Across The Cursed Lands – 3 – Wsiadaj na konika, doktorku

Był straszny żar, kiedy dojeżdżali do Austin. Mimo późnego popołudnia, było gorąco, na niebie żadnych chmur, a promienie słońca odbijały się w tafli Colorado River. Mimo wszystko, William i Anthony Horst byli rozluźnieni i co chwila wyglądali przez okienka dyliżansu. Wiedzieli, że już są na miejscu i było to bardzo przyjemne uczucie po takiej ciężkiej, w ich mniemaniu, podróży.
Woźnica siedzący na dyliżansie jadącym z przodu pokierował konie na most, którym od południa wjeżdżało się do miasta. Lekarz wychylił się bardziej przez okienko, obserwując spacerujących po mieście elegancików w cylindrach, z laseczkami podobnymi do tej jego, która spoczywała teraz w kufrze. Czasem jakiś konny przejechał obok, czasem dyliżans zmierzający w stronę mostu. William aż się uśmiechnął. Nie będzie się stąd ruszał przynajmniej przez następne pół roku.
Jadący obok nich Jefferson i Scott także wydawali się odprężeni. Jednak po nich ciężko było cokolwiek wywnioskować na sto procent.
Chwilę jechali boczną ulicą miasta, aby w końcu przejechać do centrum Congress Avenue. Jak większość tutejszych miast kolonialnych, ulice były prostopadle ułożone do siebie, a najważniejsze urzędy, sklepy i hotele znajdowały się przy głównym trakcie.
Nie skierowali się jednak do ścisłego centrum miasta, lecz skręcili na wschód. Widać było, że nie kierują się na ślepo, lecz w konkretnym kierunku, więc najwyraźniej Jefferson i Scott mieli już upatrzone miejsce, gdzie zamierzają się zatrzymać.
Minęło jeszcze kilka minut, aż wreszcie oba dyliżanse przystanęły pod hotelem. William pierwszy wyszedł z powozu, przeciągając się, kiedy już stanął prosto. Aż mu zatrzeszczało w kościach. Poprawił opaskę na oku, nałożył na głowę kapelusz i rozejrzał się. Wreszcie.
Na wschód widział już granice miasta, a za swoimi plecami, pomijając dwa drewniane domki, dojrzał stację kolejową. Ich „obstawa” też zsiadła z koni. Jefferson zupełnie ignorując lekarza, wszedł do hotelu razem z młodym Horstem. Scott, jak tylko przywiązał konia, podszedł do lekarza.
— Więc to chyba koniec naszej wspólnej podróży?
William skinął głową i spojrzał na dyliżans. Westchnął cicho i ponownie zwrócił wzrok na Rangera.
— A mógłbyś mi jeszcze pomóc wnieść mój bagaż? — spytał uprzejmie, myślami będąc przy ciężarze tego wszystkiego, co miał w kufrze.
Scott aż zamrugał ogłupiały, słysząc jego pytanie. Zreflektował jednak szybko.
— Będziesz TU nocować? — spytał z powątpiewaniem.
— Dzisiaj tak, dopóki nie znajdę czegoś lepszego — przytaknął lekarz. Musiał zacząć pracować, wyciągnąć trochę swoich pieniędzy z banku i dopiero wtedy może będzie mógł sobie wynająć jakieś mieszkanko.
Ranger nie wyglądał na ucieszonego tą informacją, mimo że przez całą podróż wydawał się nawet bardziej sympatyczny niż jego kolega.
— No to miło — mruknął jednak. — Ale… nie poradzisz sobie sam tym razem? Muszę pilnować transportu — wyjaśnił. Nie miał zamiaru znowu nosić za niego bagaży. Aż tak miły nie był. Tym bardziej, że wiedział, ile ważą.
William spojrzał na niego dość niezadowolony. Nie, to nie. Nie będzie się prosić.
— Zdejmij mi chociaż kufer z dyliżansu, jeśli możesz.
Scott już nie skomentował, ale w końcu wyciągnął mu bagaż z kufra z tyłu dyliżansu i nawet przytachał go na drewniany podest przed hotelem.
— Proszę ciebie bardzo.
— Dziękuję — odparł lekarz chłodno i dał mu jeszcze pieniądze za jedzenie, jakie podebrał im w trakcie podróży. Potem pochylił się do swojego kufra i poczekał chwilę, mając nadzieję, że Ranger nie będzie się przyglądał jego porażce, ale kiedy wciąż czuł go za sobą, złapał wreszcie kufer po bokach i… już za trzecim razem udało mu się go podnieść! Odetchnął i rzucając przez ramię „do widzenia”, wkroczył do hotelu.
Scott odprowadził go wzrokiem, mając jednak cichą nadzieję, że nie będą musieli go zeskrobywać z podłogi, kiedy spadnie ze schodów z tym swoim ciężkim bagażem.
William podszedł do masywnego biurka, za którym siedziała blondynka, dość młoda, z mocno czerwoną szminką na ustach i metalową protezą zamiast lewej dłoni. Lekarz postawił na podłodze kufer, czując już, że nie może wyprostować palców. Miał masę żelastwa w środku. Nic dziwnego, że tyle ważyło.
— Dzień dobry — przywitał się. — Chciałbym wynająć pokój na jakiś tydzień na razie.
Kobieta uśmiechnęła się promiennie. Naprawdę pasowała do swojej pracy.
— Standard czy luks? — spytała, trzepocząc rzęsami i już wyjmując księgę meldunkową.
William aż uniósł kącik ust. No proszę, tu przynajmniej był wybór.
— A co się zawiera w drugiej opcji?
— Ciepła woda i zapewniamy śniadanie w postaci tostów i dżemu — odparła z promiennym uśmiechem.
Niewiele, pomyślał lekarz. Ale skoro w przeciwnym razie miałby nie mieć ciepłej wody, skinął jej głową.
— Niech będzie luks w takim razie — poprosił, po czym kucnął przy kufrze, otwierając go i grzebiąc w poszukiwaniu sakiewki.
Kobieta podała cenę. Wysoka cenę. William zaciął się na chwilę. Niech to szlag. Wiadomo, to duże miasto, więc ceny są wyższe, ale było nawet drożej niż w hotelach w Chicago. Westchnął jednak i zapłacił kobiecie. Tyle dobrze, że w swoim fachu zarabiał całkiem sporo, szczególnie że był naprawdę dobrym lekarzem, a i czasem udało mu się sprzedać jakiś sprzęt. Liczył więc, że szybko mu się to wszystko zwróci.
Kobieta podziękowała mu, spisała jeszcze od niego dane, takie jak imię i nazwisko, po czym podała mu kluczyk do pokoju z nieschodzącym z ust, radosnym uśmiechem.
— Dziękuję — rzucił William, wsadzając kluczyk do kieszonki i ponownie schylając się do kufra. Odetchnął i uniósł go, z mozołem tachając po schodach na piętro.
Było dość czysto, obręcze wypolerowane, a podłoga umyta. I tak przez cały korytarz, aż nie wszedł do pokoju. Tam już było gorzej. Ogólny zaduch przez zamknięte szczelnie okna i meble miejscami zakurzone. Nie było jednak tragicznie, bo kiedy spojrzał w stronę łóżka, okazało się, że jest spore. Do tego jeszcze wysokie, proste lustro, duży dywan na podłodze i dwie szafy. Miejsca nie za wiele, ale kiedy dostrzegł jeszcze masywne biurko, odetchnął z ulgą. Chyba ma wszystko, czego mu trzeba.
Kiedy w końcu z czystym sumieniem mógł usiąść na łóżku, usłyszał stukot, jakby biegania po schodach, a po chwili nawoływania młodego panicza Horsta, że mogą już przynieść jego bagaże.
Myśli lekarza od razu podążyły do Jeffersona. Przymknął oko na chwilę, przypominając sobie uczucie jego ciała pod dłonią. Otrząsnął się jednak szybko i wstał, wciąż nasłuchując. Przy okazji jednak zdjął z siebie płaszcz, odwieszając go na stary wieszak przy drzwiach, gdzie już wisiał jego kapelusz. Został w samej białej koszuli, ściągniętej skórzanymi sznureczkami w nadgarstkach, w brązowej, szerokiej muszce pod szyją i wąskich spodniach wsuniętych w buty do kolan, na niskim obcasie.
Zaczął spokojnie się rozpakowywać, a kiedy już to zrobił, wyszedł z pokoju, żeby kupić sobie coś do jedzenia oraz butelkę Jacka Danielsa, zanim nastanie wieczór. Musiał się trochę rozluźnić przed spotkaniem z Jeffersonem.

*

Jefferson pogłaskał swojego konia i w końcu niechętnie, za namową Scotta, pozwolił go zabrać stajennemu. Wbił ręce w kieszenie spodni.
— Naprawdę… — Powstrzymał się przed przekleństwem. — Mogliśmy sami się nimi zająć — mruknął do mężczyzny.
Ten siedział z tyłu dyliżansu na miejscu, gdzie zwykle stały bagaże i czyścił swojego colta. Wzruszył ramionami na słowa kolegi po fachu.
— Ale po co? Rozluźnij się, Jeff, i zajmij się jakąś rozrywką, póki w mieście jesteśmy. Teraz i tak na mnie przypada pilnowanie ładunku.
Jefferson skrzywił się na to. Nie lubił miast. Zbyt dużo ludzi, zbyt duży ruch i zbyt głośno.
— Ta, psia mać, wyśpię się — prychnął ironicznie.
— Nie bardziej niż w siodle, znając ciebie. — Zaśmiał się Scott. — Ale co marudzisz? Jeszcze tylko do Houston i dostaniemy resztę kasy.
Jeff prychnął pod nosem.
— Ta, i w końcu zajmę się czymś sensowniejszym niż niańczenie gówniarza — mruknął.
— I co byś chciał robić? — zapytał Scott, polerując swoją spluwę.
— Pójdę do stanowych w Houston i spytam się, czy mają jakąś robotę… albo chociaż jakimś listem gończym się zainteresuję. — Wzruszył ramionami. — Wszystko lepsze od tego koszmaru, który nas czeka za dwa dni.
Scott uśmiechnął się. Według niego nie było tak źle. Zresztą teraz mieli jechać koleją, więc na pewno pójdzie szybciej.
— Ciesz się, że teraz będziemy niańczyć już tylko jednego zwierzaczka. — Zaśmiał się i schował szmatkę do kieszeni w kamizelce.
Jefferson przewrócił oczami.
— Ta, co racja, to racja. Ze świra i dzieciaka został nam tylko dzieciak. Mam nadzieję, że nie będzie tęsknił za towarzystwem, a jak coś jakieś sobie w pociągu znajdzie.
— Byle nie jakiegoś rabusia, bo na strzelaninę w pociągu nie mam ochoty — odparł Scott i ziewnął, opierając tył głowy o ściankę dyliżansu.
Jefferson za to uśmiechnął się chytrze.
— Nie? No co ty? Byłoby ciekawiej.
Scott prychnął, patrząc na niego rozbawiony.
— Głupi jesteś. Za mało mordobicia przeżyłeś?
— Może? — Spojrzał na niego z cwaniackim uśmiechem, a jego ciemne oczy aż zabłysnęły. — Noż, kurwa, Scott, nie mów, że ci się tu teraz nie nudzi, bo jeszcze pomyślę, że poważnie już marzy ci się własne małe ranczo i bujany fotel.
— Zapomniałeś wspomnieć o dziewce! — Zaśmiał się mężczyzna.
Jefferson roześmiał się szczerze.
— Ta, zapomniałem… Dobra, ja idę kupić jeszcze konserwy i naboje, a ty pilnuj tego dziadostwa.
Scott prychnął pod nosem i stuknął łokciem w ściankę dyliżansu za swoimi plecami.
— Ze mną jest bezpieczne. I kup dużo mięsnych. Już rzygam tą fasolką.
Jeff zaśmiał się, ale skinął głową.
— Mięcho z puszki… mm, rarytas — zakpił, po czym machnął mu ręką i oddalił się w stronę centrum tego zakurzonego miasta. Psia mać, nie cierpiał miast.

*

Była już blisko północ, a na ulicach miasta wciąż od czasu do czasu słychać było odgłos kopyt, popędzanie woźniców i czasem pijacki śpiew. Rzadko, bo rzadko, ale jednak miasto jeszcze o tej porze żyło. Głównie rzecz jasna w barach, gdzie hazard, alkohol i kobiety były na pierwszy miejscu.
Jefferson spojrzał przez okno swojego pokoju w stronę jednego z salunów na ulicy. Ktoś akurat z niego wypadł i, co by nie mówić, na pewno trzeźwy nie był.
Westchnął tylko ciężko i odłożył na łóżko jednego ze swoich coltów. W mieście kupił naboje, zapasy na czarną godzinę, a potem jeszcze sprawdził, co z jego koniem. Horsta już nie niepokoił, bo chłopak powiedział, że idzie wcześniej spać, żeby odespać „trudy podróży”. Ni cholery nie wiedział, gdzie ten dzieciak widział trudy podroży, siedząc cały czas na dupie w wygodnym dyliżansie, ale nie skomentował.
Scott teoretycznie pilnował ich transportu, a praktycznie właśnie lekko przysypiał. Jefferson jednak nie przypuszczał, żeby ktokolwiek wpadł na pomysł, by kraść pancerny dyliżans z Rangerem śpiącym na siedzisku dla woźnicy. Zignorował więc to i już miał iść w ślady młodego panicza, kiedy przypomniał sobie o wcześniejszej rozmowie z tym całym doktorkiem. Pewnie na niego czekał. Albo, tak jak Horst, spał.
Westchnął cierpiętniczo i, jakby ktoś mu kazał, wyszedł ze swojej sypialni. Zabrał ze sobą tylko jeden pistolet, wiedząc, że William raczej mu nie zagraża.
Zapukał do jego pokoju.
Po chwili usłyszał stąpanie butów po podłodze, a kiedy drzwi się otworzyły, zobaczył w nich lekarza, będącego w samych spodniach i butach, w dłoni trzymającego szklankę z bursztynową whisky. Skórę miał rzeczywiście dość jasną, na której odznaczały się wyraźnie sutki. Szczupły, ale bardzo harmonijnie zbudowany.
— Przyszedłeś. — William uśmiechnął się lekko na jego widok i wpuścił go do środka.
Jefferson bez słowa wszedł, rozglądając się od niechcenia. Na biurku stała metalowa czaszka ze skórzanym uchwytem u góry, która wyglądała albo jak ozdoba, co było dość wątpliwe, albo jak schowek. Obok opróżniona w sporej części butelka Jacka Danielsa, laseczka oparta o szafkę, kufer po ścianą, ale ogólnie panował porządek.
— Napijesz się Jacka? — zapytał William, zamykając za nim drzwi.
Ranger obejrzał się na niego ze spokojem i dużą pewnością siebie.
— Ta, możesz mi nalać.
Blondyn skinął głową i podszedł do biurka, sięgając po stojącą obok, pustą szklankę. Napełnił ją w połowie whisky i wyciągnął ją do mężczyzny, równocześnie lustrując jego ciało swoim błękitnym okiem. W pomieszczeniu świeciła się tylko jedna, mała lampka oliwna i dawała przyjemny poblask skórze Jeffersona. Ten przyjął alkohol i napił się dużego łyka. Dopiero po tym spojrzał na Williama.
— No, to co?
Blondyn dopił swój alkohol, odstawił szklankę na biurko i dopiero stanął przed nim. Bardzo blisko.
— Pokaż mi swoje ciało — oznajmił, sięgając dłonią do jego kamizelki.
Jeff spojrzał na niego zblazowanym wzrokiem i napił się jeszcze łyka. Odsunął się po tym od niego na krok i odstawił swoją szklankę na stolik. Zaczął, jakby nigdy nic, rozpinać guziki ubrania.
— Lubisz się gapić — mruknął niemalże do siebie.
— Można tak powiedzieć. — William zmrużył oko, opierając się tyłem o biurko i przyglądając się jego dłoniom. Czuł, jak rośnie w nim podniecenie z każdym rozpinanym guzikiem. Już chciał zobaczyć to jego ciało, które w trakcie podróży cały czas wyobrażał sobie nago.
Jefferson prychnął pod nosem, kręcąc głową z lekkim niedowierzaniem, ale w końcu zrzucił na łóżko kamizelkę, a zaraz za nią koszulę. Wzrok Williama przemknął powoli po jego brzuchu, klatce piersiowej, potem ramionach… i na nich się zatrzymał. Wreszcie lekarz podszedł i położył mu dłoń na torsie. Aż mruknął cicho pod nosem.
— Piękny.
Jeff skrzywił się na to, patrząc na Williama jak na czubka.
— Ta… Powiedzmy.
— Naprawdę. Masz silne, zdrowe ciało — odparł William, głaszcząc go powoli po torsie, po czym pochylił się pocałował go w miejscu serca. — I ono też jest na pewno piękne.
Jeff skrzywił się jeszcze bardziej, aż otwierając usta w szoku.
— Ono…?
— Serce — wyjaśnił William, zsuwając obie dłonie po bokach jego ciała, na biodra. Spojrzał mu w oczy. — Wolisz pójść na łóżko?
— Serce? — powtórzył Ranger poważnie, zastanawiając się, czy jednak nie powinien wyjść, póki może. Zamiast tego położył mu rękę na ramieniu i mało delikatnie odsunął od siebie. — Człowieku. Ja nie wiem, co ty masz pod tym swoim skalpem, ale mam do ciebie krótkie pytanie. Chcesz się pieprzyć, czy wygadywać jakieś popapraństwa o sercach, piękności i takich tam?
William spojrzał na niego bez zrozumienia. Czyżby Jefferson się wahał? Nie chciał tej szansy zmarnować.
— Chcę się z tobą kochać — odpowiedział spokojnie.
— No, to się rozbieraj — burknął Ranger, puszczając go i samemu podchodząc do łóżka. Rozpiął po drodze spodnie.
William odetchnął w duchu. Niecierpliwy mężczyzna. Schylił się jednak i zaczął zdejmować buty, w trakcie obserwując Jeffersona. Ten szybko się rozebrał, nie troszcząc się o to, że William chciał lepiej się poprzyglądać. Odłożył rewolwer na stolik obok łóżka i sam na nim usiadł.
Lekarz aż na chwilę zatrzymał się z rozbieraniem, kiedy zobaczył go już całego nagiego. Zwilżył wargi językiem i zdjął do końca spodnie. Co pierwsze się rzuciło w oczy, to jego pełny wzwód.
Podszedł do Jeffersona i pogłaskał go po policzku, drugą dłonią kładąc mu na ramieniu.
— Położysz się?
Ranger spojrzał na niego jak na idiotę i odsunął jego dłoń ze swojej twarzy.
— Eee… nie? — zakpił. — Za kogo ty mnie, cholera, masz?! — syknął, czując irytację. Jak ten facet go, kurwa, traktował?
William zmarszczył lekko brwi i spojrzał na niego chłodno. No jak z dzieckiem albo z wystraszonym pacjentem.
Wyprostował się, patrząc na niego z góry swoim jasnym okiem. W tym świetle i w tej pozycji wyglądał dość złowrogo, jeśli tak można o nim powiedzieć.
— Chcesz seksu, czy wolisz obruszać się o każdy mój gest? — spytał sucho.
Jeff skrzywił się i sam chwycił go za rękę, przewracając na łóżko, aż to zaskrzypiało, kiedy blondyn uderzył o nie brzuchem.
— Chcę… ale nie traktuj mnie jak panienkę do wydymania… doktorku — wycedził mu tuż przy uchu. To było nie do zniesienia, że każdy taki facet musiał okazywać się albo obleśny, albo jakiś popieprzony jak William.
Lekarz otworzył szerzej oko, napinając się cały.
— Nie bądź nadwrażliwy i nie porównuj się do kobiety. A teraz spokojnie, nie denerwuj się i mnie puść, bo możesz zrobić mi krzywdę — powiedział tak uspakajającym głosem, jak potrafił.
Jeff puścił go od razu i odsunął się od niego. Jakby nie miał ochoty na seks, już by wyszedł.
— Nie porównuję… — Zaciął się i zaklął szpetnie, wstając. — I nie wstawaj — dodał, po czym zbliżył się, pochylając się nad Williamem i przesunął mu dłoń po biodrze.
Lekarz zwilżył usta językiem, czując jego dłoń. Odetchnął w duchu. Chyba już było w porządku.
Nie wstając, przekręcił się jednak na plecy, patrząc na mężczyznę uważnie i chcąc się dopatrzeć, co myśli.
Jeff nie patyczkując się specjalnie z nadmiernymi czułostkami, złapał Williama za jedną dłoń i przytrzymał mu ją nad głową. Sam złapał jego penisa w dłoń, pieszcząc go. Czuł, jaki jest gorący i lekko pulsuje. William jednak spojrzał na krępującą go dłoń, a potem na klatkę piersiową mężczyzny, jego penisa, uda… Też chciał go dotknąć. Stwierdził, że najlepiej z tego wybrnie propozycją:
— Mogę wziąć cię do ust.
Jeff spojrzał na niego, marszcząc lekko brwi, po czym w końcu skinął głową i puścił go, odsuwając się. Oparł się plecami o ścianę, siadając wygodnie, z jedną nogą zgiętą w kolanie.
William od razu się uniósł i ustawił pomiędzy jego nogami. Sięgnął do jego penisa swoją smukłą dłonią i zaczął go błyskawicznie masturbować, pieszcząc palcami… cholernie wprawnie. Pochylił się równocześnie i polizał czubek, czasem zjeżdżając palcami na jądra, to znowu wracając do penisa.
Jefferson aż westchnął głośniej, czując, jak blondyn się nim zajmuje. Musiał przyznać, że, mimo że wybitnie irytujący, to był też sprawny w tym, co robił. Właściwie to jeszcze nie doświadczył tak sprawnych ruchów, jakimi William pieścił jego penisa.
Poczuł po chwili ciepłe wargi blondyna, obejmujące czubek jego członka i ssące go mocno. Druga dłoń lekarza przy okazji masowała uda i bok Jeffersona, naciskając na co wrażliwsze punkty.
Po chwili w jego włosy wsunęła się dłoń Rangera.
— No nieźle, doktorku. — Uśmiechnął się pewnie.
William spojrzał na niego w górę, wciąż mając jego penisa w ustach. Wiedział, że był niezły. Skierował dłoń na jego jądra, masując je przyjemnie, kiedy zaczął poruszać głową, na razie powoli, ale z czasem coraz szybciej, skupiając się na tym maksymalnie. Jefferson aż zamruczał nisko i zmarszczył nos. Przymknął przy tym oczy i oparł tył głowy o ścianę.
— Taaa… dobrze.
Lekarz wciągnął głębiej powietrze przez nos. Aż mu było gorąco. Zassał się krótko na nim, po czym wypuścił z ust i uniósł się, kładąc mu dłonie na ramionach. Przylgnął do niego klatką piersiową i zaczął ocierać się kroczem o jego penisa. Jeff spojrzał na niego pytająco, ale tym razem nie zareagował nerwowo, pozwalając mu na takie zachowanie. Zsunął mu za to jedną rękę nisko na plecy. Zaraz nad tyłkiem.
— Och… — westchnął William, ściskając czasem palce na jego ramionach, po czym zjechał jedną dłonią na jego biceps. Nie przestawał się o niego ocierać. To uczucie twardego ciała tuż przy swoim sprawiało, że cały drżał. — Jesteś taki ciepły i duży.
Jefferson uśmiechnął się do siebie, wsuwając mu dwa palce między pośladki, a drugą dłonią łapiąc go za ramię i ściskając. Jego ciemne oczy spojrzały twardo i pewnie w jasne oko blondyna.
— A ty szczupły i blady, doktorku — zadrwił, dotykając jego szparki.
William aż się cofnął, patrząc na niego nieufnie. Oblizał usta. Chciał go… ale raczej wolałby sam się zająć jego ciałem. A głównie poocierać się o niego, dotykać jego umięśnionych części ciała i nawet niekoniecznie dobrać mu się do tyłka. Często wystarczały mu inne zabiegi. Obawiał się, że jego będzie bolało, a bardzo nie lubił tego robić, kiedy nie miał pewności, że może zaufać.
— Nie chciałbym być na dole — powiedział w końcu, patrząc mu podnieconym, ale bardzo nieprzekonanym wzrokiem w oczy.
Jeff zamrugał powiekami, po czym niespodziewanie cmoknął go w policzek.
— No ja na pewno nie będę. — Zaśmiał się i delikatnie potarł jego wejście palcem. — Nie zrobię ci krzywdy.
— Czekaj — odetchnął William, myśląc szybko. Takiego obrotu sprawy nie wziął pod uwagę. Pogłaskał go po boku, dając sobie czas do namysłu. — Często to robisz?
— Jak jest okazja — odparł ze spokojem. Tak w jego mniemaniu było lepiej. W końcu on miał więcej siły, był bardziej męski… i nie tak delikatny jak Will, który sam sobie nawet nie umiał wyjąć walizki z powozu.
— Nie wolisz, żebym zaspokoił cię ustami albo dłonią? — spytał jeszcze lekarz i poślinił dwa palce, po czym zaczął nimi masować lewy sutek Jeffersona.
Ranger aż odetchnął przez rozchylone usta.
— Umm… Ręką to sobie sam mogę strzepać, a tak… — ścisnął władczo jego blady tyłeczek — będzie dobrze i mnie, i tobie.
William spojrzał na niego z powątpiewaniem. Nie wiedział… Pochylił się i zaczął obcałowywać jego klatkę piersiową, a dłońmi ugniatał jego boki.
— Jeśli będziesz ostrożny, to mogę się zgodzić — stwierdził wreszcie i zassał się na sutku.
Jeff uśmiechnął się na to. Tak, tak mu pasowało.
— Czemu miałbym nie być ostrożny? — zamuczał, wsuwając mu palce we włosy i głaszcząc delikatnie czaszkę placami. — Zawsze jestem delikatny — dodał mocno na wyrost.
William jednak patrzył na niego nieufnie. Gdyby Jefferson nie miał tak niesamowicie idealnego ciała, to pewnie wolałby sobie odpuścić, mimo że lubił pieszczoty analne, które czasem sam sobie serwował. Jednak przez cały ten czas podróży, kiedy kumulowało się w nim napięcie, jak patrzył na mężczyznę, myślał tylko o tej bliskości, więc nie mógł sobie teraz darować.
— W takim razie poczekaj. Wezmę coś do nawilżenia.
Jefferson rozłożył ręce, pozwalając mu wstać z łóżka. Patrzył na niego pewnym siebie spojrzeniem zdobywcy. Lekarz w tym czasie skierował się do biurka i stanął nad swoją mechaniczną czaszką, tyłem do Jeffersona. Nie był tak wysoki jak on, ale ciało miał ładne, mimo że niezbyt umięśnione.
Majstrował przy czaszce, otwierając ją swoim skomplikowanym sposobem, aż wreszcie spomiędzy wielu innych fiolek wyciągnął jedną i zamknął schowek.
Jefferson czekał na niego rozwalony na łóżku, z jedną stopą opartą o pościel. Jego ciemna skóra dobrze komponowała się z czarnymi oczami i włosami. Dłonią poruszał po swoim sztywnym penisie.
Wreszcie wrócił do niego William, trzymając w dłoni fiolkę. Uklęknął pomiędzy jego nogami i nie mogąc się opanować, otarł się kroczem o jego umięśnione udo. Aż z jego ust wydobył się niski pomruk. Jefferson zaśmiał sie na to i sam położył mu swoją dużą dłoń na torsie. William nawet tak czuł, jakie ma szorstkie palce.
— Nie możesz się powstrzymać, co? I coś tam przyniósł?
— Nawilżenie. Dodatkowo rozgrzewające. Mój wynalazek — odparł na wydechu lekarz i wciąż się o niego ocierając, otworzył fiolkę. Wyciągnął ją do mężczyzny. — Tylko powoli.
Ten przyjął ją od niego i powąchał. Pachniała czymś, czego nie kojarzył, ale wśród tego zapachu doszukał się… alkoholu. I chyba miodu. Trudno powiedzieć. Wylał sobie odrobinę na palce i skinął głową na Williama, żeby się przysunął.
— Będę bardzo ostrożny, doktorku. Przecież nie pilnowałbym twojego tyłka tyle dni, żeby teraz go skrzywdzić.
— Powiedzmy, że chwilowo ci wierzę — odparł lekarz, ustawiając się nad jego biodrami i oparł dłonie o jego klatkę piersiową. Jedną specjalnie położył w miejscu serca. Uderzało równo i miarowo.
Jeff sięgnął palcami między jego pośladki, wsuwając je tam delikatnie.
— Powiedzmy?
— Nie dziw się, że się waham. Jesteś Texas Rangerem, a wiele się o was nasłuchałem — odparł chłodno William, spinając lekko tyłek.
Jeff zmarszczył brwi, zerkając na jego twarz.
— Rozluźnij… — rzucił na wstępie, po czym spytał: — Czego na przykład?
— Tego, że jesteście brutalni i gdzie się nie pojawicie, tam jest rozróba — odparł lekarz, zwilżając usta językiem i rozluźniając pośladki. Głaskał przy tym Jeffersona po torsie.
Ten przewrócił oczami, po czym cmoknął go w szczękę krótko.
— A tego, że jesteśmy świetni w łóżku, to już nie gadają. — Zaśmiał się. — Świnie.
Przesunął opuszkiem po jego szparce, rozsmarowując na niej to dziwne mazidło, po czym delikatnie wsunął w niego jeden palec. William czując, że mężczyzna nie robi tego na siłę, odetchnął i pochylił się, zaczynając obcałowywać jego klatkę piersiową. Sięgnął też w trakcie dłonią do jego penisa, pieszcząc go wprawnie palcami.
— Zobaczymy, czy rzeczywiście jesteś taki świetny. Na razie twoje ciało działa na twoją korzyść.
Jefferson prychnął na tą uwagę, wsuwając palec głębiej w jego ciało i kręcąc nim w poszukiwaniu najczulszego punktu.
— Okrutne i materialistyczne. — Zaśmiał się, nie mając zamiaru się przejmować. Ważne, że miał seks i w końcu nie był skazany na własną rękę.
William już chciał coś odpowiedzieć, ale sapnął cicho w jego klatkę piersiową, czując drgnięcie w kroczu, kiedy opuszek palca Jeffa otarł się o jego prostatę.
— Tam, gdzie teraz dotknąłeś… tam rób — polecił, podniecając się coraz bardziej.
Jefferson powstrzymał się od komentarza i wykonał prośbę. Po chwili wsunął w niego drugi palec. Tyłek Williama był bardzo ciasny, ale chętnie poddawał się jego pieszczotom, mimo że lekarz co jakiś czas się cofał tyłkiem i kontrolował wszystkie jego ruchy.
Kiedy Jefferson rozciągał go już trzema palcami, sięgnął po fiolkę ze swoim wynalazkiem i wylał sobie trochę na palce. Potem sięgnął do jego penisa i nawilżył go po całej długości. Jeff widząc to, oblizał usta. Nie był głupi i wiedział, że w końcu doczeka się tego, na co liczył najbardziej.
— No… to wsiadaj na konika, doktorku! — Zaśmiał się, skubiąc jego obojczyk zębami.
— Przytrzymaj go — polecił William, unosząc się trochę na kolanach i ustawiając nad jego kroczem. Jego klatka piersiowa była zaczerwieniona, tak samo jak policzki.
Rangerowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Jedną dłoń położył na biodrze blondyna, a drugą przytrzymał swojego sztywnego, kształtnego penisa. Lekarz za to przytrzymał się jedną ręką jego ramienia, a drugą sięgnął do swojego tyłka, odchylając sobie jeden pośladek. Potem zaczął się powoli opuszczać, tym samym nabijając się na penisa. Aż zmarszczył lekko brwi, kiedy szersza główka rozciągnęła jego wejście. Spojrzał na to umięśnione ciało Jeffersona, opuścił się niżej, aż w końcu usiadł na nim, cały napełniony.
Brunet aż wciągnął powietrze sykliwie przez zęby.
— Och taa, kurwa, jesteś cudnie ciaśniutki — zamruczał, głaszcząc mocnymi, dużymi dłońmi boki lekarza.
— Tak to jest, skoro zwykle to ja… badam ciała mężczyzn — odparł William na wydechu i pomasował ten jego wspaniały brzuch. Równocześnie zaczął się miarowo unosić i opadać, a jego własny penis podrygiwał z każdym ruchem.
Jefferson wzniósł brwi zaskoczony.
— Ty? — wydyszał. Nie dodał już, że z takim delikatnym ciałem jak na te strony nie wyobrażał sobie Williama jako aktywa.
Pomagał mu sie ruszać, rozkoszując się jego gorącem i ciasnotą.
— Tak, ja — odparł William stanowczo, czerpiąc jednak z tej pozycji coraz więcej przyjemności. Tak… lubił być pełny, mimo że wolałby sam się zająć tym cudnym ciałem Rangera. — Wolę, kiedy… och… kiedy mogę dotykać każdego skrawka męskiego ciała. I wyczuwać każdy mięsień pod palcami.
Jefferson prychnął pod nosem, rozbawiony.
— A tak nie możesz? — wydyszał, trzymając go za tyłek. Jego mięśnie ramion napinały się mocno, kiedy unosił lekko blondyna do góry. — Tak ci pasuje.
Lekarz jęknął cicho i położył mu dłonie na ramionach. Ścisnął je z wyczuciem. Można by rzec, że uczucie tych mięśni pod palcami bardziej go podniecało niż jego penis. Aż zaczął się szybciej poruszać.
— Pasuje. Choć nie powiesz mi, że nigdy nie byłeś na dole? — William spojrzał mu w oczy.
Jeff wydął wargi, niezadowolony. Z taką miną jednak długo nie został, bo kolejne fale przyjemności zalały jego ciało.
— Nie preferuję — mruknął, po czym przewrócił ich na bok, uniósł jedną nogę lekarza i zaczął się w niego mocniej wbijać, we własnym rytmie.
William aż spojrzał na niego z krótkim przestrachem, ale szybko się rozluźnił i złapał się mocniej Jeffersona. Przekręcił się bardziej na plecy, rozchylając uda na boki. Jego szczupła klatka piersiowa poruszała się szybko. Sięgnął do swojego penisa, pojękując nisko. Jeff zawarczał nad nim zwierzęco i mocno, ale z wyczuciem go pieprzył, aż łóżko od czasu do czasu poskrzypywało.
Lekarz ani na chwilę nie spuszczał z niego spojrzenia. A głównie z jego poruszającego się ciała, mięśni ud, które co jakiś czas się napinały i z jego lekko wilgotnej skóry. Zajęczał ekstatycznie, przyspieszając ruchy na swoim penisie i dając znać, że zaraz skończy. Jeff już też sie nie hamował. Wisiał nad nim z tym swoim silnym ciałem i oddychał ciężko.
— W czy… na? — wydyszał między pchnięciami, czując, że już kończy.
— Wyjmij… — wysapał William, marszcząc brwi i zatrząsł się gwałtownie, dochodząc na swój brzuch ze głuchym jękiem.
Jeff zamruczał potakująco i po kilku kolejnych pchnięciach wysunął się z niego. Jeszcze kilka ruchów dłonią i skończył, tryskając na krocze i brzuch blondyna. Ten oddychał ciężko, patrząc na Rangera spod lekko zmrużonej powieki. Sięgnął do jego uda i pogłaskał lekko bez słowa. Nie miał siły. Było mu dobrze. Dawno nie kochał się z mężczyzną tak idealnym.
Jefferson powiódł wzrokiem za jego ręką. Nadal wisiał nad nim, a jego oddech stawał się coraz równiejszy i spokojniejszy. Widać było, że ma niezłą kondycję.
— Podoba się… — wymruczał na poły pytanie, na poły stwierdzenie.
William pokiwał głową twierdząco, wciąż go głaszcząc.
— Tak. Rzeczywiście jesteś dobry w łóżku — pochwalił go.
— Widzisz, mówiłem, psia mać! — Zaśmiał się, w końcu zwalając się ciężko na materac tuż obok niego. Łóżko jęknęło protestująco. — Możesz teraz taką plotę roznosić, a nie, że jesteśmy żądnymi krwi barbarzyńcami.
William odwrócił głowę do niego, zupełnie nie przejmując się teraz spermą na swoim ciele. Musiał się pójść obmyć, ale to za moment.
— Myślisz, że wtedy bardziej by się przyjęła informacja, że jesteście świetni w łóżku, czy że jeden z Texas Rangerów woli kochać się z mężczyznami? — Uśmiechnął się kącikiem ust lekko, za to uśmiech z twarzy Rangera spłynął od razu.
— Nawet nie miej debilnego pomysłu, żeby o tym komukolwiek mówić! — syknął zirytowany i zaakcentował to jeszcze kilkoma soczystymi przekleństwami.
Lekarz znowu się uśmiechnął na jego reakcję.
— Sam zaproponowałeś rozniesienie plotki — odparł, sięgając dłonią do jego brzucha i masując go delikatnie.
— Że jesteśmy świetni w łóżku, a nie że pieprzę się z facetami!
— Na jedno wychodzi, gdybym komuś mówił o tym, jacy jesteście dobrzy w łóżku. W końcu nie ma w waszych szeregach kobiety, więc fakt, że z którymś z was spałem, jasno wskazuje na to, że pociągają cię mężczyźni. — William wyjaśnił mu spokojnym, opanowanym głosem. Jak dziecku.
Jeff fuknął, prychając pod nosem i przewracając się na plecy.
— Twoja kobieta mogła ci to powiedzieć albo nie wiem… siostra czy ktoś taki — burknął. — Zresztą, chuj, nieważne.
— Ważne, żeby ci, którzy się z tobą kochali, to wiedzieli — odparł na to William, wstając powoli z łóżka i ruszając do dzbana z wodą, który stał na szafce. Czuł, jaką ma rozluźnioną i otwartą szparkę, ale nie przejmował się tym. — Kiedy wyjeżdżacie? — spytał przez ramię.
— Jutro — odpowiedział Jefferson, nadal leżąc na łóżku z rękami pod głową. Jego ciało prezentowało się bardzo dobrze, nawet w tym słabym świetle.
— Szybko — stwierdził William, niezbyt zadowolony. Czuł, że takiego ciała, jak to Jeffa, będzie poszukiwał jeszcze długo. Wytarł się ze spermy dokładnie i podszedł do biurka, sięgając po Jacka i dwie szklanki. Razem z tym wrócił do łóżka i zajął miejsce obok młodszego mężczyzny. — Potrzymaj szklanki.
Ten westchnął ciężko i podniósł się. Wziął od niego szklaneczki.
— Pełna kulturka. — Zaśmiał się pod nosem. — A szybko, bo musimy się tego chołostwa pozbyć i odstawić młodego.
— I będziecie podróżować konno czy koleją? — dopytywał się lekarz, rozlewając whisky do szklanek.
Jeff skrzywił się z obrzydzeniem na ostatnie słowo.
— Koleją — jęknął.
— To chyba wygodniejsze i szybsze — zauważył lekarz, odstawiając butelkę na szafkę i wziął od niego jedno naczynie.
— Może i szybsze, ale czy wygodniejsze? — Jeff nie był przekonany. Napił się od razu dużego łyka.
— Nie wmówisz mi, że siodło jest wygodniejsze niż miękkie siedzenie w pociągu — mruknął William, opierając się plecami o wezgłowie łóżka i popijając whisky.
Jeff zaśmiał się na to.
— Kilkanaście godzin w bezruchu i te siedzenia mięciutkie już takie nie są wygodne. Nie lubię tak — odparł, samemu opierając się o ścianę. Jego ciemne oczy patrzyły na Williama spokojnie.
— Ale z Austin do Houston długa droga — nalegał lekarz. Niepojęte dla niego było, jak można woleć śmierdzące zwierzę od maszyny.
— Może… no i?
— Lepiej przecierpieć kilka godzin w pociągu, niż kilka dni, siedząc na wielkim zwierzęciu.
Jefferson zaśmiał się na to.
— Lubię to moje wielkie zwierzę — zadrwił z określenia.
William powstrzymał skrzywienie się. Nie lubił zwierząt.
— Skoro tak wolisz — uciął temat. — A po dotarciu do Houston masz jakąś misję?
Jefferson zmarszczył brwi pytająco.
— A czemu pytasz?
— Ciekaw jestem, czy zawitasz jeszcze do Austin — wyznał lekarz, przypatrując mu się. Miał teraz tak blisko tego mężczyznę i fakt, że jutro odjedzie, nie pocieszał go.
Jeff dopił do końca whisky i odstawił pustą szklankę na pościel.
— Nie wiem. — Wzruszył ramionami. — Zobaczę, co dostanę do roboty, a co? — spytał z cwanym uśmiechem.
William uniósł kącik ust, patrząc na niego. Też dopił alkohol i wyciągnął się ponad nim, odkładając szklankę na szafkę, opierając się przy tym o jego ramię. Kiedy ją odłożył, nie cofnął się jednak, wciąż nad nim wisząc.
— Pytam, bo jesteś wspaniałym mężczyzną — odparł wprost. — Chciałbym jeszcze cię zobaczyć.
Jeff aż uniósł brwi ciekawie i uśmiechnął się półgębkiem.
— Chełpisz mi strasznie. — Zaśmiał się. — Czegoś jeszcze chcesz, czy już tak masz w naturze?
— Wystarczy, że mogę na ciebie patrzeć — odparł William, głaszcząc go po boku.
Jefferson spojrzał na niego z powątpiewaniem, ale nie odtrącił go. W końcu co mu zależało? Mógł mu pozwolić.
— Noo… okej.
Lekarz obejrzał znowu jego ciało i spojrzał mu w oczy.
— Ile masz lat?
Jefferson nie wyglądał na zachwyconego pytaniem. Nie wyglądał też na przekonanego, żeby odpowiadać.
— A po co ci ta wiedza?
— Nie możesz po prostu odpowiedzieć? — William spojrzał na niego chłodno. — Nie masz mniej niż dwadzieścia i nie więcej niż dwadzieścia cztery.
Jeff skrzywił usta, chwilę się zastanawiając, czy rozwiać jego wątpliwości.
— Dwadzieścia dwa.
Lekarz przytaknął i położył się obok.
— Więc dobrze obstawiałem.
Jefferson spojrzał na niego trochę nieobecnym spojrzeniem.
— I dało ci to coś, że teraz wiesz?
— Byłem tylko ciekawy — westchnął cicho William. — Jesteś młody.
— Ta… no i? — mruknął Ranger. Nadal nie rozumiał, do czego ten mężczyzna zmierza.
Lekarz pokręcił głową, tylko mu się przyglądając. To ciało jeszcze długo będzie młode i sprawne.
Jeff skrzywił się tylko. Nie rozumiał. Zupełnie nie rozumiał tego faceta. Cisza jednak nie pomagała, więc postanowił odbić piłeczkę i samemu spytać o wiek mężczyzny.
— A ty?
— Hm? — William odwrócił lekko nieobecny wzrok od jego umięśnionego brzucha. — Co ja?
— Ile masz lat?
— Urodziłem się w 1847 roku. Mam dwadzieścia sześć — wyjaśnił spokojnie.
Ranger skrzywił się nieznacznie. Był starszy od niego. Trudno, nie miał zamiaru się tym przejąć.
— A gdzie?
— Gdzie się urodziłem? W Chicago — westchnął lekarz, kładąc prawy policzek na dłoni, leżąc bokiem do niego.
— I długo tam mieszkałeś? — spytał trochę od niechcenia, leżąc nadal na plecach.
— Od dzieciństwa aż do Wielkiego Pożaru dwa lata temu. Musiałeś o nim słyszeć. Trąbili we wszystkich gazetach.
— Ta, słyszałem — mruknął brunet. — Nieźle się wtedy porobiło. Teraz dużo jest imigrantów stamtąd na zachodzie i południu.
— Tak, duża ilość uciekła. Chociaż spora część zajmuje się odbudową na tyle, że z tego co słyszałem, miasto już powstaje z popiołów — odparł William, co jakiś czas sięgając palcami do jego boku.
— Planujesz tam wracać?
— Może kiedy już miasto osiągnie swoją dawną świetność. Póki co, Austin nie wydaje się złą opcją.
Jefferson spojrzał na niego kątem oka.
— No, na pewno przyda się tu lekarz — mruknął, po czym podniósł się do pozycji siedzącej. — No, ale dobra, ja idę. Miło było poznać. — Wstał z łóżka, żeby założyć spodnie.
— Nie musisz wychodzić — odpowiedział William, również się unosząc.
Jeff machnął na to ręką.
— Spokojnie, rano i tak wstaję.
— Jak wolisz — zgodził się lekarz, wstając z łóżka i zarzucając na ramiona koszulę, która zasłaniała mu tyłek.
Jeff skinął tylko głową.
— To trzymaj się — mruknął, zabierając swoje rzeczy. Klapnął go jeszcze na pożegnanie w ramię i wyszedł z pokoju.
William odprowadził go spokojnym spojrzeniem, ale kiedy drzwi się zamknęły, westchnął cichutko. I gdzie on teraz znajdzie takie ciało? Z tymi ponurymi myślami, mimo że seks był cudowny, położył się z powrotem na łóżku i sięgnął po butelkę, żeby się upić.

26 thoughts on “Across The Cursed Lands – 3 – Wsiadaj na konika, doktorku

  1. Katka pisze:

    Nezu-Chan, yey, fajnie, że się zabierasz za ATCL! :D Mamy nadzieję, że rzeczywiście przypadnie Ci do gustu. Miłej lekturki ;*

  2. LordKurak pisze:

    hehe może odrobinę… ale na swoje usprawiedliwienie powiem, że nie oglądałam tego filmu (no dobra nie w całości, bo na fragmenty z ciekawości zerknęłam), nie opłaca się, bo ani fabuła, ani gra aktorska nie porywa.

  3. LordKurak pisze:

    To pewnie najgorsze z możliwych porównań ale William skojarzył mi się z szalonym doktorem-naukowcem z… ludzkiej stonogi…

  4. Shivunia pisze:

    Gordon, uwierz mi, twe słowa wywołują na mej twarzy uśmiech… taki od którego bolą mnie poliki XD I zapewniam cie, krótkie toto nie będzie więc niezła cegiełka może z tego wyjść XD
    I aaaaaaaaaaaa, ale się ciesze ze się ATCL podoba :D

  5. Gordon pisze:

    Shivunia, opis widzialem i podoba mi sie tylko szkoda ze tej szklaneczki whisky pod reka nie mialem. a jak wy tego nie wydrukujecie, to ja sobie sam oprawie jak juz bedzie calosc ;p byle nie szybko. wezcie, niech to dlugie bedzie xD

  6. Shivunia pisze:

    Gordon >> Jak już pisałam pod NBTS, bardzo się cieszę że znalazłeś jednak dla nas chwilkę mimo natłoku zajęć :D (i jakbym miała jak to poczęstowała bym szarlotką babcinej roboty).
    No ale KURCZĘ, ale miły komentarz. I JAKI motywujący :D Super że czuć klimacik, opis świata, trochę reali i taki po prostu opis opowiadania wrzuciłyśmy jeszcze na stronę ( http://firedragontattostudio.wordpress.com/opowiadania/across-the-cursed-lands/ ). A Jako książka? Ach… też byśmy chciały zobaczyć to u nas na półeczce, ale do takich szaleństw to chyba jeszcze trochę ;) No i fajnie że ci tacy pasują ;) Zobaczymy jak będzie dalej :D

  7. Gordon pisze:

    sorka ze nie komentowalem ale wiecie, studia i te rzeczy. czlowiek tylko mysli jak zdobyc pozywienie ;p a tak w temacie to kurwa podziwiam was laski. klimat i nastroj jak w westernie i nie moge sie doczekac dalej. Bym mogl czytac codziennie nowy rozdzial. powaga, jest jak ksiazka i bym chetnie na polce zobaczyl u siebie ;p seks byl w sumie zaskakujacy bo nie wiedzialem jaka pozycje wybiora i jacy sa w lozku. i tacy mi pasuja.
    chce more xD

  8. Katka pisze:

    Mocca, taa, Will by chciał, jak my wszyscy XD Trzeba mu kogoś, kto poskromi jego nieokiełznane libido, haha. A Jeffik wrażliwy jest mrr, według mnie <3 (żeby nie było że osiągam narcyzm, Jeff to postać Shiv XD)

  9. Mocca pisze:

    Zapomniałam o najważniejszym: wrażliwa strona Jeffa!
    Nie spodziewałam się po nim takiej czułości. I przyłączam się pod lament Willa!
    Ja chcę więcej!

  10. Mocca pisze:

    Buahaha, chucherkowaty doktorek chciał zdominować Texas Rangera XD
    To to byłby ciekawy widok.
    Lubrykant własnej produkcji. To się nazywa zaradność.
    A ja tam się nie dziwię Scottowi. Też bym nie chciała tych kilosów tachać :D
    Coś jeszcze chciałam napisać, ale od wczoraj zapomniałam.

  11. Floo pisze:

    Pfff a po co równowaga w gejowskim opowiadaniu! XDDD Tam niech wszyscy będą HOMO!! Ahahahahahahhaaaaaaa

    Sorry mam dziś taki walnięty humor xDD No ale czy Jeff jest na pewno stu procentowym gejem? Tego JESZCZE nie wiemy :P. Zresztą wiemy że Horst ma nieodpowiednią budowę ciała żeby Will tak za nim szalał, i chyba właśnie dlatego tak myślałam bo to było by takie nieprzewidywalne :)

  12. Katka pisze:

    Floo, za dużo by ich tam homo było na raz XD Trzeba zachować równowagę, haha.

    PS. Pojawił się opis na stronie Across The Cursed Lands, polecam zajrzeć :)

  13. Floo pisze:

    Nooo nareszcie Will dostał Jeffa. O to najlepszy dowód na to że ciężka praca popłaca XD
    Ale jak mam być szczera cały czas myślałam że Horst odegra większą rolę w seksualnym życiu Willa XD

  14. Katka pisze:

    Kasia, haha, oj tak, trzeba też wziąć pod uwagę, że Scott to nie sługus :) I cieszę się, że było creepy. Będzie jeszcze nie raz XD

  15. Katrina Conquista pisze:

    No no, czulam ze Will to jezdziec doswiadczony hehe. Jestem ciekawa jak rozwiazecie ciag dalszy, bo na razie faktycznie nie ma powodu zeby cos razem robili. Czyzby sie szykowala w hotelu jakas burda? Hehe
    Podobalo mi sie jak o sercu Will wspomnial. Takie creepy.
    A po Scocie jaki pojazd, ze nie wniosl waliz xD a co on jest sluzacy? A Will nie jast panienka, ani specjalnie milutki, zeby mu pomagac z dobrej woli ;p

  16. Katka pisze:

    Bern, dzięki za miłe słowa :D Co do ognia… może to też być kwestia tego, że Jeff jest sceptyczny co do Willa, a William to dość chłodny facet. Choć mam nadzieję, że później będzie goręcej :)

  17. Berniak pisze:

    No i pięknie:D Podoba mi się, jak impersonalny był ich seks; pasuje do obu ich osobowości, choć troszkę, moim zdaniem, mogło być nieco więcej ognia.. może to kwestia użytego słownictwa. Niemniej jednak, to mały szczególik, bo uważam, że piszecie sceny coraz lepiej i coraz lepiej się je czyta;D I uh, doktorek się swoją dziureczką zabawia! Ta wizja mnie kręci hehe;D Ciekawa jestem, co dalej<3

  18. Elis pisze:

    Scott wydawał się spoko facetem, a przy prośbie Willa okazał się zwyczajnie chamem.

    William ma chyba jakiś fetysz z tymi mięśniami itp. :) Do tego jest aktywem. Może kiedyś Jeff mu pozwoli na bycie topem, chyba, że oni się już nie spotkają w co wątpię. Podobają mi się razem, a doktorek potrzebuje się wyszaleć. :)
    Marny komentarz, ostatnio nie mam chęci na pisanie ich, ale zostawiam mały ślad, że byłam i czytałam z zachwytem. :)

  19. Katka pisze:

    Raya, tu akcja cały czas się będzie szybko toczyć, hehe :D

    Kohaku, nooo, Jeff potrafi być słodki… czasami XD

    Shinu, co do Scotta jak widać, każdy ma dwie strony medalu.

    Matko, mam już neta! <3

  20. Shinu pisze:

    Jeff jest genialny, a William to świr. I to duży moim zdaniem, ale i tak go uwielbiam ;]
    Obstawiam, że ta dwójka jeszcze się zobaczy i mam nadzieję, że i Horst się też pojawi. Scott natomiast ma u mnie wielkiego minusa za zachowanie przy powozie. Wydawał się taki sympatyczny.
    Haha, jak Will powiedział, że urodził się w 1847 to sobie pomyślałam „wooow, tu będzie coś z długowiecznością”, jednak po sekundzie przypomniałam sobie w jakich czasach rozgrywa się akcja. Klapa xD
    Czekam na coś z tymi mechanizmami *_*

  21. kkohaku pisze:

    Hmm toż cie mnie zaskoczyły z upodobaniami Willa xD Ale nawet fajnie, że preferuje bardziej jako aktyw, w niedalekiej przyszłości może być to ciekawe to czytania ;D
    Jeff jest taki nieprzewidywalny. Przyznam szczerze, że nie spodziewałam się z jego strony tych małych czułych gestów.
    Teraz jestem ciekawa co będzie musiało się stać aby panowie się nie rozdzielili ;D Może Will wpadnie na jakiś szatański pomysł? ” Może pan Ranger ulegnie małemu wypadkowi i JA go zbadam oraz orzeknę, że do dalszej podróży się nie nadaje !” moja wizja dumającego go tak właśnie wygląda xD

  22. raya pisze:

    mrrrau…akcja szybko się potoczyła ;P
    rzeczywiscie, rozumiem, ze Jeffersona mogla rozsmieszyc wizja Willa jako aktywa:D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s