Savage Virus – 8 – Jak wykorzystać nieobecność pana?

Za małym, zakurzonym okienkiem na poddaszu sporego apartamentu należącego do Masona Awordza można było dostrzec fruwające na wietrze liście. Jesień w Nowym Jorku nastała szybko, a Josh mimo kolejnych trzech tygodni spędzonych na strychu nie myślał już o ucieczce. Zapomniał zupełnie o niewolniczej pracy w jakiejś stoczni, czy gdziekolwiek indziej by mu znaleźli robotę. Zdał sobie sprawę, że tutaj wcale nie jest mu tak źle. Miał dobre jedzenie, po które mógł teraz schodzić, kiedy chciał, miał gdzie spać, gdzie się umyć i codziennie dostawał od Masona lekarstwo, które utrzymywało jego ciało w formie. Tak samo jak ćwiczenia, które ostatnio wzmógł i dzięki którym przestał tracić na wadze. Przekonał się, że nie wróci już do tamtej dość umięśnionej budowy, do której doszedł przed 2012 rokiem, ale tak też było dobrze. Miał siły do walki z wirusem. Przyzwyczaił się też do tego, że nie miał ubrań i często przesiadywał z Anną i Robertem owinięty kocem, który zrzucał, kiedy wracał Mason. Czuł się naprawdę spokojniej, mimo częstych, posępnych wiadomości w telewizji.
— Jooosh! — usłyszał głos pokojówki Masona. Dziewczyna ostatnimi czasy przychodziła do niego dużo częściej niż mężczyzna. Jego w sumie nie widział już z tydzień.
Owinął się szczelniej kocem i podbiegł do otwartych drzwi na strych, zerkając w dół drabinki.
— No?! — odkrzyknął.
— Pomóż mi z tym! — jęknęła, stojąc na dole i trzymając przykrytą pokrywą tacę.
Chłopak przekrzywił głowę, ale zszedł szybko na dół. Związał z przodu koc, żeby mu nie spadł i zabrał tacę od dziewczyny.
— A co to?
— Zobaczysz! — Zaśmiała się promiennie. — Specjalnie dla ciebie zrobiliśmy z Robertem.
Josh spojrzał na nią cieplej i uśmiechnął.
— Dzięki, nie musieliście — odparł i zaczął wchodzić ostrożnie po drabince. — To chodź na górę, co?
Dziewczyna skinęła głową i zaczęła się za nim wspinać.
— Tylko uważaj — przestrzegła go jeszcze.
— Uważam — zapewnił chłopak i wreszcie dotarli na górę. Weszli do kanciapy, która stanowiła mały salonik i z braku stolika Josh postawił tackę na podłodze przed kanapą. Usiadł też na podłodze zamiast na kanapie. — To mogę zajrzeć? — dopytał, zerkając na dziewczynę.
— Tak — odparła entuzjastycznie Anna, kucając naprzeciwko niego i podwijając sukienkę, aby nic nie było widać i aby jej się nie ubrudziła.
Josh uśmiechnął się i uniósł pokrywkę. Na tacy na białej, ładnie wyciętej serwetce leżał mały torcik ozdobiony lukrem. Wzorek nie był zbyt skomplikowany, bo stanowiły go zielono-brązowe paski, ale na każdym z nich jeszcze były lukrowe literki. Wszystkie składały się w jego imię. Po bokach tortu były babeczki i dwa malutkie pakuneczki z kokardkami.
— Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin! — Zaśmiała się Anna radośnie, po czym jednak równie szybko dodała: — Wiem o nich, bo Robert miał to w papierach podobno, a pan Awordz coś wspominał kiedyś, że jesteś z jesieni i… no, chyba dzisiaj są — skończyła, śmiejąc się zakłopotana.
Chłopak rozchylił szerzej oczy, patrząc głupio na torcik. To było ostatnie, czego się spodziewał. W ogóle… nie wiedział, że dziewczyna o tym pomyśli. I to jeszcze w takich czasach, obchodzenie urodzin wydawało mu się takie… beztroskie.
— Wow… Anno… dziękuję — wydusił, oszołomiony. — Naprawdę, nie spodziewałem się. — Uniósł na nią swoje jasne, zielone oczy pełne… wzruszenia.
Uszczęśliwiona dziewczyna roześmiała się z udanej niespodzianki.
— Robert wycinał literki i paski — pochwaliła mężczyznę. — I zobacz prezenciki. Są drobne i takie wiesz… no, nie mamy dużo, ale coś tam od siebie się udało wymyślić.
Wciąż oszołomiony Josh pokiwał głową i sięgnął po jeden pakuneczek, ale zawahał się z otwarciem go i spojrzał szybko na dziewczynę.
— Mason o tym wie? Może mieć coś przeciwko… że wiesz, coś mi dajecie.
Anna chwilę się zawahała, po czym machnęła na to ręką.
— Nie ma go. Otwieraj.
Josh jeszcze rzucił jej niepewne spojrzenie, ale kiedy spojrzał na prezencik, nie mógł się powstrzymać. Sam zapomniał o swoich urodzinach. Odpakował szybko podarunek z dudniącym z podekscytowania sercem. Okazało się, że w środku są spakowane na bardzo malutką kosteczkę czarne, gładkie slipy. Josh popatrzył na nie z jeszcze większym ogłupieniem niż chwilę temu patrzył na torcik. Równocześnie zaczął gwałtownie buraczeć na twarzy.
— A… to… ja nie mogę nosić bielizny… — wyburczał pod nosem niewyraźnie, patrząc jednak na slipy zachłannie.
Speszona Anna także się zaczerwieniła.
— Uch… to ten… no, najwyżej je gdzieś schowaj, jakby… Albo daj. — Wyciągnęła po nie rękę. — Oddam je Robertowi.
— Nie! — powiedział od razu Josh, zaciskając mocniej palce na slipach. — Um, wybacz. Może Mason mi jakoś daruje… albo będę je nosić, jak go nie będzie — zaczął się tłumaczyć, cały czerwony. Wszyscy tu wiedzieli, kim był dla mężczyzny, więc nie czuł się już tak skrępowany tym, że łazi w kocu, ale kiedy przychodziło do takich sytuacji, czuł się dość mocno zażenowany.
Anna skinęła głową i po chwili zastanowienia sięgnęła do drugiego prezentu.
— To ten… może jednak zostańmy tylko przy tym. — Zaśmiała się nerwowo, wiedząc najwidoczniej więcej niż chłopak. I nie tylko o tym, co znajdowało się w środku.
Josh jednak zaintrygowany spojrzał na drugi pakunek i oblizał usta. Drugie slipy?
— A co tam jest? — spytał żywo, zerkając to na twarz dziewczyny, to na prezencik.
Anna przełknęła ciężko ślinę, zastanawiając się.
— Serio chcesz wiedzieć?
— A mam się bać? — Zaśmiał się. — Chcę.
— Nie wiem… no, ale, żebyś zły nie był. — Westchnęła w końcu i podała mu pakuneczek. Ten był niewiele większy niż ten z bielizną.
Josh rzucił jej mniej pewne spojrzenie. Zły? Odłożył slipy na kolana i odpakował drugi podarunek. Anna z każdym jego ruchem czerwieniła się na polikach coraz bardziej. Najwidoczniej to był jej pomysł na prezent i zaczynała być niepewna, czy jednak taki dobry.
W końcu, kiedy Josh zdarł opakowanie, w środku znalazł tubkę… żelu nawilżającego. Spojrzał szybko w oczy dziewczyny i znowu na tubkę. Boże! Miał ochotę zapaść się pod ziemię. Bielizna, bo Mason kazał mu chodzić nago i lubrykant, bo… Anna najwyraźniej wiedziała jakimś cudem, że nie używają.
— Skąd wiedziałaś, że to… no… że się przyda…? — wydusił, nie unosząc wzroku, absolutnie zawstydzony. Niemożliwe, żeby Mason się z tego zwierzał dziewczynie!
— Bo… chyba ten… nie macie? — wykrztusiła, także cała czerwona na twarzy. — No, w końcu tu sprzątam i w ogóle. — Zaśmiała się nerwowo, wyłamując sobie place.
Josh uśmiechnął się z wymuszeniem i pokiwał głową.
— Dzięki. To ten… bardzo miłe. — Odchrząknął, czując się nie na miejscu. Z drugiej strony żel na pewno się przyda… jeśli Mason się nie wkurwi, że go ma. Musiał go jakoś sprawdzić. Na razie spojrzał szybko na torcik i żeby przerwać niezręczną ciszę, rzucił: — Może spróbujemy tych pyszności, co?
— Tak, tak — podchwyciła dziewczyna, dosłownie zrywając się i idąc szybko do kuchni po coś, aby go pokroić. No i oczywiście po talerzyki.
Kiedy Anna na chwilę zniknęła, aż odetchnął głębiej, patrząc na swoje prezenty. Slipki miał ochotę już założyć na tyłek. Ale na razie sięgnął palcem do torcika i zebrał trochę masy z góry. Oblizał palec i uśmiechnął do siebie. Pycha.
— A kiedy Mason wróci? — rzucił w stronę kuchni.
— Nie wiem — odparła Anna, wracając z dwoma talerzykami i widelczykami oraz kuchennym nożem, aby pokroić tort. — Ostatnio często go nie ma — dodała jakby ze smutkiem, po czym sięgnęła do kieszeni swojego fartuszka i wyciągnęła stamtąd strzykawkę. — Ale zostawił, abym ci dała.
— Super! — Ucieszył się, biorąc od niej lekarstwo. Czekając, aż pokroi torcik, dopytał: — A ile ich zostawił? — Przynajmniej mógłby ocenić, kiedy wróci, by przynieść następne. Doszedł też do wniosku, że z jednej strony boi się jego powrotu, a z drugiej trochę tęskni za jego zapachem i towarzystwem, kiedy ten był w dobrym humorze rzecz jasna.
— Włącznie z naszymi… — Anna zamyśliła się, klękając naprzeciwko chłopaka i kładąc talerzyki na kanapie. — Jest półtorej miesięcznej paczki, czyli jakieś czterdzieści pięć.
Zaskoczony Josh aż zamrugał.
— Tak dużo…? — wydusił. Więc jeśli Mason wyjechał na tak długi czas, to dlaczego on tu siedział w tym przeklętym kocu, zamiast zwinąć mu trochę ubrań i się przejść? Od razu wstał i starając się, by dziewczyna nie zobaczyła za dużo, nasunął na tyłek nowe slipki, po czym odrzucił koc na podłogę. — No.
Anna zaróżowiła się bardziej na policzkach, widząc go teraz bez koca. Jej wzrok od razu przesunął się po klatce piersiowej chłopaka i po jego bieliźnie.
— A… — zaczęła, ale aż musiała się otrząsnąć, kiedy podjęła, znowu patrząc chłopakowi w oczy. — Zwykle zostawia zapas. Nie wiem, kiedy wróci.
— Ale nie ma go już długo. Może nie wróci akurat dzisiaj — odparł Josh podekscytowanym głosem i podszedł szybko do okienka, wyglądając na zewnątrz. Odwrócił się z uśmiechem do Anny, nawet nie zauważając, jak ta się na niego patrzy. — To zjemy torcik i pójdziemy na spacer! — Ucieszył się.
Dziewczyna ponownie się zdziwiła.
— Na spacer…?
— Tak, pożyczę od Masona jakieś jego ciuchy i możemy iść. — Uśmiechnął się niemal radośnie, siadając znowu przy dziewczynie i patrząc jej w oczy z iskierkami w swoich. — Co ty na to?
— A co… jak wróci, a nas nie będzie? — Zupełnie zapomniała z tego wszystkiego o krojeniu tortu.
— Jest przecież bardzo małe prawdopodobieństwo — odparł Josh z pewnością. — Poprosimy Roberta, żeby jakoś go dłużej zajął, jeśli wróci.
Anna nie wydawała się przekona co do pomysłu, ale w końcu skinęła głową.
— No, może. Chociaż i tak uważam, że to mało rozsądne.
— To tylko krótki spacer — zapewnił ją Josh i wychylił się do niej, po czym pocałował ją w policzek. — I mi dupy nie przewieje dzięki slipkom. — Zaśmiał się, wyraźnie w dobrym nastroju. — Ale teraz krój, bo będziemy uciekać.

*

Dziewczyna stała w drzwiach prowadzących do sypialni Masona i nerwowo wyłamywała sobie palce. Josh w tym czasie grzebał w szafie ich pana i zabierał mu ubrania, aby wyjść na dwór w czymś innym niż w kocu.
— Boże, nawet nie chcę myśleć, jak się wścieknie, kiedy się dowie — jęknęła pod nosem Anna, najwidoczniej coraz bardziej panikując.
— Nie dowie się! — zapewnił ją Josh, wyciągając wreszcie jakieś spodnie i bluzę, bo spodziewał się, że będzie chłodno na zewnątrz. Zaczął zakładać na siebie spodnie i uśmiechnął się do dziewczyny. — Spokojnie, a jak coś to wezmę wszystko na siebie — dodał, chociaż wcale takie przyjemne by to nie było, jak się domyślał.
— Nie wiem, czy by mi to pomogło — mruknęła dziewczyna, oglądając się na korytarz, który prowadził do pokoju Masona. Z drugiej strony zawsze ją dziwiło, że mężczyzna, mając całą rezydencję, korzysta głównie z jednego pokoju, w jednym ma siłownię, w innym skład z lekami i na tym w sumie się zamykał, pozostałe pokoje zostawiając puste. Ona z Robertem nie miała wcale mniejszych pokoi niż ich pan.
— Nie bój się, niczego się nie dowie — sapnął Josh, zakładając bluzę przez głowę, po czym włożył jeszcze buty. Ubrania trochę na nim wisiały, ale nie narzekał. Dawno zresztą nie miał na sobie ciuchów. Zamknął szafę i podszedł do Anny. — Idziemy? — Uśmiechnął się.
Dziewczyna odetchnęła ciężko i skinęła głową. Niemal biegiem ruszyła w stronę schodów na dół. Tam czekał na nich Robert, który trzymał płaszczyk dziewczyny.
— To najgłupszy pomysł, na jaki mogliście wpaść — mruknął, kiedy do niego podeszli.
Anna uśmiechnęła się przepraszająco, a mężczyzna pomógł jej się ubrać.
— Jak ja niby mam go zatrzymać? — syknął, patrząc na Josha.
Chłopak podrapał się po włosach i poklepał mężczyznę po ramieniu.
— Zagadaj go jakoś, o lekach, czy… nie wiem, pokaż mu, że coś się zepsuło w kuchni? — rzucił pierwsze co mu przyszło do głowy. — Coś wymyślisz, Robercie.
Mężczyzna spojrzał na chłopaka z dezaprobatą.
— Zepsuło w kuchni? Jakby go to cokolwiek obchodziło! — fuknął i wskazał im dłonią przeciwną stronę niż wyjście z rezydencji. — Chodźcie.
Oboje od razu ruszyli za nim, a Josh wcisnął ręce w kieszenie ciepłej bluzy. Nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie wyjdzie na świeże powietrze. Czuł się jak pies, który wreszcie może wyjść na spacer.
Robert poprowadził ich na tyły rezydencji, potem na zaplecze i w końcu stanął przy drzwiach, które musiały zdecydowanie długo nie być używane, a w założeniu były tylnym wejściem. Zaczął grzebać w kieszeniach czarnej marynarki, aby wyjąć z niej pęk kluczy. Powoli zaczął otwierać kolejne zamki drzwi, aby na końcu odblokować sztabę i otworzyć drzwi.
— Jak wrócicie, musicie mnie znaleźć, aby je dobrze zamknąć — polecił. — I nie zapomnijcie ich zablokować.
Josh aż zamrugał, patrząc na całe to zabezpieczenie. Pokiwał głową z powagą, chociaż miał ochotę już wybiec przez te drzwi i długo nie wracać.
— Nie gorączkuj się tak, Robercie, wszystkiego dopilnujemy — zapewnił.
— Mam nadzieję — odparł mężczyzna poważnie. — Idźcie już — rzucił i zabierając klucze, odszedł, zostawiając ich. Wyglądało, jakby nie chciał się do tego mieszać.
Anna spojrzała na Josha i skinęła głową.
— Ma rację. Chodźmy — dodała i szybko opuściła rezydencję.
Josh jeszcze wziął głębszy oddech, nim wyszedł przez tylne wejście na powietrze. Tam aż zaparło mu dech w piersi od nagłego, jesiennego powiewu wiatru. Rozejrzał się szeroko otwartymi oczami i odruchowo ni to zamruczał, ni to zaskamlał z radości. Kiedy ściany nie ograniczały przestrzeni, czuł się tak… dziwnie swobodnie, a przecież dopiero co wyszli z budynku. Może i miasto było ponure, wszędzie widział żółte taśmy odgradzające niektóre zaułki oraz ostrzeżenia i plakaty sugerujące, jak powinno się dbać o bezpieczeństwo, ale i tak było cudownie.
Dopadł Annę, złapał ją za rękę i podążył ulicą, depcząc opadnięte liście. Dziewczyna widząc jego entuzjazm, także się zaśmiała i dała się pociągnąć po wąskiej uliczce, która nie była tak patrolowana przez wojsko jak główna. Oboje przez to nie zwrócili uwagi na postać, która siedziała kawałek dalej pod ścianą, a teraz obserwowała ich żywym spojrzeniem swoich błędnych oczu. Kiedy tylko dwójka zniknęła jej z pola widzenia, postać wstała i pobiegła gdzieś.
— Myślisz, że Central Park będzie otwarty? — spytał Josh, idąc u boku dziewczyny i rozglądając się po mieście. Przeszło miesiąc temu ostatni raz wyszedł z apartamentu Masona, ale miał wrażenie, że nic się nie zmieniło. Co raz widzieli przejeżdżającą wojskową furgonetkę i bardzo nielicznych przechodniów na drodze. Mimo to, jesienny krajobraz był przyjemny dla oka.
Dziewczyna zastanowiła się chwilę, po czym skinęła głową.
— Myślę, że tak, ale to kilka przecznic stąd — dodała strapiona, że ten spacer może się przeciągnąć. Do tego właśnie szli obok wysokiej siatki z drutem kolczastym na górze.
Josh starał się nie myśleć o tym, że mogli być jednymi z tych dzikich, chorych ludzi po drugiej stronie tych wszystkich ogrodzeń. Chciał cieszyć się chwilą wolności.
— To chodźmy — odpowiedział na wydechu i przyspieszył. Na szczęście nie było po nich widać objawów wirusa, więc wszyscy patrolujący żołnierze tak naprawdę nie mogli się ich przyczepić. Z drugiej strony oni też żyli w ciągłym stresie, bo, mimo że mieli prawo zastrzelić każdego, kto był zarażony i na którym zapanował wirus, to przecież nigdy nie mieli pewności, że nie strzelą do osoby, która po prostu się zdenerwowała, a regularnie przyjmuje leki. To wszystko wzmagało tylko ogólny strach przed drugim człowiekiem i niepokoje społeczne. W wiadomościach , a raczej w przemowach polityków wiele się o tym słyszało, chociaż ogólnie starano się utrzymywać, że sytuacja jest po kontrolą. Każdy jednak zdawał sobie sprawę, że szerzący się wirus był utrapieniem zarówno dla chorych, jak i tych nim nietkniętych.
Kiedy za kolejnym skrzyżowaniem Josh i Anna przeszli na drugą stronę ulicy, zbliżając się do Central Parku i mijając po drodze patrol dwójki ubranych w mundury i hełmy żołnierzy, chłopak obejrzał się za całym ich wyposażeniem i spojrzał znowu na towarzyszkę.
— Ciekawe czy kiedykolwiek wyjdzie, jak to się właściwie przenosi. I tak dobrze, że drogę płciową i przez krew wyeliminowano. Ale i tak… jak się będziemy wystrzeliwać, a nie szukać sposobu na bardziej ludzkie zatrzymanie tego wirusa, to się niedługo wszyscy wybijemy — mruknął. Bał się tak naprawdę, że jeśli kiedyś Mason się nim znudzi i go porzuci, to padnie ofiarą jednego z takich wojskowych.
Dziewczyna aż się wzdrygnęła.
— No jest koszmarnie. Jeszcze w Stanach, w Nowym Jorku, to naprawdę nieźle wygląda, ale pomyśl o takich Chinach. Tam już przed epidemią nie było czegoś takiego jak prawa człowieka, a teraz? Najsilniejsi dostają lekarstwo, aby pracować na tych bogatych. Straszne — jęknęła, pochmurniejąc. — Myślisz, że zginiemy?
Josh spuścił wzrok na złote liście pod nogami.
— Nie wiem… I tak mamy szczęście, że mamy swojego protektora.
Anna westchnęła ciężko, patrząc po witrynach sklepów, które mijali. W większości wyglądały tak samo jak przed apokalipsą, ale uwadze nie uchodziły rolety zamontowane nad każdą witryną. Opuszczały się automatycznie, kiedy tylko ogłaszany był alarm.
— A nie myślałeś, że może to do tego zmierza. Wiesz, taki nowy początek. Najpierw się wybijemy, a ci zdrowi zaczną wszystko od nowa czy coś? Dlatego jeszcze, mimo że już prawie dwa lata wiemy o wirusie, to nie umiemy go powstrzymać?
Josh skrzywił się lekko, unosząc na nią wzrok i jakoś bardziej się kuląc w sobie.
— Że niby zdrowi to rasa wybranych, która ma przetrwać i stworzyć nowy świat? A my, chorzy, to grzesznicy, którzy skazani są na potępienie? — wyburczał z grymasem.
— Nie nadawałabym temu takiego religijnego aspektu chyba.
— To dobrze, bo w telewizji co chwilę o tym mówią — mruknął i wziął ją pod ramię, kiedy weszli do Central Parku od wschodniej strony.
Uśmiech mu przebiegł po ustach na widok drzew. Nigdy wcześniej nie chodził z taką chęcią do parków. Wolał kluby i tłumy, a teraz zapach roślin i otwarta przestrzeń go uspokajały. Nie wiedział, czy to ze względu na wirus i silniejsze instynkty, ale aż miał ochotę przebiec się tymi alejkami.
— Nie oglądam telewizji — powiedziała Anna, przytulając się do niego delikatnie. Najwidoczniej nie przeszkadzało jej, że Josh jest prywatną dziwką ich pana.
— Ja czasem włączam, by trafić na jakimś film, ale nie da się uniknąć tych wiadomości — odparł dość luźno Josh, zbyt zrelaksowany otoczeniem, by się przejmować. I w duchu pomyślał, że chętnie by tu przyszedł z Masonem…
Nagle aż zamrugał powiekami, kiedy w prostopadłej alejce dostrzegł idącą dwójkę mężczyzn, z których jeden, bardzo elegancko ubrany, szedł leniwym krokiem, a drugi, zdecydowanie mocno wychudzony, o zapadniętych policzkach i drżących dłoniach niósł w rękach wielkie reklamówki z zakupami, a na plecach jeszcze plecak. Wyglądał jak obładowany, chory wół. Josh wykrzywił usta i pociągnął Annę w przeciwną dróżkę. Dziewczyna, zaskoczona nagłą zmianą kierunku, zamrugała.
— Hmm? Coś się stało?
— Znam tamtego faceta — odparł na wydechu Josh. — Tego niosącego zakupy. Był barmanem w pewnym klubie, do którego chodziłem. I wyglądał dużo… dużo lepiej niż teraz. — Aż był w szoku, jak bardzo wirus może zmienić człowieka. Sam sporo schudł, ale nie wiedząc, że jest zakażony, nie dałoby się tego powiedzieć na sto procent. Tak samo Anna wyglądała na zdrową dziewczynę. — Jak myślisz, jak najrzadziej można podawać lekarstwo, by kogoś kontrolować? — zapytał. To, że Mason dawał im lekarstwo codziennie, to albo ostrożność, albo jego dobra wola.
Zaciekawiona Anna obejrzała się z nadzieją, że może zobaczy mężczyznę, o którym mówił Josh. Wcześniej nie zwróciła na niego uwagi. Na ulicy mijała różnych ludzi, kiedy chodziła po zakupy czy inne sprawunki. Czasami razem z Robertem, dla bezpieczeństwa. Przywykła do takich widoków.
— Dobrze brać minimum co dwa dni. Co trzy jesteś już podatny na wybuchy agresji, a już co cztery lepiej nie stosować. Oczywiście jak sam bierzesz.
Josh pokiwał głową, myśląc o tym. Wirus bardzo szybko atakował, dlatego najwięcej pecha mieli ci, którzy zachorowali na samym początku 2012 roku, kiedy jeszcze nie było lekarstwa. Nie dało się już ich odratować.
— Więc mamy nawet szczęście. — Zaśmiał się ponuro, ale aż mu oczy zajaśniały, kiedy zobaczył jezioro. — Ale na razie o tym nie myślmy. Cieszmy się spacerem! — zawołał radośnie i pociągnął dziewczynę w stronę wody.
— Uroczy jesteś! — Zachichotała dziewczyna, podbiegając razem z nim w stronę jeziora. Przy nim widzieli znad rzędów drzew wysokie wieżowce Nowego Jorku, które otaczały Central Park. Do tego kaczki w stawie i lekki wiatr niosący złote liście. — Pięknie.
Josh przytaknął z uśmiechem, obejmując dziewczynę, wpatrując się w jezioro i wdychając zapach, który unosił się w powietrzu. Gdyby tylko mógł, chodziłby tu codziennie. Już wiedział, że musi poprosić o to Masona. Ale zdecydowanie ten wypad musieli utrzymać w tajemnicy. W końcu nie mieli na niego pozwolenia. Mimo to nie przeszkadzało to chłopakowi cieszyć się wyjściem.

*

W szarej, zabezpieczonej walizce spoczywały poukładane w rządku strzykawki. Robert westchnął, sięgając po jedną i zamykając neseser, po czym odstawił go do szafki w pomieszczeniu, które służyło do przechowywania lekarstw.
Mężczyzna spojrzał jeszcze z niecierpliwością na zegar wiszący na ścianie i pokręcił głową. Powinni już wrócić! Rozumiał ich chęć wyjścia na dwór, ale to było według niego skrajnie lekkomyślne. Westchnął jeszcze raz i po chwili zaaplikował sobie lekarstwo do żyły na zgięciu łokcia.
Kiedy już wyrzucił strzykawkę do specjalnego kosza i poprawiał koszulę, usłyszał z dołu dźwięk otwieranych drzwi. Wejściowych. W pierwszej chwili chciał odetchnąć z ulgą, kiedy nagle sobie przypomniał, że Anna i Josh mieli wrócić tylnym wejściem. Aż złapał się za serce, po czym popędził w stronę korytarza, czując nadchodzącą katastrofę.
Tam niemalże wpadł na Masona, który stał i najwyraźniej czekał na niego, aby wcisnąć mu kurtkę, którą już zdjął.
— Gdzieś się podziewał? — burknął do lokaja, rzucając w niego swoim ubraniem.
— Brałem lekarstwo, panie Awordz — odsapnął Robert, przyjmując jego kurtkę. — Jak minęła pana podróż? Może chce pan udać się do kąpieli i odpocząć?
— Nie. Niech Anna zrobi mi kawy — pan domu rzucił tylko, kierując się w stronę schodów na górę.
Robert zbladł i podążył za nim.
— Już jej powiem, ale może w takim razie dam panu najpierw lekarstwa? Nie było komu o pana dbać pewnie, panie Awordz, proszę ze mną! — zawołał, drepcząc za nim krok w krok. Udusi te dzieciaki, jak wrócą. Gołymi rękami!
Mason zatrzymał się, stawiając stopę na pierwszym stopniu.
— Robert. Kawa. Potem lekarstwa. A poza tym, myślisz, że puściliby mnie gdzieś bez opieki lekarza? — fuknął, ruszając w górę schodów.
— Ja wiem, panie Awordz, ja wiem! — dyszał mężczyzna, idąc wciąż za nim i nie mając pojęcia, co jeszcze może powiedzieć, by go zatrzymać. — A… jadł już pan coś?
— Tak, serniczek z bitą śmietaną i stek — zakpił Mason, kręcąc głową. — Nie jestem głodny nawet. Nie trzęś się tak nade mną.
— Ale panie Awordz, niech pan nie idzie na górę! — zawołał wreszcie Robert i złapał Masona za nadgarstek, zatrzymując go.
Ten zmarszczył brwi, faktycznie się zatrzymując, ale nie wyglądając na najspokojniejszego.
— A to niby czemu?
— Bo… widziałem szczury na strychu — wydusił Robert. — A przecież te gryzonie choroby przenoszą! Niech pan poczeka, aż je znajdę, bo mogły rozejść się po piętrze i co to będzie, jak pan na coś zachoruje?
— To wtedy zachoruję! — syknął Mason, wyrywając mu rękę. — Opanuj się! — warknął i skręcił w stronę swojej sypialni. — Poza tym jak jest jeden na strychu, to pewnie i tak już są w całym domu.
Robertowi z tego wszystkiego było aż słabo.
— Więc powinien pan przeczekać w swoim pokoju, na pewno je znajdę.
Mason pokręcił głową i już miał to zignorować, po czym jednak przystanął. Odwrócił się do Roberta, trzymając dłonie w kieszeniach czarnych spodni. Poza nimi miał jeszcze przylegający do ciała golf w tym samym kolorze.
— Czemu jeszcze nie kazałeś Annie zrobić kawy? — spytał dość podejrzliwie.
— Och… Faktycznie, już do niej idę, pewnie zapodziała się gdzieś w kuchni. — Lokaj zaśmiał się nerwowo i modląc się do wszystkich świętych, żeby Mason nie poszedł na poddasze, sam szybko podążył do schodów. Może sam zrobi mu tę kawę i wytłumaczy jakoś brak dziewczyny.
Mason spojrzał za nim, po czym prychnął pod nosem i kiedy tylko nachalny lokaj zniknął mu z oczu, ruszył w stronę schodów na wyższe piętro. Po chwili był już pod klapą prowadzącą na strych. Ta była otwarta, a z góry nie słyszał nawet najcichszego dźwięku. Z jakiegoś powodu miał dziwne przeczucie, że Josh nie śpi.
Wszedł na górę, szybko pokonał korytarzyk i wparował do pomieszczenia, które zajmował chłopak.

20 thoughts on “Savage Virus – 8 – Jak wykorzystać nieobecność pana?

  1. Katka pisze:

    Adela, hehe, no dużo się tam dzieje, przyznam, bardzo nam miło, że się podoba :D Oby tak dalej trzymało. A co do bicia – raczej nie, Mason wyżywa się głównie na Joshu. Przynajmniej fizycznie, bo co się Annie i Robertowi słownie obrywa, to ich.

  2. Adela pisze:

    Zajebiste to opowiadanie, na razie chyba moje ulubione :P Bo najdłużej trzyma w napięciu. Czy Mason tez bije Roberta i Ann?

  3. Katka pisze:

    Kohaku, „Na miejscu Masona tak bym zrobiła, bo najwidoczniej po ”dobroci” nie idzie” – no wiesz?! Tego bym się nie spodziewała! XD A tak serio biedny Josh… :( Kneblować go chcą, a on przecież tylko chciał odetchnąć świeżym powietrzem :(

  4. kkohaku pisze:

    Ojej no to będzie piekło, chyba, że jakimś cudem Josch pojawi się w swoim pokoiku xD Ech przez swoje zachowanie, to on aż się prosi aby go związać i zakneblować xP Na miejscu Masona tak bym zrobiła, bo najwidoczniej po ”dobroci” nie idzie ;)

  5. Katka pisze:

    Floo, och, widzę, że SV wywołuje dużo emocji! :) Tak być powinno, bardzo nas to buduje :) Słownictwo wybaczone, bo chyba tutaj czasami inaczej się nie da, hehe. Draniem przecież Masona nie nazwiemy, bo to zbyt łagodne określenie XD A nerwicy mimo wszystko mam nadzieję, że się nie nabawisz. Nie chcemy Was traumatyzować XD

  6. Floo pisze:

    Dobra, miałam tego nie czytać… ale i tak przeczytałam!!!!! Jak mogłyście w takim momencie i teraz trzeba tyle na to czekać… o Boże ja się boję co Mason zrobi Joshowi @_@! Bo Annie pewnie tak przygada, że dziewczyna przez miesiąc będzie się bała być zauważoną, ale Josh to może mieć przekichane… I co to za postać ich widziała? Ona jest niedobra? Tak?! AAAAAA ja zeświruję!!!!!
    A może to jakiś wysłaniec tego „niby przyjaciela” co Josha wyrzucił z domu?!
    Będzie chciał porwać Josha? Będzie chciał zaszkodzić Masonowi…. Masona nie rozumiem! Niby z niego taki chuj! (przepraszam za słownictwo ale inaczej się nie da) a jednak czasem potrafi okazać jakieś dobre odruchy…. nie wiem co o nim myśleć. Nienawidzę go wręcz gdy bije Josha ale tak po za tym…to nie jest aż taki najgorszy…
    Ach czuję że przeczytanie tego opka może się dla mnie skończyć nerwica @_@

  7. Katka pisze:

    Everyman, co z Anną… och, Mason nie jest takim sadystą (dobra, jest, ale nie takim AŻ) by bić kobiety, ale czasem słowami da się bardziej ukarać niż fizycznie, więc dziewczyna też nie ma lekko. No i cieszę się, że cliffhanger odniósł skutek :)

  8. everyman pisze:

    Aż mnie skręca, żeby już teraz się dowiedzieć jak rozegracie reakcję Masona na ich nieobecność. I czuję, że nie będzie to nic banalnego. Już współczuję Joshowi (jak za każdym razem jak ten sadysta robi mu coś okropnego)
    I tak się zastanawiam jak on każe Annę za jakieś występki.

  9. Shivunia pisze:

    yake >> Dziękujemy za uwagi… ale czemu nie chcesz komentować publicznie? Jak coś to nasz mail ShiKatTales@gmail.com
    Co do imienin to jesteśmy tego świadome (Anna jednak nie zna daty urodzin Josha, wiec wymyśliła coś innego. W końcu nie ma dnia „niewolnika” XD). Nie rozumiem tylko o co chodzi z alkoholem? To, że amerykanie uchlewają się w miejscach publicznych (tzn we wszelkiego rodzaju knajpach, barach i innych tego typu miejscach. I w przeciwieństwie do nas, mogą pić alkohol na ulicach, jeśli nie widać, ze to alkohol) to wiemy. Tylko to nie znaczy, że nie można pić w domu.

  10. yake pisze:

    Hi, czytuje wasze opowiadania. Nie chce komentowac publicznie. Jednak male uwagi. W krajach anglosaskich nie obchodzi sie imienin, wigili swiat bozego narodzenia. Nie pike sie alkoholu na sposob wschodni , co wcale nie znaczy, ze mniej. Dome imprezy robia praktycznie nastolatki , ktore maja problem z legalnym zakupem alkoholu.

  11. Katka pisze:

    Hansel, miło Cię widzieć w gronie komentujących, witaj :) hehe, no i to jest urocze: sadystycznie chcieć już przeczytać, co też może Mason zrobić Joshowi za taki wybryk, a jednak nie chcieć, by za bardzo go poturbował. Jak ja lubię takie sprzeczności XD

    O., okrutnicy, że tak czekacie na złość Masona XD No ale rozumiem w pewnym sensie, to taka perwersyjna przyjemność XD

  12. O. pisze:

    No to Joshowi chyba nawilżacz nie pomoże… A slipy powinien chyba zjeść, by nie zostały mu zabrane xD Aż się nie mogę doczekać złości Mansona!

  13. Hansel pisze:

    Będzie się działo *.* Już widzę przed oczami minę Masona, która mogłaby nieboszczyka zabić jeszcze raz.
    Dobra, ponieważ jestem bardzo zUa xD sadystyczna część mnie, cieszy się z takiego obrotu sytuacji ^^ Cóż, mam tylko nadzieję, że Josha za bardzo jego Pan nie poturbuje >.<

  14. Katka pisze:

    Shinu, niestety nigdy nie jest pewne, kiedy Mason wróci, więc postanowił zaryzykować… a że źle trafił, to już niestety przypadek. No risk no fun XD

    Tigram Ingrow, „furia Masona” to naprawdę… duży kataklizm XD Więc jak najbardziej powinni się bać.

    Margo, „chociaż raz Mason mógłby udowodnić, że jednak coś bije w jego klatce piersiowej” – no właśnie… :( Więc kto wie, może jednak nie postąpi tak gwałtownie, jak wszyscy macie przeczucie. Chociaż… to jednak Mason XD Pozostawiam to domysłom :)

    Elis, „Niepokorna duszyczka z Josha.” – oj, bardzo niepokorna. I trudna w tresurze. Pytanie czy Masonowi starczy cierpliwości, by jednak doprowadzić go do porządku.

    Gordon, codzienne dręczenie Masona faktycznie mogłoby coś dać. Albo go na tyle zirytować, że skończyłoby się równie źle jak samodzielny wypad na miasto. Z Masonem nigdy nic nie wiadomo XD Mnie samą zaskakuje, jak ich piszemy :)

  15. Gordon pisze:

    Ale Josh ma teraz przejebane xD juz mu wspolczuje. I na stowe oberwie sie tez Robertowi i Annie nawet jak wezmie wszystko na siebie. Nie dziwie sie troche ze piesek chcial na spacer ale lepiej bylo dreczyc o to Masona codziennie az by go wzial a nie samemu wychodzic. Tak wogole to dostal ekstra prezenty xD jak sie chcial zapasc pod ziemie jak lub zobaczyl mwahaha ]:-> mam ochote przybic annie high five ;p i juz chce dalej!

  16. Elis pisze:

    Jak kota nie ma myszy harcują. Głupi, głupi, głupi Josh. Jeszcze nie nauczył się niczego. Wiem, że chce się wyrwać na powietrze, zażyć wolności, ale nie dość, że naraża siebie, to jeszcze Annę i Roberta. Nie pomyślał, że Mason może wcześniej wrócić? Przecież ostatnio nie było mu źle w jego domu. Teraz Mason się wścieknie i będzie bardzo źle. Niepokorna duszyczka z Josha.
    I ciekawe kim był ten facet, co ich obserwował. Obawiam się, że to może sprowadzić na wszystkich kłopoty.
    Lubię Annę. Fajna dziewczyna i pomyślała o żelu. :)

  17. Margo pisze:

    Oj…. jak ja już współczuję Joshowi jego nierozsądnej decyzji. Rozumiem, że pod nieobecność Masona chciał trochę rozwinąć skrzydła, bardzo kuszące, ale czuję, że konsekwencje tego nierozważnego czyny będą straszne. Naprawdę się boję co będzie w następnym rozdziale, chociaż raz Mason mógłby udowodnić, że jednak coś bije w jego klatce piersiowej….

  18. Tigram Ingrow pisze:

    Iiiiii…. To teraz będzie wpie*dol. Jak Josh mógł być tak nierozsądny i wypuścić się tak daleko? No jak? A jeśli Mason pomyśli, że chciał go opuścić, wścieknie się i będzie kazał mu się wynosić? I jeszcze naraził na niebezpieczeństwo Annę. Tzn, mówiąc niebezpieczeństwo mam na myśli furię Masona. Do licha, będzie źle…

  19. Shinu pisze:

    Uuuu… będzie się działo w następnej części.
    Doprawdy, Josh powinien się już nauczyć, żeby tak niepotrzebnie nie ryzykować. A Anna i Robert nie powinni mu pozwalać na takie coś. Niech sobie chodzi na spacery ale wtedy kiedy ma pewność, że Mason nie wróci, a tak to tylko problemy sprowadzi na wszystkich.
    Mason, bierz go! xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s