Across The Cursed Lands – 14 – Sępy

Silniejszy powiew wiatru zaszeleścił trawą i podniósł nieznacznie kapelusz Rangera. Ten otworzył oczy, patrząc na czerwone promienie słońca, wynurzające się na wschodzie. Było jeszcze zimno, ale nie miał zmarzniętych nóg, więc kryształ upiorytu najwidoczniej jeszcze się żarzył albo dopiero co zgasł.
Rozejrzał się, choć nie musiał tego robić, żeby stwierdzić, że jego towarzysz, ten dziwny i kłopotliwy lekarz, leży tuż przy nim, z głową na jego piersi i szczupłą nogą zahaczoną o jego nogę. Spał.
Jefferson odchylił głowę do tyłu, bardziej opierając ją o siodło. Zerknął kątem oka na konie, które stały przy wozie. Tylko Oficer poruszył uchem, ale chyba się nie obudził. Mężczyzna więc jeszcze chwilę gapił się na wschód słońca, grzany z jednej strony przez ciało Williama, ale w końcu trącił go w ramię.
— Pobudka, słońce już wstaje.
Blondyn poruszył się nieco, najpierw odruchowo bardziej do niego przytulając, ale w końcu rozchylił powiekę i niemal od razu ją zmrużył, kiedy spojrzał na słońce.
— Mn… dzień dobry… — mruknął, unosząc głowę.
Ranger podparł się jedną dłonią, a na drugiej wyprostował, siadając.
— Dobry, dobry. Wstawaj. Chcę ruszyć, póki nie jest gorąco — mruknął, spychając nogę blondyna ze swojej.
William rzucił mu niezadowolone z takiego traktowania spojrzenie, ale nie skomentował, bo był zbyt zaspany. Usiadł tylko prosto i przetarł twarz dłonią, uważając na opaskę. Była mocno zaciśnięta i tylko dlatego nie zsuwała mu się w trakcie snu.
Jefferson w tym czasie pakował swoje rzeczy do sakw, by w następnej chwili już zaprzęgać konie Williama do wozu. Powietrze było przyjemnie rześkie, więc dobrze mu się pracowało. Lekarz poruszał się zdecydowanie wolniej, dopiero usiłując się obudzić. Zanim Jefferson skończył, udało mu się jednak przebrać, uczesać i przemyć twarz wodą z bukłaka.
Ranger krzątał się po obozowisku szybko i żwawo. Wyglądało, jakby chciał wyruszyć jak najszybciej, ale z drugiej strony w jego ruchach nie było nerwowości.
— Gotowy? — spytał w końcu lekarza, zapinając siodło na Oficerze.
William skinął głową, trzymając pod pachą jakąś książkę o mechanicznych protezach i innych modyfikacjach, które można było zainstalować w ludzkim ciele. Liczył, że z tym podróż nie będzie taka monotonna.
— Tak, możemy jechać — odpowiedział, wchodząc na wóz i starając się ignorować nieprzyjemny zapach koni.
Jefferson zakopał jeszcze wypalone ognisko. Obejrzał się po okolicy. Wysoka trawa, pojedyncze drzewa, nic ciekawego.
Wsunął nogę w strzemię, złapał za lejce i wskoczył sprawnie na Oficera, który zarżał krótko i zrobił kółeczko w miejscu. Ranger spiął go nogami, a zwierzę ruszyło żwawo przed siebie.
William wsadził sobie książkę między kolana i złapał za lejce, po czym szarpnął nimi, a konie ruszył w ślad za Rangerem.
Kiedy po jakimś czasie nabrali równego tempa, wyjeżdżając na bardziej wydeptaną drogę, lekarz wreszcie sięgnął po swoją książkę i otworzył ją, zaczynając czytać. Liczył, że te głupie stworzenia nie zjadą w chaszcze. Jeff tylko zerknął na niego do tyłu, ale nie skomentował. Nie miał na to ochoty. Miał tylko nadzieję, że spotkają jakieś zwierzę po drodze.
Po jakimś czasie podróżowania w ciszy, kiedy już słońce uniosło się wyżej na niebie, William zmarszczył lekko brwi i aż położył na chwilę książkę na kolana, musząc coś przemyśleć.
— Jeff? Nie masz wrażenia, że niektórzy naukowcy mylą alchemię z magią? — mruknął w stronę swojego towarzysza.
Ranger zerknął na niego i zamyślił się.
— A to nie to samo? — mruknął.
— Nie — odparł William, niemal zaskoczony odpowiedzią. — Alchemia to nauka, a magia to jakieś… mrzonki — mruknął.
Brunet wzruszył ramionami.
— No, to nie mam wrażenia. Dla mnie to to samo.
William westchnął do siebie cichutko i uniósł książkę. Rzucił krótkie, znaczące spojrzenie Jeffersonowi i zaczął czytać:
— „Doktor Timothy Robinson i jego wieloletni partner w badaniach nad ludzkim ciałem, doktor Gregory Wood, prowadzą obecnie badania w swoim ośrodku medycznym w Kansas City, których wiekopomnym skutkiem może być powstanie substancji, dzięki której odpowiednio dobrany stop metalu, załączony do dowolnej protezy, zacznie obrastać ludzką tkanką, samoczynnie generując ludzkie ciało. Proteza jednak musiałaby być przyłączona do żywego organizmu, gdyż substancja działa tylko w zestawieniu z ludzkim ciałem” — skończył i spojrzał znowu na Jeffersona. — Ludzkie ciało z niczego? To brzmi bardziej jak magia niż nauka. I nikt nie wpadł na to, jak potem wydobyć spod tej wyrośniętej skóry metalową maszynę — mruknął, lekko krzywiąc usta.
Jeff z każdym jego słowem patrzył na niego coraz bardziej obrzydzony.
— To nie dość, że nienormalne, to jeszcze chore. Jak w ogóle można takie herezje pisać? — fuknął.
— Właśnie, też tego nie pojmuję — podchwycił William, zadowolony ze zrozumienia. — Gdyby pod tą sztuczną skórą maszyna się psuła, za każdym razem trzeba by było człowieka kroić. Zakładając oczywiście, że te bzdury byłyby możliwe.
— Ale w ogóle jaka maszyna? Jak ktoś już coś stracił, to jak można mu jakiegoś metalowego kikuta tam dokręcić? To ingerencja w los i bożą wolę — burknął Ranger, prowadząc spokojnie konia i rozglądając się. Wokół nich było coraz więcej drzew, a to, że średnio wierzył w Boga, nie było w tej chwili istotne.
William spojrzał na niego sceptycznie, trzymając palec na miejscu w książce, gdzie skończył czytać.
— Bóg nie ma nic do nauki, Jeff. I przyznam, że rozumiem ludzi, którzy chcą zastąpić brak czegoś niezbędnego, jeśli możliwości pozwalają.
Ranger zaśmiał się pod nosem.
— To zabawne w takim razie, czemu w głowie jeszcze nie nosisz szkiełka.
— Miałem na myśli zastąpić brak czymś działającym, a nie robiącym złudne wrażenie, że nic się nie zmieniło — odparł chłodno William. — Nie mam szkiełka dlatego, że mnie nie zrobiłoby żadnej różnicy. Jedynie może ludzie inaczej by mnie odbierali.
— Gorzej — burknął Ranger, do którego głowy nie docierały argumenty lekarza.
William westchnął cichutko, w myślach dodając „zmieniłbyś zdanie, gdybyś zobaczył mnie bez opaski”, ale nie powiedział tego głośno. Zamiast tego postukał palcem w książkę, którą czytał i odpowiedział:
— Możliwe, zależy od punktu widzenia, ale jak mowa już o naprawianiu tego, co się utraciło… po pożarze spędziłem sześć miesięcy na zapalczywych próbach stworzenia nowego oka. — Uśmiechnął się dość gorzko. — I cokolwiek by ta książka nie mówiła, to niemożliwe.
Jefferson skrzywił się.
— Sztuczne oko, sztuczne kończymy. Jak rozwój tej waszej techniki, magii, nie wiadomo czego dalej będzie się tak rozwijał, to niedługo będziecie potrzebować też sztucznych mózgów — zadrwił. Nie podobało mu się to całe bawienie się z ludzkim ciałem.
— Nie rozumiesz piękna nauki — skwitował blondyn, wracając spojrzeniem do książki.
— A ty piękna natury — odparł ze wzruszeniem ramion i z obojętną twarzą.
William uniósł znowu wzrok i przesunął nim po ciele Jeffersona bez skrępowania.
— Uwierz mi. Podziwiam wręcz — odparł spokojnie i wrócił do tekstu.
Ranger nie zauważył jego spojrzenia, ale też już nie miał zamiaru się z nim sprzeczać. Chciał już, aby dotarli na miejsce i żeby mógł się go pozbyć. W tej chwili jednak priorytetem było znalezienie wodopoju i kilka godzin odpoczynku. Słońce było już na to wystarczająco wysoko na niebie.
William tak się zaczytał w swojej lekturze, że kiedy Jefferson wreszcie oznajmił, że się zatrzymują, wyrwało mu się pełne zaskoczenia „już?”. Tak, zdecydowanie książka pomagała mu zapomnieć o niewygodach podróży.
Ranger tylko na niego zerknął i zeskoczył z konia. Byli na małej polance, przez którą przepływał strumyk. Zielona trawa, kilka niskich, ale starych drzew. Okolica wydawała się spokojna. No i było widać drogę znikającą za linią horyzontu.
— Przetrzymamy największe słońce, możemy się przespać i odpocząć — rzucił Jefferson w przestrzeń, odczepiając chociaż sakwy od siodła Oficera.
— Może więc posiedzimy w wozie? Słońce nie będzie na nas świecić — zaproponował lekarz, zeskakując z kozła i zamykając książkę.
Jeff wskazał za siebie palcem. Kiedy William powiódł za nim wzrokiem, jedyne co zobaczył to drzewa. Cóż… dla niego wciąż wóz był bardziej przyciągający.
— Dobrze, jak uważasz. Schowam książkę — odparł tylko i poszedł do swojej walizki spoczywającej w wozie.
Ranger w tym czasie odpiął jego konie i pozwolił im podejść do strumienia, aby się napiły. Sam usadowił się pod jednym z drzew o szerokim pniu. Wyjął oba swoje rewolwery i zaczął załadowywać magazynki.
Po chwili z wozu wyszedł lekarz, uprzednio pozbywając się ciepłego płaszcza, w który rano się ubrał. Teraz miał na sobie tylko białą, lekką koszulę, której rękawy pedantycznie podwinął. Przy kołnierzyku związaną miał fioletową, cienką wstążkę i tak ruszył do Jeffersona.
Mężczyzna nawet nie uniósł na niego wzroku. William usiadł tuż przy nim i zerkając mu przez ramię, pogłaskał go, a raczej musnął palcami po boku. Jeff uniósł na niego swoje czarne oczy.
— Hmm?
Lekarz pokręcił tylko głową, nie mając nic do powiedzenia i tylko przyglądał się temu, co mężczyzna robi, czasem przesuwając palcami po jego ciele przez ubranie. Ranger w końcu nie wytrzymał. Zamknął magazynek głośniej niż musiał, zakręcił nim, po czym złapał Williama za nadgarstek i wcisnął mu broń w dłoń.
— Pokaż, jak strzelasz.
William spojrzał mu chłodno w oczy i wyciągnął do niego z powrotem broń.
— Nie mam oka, Jefferson, więc mam problemy z postrzeganiem odległości. Nie będę celnie strzelać.
Ranger jednak nie przyjął broni.
— Trudno — odetchnął ciężko, opierając się bardziej o pień drzewa. — Wstawaj i pokaż, jak to robisz. Chcę wiedzieć, czy chociaż w drzwi od stodoły trafisz, jeśli będzie trzeba.
— Chcesz mnie poniżyć? — Lekarz wciąż patrzył na niego, nieprzekonany.
Brunet wzruszył ramionami.
— Może.
— To podziękuję. — William położył mu broń na kolanach. Znał swoje wady i nie miał zamiaru dać się wyśmiać.
Ranger stęknął cierpiętniczo i złapał colta za lufę. Podał jeszcze raz rewolwer blondynowi.
— Ja mówię serio, doktorku. Bierz tego gnata i pokaż mi, jak strzelasz. Chcę wiedzieć, na ile cię stać, jak będzie się coś działo.
— Nie mam nawet broni, z której mógłbym strzelać — zauważył lekarz, ujmując rewolwer w swoje szczupłe palce. Wstał i spojrzał na Rangera. — Poza tym, ja nie każę ci pokazywać, czy umiesz usunąć pęcherzyk żółciowy. Każdy z nas ma swoją rolę.
Jefferson przewrócił oczami i także stanął. Tuż obok niego.
— Umiem się sam zszyć, jeśli muszę. A nie jestem doktorkiem. Nie marudź więc tyle i pokaż mi, czy aż tak jesteś przywiązany do swojej roli, że nawet nie wyjmiesz broni, jak ktoś będzie chciał ci poderżnąć gardło lub rozszarpać pazurami.
— W co mam strzelić? — spytał Wlliam, nie komentując fragmentu o podrzynaniu gardła.
— W drzewo najlepiej. Powiedz mi tylko które.
Lekarz spojrzał na to, spod którego wstali i wskazał na nie z lekkim uśmiechem, rzucając Jeffowi pytające spojrzenie. Stali od niego dwa kroki. Ranger też na nie spojrzał, po czym nagle wyciągnął broń z kabury i strzelił w to drzewo. W sam środek pnia, tak że nie dość, że powstała dziura, to jeszcze kilka drzazg poleciało na boki, niemal ich dosięgając.
— Masz tarczę, jak już musisz — zaśmiał się Ranger, schował jednym ruchem rewolwer i zerknął na niego. — Umiesz się tym w ogóle posługiwać?
William spojrzał na broń, odbezpieczył ją, skierował lufę w stronę drzewa i spojrzał na Jeffa.
— Tak myślę. Mogę z tej odległości?
— Lepiej by było, jakbyś chociaż trochę się odsunął, ale rób, co chcesz. Tylko nas nie zabij — prychnął, samemu stając za nim dwa kroki.
William cofnął się tylko troszkę i uniósł lewą dłoń z bronią. Wyprostował ją, wycelował, jak mu się wydawało do drzewa i wystrzelił. Aż nim trochę poruszyło, ale trafił w drzewo. Co prawda dużo wyżej niż „tarcza” Jeffersona, no i z takiego bliska byłoby trudno nie trafić do tak wielkiego czegoś, ale i tak uśmiechnął się lekko i obejrzał na Rangera. Ten tylko skinął głową, nie wyrażając jednak ani zadowolenia, ani zachwytu. Odwrócił się i wskazał dłonią inne drzewo stojące od nich z jakieś 30 stóp.
— Teraz tam.
Lekarz od razu spoważniał. Nie okazał jednak niechęci i znowu uniósł broń, leciutko mrużąc oko. Kiedy wystrzelił, drzewa nawet nie drasnęło, a pocisk utkwił gdzieś w trawie.
Jeff odetchnął ciężej.
— Cóż, leciało chociaż blisko — westchnął. — Jeszcze raz.
— Widziałeś, że nie wyszło. Poza wystrzelanym magazynkiem, nic to nie da — odparł William, unosząc jednak broń. Skupił się, usiłując obrać za cel to głupie drzewo i nacisnął spust. Tym razem zaszeleściło w gałęziach, kiedy pocisk przeleciał pomiędzy liśćmi.
Jeff wzruszył ramionami.
— Mój pierwszy raz nie był lepszy, jak cię to pocieszy. — Zaśmiał się pod nosem i poklepał go po ramieniu.
Lekarz odetchnął cicho.
— Pociesza — przytaknął i wyciągnął do niego broń, mając nadzieję, że to koniec. — Jakby mój przeciwnik był olbrzymem wielkości tego drzewa, to może chociaż bym mu fryzurę przyciął.
Jeff od niechcenia wzruszył ramionami. Umiejętności strzeleckie jego towarzysza podróży nie pocieszały go. Znaczyły nie mniej, nie więcej, że będzie musiał mu cały czas ratować tyłek.
— Spróbuj jednak jeszcze raz. Tym razem… — Westchnął i stanął za jego plecami, łapiąc go za ramiona. — Podeprzyj łokieć tej ręki na klatce piersiowej, a tą, w której trzymasz colta, połóż wyprostowaną na dłoni — poradził mu, układając jego ręce tak, że dłoń lekarza trzymająca rewolwer była dość wysoko, niemal na wysokości jego nosa.
Blondyn jednak skupił się teraz zdecydowanie na czymś innym. Czuł na plecach gorące ciało Jeffersona i nie wiedział, czy to jego niepokorna wyobraźnia, czy serce mężczyzny tak mocno bije, ale miał wrażenie, że i jego uderzenia niemal słyszy.
— Mhm — mruknął tylko, starając się zapanować nad swoim nieokiełznanym libido.
Ranger najwidoczniej nie zważał na to, że właściwie go obejmował.
— Przytul jeszcze głowę do ramienia i patrz na nie. Tak, abyś widział łokieć i nadgarstek. Rewolwer jest przedłużeniem twojego ciała — wyszeptał mu do ucha, przesuwając dłoń po jego ramieniu i szyi aż na ucho, aby przychylić mu głowę do ramienia.
William nie zaoponował i tylko westchnął ledwo słyszalnie, czując w spodniach lekkie poruszenie. Ręka mu jednak nie zadrżała.
— Już? Strzelać? — spytał, umiejętnie panując nad głosem, mimo że zrobiło mu się wyraźnie cieplej.
— A widzisz cel? Wiesz, gdzie chcesz, aby była kula? — spytał, nadal za nim stojąc i lekko podtrzymując jego ramię.
— Hm? Tak, drzewo — odparł William, myślami będąc przy jego ciele, które teraz było tak niebezpiecznie blisko. Miał ochotę się odwrócić i go dotknąć.
Jefferson przysunął do niego jeszcze głowę.
— Mhm… Tak. Skup się na jego środku i… naciśnij spust — wyszeptał i niemal się modlił, aby William trafił. Nie chciał spędzić tak wieczności.
Lekarz odetchnął głębiej, czując już w spodniach uścisk. Dłoń jednak wciąż trzymała broń pewnie. Nie raz zdarzyło mu się operować w ekstremalnych warunkach, więc nauczył się opanowania. Zrobił wszystko, żeby zapomnieć o obecności tego idealnego ciała tuż przy swoim i nacisnął spust, a pocisk wbił się w pień drzewa wysoko. Lekarz od razu wypuścił powietrze z ust i oparł się do tyłu o Jeffersona. To skupienie było aż fizycznie wyczerpujące.
Jeff zaśmiał mu się tuż przy uchu.
— No i widzisz. Udało się. — Najwidoczniej był zadowolony także z siebie. Puścił jego ramię i poklepał go po żebrach. — Jeszcze trochę i zaczniesz łapać, o co chodzi.
— Jeszcze kilka lekcji i na pewno się uda — podchwycił lekarz i opuści rękę z bronią, zabezpieczając ją. Przekręcił głowę do tyłu i cmoknął delikatnie Jeffersona w kącik ust.
Ranger od razu zmarszczył brwi i odsunął się.
— Ta… — mruknął. — Chodź, dam ci twojego gnata. Jest mniejszy, ale powinien ci pasować na razie. — Nie wdawał się ani w dyskusję, ani w te jego gierki. Ignorował je, jak tylko mógł.
William skinął głową i odwrócił się w jego stronę. Oddał mu jego colta, równocześnie patrząc mu w oczy niemal niepokojąco pewnie.
Jefferson kucnął przy swoim bagażu zaraz po tym, jak odebrał broń. Zaczął przeszukiwać rzeczy, aż w końcu podał lekarzowi dość drobnego colta civilian o dużo krótszej lufie, ale także o kalibrze 45. William przyjrzał mu się z wszystkich stron i uśmiechnął leciutko.
— Bardzo ładny. Naboje mi dasz?
Jeff schylił się jeszcze raz i rzucił mu kartonowe pudełeczko.
— Proszę cię bardzo.
— Dziękuję. Choć mam nadzieję, że nie będzie potrzebny.
Ranger wyprostował się i od niechcenia otrzepał kamizelkę.
— Też mam taką nadzieję, ale na przyszłość radzę kupić sobie chociaż pieprzniczkę.
— Dotychczas radziłem sobie bez broni, ale dziękuję za radę — odparł lekarz, wciąż trzymając broń w ręku. Nie miał kabury jak Jeff.
Ten to zauważył i odetchnął ciężko. Jej już nie miał zapasowej.
— Schowaj przy koźle. I tak tam spędzasz większość czasu — poradził, po czym ruszył do wozu. Najwyższy czas, aby napełnić bukłaki z wodą. No i mógł przy okazji coś przekąsić.
William spojrzał za nim, a potem znowu na rewolwer. Miał zamiar używać go tylko w kryzysowych sytuacjach. Dla dobra siebie i środowiska.
Podszedł do kozła i schował przy nim broń i naboje, po czym przeciągnął się i spojrzał na niebo. Słońce było wysoko, a chmur jak na złość żadnych.
Na wspomnienie umięśnionego ciała Jeffersona tak blisko podczas „lekcji” strzelania, aż odetchnął w duchu. Tak, to towarzystwo rekompensowało całą niewygodę, lepiej niż książka o sztucznych kończynach.

*

Jedną książkę zastąpiła Williamowi druga, tą następna, a potem kolejna i jeszcze jedna. Lekarz nie marudził wiele, mimo że nudził się w trakcie tej podróży potwornie. Kiedy udawało mu się nawiązać z Jeffersonem jakąś rozmowę, to oczywiście ciągnął ją jak najdłużej mógł. Jednak świadomość, że czasem Ranger ma go dość i wyraźnie woli się oddać podziwianiu natury, sprawiała, że i William cichł, skupiając wzrok ponownie na swojej lekturze.
I tym razem było podobnie. Wiedział, że dojechać na miejsce mają już za maksymalnie dwa dni. Tak przynajmniej twierdził Jeff, a to uspakajało lekarza. Nie mógł się doczekać.
Westchnął do siebie cichutko i uniósł wzrok na niebo, by dać odpocząć oku od chorób zakaźnych, wirusów i cudownych antidotów, o jakich czytał, a jakie ponoć powstały tylko dzięki wielkiej mocy upiorytu. William czasem miał wrażenie, że od każdego współczesnego autora wymagano, by reklamował wspaniałość odkrycia upiorytu. Był pewien, że to jakieś rządowe sprawy. Irytowało go to lekko, mimo że sam używał tego napędu bardzo często. Jednocześnie nie trudno było się dziwić ludziom, że używali, gdzie tylko mogli, tego niby twardego, ale bardzo niestabilnego i zasobnego w dużą ilość energii surowca. Niemal każdy mieszkaniec Chicago wiedział doskonale, jak to cholerstwo jest potężne.
— William… — z rozważań wyrwał go głos jego przystojnego towarzysza.
Spojrzał na niego pytająco, myślami będąc przy tym, dla niektórych tragicznym, pożarze, a dla niektórych wielkim okryciu.
— Hm?
— Sępy. — Ranger wskazał dwa ptaki krążące po niebie kawałek od nich.
Lekarz podążył wzrokiem za jego gestem i jakoś odruchowo zacisnął palce na książce, którą trzymał. Ptaki dziobały coś leżącego w wysokiej trawie.
— Padlina?
Ranger psyknął między zębami i mocniej chwycił lejce Oficera, zmuszając go do skręcenia w stronę ptaków.
— Najwyraźniej. Poczekaj. Nie pchaj się z wozem — mruknął. Nie wiedział czemu, ale coś mu się nie podobało. Tu nie powinno być szlaku wędrówek żadnych zwierząt. Nic o tym nie świadczyło. A samotne zwierzę padające gdzieś w polu zawsze mogło coś oznaczać.
William posłuchał go i czekał na wydeptanej drodze. Nie spieszyło mu się za bardzo w stronę tych obrzydliwych ptaków. Mimo to wyglądał za Jeffersonem zaintrygowany.
Mężczyzna jechał dłuższą chwilę przez wysoką trawę. Pojedyncze sępy zaczęły skrzeczeć i odlatywać, a czym bliżej był padliny, tym miał coraz gorsze przeczucia. W końcu zaklął pod nosem, stając nad zwłokami. Ptaki, które do tej pory odsunęły się i tylko patrzyły na niego i Oficera nieufnie, odleciały, kiedy Ranger oddał strzał w niebo.
Przełknął ślinę i pokręcił głową, patrząc na leżące na brzuchu zwłoki mężczyzny, który miał już rozszarpane przez ptaki nogi, ramiona i plecy.
— Kurwa mać… — powtórzył jeszcze raz, po czym obejrzał się na Williama siedzącego na koźle wozu.
Ten dostrzegając jego spojrzenie, wstał na koźle, jakby to mu miało pomóc dostrzec to, co wyjadały sępy w wysokiej trawie.
— I co to jest?! — krzyknął do niego.
— Człowiek! — odkrzyknął Ranger, średnio zadowolony z tego faktu. — Podejdziesz tu?! — Dzieliło ich jakieś 90 stóp, więc wolał nie prowadzić rozmowy, krzycząc.
— Ludzkie zwłoki?! — Ucieszył się William i momentalnie zeskoczył z kozła, odkładając na niego książkę. Potem ruszył żwawym krokiem przez trawę w kierunku Jeffersona.
— Tylko weź coś! — wrzasnął Jefferson, widząc jego entuzjazm i czując ciarki na myśl, że tan zaraz zamieni się sam w sępa i zacznie babrać się w nieboszczyku.
Rękawiczki William miał zawsze przy sobie, więc nie zawrócił, tylko przyspieszył kroku. Jakby co, może przecież pójść po narzędzia.
Wreszcie podszedł do Rangera i spojrzał na poszarpane ciało leżące w trawie. Mężczyzna miał na sobie jakąś, zapewne w założeniu białą, koszulę do kolan. Teraz była ubabrana we krwi i resztkach ciała, które wyszarpały sępy.
William bez wahania sięgnął do kieszonki i założył pospiesznie rękawiczki, po czym zasłaniając jeszcze chusteczką usta, pochylił się do zwłok i odwrócił je bez oznak obrzydzenia na plecy.
Jefferson skrzywił się, obserwując nieboszczyka. Był brązowo-siny na twarzy. Oczy miał wyżarte przez pierwsze robactwo, jakie się do niego dobrało. Tak samo było ono przy ustach i nosie. Z ucha mężczyzny nawet wychodził akurat jakiś żuczek. Włosy nieboszczyka też nie przedstawiały się najlepiej. Ciężko było się jednak temu dziwić, bo sępy zerwały już z jego czaszki część skóry.
— Ohydztwo, po cholerę go przewracasz? Zakopmy go i jedziemy dalej — burknął, patrząc na piżamową koszulę, w którą były ubrane zwłoki. Poza nią miał na sobie jednak jeszcze buty. To zastanowiło Rangera. Czyli to nie był jakiś postrzelony lunatyk.
William spojrzał w górę na Jeffersona, wciąż klęcząc przy zwłokach.
— Jeff, on ma koszulę jak pacjenci. I… — Zmarszczył lekko brwi, przyglądając się dodatkowo pożółkłej skórze. To nie było normalne. — Coś mi tu śmierdzi. Przynieś moją apteczkę i fartuch, jak możesz.
Jefferson przewrócił oczami.
— No bo oczywiście nie mogłeś sam ze sobą wziąć, kiedy mówiłem. Nie, bo po co? — fuknął i pociągnął Oficera, zmuszając go do zawrócenia. Powoli podjechał pod wóz. Zsiadł z konia i kiedy już wygrzebał z walizki Williama apteczkę i skórzany fartuch, złudnie podobny do takich, jakie noszą rzeźnicy, podszedł do lekarza i zwłok. Oficera zostawił przy wozie. Od zwłok śmierdziało zgnilizną i mocznikiem, nie miał zamiaru narażać na to swojego ogiera.
William wstał i wziął od Jeffa najpierw płaszcz. Założył go na siebie, po czym położył apteczkę na ziemi i otworzył ją. Wyciągnął najpierw białą maskę na usta i nos. Od nieboszczyka niemiłosiernie śmierdziało. Kiedy ją założył, wziął miniaturowe, zgrabne nożyczki i pochylił się nad ciałem. Rozciął jego koszulę od szyi aż nisko na pas i rozchylił ją. Cała klatka piersiowa i brzuch były bordowo-zgniłe. Żołądek, który już najwyraźniej został rozerwany przez sępy, był zapadnięty i niemalże przylegał do kręgosłupa, jednak lekarz po prawej stronie, tuż pod klatką piersiową, zauważył, że nieboszczyk miał wyraźnie chirurgicznie zaszytą, długą ranę. Nie wyglądała na zagojoną, bo jeszcze ciemny płyn wyciekał spomiędzy nici. Blondyn uniósł na Jeffa wymowne spojrzenie i schował nożyczki, żeby dostać się do skalpela.
— Mówiłem, że to coś intrygującego — wymruczał spod maski niemal podnieconym głosem.
Jeff skrzywił się z obrzydzeniem i lekkim zniechęceniem.
— Ta… — mruknął i tracił czubkiem buta żółto-bordowe policzki trupa. — Jest za tłusty, aby umarł z wycieńczenia. No i raczej nie lunatykował w butach.
— Zobaczymy — odparł William i pochylił się nad nieboszczykiem ze skalpelem. Rozciął ciało wzdłuż zszytej rany. Potem wytarł ostrze o fartuch i odłożył do apteczki. Później wszystko odkazi. Sięgnął po rozwieracz i rozchylił skórę na boki. Pochylił się nisko, zupełnie nieprzejęty wyglądem na wpół zjedzonych i zgnitych zwłok, i zajrzał do środka. Zmarszczył brwi i pogrzebał w ranie, po czym spojrzał znowu na Rangera. — Usunięto mu wątrobę.
Jefferson założył ręce na klatce piersiowej. Smród był obrzydliwy.
— Co? Po cholerę? Jesteś pewien?
— Tak, jestem pewien. Widać zresztą objawy żółtaczki — podkreślił William, wyciągając rozwieracz z ciała. — Musiał uciec jakiemuś lekarzowi może nie ze stołu operacyjnego, ale niedługo później.
Ranger prychnął pod nosem.
— Cudowne wnioski. A może nie uciekł, tylko jak mu się umarło, to się go tu pozbyli? — spytał. — Chociaż te buty. To chore. Po cholerę miałby uciekać i po cholerę wycięliby mu… co? Co to mu wycieli?
— Wątrobę — przypomniał William, odchylając sobie jeszcze kilka rozszarpanych przez sępy płatów skóry, by zajrzeć do wnętrza ciała. Poza brakiem wątroby wszystko było na miejscu. I mimo pojedynczych owadów, wyglądało normalnie.
— Czyli… Co go zabiło?
— Spróbuj przejść taki kawał z miasta bez wątroby, Jeff — odparł William, unosząc się wreszcie i zdejmując maskę. — Tak, wciąż obstaję przy tym, że uciekł albo kazali mu się wynosić. Może znajdziemy po drodze więcej ciał — dodał z ledwo wyczuwalną nadzieją w głosie.
— Wolałbym nie — odmruknął Jeff. — Już z nim skończyłeś? — spytał, zerkając na nieboszczyka, któremu akurat z nosa wyszedł jakiś mały, lekko zielonkawy robaczek.
— Jest przeżarty, nic ciekawego dla siebie już tam nie znajdę — odparł William z cichym westchnieniem, mimo że wciąż był podekscytowany tym znaleziskiem i tym, że nieboszczykowi brakowało jednego organu. Zdjął rękawiczki i płaszcz i wszystko zwinął w rulon. — Musimy o niego zapytać, kiedy dotrzemy do ośrodka. Zapamiętaj resztki jego twarzy, żeby go opisać personelowi.
— „Napuchnięty, bordowy, kojarzy pan”? — zadrwił Ranger, kręcąc głową. — Czekaj tu, idę po łopatę.
Lekarz tylko skinął głową, zamknął apteczkę i w oczekiwaniu na Jeffersona, przysiadł kawałek od nieboszczyka, podziwiając go. O tak, to był dużo lepszy widok niż te wszystkie krajobrazy, które tak relaksowały jego towarzysza.
Po chwili dołączył do niego Ranger. Niósł łopatę na ramieniu.
— Ale ty go wrzucasz — zaznaczył od razu, zaczynając wykopywać dość wąski i krótki grób. Trawa nie pomagała.
— Dobrze — zgodził się lekarz, przyglądając mu się. W trakcie zapytał: — Masz jakąś teorię?
Jeff odrzucił kolejny kawał ziemi na bok i zerknął na niego swoimi ciemnymi oczami.
— Co? Jaką teorię? — Chciał już skończyć i zakopać tego nieszczęśnika. Śmierdział.
— Dlaczego zawędrował w samej koszuli i butach z dala od miasta bez dość istotnego narządu — wyjaśnił William.
Jeff odetchnął ciężko, wzruszając ramionami i zabierając się znowu do kopania.
— Nie mam pojęcia. Może przed kimś zwiewał albo po prostu był stuknięty?
Blondyn przytaknął i przeniósł zaintrygowane spojrzenie z leżącego w trawie nieboszczyka, na ruszające się i napinające rytmicznie ramiona Jeffersona. Aż dyskretnie przełknął ślinę i zsunął profilaktycznie kolana. Ranger na jego szczęście jednak skupiał się na kopaniu grobu.
Kiedy już stał do kolan w dole, zerknął na lekarza.
— Poszukaj jakiś patyków czy czegoś, aby mu krzyż wbić.
— Krzyż? — Zdziwił się lekarz, aż zerkając mu z tego wszystkiego w oczy zamiast na bicepsy.
— No. Nie zakopiemy go przecież ot tak. Niech ma jakikolwiek pochówek — odmruknął z całkowitą powagą, zarówno w głosie, jak i na twarzy.
— Nie wystarczy ułożyć mu kilka kamieni na grobie? Od razu krzyż… — Blondyn pokręcił głową, unosząc się.
Jeff odetchnął ciężko, ale szybko pożałował, bo smród gnijącego ciała dobiegł do niego ze zdwojoną siłą.
— Kurwa mać! — zaklął i aż zakasłał. — Mogą być i pierdolone kamienie, byle kolesia szybko pochować, bo capi! — burknął, wracając do kopania.
— Więc kop — uciął William, rzucając mu powłóczyste spojrzenie. — Bardzo dobrze ci idzie — pochwalił i dopiero ruszył na poszukiwanie kamieni.
Ranger nie skomentował, a lekarz wrócił, kiedy rów był już wykopany. Skopał do środka mało delikatnie zwłoki i poczekał, aż Jefferson zakopie nieboszczyka, żeby ułożyć znalezione głazy. Jeff nie ociągał się już i po chwili oglądał, jak William układa kamienie.
— Spoczywaj w spokoju, kolego, i aby ci nic do głowy nie przychodziło, żeby wracać na ten nędzny podołek. — Jefferson przeżegnał się jeszcze nad grobem.
Lekarz już stał kawałek dalej, nie mając zamiaru dołączać się do modlitwy. Mimo wszystko był bardzo zadowolony z tego odkrycia. Już go ciekawiło, co zastaną na miejscu i jakie powiązanie mógł mieć z ośrodkiem ten pacjent. O ile był stamtąd.
— Jedziemy dalej? — zapytał Jeffersona, widząc, że chyba skończył.
Ranger zarzuci łopatę na ramię i skinął głową. Obaj ruszyli znowu przez wysoką trawę do drogi i wozu. William zniknął w środku, żeby schować apteczkę, płaszcz i rękawiczki. Dopiero po kilku minutach wrócił na swoje miejsce na koźle i mogli ruszyć.
Jefferson nadal wydawał się obrzydzony całym zajściem, a raczej smrodem gnijącego ciała. William mógł to poznać po tym, że Ranger co jakiś czas wąchał rękaw swojego płaszcza, aż w końcu spytał:
— To ja tak cuchnę czy ty?
— Może tylko wrażenie ci pozostało — odparł William, również przykładając do twarzy swój płaszcz. — Ja nie czuję.
Jeff skrzywił się.
— Jak nic trzeba to zapić.
Lekarz uśmiechnął się leciutko, widząc go takiego.
— Naprawdę za każdym razem tak reagujesz?
Ranger zerknął na niego ciemnymi jak noc oczami.
— Jak?
— Krzywisz się, jakbyś… wybacz słownictwo, wsadził głowę w końskie łajno.
Ranger spojrzał na lekarza z dezaprobatą.
— Ty tak się krzywiłeś, jak miałeś strzelić. A ja, powiedzmy, że nie przepadam za zgnilizną.
— Dzięki temu nasza podróż nabrała smaku — stwierdził lekarz, obserwując Jeffa spokojnie.
— Mmmm, tak, pyszotka. Zapaszek rozkładającego się na słońcu ciała, z wyciętą nerką naprawdę zaostrza apetyt — zadrwił.
— Wątrobą — uściślił William. — I dzięki temu mogłem się napatrzeć na ciebie, jak kopałeś.
Jeff machnął na to ręką, siedząc luźno w siodle.
— Jeden czort. A na mnie możesz się napatrzeć teraz, a nie, kiedy kopię grób. To chore.
— Więcej wysiłku wkładałeś w kopanie rowu. Kiedy twoje ramiona tak żywo pracowały — odparł cichym, ale pewnym głosem lekarz, podążając spojrzeniem w rejony, o których mówił.
Brunet zerknął na niego, po czym potarł palcami swoje skronie, zmęczony tym tematem.
— Jak se tam chcesz. Nadal jednak uważam, że powinieneś się leczyć, doktorku.
William przyjrzał mu się czujniej i pokręcił głową, jakby miał do czynienia z jakimś nieznośnym dzieckiem.
— Nie rozumiem, dlaczego tak myślisz. Tylko prawię ci komplementy, to powinno być miłe, Jefferson.
— Powinno — zaznaczył z wymownym spojrzeniem.
— Więc nie lubisz, jak ktoś cię chwali?
Jefferson spojrzał na blondyna, mierząc go dość długo spojrzeniem.
— Za to co robię, tak. Za to jak wyglądam, niespecjalnie. Nie jestem przecież za to ani odpowiedzialny, ani nie mam na to wpływu.
William uniósł leciutko brwi, w duchu skonfundowany.
— Mówisz, jakby to, że dobrze wyglądasz, było jakimś problemem.
— Nie jest problemem, ułatwia. Ale to tak jakby chwalić fakt, że jesteś blondynem. Nie jest to twoja zasługa i przypuszczam, że wolałbyś raczej być pochwalonym za swoje medyczne zdolności.
William pokręcił głową.
— Nie, wiem, że jestem doskonałym lekarzem. A miło usłyszeć, że się komuś podobam — odparł prosto.
Jefferson wydał się tym faktem autentycznie zaskoczony, ale w końcu kiwnął tylko głową.
— Okej, jeśli tak twierdzisz.
Lekarz milczał chwilę, prowadząc wóz spokojnie, z widokiem na powoli chylące się ku zachodowi słońce. W końcu jednak znowu zwrócił się do swojego towarzysza podróży:
— Może po prostu nie lubisz, kiedy to ja ci prawię komplementy?
— Do czegoś zmierzasz tym pytaniem?
— Że czujesz się skrępowany w mojej obecności z jakiegoś powodu. Mimo że zdążyliśmy już pójść do łóżka.
Jeffersona aż na moment zatkało. Nie wiedział, co odpowiedzieć, więc gapił się na niego, aż nie warknął:
— Powaliło cię?! Nie czuję się skrępowany!
— Z moich obserwacji wynika coś innego — zaoponował spokojnym, wyważonym głosem William, w duchu obserwując Rangera z zainteresowaniem. Przez myśl przeszło mu „słodki”. Miał ochotę uśmiechnąć się do niego, ale nie chciał go rozjuszyć. Jeszcze przy tym czepialstwie Jeffersona, ten mógłby stwierdzić, że robi sobie z niego żarty.
— „Z moich obserwacji wynika co innego” — prychnął Jefferson dość agresywnie. — Lepiej obserwuj drogę i własny koniec nosa.
Lekarz nie miał zamiaru odpuścić. Może dlatego, że Jeff go urzekał w tym momencie albo po prostu z nudów, czy chęci dowiedzenia się, co tak naprawdę mężczyzna o nim myśli.
— Znowu jesteś na mnie zły. Staram się być miły. Boisz się czegoś?
Jefferson przewrócił oczami, zwrócony jednak w stronę drogi, a nie lekarza.
— Chyba za bardzo starasz się być miły albo traktujesz mnie jak jakiegoś skończonego debila! — syknął, odwracając się do niego. — Zachowuj się jak człowiek, a nie te swoje pseudo psychologiczne gadki odstawiasz. I jeszcze pierdolenie non stop o tym, jak wyglądam. Skup się na sobie! — wybuchnął. Miał dość tego kolesia.
Tym razem William spojrzał na niego chłodno.
— Moje towarzystwo wydawało się nie przeszkadzać tobie, kiedy mnie przeleciałeś i kiedy dostałeś obciąg — odparł i zwrócił wzrok na drogę. Czyli znowu miała nastać między nimi cisza. Nic nie mógł na to poradzić poza tym, że po tych słowach mężczyzny poczuł się już urażony.
Jeff zaklął szpetnie pod nosem.
— Twoje towarzystwo też mi nie przeszkadza, jak nie gadasz do mnie jak do upośledzonego albo do dziecka — warknął. Niecierpiał być uprzedmiatawiany, a przy Williamie czuł się tak przez większość czasu. I do ten jego ton. Wkurwiało go to.
— Nie mówię do ciebie, jak do upośledzonego — odmruknął William, wciąż patrząc w drogę przed siebie. — Ale często się złościsz, więc staram się cię uspokoić. Wybacz, jak to cię rozjusza. Przestanę mówić w ogóle.
Jeff prychnął pod nosem, kręcąc głową.
— Najlepiej. Obraź się — zakpił.
— Irytuję cię, powinieneś się cieszyć. — Lekarz rzucił mu krótkie spojrzenie. Zauważył, że albo Jefferson zwyczajnie był taki sceptyczny i wrogi, albo to on tak na niego działał. Wolał jednak zagłębić się w książce i czasem go poobserwować, niż posłuchać, jakim to jest wariatem.
— Taa, irytujesz. Kiedy tak — zamyślił się, po czym uniósł jedną dłoń, robiąc cudzysłów palcami — „starasz się mnie uspokoić”.
— Z dobrych intencji — westchnął lekarz. — Jesteś w gorącej wodzie kąpany, jeszcze mnie zastrzelisz. Dziwisz mi się?
Jefferson aż otworzył usta i zaśmiał się po chwili krótko.
— Zastrzelę? Myślisz naprawdę, że jestem aż tak nienormalny? — prychnął.
— Nie znam cię dobrze, Jeff, ale nasłuchałem się, że Texas Rangers bywają brutalni, a ty wydajesz się czasem naprawdę… porywczy — wytłumaczył się William, zerkając znowu na niego.
Jeff zacisnął usta i pokiwał głową, najwidoczniej nadal wkurzony.
— Tak, jasne. Do tego jesteśmy starymi dziadami, którzy śmierdzą końmi. A i nie zapomnij, że zabijamy dzieci i gwałcimy kobiety — prychnął. — Zastanów się, co ty, do diabła, mówisz. Jesteśmy jednostką, która ma pilnować porządku. Nie zastrzelę cię nawet, jakbym bardzo chciał, jeśli nie zrobisz nic wbrew prawu! — syknął na niego, wciąż wkurzony. Nie wierzył, że za kogoś takiego miał go ten szurnięty doktorek.
William zwęził powiekę, rzucając mu wręcz lodowate spojrzenie.
— Widzisz? Cokolwiek nie powiem, znowu warczysz. Do mojej wiedzy na temat Texas Rangerów może śmiało dołączyć skojarzenie z psem. Pytałeś, odpowiedziałem i się wkurwiasz! — fuknął, nie zważając już na swoje słownictwo. — Nie słuchaj mnie więc, skoro jestem taki nieznośny!
Jeff przewrócił oczami.
— I znowu gadasz jak baba. Tyle dobrze chociaż, że zaczynasz brzmieć jak człowiek, mimo że porównanie mnie do psa jest… — Zamyślił się i w końcu machnął ręką. — Zresztą nieważne.
— Świetnie. Nieważne. Możemy uciąć tą wymianę zdań — odparł stanowczo William i popędził lejcami konie prowadzące jego wóz, a te o dziwo posłuchały i przyspieszyły trochę. Nie chciał już pakować się w dalszą dyskusję, kiedy Jeff warczał na niego za każde wypowiedziane słowo.
Ranger prychnął pod nosem i dał mu się wyprzedzić. Jak nie chciał z nim gadać, to on nie miał zamiaru nalegać, aby było inaczej. Zresztą, z takim nastawieniem, jakie William do niego miał… nawet nie chciał. Jechali więc w grobowej ciszy kolejne kilka godzin, aż wreszcie zaczęło robić się ciemno. Nie widząc na horyzoncie żadnych nadziei na nocleg w ciepłym łóżku, a nie na zimnej trawie czy w wozie, lekarz jeszcze bardziej zmarkotniał. Nie pokazywał jednak tego po sobie i myślami wracał do rozkładającego się ciała nieboszczyka bez wątroby, żeby utrzymać pozytywne myślenie.

32 thoughts on “Across The Cursed Lands – 14 – Sępy

  1. Tess pisze:

    „Nie pokazywał jednak tego po sobie i myślami wracał do rozkładającego się ciała nieboszczyka bez wątroby, żeby utrzymać pozytywne myślenie.” – Rozpieprzyłyście mnie tym tekstem :D
    Jeff jest taki wkurzający…

  2. Katka pisze:

    Tamiya, ja sama nie wiem, co by powiedział Jeff na taki otwarty związek – fakt, trzeba pytać Shiv… albo czekać, aż się pojawi w tekście XD Haha, nie mogłam się powstrzymać. „Przez jakiś czas może by mogli tak funkcjonować, ale na dłuższą metę, to by nie przeszło. W końcu by zaczęła denerwować ich ta sytuacja. Albo jeden by się martwił, że ten drugi pozna kogoś, zakocha się i go zostawi” – no tak mogłoby się skończyć :( Chociaż ktoś się na pewno w tym spełnia, więc to chyba zależy od człowieka i jego podejścia. Różnie bywa.

  3. Tamiya pisze:

    Tamiya… ale… mega… wielki koment!

    Apf, jasne, że wielki xD Robię wszystko, żeby wymigać się od obowiązków XD
    A obrazek chyba widziałam, tak mi się wydaje XD Zresztą well… Ja sama tak wzdycham XD Nie mam nic do heteryków, nałogowo oglądam komedie romantyczne nawet po dziesięć razy, ale geje mają w sobie tę nutę zakazanego owocu, a taki przecież smakuje najlepiej xD Zresztą ja już wiem, że normalna nie jestem, więc naturalnie, że gayporno musiałam zacząć czytać. Sialalala~ I bardzo dobrze mi z tym, gdyby tylko reszta świata powielała moje poglądy 8D
    Oj tam zaraz by się Will obraził xD Jakby się obraził, to mu postawię butelkę Jacka i będziemy wylewać swoje smutki nad kieliszkiem (taa, pięknie, cudnie, tylko ja nie piję XD). Will, że go Jeff nie chce, a ja… Ja w sumie wszystko, co mi akurat przyjdzie do głowy xD
    „Nie wierzę, że Will i to jego Libido przez wielkie „L” wytrzymają tyle ze swoją rączką” – i dobrze, że w to nie wierzysz XD Nie miałoby to racji bytu, haha. Ale, ale, może właśnie to planujemy i Jeff będzie wyjeżdżał ze świadomością, że Willowe łóżko nie będzie puste? :( A może w ogóle nie będą parą?”

    Katka… WYJDŹ. Jak mogłaś mi to zrobić?! Teraz zastanawiam się czy to taka propaganda, czy naprawdę któraś z tych możliwości jest prawdą D< Kat, jesteś potworem! Za karę będę pisać jeszcze dłuższe komentarze i wypisywać jeszcze większe brednie, a z mózgów zostaną wam papki! xD A tak na serio… Jeff naprawdę nie miałby nic przeciwko temu, że tak naprawdę żyliby w otwartym związku? Przecież to byłoby straszne. Przez jakiś czas może by mogli tak funkcjonować, ale na dłuższą metę, to by nie przeszło. W końcu by zaczęła denerwować ich ta sytuacja. Albo jeden by się martwił, że ten drugi pozna kogoś, zakocha się i go zostawi :< A w każdym razie tak mi się wydaje. Jeff mi wygląda na monogamistę, ale jak jest to nie wiem xd Pozostaje mi zapytać Shiv, która pewnie i tak nie uchyli rąbka tajemnicy, a w sumie nawet nie chcę xD Lubię element zaskoczenia!

    "A co do fanfika – a szkoda, Ci powiem, że word nie działa. Bo dotychczas mamy jedynie fiki do FDTS (na co broń Boże nie narzekam, jesteśmy strasznie szczęśliwe, że tyle ich jest! <3).
    No ogólnie lubię Twoją nudę XD"

    Tak, mnie też jest szkoda, bo ostatnio mam ochotę na pisanie! (buhahaha, jak nie ma czasu, to nagle jest ochota na rzeczy, których nie chciało się robić, bo leżało się zamiast tego na biurku jęcząc, że nuda niemiłosierna XD).
    Cieszę się, że lubisz jak się nudzę XD Ja też lubię jak się nudzę i lubię jak sobie robię co trzy minuty przerwę na coś, czego nie powinnam w danej chwili robić XD

  4. Katka pisze:

    Tamiya… ale… mega… wielki koment! :D Aż nie wiem, od czego tu zacząć. Ale pierwsze, bo zapomnę: „uczył go strzelać (hahaha, zaleciało mi tymi wszystkimi romansidłami, jak chłopak uczy czegoś dziewczynę, ale gay-version bardziej mi się podoba, to takie mrau <3)" – przypomniał mi się taki obrazek na necie (oczywiście go nie znajdę teraz), gdzie po jednej stronie jest rysunek kochającej się (chodzi o uczucie, nie seks XD) hetero pary i obok dziewczyny oglądającej to i takie "ale nudy…". A poniżej rysunek gejowskiej pary i ta sama dziewczyna z myślami "love is so beautiful!" XD Sama prawda. Co dalej… porównanie do Ryana i Chrisa mnie zabiło XD Jak jeszcze Jeff by się chyba nie obraził, tak William i Chris… to było podłe, haha. "Nie wierzę, że Will i to jego Libido przez wielkie "L" wytrzymają tyle ze swoją rączką" – i dobrze, że w to nie wierzysz XD Nie miałoby to racji bytu, haha. Ale, ale, może właśnie to planujemy i Jeff będzie wyjeżdżał ze świadomością, że Willowe łóżko nie będzie puste? :( A może w ogóle nie będą parą? A może… ok, to "a może" Wam zostawię. A co do fanfika – a szkoda, Ci powiem, że word nie działa. Bo dotychczas mamy jedynie fiki do FDTS (na co broń Boże nie narzekam, jesteśmy strasznie szczęśliwe, że tyle ich jest! <3).
    No ogólnie lubię Twoją nudę XD

  5. Tamiya pisze:

    Dobra.nadrobione, może teraz Will i Jeff nie będą mnie porywali beżowym samochodem i nie będą galopować z zawrotną prędkością wśród jabłonek o.O (patrzcie opis mojego snu pod komiksem z wodorostami xDD) Nie wiem czy bardziej chce mi się płakać, czy kląć na co popadnie z frustracji! Jeff, mój ty słodki narwańcu, weź troszkę przystopuj z mordką, bo Will może i dzielnie się do ciebie przystawia pomimo twojej jawnej niechęci i złośliwości, ale złotko, wszystko ma swoje granice! Jeff, ja wiem, że on ci się podoba! Wiem, że mimo że na razie cię wkurza, bo ostrożnie z tobą postępuje, traktuje cię jak narwańca i ciągle się na ciebie gapi, to i tak cieszysz się, że jedziecie razem! Wiem, że oszukujesz samego siebie. A jak nie, to chcę wierzyć, spróbuj wywinąć mi jakiś numer i znowu zwiać od niego, to powyrywam ci nóżki, rączki i oddam Willowi do zabawy -.- Ja już nie będę naiwnie zakładać, że oni muszą być razem. U was wcale nie muszą, jesteście okrutne, dajecie złudne nadzieje, więc dla mnie oni zawsze będą parą, jak to się potoczy dalej, to zobaczymy. Bo z niechęcią Jeffa może być podobnie jak z niechęcią Ryana do Chrisa. Nie powinnam tego porównywać, bo Jeff nie jest Ryanem, a Will, broń Boże, nie jest Chrisem! Chociaż obaj są nieco rąbnięci, ale cicho xD No i ta niechęć jest inna. Ryan bał się dotknąć Chrisa, krzywił się na samą myśl o nim… Jeff… Przeleciał Willa, pozwolił mu sobie spać na klacie (Will, zamieńmy się miejscami! Weź się podziel, nie bądź menda, ja też chcęęęę), uczył go strzelać (hahaha, zaleciało mi tymi wszystkimi romansidłami, jak chłopak uczy czegoś dziewczynę, ale gay-version bardziej mi się podoba, to takie mrau <3) i w sumie nie jest aż tak bardzo uprzedzony. Co prawda Jeff i Will są jak ogień i woda. Ten najlepiej się czuje w głuszy, bez nikogo, tylko potrzebny mu koń i natura do szczęścia. Will żyje nauką, chociaż natura też go jara (a szczególnie ciało Jeffa i truposze XDD). Mają skrajne… kurde, uciekło mi słowo XDD Dobra, niech będzie, że poglądy… Ale to w zasadzie dobrze, bo jakby byli tacy sami, to by było nudno XD Tylko mnie zastanawia… Teoretycznie zakładając, że są sobie przeznaczeni (ho, jak romantycznie mi się napisało xD) i będą razem… ja sobie nie mogę wyobrazić tego związku. Jeff lubi podróżować, lubi naturę, Will woli miasta, duże miasta i woli siedzieć na tyłku i grzebać w maszynach albo ludzkich ciałach… Nie wiem jakby oni to mieli pogodzić. A nie chcę żeby mieli jakiś związek na odległość, nie, nie, nie! To definitywnie mi się nie podoba. Załóżmy, że nie widzą się z pół roku i co w tym czasie robią? Nie wierzę, że Will i to jego Libido przez wielkie "L" wytrzymają tyle ze swoją rączką xd A jakby któryś z nich miał zrezygnować z czegoś dla tego drugiego… Np. Jeff miałby siedzieć w domu cały czas. To jest poświęcenie z miłości, a to jest złe :< Mi się tu nasuwa sytuacja z Queer as Folk (taa, Tamiya szpanuje, bo w końcu udało jej się obejrzeć ostatni odcinek xD) z Brianem i Justinem! Nie zadowoliła mnie końcówka, związek na odległość -.- (chociaż i tak lepsze niż ślub, bo ja już się martwiłam, że Brianowi wyprali mózg), ale czemu ja gadam o QaF? Geez, dobra, już wiem, czemu ludzie mówią mi, że zagłębiam się z jednego tematu w dziesięć innych i oni tracą wątek słuchając mnie, a przecież mogłabym wytłumaczyć to w dziesięć razy prostszy sposób XD Dobra, zerkam do czego to ja dążyłam… A tak, związek na odległość jest zły, poświęcanie czegoś, co się kocha dla drugiej osoby też jest złe, zastanawiam się, co wymyślicie 8D
    Williamie, przyznaję ci tytuł największego pojeba w haremie Shiv i Kat (przepraszam za słownictwo, jakbym napisała to eufemicznie, to już nie brzmiałoby tak zaszczytnie). Człowieku, ty się jarasz trupem przeżartym, zgniłym z robalami i nadgryzionym przez sępy! To cię chyba bardziej podjarało niż ten Jeff kopiący dół o.O Willuś, ty się weź troszkę lecz, coo? Bo przez te twoje chore odchyły, to cię Jeff na bank nie pokocha…
    Bo nawet ja z moją porytą główką i spaczoną psychiką się po tym wzdrygnęłam:
    "Nie pokazywał jednak tego po sobie i myślami wracał do rozkładającego się ciała nieboszczyka bez wątroby, żeby utrzymać pozytywne myślenie."
    Pozytywne myślenie…. taaak… Ponoć nie umiem być optymistką, może zacznę stosować sposób Williama? Naoglądam się horrorów i kryminałów i jak będzie mu smutno, to będę przywoływać w myślach zwłoki… Nie, stop, sama myśl mnie przeraża. To nie działa.
    Wiecie… JA TU SIĘ NAPALAM, ŻE MOŻE W KOŃCU ZLĄDUJĄ W ŁÓŻKU, TRAWIE, WOZIE, BŁOCIE CZY CZYM TAM JESZCZE I BĘDĄ SIĘ SEKSIĆ, A TU NIIIIC. Jest mi smutnoo… Willowi też jest smutno, na pewno. Prawda, Will? W końcu sobie dzisiaj w śnie pogadaliśmy wżerając cukierki, nic tak nie zbliża ludzi xD Niech sfrustrowany Jeff przyszpili Willa do wozu, czy tam drzewa i niech go gwałtownie pocałuje i potem mogą się tarzać po trawie, bo jak nie… Chciałabym zagrozić fanfikiem, ale coś mi się z wordem stało i nie pamiętam już jak robiłam to ostatnio, żeby się naprawiło, więc grozić nie będę, na razie 8D
    Dobra, teraz już serio kończę ten komentarz… Tak, z nudów piszę długie wywody, a później ludzie muszą przez to brnąć 8DDD Ale ja lubię sobie pogadać~

  6. Katka pisze:

    Mocca, lubimy czarny humor, więc jak najbardziej można się tego więcej spodziewać. A Jeff bardziej kusi niż podrywa, haha. Bo ciężko nieświadomie podrywać, za to kusić jak najbardziej. A Jeff co chwilę odwala coś, od czego się Williamowi w spodniach rusza :) I domyślam się, jaki musiał być szok przez zmianę klimatu z ATCL na NBTS XD

  7. Mocca pisze:

    Muahahahahakhe… khe.
    Będzie więcej takich rozdziałów?
    Pełno hintów Jeff x Will i czarniuteńki humor. ;]
    Mocca approves.
    „Pobudka, słońce już wstaje.” Przeczytałam dwa pierwsze słowa i z wrażenie, aż mi dech zaparło… a potem doczytałam do końca. Geez, na co ja liczyłam? XD
    Jeff podrywa doktorka! Mimo że chyba sam o tym nie wie. To wspólne strzelanieeee… Druga opcja jest taka, że to mi się od Willa udziela. Czy Will spożywał kiedyś delicje? XD
    ” Ludzkie zwłoki?! – ucieszył się William i momentalnie zeskoczył z kozła, odkładając na niego książkę.”
    „Nie pokazywał jednak tego po sobie i myślami wracał do rozkładającego się ciała nieboszczyka bez wątroby, żeby utrzymać pozytywne myślenie.”
    Buaha, kocham go~~!
    „- Więcej wysiłku wkładałeś w kopanie rowu. Kiedy twoje ramiona tak żywo pracowały – odparł cichym, ale pewnym głosem lekarz, podążając spojrzeniem w rejony, o których mówił.” Też bym sobie chętnie popatrzyła. A jeszcze chętniej zmacała. ;]
    „- Nie rozumiesz piękna nauki – skwitował blondyn, wracając spojrzeniem do książki.
    – A ty piękna natury – odparł ze wzruszeniem ramion i z obojętną twarzą.
    William uniósł znowu wzrok i przesunął nim po ciele Jeffersona bez skrępowania.
    – Uwierz mi. Podziwiam wręcz – odparł spokojnie i wrócił do tekstu.”
    Czy wspominałam już może, że kocham tego gościa? XD

    A tak na marginesie: zaraz po ATCL leciałam czytać co w NBTS.
    Aż dziwnie mi się czytało po tych burzliwych przeżyciach Zajebistego Pana Rangera i Szalonego Doktorka. Takie to jakieś sielsko spokojne było. Nie mówię oczywiście o scenie striptizu. To było HOT! X3

  8. Katka pisze:

    Panie Kotołaku, och, cudownie podkreśliłeś wszystkie działania Willa, przez które nieświadomie zraża do siebie Jeffa XD Biedak ma przez to więcej trudu, by dobrać mu się do spodni Rangera :) Ale to przecież Will, poradzi sobie, uparciuch :) Hehehe, no i Jeff jeszcze nie raz znajdzie coś dla siebie. W końcu to on więcej, teoretycznie, czerpie z tej podróży dla siebie. To Will jest nie w swoim środowisku, jakby nie patrzeć, a Mister Natura ma prawie wszystko, czego pragnie.

  9. pankotolak pisze:

    Widać, iż ośrodek badawczo sanatoryjny już blisko.
    robaczek i żuczek tak sobie na luzie popi….ają po wyżerce a biedny Jeff widzi iż lekarz ma tak samo rozanielony pyszczek patrząc na niego jaki i te z lekka nadjedzone zwłoki :)). Pewnie nie zachęca go to do bliższych kontaktów z doktorkiem.
    Tak samo jak te filozoficzno-medyczne gadkii Williama raczej zniechęcają rangera, a potem doktorek niezaspokojony. Sesja psychoanalityczna w wykonaniu Willa każdego by dobiła, tak więc niech się cieszy, że Jeff tylko powarkuje :))
    Panowie są wspaniali jak się tak sondują i usiłują swoją miarą zmierzyć jeden drugiego. Albo gdy próbują nauczyć towarzysza czegoś swym mniemaniu praktycznego.
    Lekcja strzelania podobała się obydwu panom choć William bardziej ją przeżywał :)) Każda okazja do wtulenia się w Jeffa jest bezcenna.

    Rozdział bardzo nie sprawiedliwy dla Jeffersona. Willuś miał prawie same przyjemne chwilę : a to poranne przebudzenie, prawie świeżutki niieboszczyk bez wątróbki, cudowne widoki na rangersa przy pracy, fachowa lektóra no i nie można zapomnieć o orgazmie strzeleckim na koniec lekcji….
    A biedny Jeff co miał – no prawie nic.
    Nieładnie, oj, nieładnie :)

  10. Katka pisze:

    Kohaku, robaczki były podstawą całego opisu! XD Takiego uroku dodawały. „Aż mi się w głowie pokazały dwa rysunki xD Will z rozanieloną miną siedzący nad zwłokami i Jeff wymiotujący w krzaki” – a to jest epickie XD

  11. kkohaku pisze:

    Bardzo podobał mi się ten rozdział. Dialogi były ciekawe i sytuacje, które zostały przedstawione. Na początku oczywiście urzekła mnie lekcja strzelania. Will na prawdę podchodzi konkretnie do tego xD Po co ma to robić skoro nie on jest od tego? ;p Ale wiadomo lepiej dmuchać na zimne :D
    Scena ze zwłokami i to jak obaj do tego podchodzili była cudna! Aż mi się w głowie pokazały dwa rysunki xD Will z rozanieloną miną siedzący nad zwłokami i Jeff wymiotujący w krzaki xD Albo Will z ciałem sępa na d Jeffem xDDD
    Ok a co jeszcze ..oo przy tym makabrycznym i pięknym opisie zwłok podobały mi się dwa słodkie fragmenty :
    ”Z ucha mężczyzny nawet wychodził akurat jakiś żuczek.”
    ”…zerkając na nieboszczyka, któremu akurat z nosa wyszedł jakiś mały, lekko zielonkawy robaczek” <3 robaczek i żuczek wymiatają xD
    Kłótnia też mi się podobała, zwłaszcza że widać iż nie ma między nimi jakieś wielkiej miłości, zauroczenia i bla bal, tylko takie rządzą nimi surowe emocje. Will chce zaspokoić swoje żądze a Jeff korzysta, chociaż też nie szaleje. I właśnie jego postawa też mi się podoba <3

  12. Floo pisze:

    Will zaczyna mnie przerażać. Zwłaszcza to ostatnie zdanie:
    „Nie pokazywał jednak tego po sobie i myślami wracał do rozkładającego się ciała nieboszczyka bez wątroby, żeby utrzymać pozytywne myślenie.”

    Hmmmm… brakowało mi w tym rozdziale jakiejś małej wojny między Oficerem i Willem. Czekam co będzie dalej

  13. Shivunia pisze:

    W ogóle czytam te komentarze. Ile osób tyle opinii o postaciach XD Kazdy ma inną argumentację nolens voles widać ze każdy inaczej zachował się jakby był na miejscu któregoś z nich.
    To co już Kat napisała, ja też mam nadzieje że mimo że prawie każdy a ochotę któregoś z nich udusić to jednak zabawa jest.
    Btw. na usprawiedliwienie jednej i drugiej strony. Jefferson jest zdecydowanie typem samotnika, który więcej myśli niż mówi. O (czasami) ironio. Nie umie wiec obchodzić się z naukowcami. A William… nie jest w swoim żywiole / środowisku. Ja sobie nawet nie staram się wyobrazić co by było jakby zamknąć ich w dużym mieście, albo zmusić Jeffa do pracy w prosektorium XD

  14. Katka pisze:

    Seiridis, ale… no właśnie, jak? XD Haha, a tak serio to spoko, nie dziwię się, że kogoś Will irytuje. Ma specyficzne upodobania i uprzedzenia.

    Shinu, porównanie do „Pinki i mózg” urocze… XD Widzę, że ogólnie wzbudzają w Tobie specyficzne uczucia i przyznam, że w duchu mam nadzieję, że jednak dobrze się czyta :) I dobrze, że koment się dodał XD

    Ogólnie chyba opinie są podzielone co do naszych panów i strasznie fajnie się czyta tak skrajne zdania :D Dzięęęęki, kochani!

  15. Shinu pisze:

    Ok, ostatni raz próbuje xDD Bez tych znaków.

    Jeff mnie zirytował tutaj.
    Czepia się, że William mówi do neigo jak to dziecka, ale sam się potem zachowuje jak rozkapryszony 6latek. Serio, wiem co mówię. Mieszkam z 6latkiem i naprawdę nie widzę różnicy między ich zachowaniem. Cokolwiek nie powiem, on i tak będzie się fochał jak obrażona krolewna. Jeff robi to samo. Masakra.
    Oczywiście Jeff nie przepada za Willem przez jego natarczywe zachowanie, ale nie, zamiast mu wprost, stanowczo i szczerze powiedzieć, że nie chce być tak nachalnie obserwowanym to on woli to po prostu zignorować, a potem stroić fochy na prawo i lewo. Myśle, że jakby tak na poważnie poprosić Willa żęby ten sie na niego nie gapił to ten by posłuchał. A przynajmniej w jakies części – może nie robił by tego tak otwarcie.
    I Will ma race, Jeff jakoś nie narzekał na niego jak go pieprzył.
    Aaaa! Jak oni mnie frustrują!
    Tak mi się jakoś skojarzyli z bajką „Pinki i Mózg” o tych dwóch szczurach.
    Jeff(jako Pinki): Will, co będziemy dzisiaj robić?
    Will(jako Mózg): To samo co każdej nocy, Jeff. Kłócić się! (W oryginale było o opanowaniu świata, ale….)

  16. Seiridis pisze:

    William mnie wkurwia jak… nie powiem co. Wkurzający człowiek. Bardzo.

    Jednoczę się z Jeffem…

    Will jest wkurwrzający… Strzelanie – beeee, konie – beee, wszystko – beee. Nie lubisz ludzkich bebechów? Jak można nie lubić ludzkich bebechów! Jak można nie lubić, kiedy ktoś podchodzi do ciebie jak do modelu budowy mięśniowej człowieka! Jak można się tym nie zachwycać?!

  17. Katka pisze:

    Shinu, bo on czasami ucina jak się nadużywa znaków „>” i „<" chyba. Tak mi się wydaje przynajmniej, bo tak już bywało :( Więc może je ograniczać trzeba czy coś.

  18. Shinu pisze:

    Ucięło mi koma, więc dodaje jeszcze raz ;/ Mam nadzieję, że sie uda.

    William jest mega psychiczny O_O
    Gruchotanie komuś palców to jedno, ale szczera radość z gnijących zwłok to… fuj.
    Ja rozumiem, że jako lekarz, tudzież naukowiec(William jest stereotypowym przykładem szalonego naukowca -.-) nie odczuwa odrazy na widok martwego ciało – w końcu jest do tego przyzwyczajony na swój sposób. Rozumiem też, że może go to interesować, że ciekawa by była sekcja zwłok, bo przeciez jest młodym żądnym wiedzy, ale kurde… jaranie się tym wszystkim tak bardzo? To naprawdę chore o_O
    Ale za to go kocham _>)

  19. Shinu pisze:

    William jest mega psychiczny O_O
    Gruchotanie komuś palców to jedno, ale szczera radość z gnijących zwłok to… fuj.
    Ja rozumiem, że jako lekarz, tudzież naukowiec(William jest stereotypowym przykładem szalonego naukowca -.-) nie odczuwa odrazy na widok martwego ciało – w końcu jest do tego przyzwyczajony na swój sposób. Rozumiem też, że może go to interesować, że ciekawa by była sekcja zwłok, bo przeciez jest młodym żądnym wiedzy, ale kurde… jaranie się tym wszystkim tak bardzo? To naprawdę chore o_O
    Ale za to go kocham _>)

  20. Katka pisze:

    Elis, „Łapię się na tym, że chciałbym, aby Jeff bardzo zranił Williama, ten by sobie popłakał gdzieś pod drzewkiem, a potem nasz drogi strażnik, by go przepraszał.” – oooch <3 Chociaż fakt, William nie jest z tych płaczących. Obraza bardziej go zirytuje i ochłodzi, niż zmusi do płaczu. Chociaż każdy raczej ma jakiś słaby punkt… "Powierzchowność jest ulotna. Uroda przemija, a pozostaje to co ma dusza." – a to są święte słowa :) Okaże się, jak się odniosą do stosunków Jeffa i Willa… :)

  21. Elis pisze:

    Zapomniałam o strzelaniu. Przyda się lekcja doktorkowi. A to jak szybko biło serce Jeffa przy Willu, jest zastanawiające. :))

  22. Elis pisze:

    Oj, tak, niech Will się do niego nie odzywa. Skoro tak wszystkim irytuje Jeffa, to w tym wypadku milczenie jest złotem. Może nawet nie zbliżać się do rangera, ciekawe ile Jeff by wytrzymał. Pewnie znów by się o to wściekł. :) Łapię się na tym, że chciałbym, aby Jeff bardzo zranił Williama, ten by sobie popłakał gdzieś pod drzewkiem, a potem nasz drogi strażnik, by go przepraszał. Chociaż Will pewnie nie należy do tych płaczących. :)
    Rozumiem, że Jeffowi nie może podobać się ta ciągła obserwacja, jaką wobec niego stosuje doktorek i to go głownie męczy. Mam wrażenie, że on by chciał ( jeszcze o tym nie wie), żeby Will się interesował nim samym nie tylko jego ciałem. Powierzchowność jest ulotna. Uroda przemija, a pozostaje to co ma dusza.
    Bardzo mi się podobał ta ich kłótnia na koniec rozdziału. I kolejna noc przed nimi. :) Pewnie teraz Will sam zaśnie na wozie.

    I był trup. Ciekawy trup, z wyciętą wątrobą. Coś w tej klinice się zieje i to nie jest nic dobrego. Aż się zastanawiam co, ale na razie pomysłów brak. /reakcja Willa na nieboszczyka byłą ekstra. Ten to ma nieźle w głowie pochrzanione. :)
    Tak, jak Jeff, wolę oglądać widoki przyrody, a nie rozkładające się trupy.

    Rozdział przeczytałam jednym tchem i wciąż mi mało. :)

  23. Katka pisze:

    Gordon, porównanie Willa do Hauru było cudowne i nas mega rozbawiło. Szczególnie, że nie tylko jego ptasia forma może się z nim kojarzyć, ale i fryzurka podobna i oczęta… (no, w przypadku Willa oko). Ogólnie spoko, nie wydurniłeś się XD I cieszymy się strasznie, że rozdział na tyle Ci się podobał, że takiego długiego komenta nam stworzyłeś :) A William bez opaski… hm… cóż, on by nie chciał się tak pokazać, ale kto wie, jak potoczą się koleje losu :)

    Lilith i Irma, mmm, miło słyszeć nowe głosy! :) Bo nie kojarzę, byście wcześniej komentowały (mam nadzieję, że nie popełniłam gafy :)).

    Lilith, haha, w ogóle fajowo, że lubisz tak Willa, ale lepiej, żeby on Ci się nie udzielał, bo zaczniesz jeszcze po cmentarzach z łopatą chodzić XD To bardzo niezdrowe XD

    Irma, bardzo, bardzo dziękujemy za komplement odnośnie ewolucji stylu. Strasznie nas to cieszy. Byłoby tragicznie, gdyby nic się nie zmieniło XD Także super, że to widać :) A co do obyczajówek – rozumiem Twoje podejście. No nam się je miło pisze, jak wiesz, człowiek zmęczony, jakoś myśleć strasznie i głowić się nie chce i ma się chęci na coś lekkiego. Ale w takim razie mamy nadzieję, że znajdziesz radość w czytaniu tych naszych bardziej skomplikowanych opków :)

    Alikos, za siebie mogę powiedzieć tyle, że Jeff ma zwyczajnie duży dystans do Willa (czemu ja się przyznam nie dziwię). No ale, ale, przyjmujemy opinię i ważne, że wzbudza jakieś emocje niż żadne! :) No i, haha, to chyba dobrze, że mimo braku sympatii dla jednego z bohaterów, rozdział się podobał :) Dzięki za obszerny komentarz :)
    EDITp.s. ( od Shiv)”Mieć napalonego geja pod ręką i nawet mieć opory, żeby on zrobił loda?! Wtf? Nie kminie tego motywu.” Hahaha, mam nadzieje że kiedyś rozkminisz bo… i tu zostawię słodkie niedomówienie

    Margo, „Może wtedy Will popisze się przed Jeffem swoimi „umiejętnościami”!”, kto wie, haha, mówi się, że w kryzysowej sytuacji człowieka stać na więcej, niż normalnie by potrafił XD Trzeba pokładać w tym wiarę albo w lekcjach Jeffa. Pan Ranger za to faktycznie smrodem zwłok się chętnie zaciągać nie będzie… XD

  24. Margo pisze:

    Doktorek i strzelba – nie wiem czy to taka dobra kombinacja, ale że trafił do najbliższego drzewa, które miał tuż przed nosem – to szacuneczek dla niego :):) i może kiedyś mu się przyda ta umiejętność jak zostaną napadnięci przez jakiś zbirów lub zgłodniałą zwierzynę albo co gorsza przez jakieś mechaniczne stworzenia. Może wtedy Will popisze się przed Jeffem swoimi „umiejętnościami”! XD
    I jego zapał do ludzkiego ciała, niekoniecznie żywego” jest powalający! Po prostu przechodzi wszelkie domysły..szalony doktorek, pokolenie Frankensteina :D
    a lekcje Jeffa – chyba ich Will długo nie zapomni, będzie mu się to śniło po nocach:) dobry z niego nauczyciel, a z doktorka pojętny uczeń…no ja się nie dziwię jak się ma takiego wykładowcę….!!
    Will się przemógł i sięgnął do rewolweru, a już nasz Ranger chociażby się starał to chyba nigdy nie będzie gadał z trupami hehe xDxD

  25. alikos3 pisze:

    Nie lubię Jeffa, pare rozdziałów wcześniej jedynie mnie drażnił, później irytował, a teraz z całą pewnością mogę powiedzieć, że go nie lubie. Przebił w rankingu nawet Lennego, bo tamten mimo wszystko ma jakiś skurwysyński urok, a Jeff to nawet sympatyczny nie jest.Chyba za bardzo sobie wziął do serca powiedzenie:,, milczenie jest złotem” i sobie jakiś limit dzienny na słowa wyznaczył. Dobrze, że ma wygląd, bo wartką konwersacją raczej nikogo nie oczaruje. Jeszcze to nastawienie do Willa ,na nie. Zaczynam myśleć, że on w ogóle nie ma jakiś potrzeb cielesnych, albo libido 80 latka. Mieć napalonego geja pod ręką i nawet mieć opory, żeby on zrobił loda?! Wtf? Nie kminie tego motywu.Bo Jeff raczej mi na takiego romantyka, co tylko uprawia sex z miłości nie wygląda. I czym go do cholery William tak odrzuca, aż mi biedaka żal. Mam nadzieje, że ten zwariowany doktorek sobie pobzyka, jak juz na miejsce dojadą, a Jeff nie wiem niech ogląda sobie nieboskłon, bo to jest chyba dla niego przyjemniejsze od seksu i ogółem jego ulubione zajęcie. Mój komentarz to wielki pojazd po Jeffiie, ale rozdział bardzo mi się podobał, zwłaszcza koniec i foch Willa. Trzymaj tak dalej doktorku:)

  26. Irma pisze:

    Lubię to opowiadanie.
    Głównie dlatego, że postacie są bardziej wyraziste (podobnie jak w Savage virus), reprezentują sobą więcej cech osobowych, niż zwykłe palenie papierosów czy przeklinanie. Przyznam, że nie przepadam za „obyczajówkami”, opowiadaniami, gdzie wraz z bohaterami śledzi się robienie zakupów, pracę i jedzenie obiadu. Mam nadzieję, że pokażecie tutaj dużo dobrej akcji, podkręcicie trochę kurek z adrenaliną.
    Jeff jest fajnym, surowym facetem, podoba mi się.
    Jakkolwiek, wszystko co piszecie czyta się z wielką przyjemnością po ciężkim dniu pracy, przez lekkość pióra i niewymuszony humor, dopiero tutaj widzę potencjał na coś ambitniejszego (podobnie jak w SV).
    Widać również jak bardzo fajnie ewoluował styl Waszego pisania od czasów Outsidera.
    Mam nadzieję, że nie uraziłam niczym, pozdrawiam, i gorąco życzę weny ;]

  27. Lilith pisze:

    „Nie pokazywał jednak tego po sobie i myślami wracał do rozkładającego się ciała nieboszczyka bez wątroby, żeby utrzymać pozytywne myślenie.” Kocham Willa i jego podejście do świata XD Jeff…. Jeff. Czasem działa mi na nerwy, ale to raczej ze względu na jego stosunek do Willa, którego uwielbiam.

    Lekcja strzelania kontra Gnijący trup. Każdy dostał to, co lubi ;) Na ekscytację blondynka tym drugim wyszczerzyłam się jak głupia do monitora, więc chyba nawet mi się to udzieliło xD

  28. Gordon pisze:

    wreszcie atcl! nie moglem sie doczekac. i pojawiaja sie trupy i cos mi sie wydaje ze sporo ich bedzie na ich drodze ;p a im wiecej tym lepiej. Doktorek sie uczy strzelac i dobrze dla niego bo Jeff nie zawsze bedzie mial glowe by sie ogladac czy cos mu sie nie stalo. ale gdy Jeff stanal za Willem juz wiedzialem ze ten sie podnieci xD jest niemozliwy ale w sumie sie nie dziwie po tym fragmencie „Ranger najwidoczniej jednak nie zważał na to, że właściwie go obejmował.
    – Przytul jeszcze głowę do ramienia i patrz na nie. Tak, abyś widział łokieć i nadgarstek. Rewolwer jest przedłużeniem twojego ciała – wyszeptał mu prawie do ucha, przesuwając dłoń po jego ramieniu i szyi aż na ucho, aby przychylić mu głowę do ramienia.” mi tez by stanal ;p a jak tam Will wczesniej gadal o tych sztucznych rzeczach zastepujacych brak naturalnych i pomyslal ze Jeff by zwatplil jak by go bez opaski zobaczyl to od tego momentu mnie sciska zeby zobaczyc Willa bez opaski ]:-> chyba by wygladal jeszcze straszniej niz normalnie, glownie z tym swoim wzrokiem psychopaty jak lustruje Jeffersona. ale serio, laski, mam nadzieje ze zdejmie ja kiedys. no a potem akcja z truposzem, whoa! byla zajebista, ale jak Jeff pomyslal ze zaraz Will przyjdzie i bedzie jak te sepy babral sie w zwlokach to mi sie w glowie pojawil taki Will jak Hauru z Ruchomego Zamku w tej ptasiej formie ;p jak sie wlasnie wydurnilem to fajnie ;p ale maja teraz zagwozdke. robi sie coraz ciekawiej. a teraz znowu trzeba czekac…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s