratkę, bo tyłeczek Walta aż za bardzo go chyba korci, skoro ledwo i pod przymusem odwraca od niego wzrok :) czekam na ten moment :)

  8. Katka pisze:

    Diablica, mhm, nie będzie długie, ale mamy nadzieję, że długość będzie taka w sam raz. No i cieszymy się, że się podoba, bo to taka tematyka dość kontrowersyjna. W ogóle tak z początku myśląc o tym side story, wydawało mi się, że będzie mega pozytywne i radosne z uwagi na obecność Waltera jako jednej z głównych postaci. Ale jest nieco bardziej gorzkie – w sumie tak jak NBTS, chyba ta rzeczywistość taki klimat ma. Choć dalsza część jest już na pewno bardziej optymistyczna :) Się rozgadałam z dupy trochę XD „ciesze się, bo już wiem, że to właśnie Mason będzie jego ostateczną miłością” – taaak <3 Pan prawnik da dużo szczęścia naszemu nieśmiałemu psorkowi <3

    Yaoistka, mhm, lepiej spotykać się wśród ludzi, tzn. bezpieczniej. James zresztą już na pewno nie raz poczuł na swojej skórze, że nie za dobrze jest pakować się do czyjegoś mieszkania, nie wiedząc, czego się spodziewać. No ale… James potrzebuje seksu. A może bardziej takiego podniecenia w upodleniu. Więc… no idzie w to. O tak, a Albert coraz głębiej wchodzi w tę relację. Opory ma, ale Walt skutecznie je łamie.

    Tigram, "“Po trupach do celu” powiedział Walt przechodząc nad trumną w stronę Jamesa." – podoba mi się XD Dosadnie i bardzo obrazowo. Powinien mieć na ustach wręcz niepokojąco wesoły uśmiech. Co do przeskoków – będzie ich więcej i dużo większe. W tym side story w końcu mija jakieś 5 lat :) A jeśli chodzi o intencje Walta – och, przecież tu chodzi o interpretację tekstu. Jeśli czegoś nie widać, to trzeba sobie dopowiadać, względnie autorowi chodzi o przetrzymanie. No i czytelnik też musi myśleć, a nie tylko przyswajać :)

    Adela, Walt i James poznali się NA pogrzebie ciotki. Więc przyjemna ciocia Wendy musi umrzeć, by oni byli szczęśliwi :( A też ją polubiłam przy pisaniu, powiem Ci. Bo się strasznie wzruszałam, jak Jimmy się uśmiechał przy niej <3 Jest taki słodki, jak się uśmiecha (żeby nie było, to nie narcyzm z mojej strony, bo to Shiv go pisze XD). I zgadzam się! Peterson go potrzebuje!!!

  9. Adela pisze:

    Kurde, Walter daruj se księdza i nie przeciągaj go na ciemna stronę mocy, tylko zabieraj się za Patersona! On ciebie potrzebuje!
    I jeno pytanie, Manson pozna się z psorkiem na pogrzebie U CIOTKI czy na pogrzebie CIOTKI? bo już nie pamiętam, a muszę przyznać że panie Wendy wydaje się być sympatyczna,

  10. TigramIngrow pisze:

    „Po trupach do celu” powiedział Walt przechodząc nad trumną w stronę Jamesa.
    Dobrze żeście zrobił ten trzymiesięczny przeskok.
    W końcu coś komuś gdzieś drgnęło ^^
    No i tak właściwie to jakie są intencje Walta?

  11. Yaoistka^^ pisze:

    Nie umiem no!! :) nieźle ;) Rozdzialik boski *.* A mnie troszkę wkurza ten nauczyciel…. nie idzie się tak do mieszkania obcego mężczyzny (poznanego przez neta) najlepiej spotkać się wśród ludzi. A co do księdza… kurcze mam wrażenienie, że z każdym spotkaniem z prawnikiem jest coraz bardziej zdenerwowany i… hym zafascynowany? prawniczkiem. … Życzę weny!! *.* Czekam na następny rozdział :)

  12. Diablica pisze:

    O jaa!! Tak bardzo się cieszę, że piszecie to opowiadanie! *.* Obstawiam, że nie będzie ono bardzo długie, ale to niczego mu nie ujmuje. Na prawdę jestem aż nadto zadowolona, <3 bo bardzo chciałam, od momentu pojawienia się Waltera i Jamesa w NBTS, poznać ich historię. Przyznam szczerze, że ta Jamesa jest z lekka dołująca i wzbudza współczucie, no ale ciesze się, bo już wiem, że to właśnie Mason będzie jego ostateczną miłością *.* Śmiesznie jest między Masonem, a Albertem, a jedyne co mnie w tym pobudza to świadomość, że ten (mimo pozornej niechęci) i tak zrzuci dla niego sutannę. ;)
    Pozdrawiam serdecznie, całuję najmocniej *.* i życzę WEEENNYYY <3 <3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s