Never Be The Same – 25 – Chciałabyś mieć dzieci?

„Yeah, we’re fucked!
I don’t have love to share
And I don’t have one who cares
I don’t have anything
Since I don’t have you”*

David zgasił papierosa na dworze i szybko wrócił do domu. Grace już gotowała mu obiad, a jeszcze musiał się rozpakować. Wszedł do mieszkania i o mało nie został przewrócony, kiedy Marg wpadła na niego z impetem.
— W górę, tata, w górę! – zapiszczała, oglądając się co chwilę za siebie.
David zdążył ją podnieść, nim jej brat do nich dobiegł, udając złego niedźwiedzia.
— To nie fair! – oburzył się Timmy, wyciągając ręce w górę, żeby dosięgnąć nóg siostry. – Tata, drzewa się nie ruszają – dodał poważnie i kiedy stwierdził, że nie dosięgnie Marg, zaczął szarpać Davida za nogawkę.
— Jak to nie ruszają? – spytał David, sadzając sobie córkę na ramieniu. – Nie słyszałeś o entach?
— O czym? – Timmy spojrzał na niego wzrokiem pod tytułem „znowu chcesz mi wcisnąć jakiś kit?”.
Marg za to trąciła Davida piąstką, szepcząc „co za enty, co za enty?”. David zrobił poważną minę, mimo że w duchu się uśmiechał. Uwielbiał te dzieciaki.
— O entach albo o drzewcach. Takich starych mieszkańcach lasu, którzy wyglądają jak żywe drzewa.
Marg zrobiła wielkie oczy, a do tego otworzyła usta jak rybka. David aż poczuł, jak zacisnęła piąstkę na jego koszuli.
— I one… mówią? – Timmy jak zwykle był podejrzliwy, ale w jego głosie słychać było podekscytowanie. – Bo to by było bez sensu!
— Czemu bez sensu? – spytał David, idąc powoli z Marg na ramieniu w stronę kuchni.
— No bo drzewa nie mają buzi! – odparł poważnie Timmy, podążając za tatą krok w krok, niemal depcząc mu po piętach. Z kuchni czuli już zapach pieczonego mięsa.
— Ale może mówią tak jak brzuchomówcy? – Zaśmiał się, spoglądając na syna co chwilę.
— Brzuchem?! – pisnęła Marg, wczepiając się bardziej w tatę. – Ouu…!
Timmy tylko zachichotał z jej miny, czekając na dalsze wyjaśnienia, a Grace uśmiechnęła się, widząc ich w progu w kuchni. Uwijała się jednak z jedzeniem, mieszając jakąś sałatkę.
David zaśmiał się i cmoknął dziewczynkę w ramię.
— Mhm, ale ja chyba nie jestem jednak takim starym drzewem, bo nie mówię brzuchem – prychnął z uśmiechem i postawił Marg na ziemię.
Dziewczynka wciąż w szoku podążyła do stołu w kuchni i wdrapała się na krzesło, na którym poustawiane były poduszki, żeby siedziała trochę wyżej. Timmy za to zaczął męczyć Grace, że już chce obiad, a kobieta pogłaskała go po głowie i pchnęła lekko w stronę stołu.
— Już będzie, możecie siadać – zwróciła się do męża i syna, po czym postawiła na stole miskę z sałatką i zaczęła nakładać na talerze pieczeń. Frytki już spoczywały na osobnym półmisku.
David złapał ją w talii i cmoknął w policzek.
— Tylko ręce umyję – dodał jeszcze i dopiero ją puścił, by ruszyć do łazienki.
Grace uśmiechnęła się, odprowadzając go wzrokiem. Co prawda wisiały nad nią te ich ciągłe kłótnie, ale jednak strasznie się za nim stęskniła. Cieszyła się, że wreszcie ma go przy sobie.
Rozłożyła jeszcze sztućce na stół i usiadła obok Marg, żeby karmić ją przy okazji. Timmy za to nie czekając na nic, zabrał się za swoje jedzenie.
David wrócił po chwili do kuchni i usiadł naprzeciwko żony.
— Smacznego. – Uśmiechnął się do niej i dzieci i zaczął jeść. Było smaczne, ale chyba babcia Shane’a gotowała lepiej.
Po chwili ciszy… względnej, jeśli nie liczyć Marg, która co chwilę upominała mamę, żeby nie maczała frytek w ketchupie, bo nie lubi i Tima nabijającego ogórki na widelec i udającego, że to samoloty, Grace zwróciła się do męża ponad stołem:
— Strasznie się opaliłeś, kochanie. A to przecież do Chicago polecieliście.
David wziął kęs sałaty do ust, myśląc szybko. Wyglądał jednak na spokojnego.
— Pomysł szefa działu wizerunku – mruknął w końcu, kiedy przełknął. Liczył, że żona to łyknie.
Grace jednak uniosła brwi.
— To znaczy? Nie wmówisz mi, że się dałeś namówić na solarium. – Zaśmiała się, a Marg od razu wyszeptała:
— Co to solarium?
— Takie miejsce, gdzie można się opalić bardzo szybko, ale to takie sztuczne. Tatuś nigdy tego nie lubił – odpowiedziała jej i spojrzała znowu na Davida pytająco.
— Nie – pokręcił głową. – Zrobiliśmy całodniowy wypad na te plaże, co są wzdłuż jeziora. Wiesz, taka integracja na świeżym powietrzu – mruknął, jakby był średnio zadowolony z tego pomysłu. – A że było słońce, to musiało mnie złapać.
— Jeden dzień i tak mocno się opaliłeś? – Kobieta spojrzała na niego zdziwiona.
Timmy i Marg nie byli zainteresowani rozmową. Skupieni byli raczej na bawieniu się jedzeniem. David za to uśmiechnął się, przeżuwając mięso. Odparł, kiedy przełknął i popił wodą.
— A co, zazdrościsz?
Grace uśmiechnęła się lekko, krojąc swoje mięso, ale głównie sięgała po sałatkę. Chciała być szczupła i ładna dla Davida, bo coraz częściej się jej wydawało, że się nią nudzi.
— Troszkę. Choć i tak to dziwne. Co robiliście poza tą plażą? Był może Frank?
David zamyślił się chwilę. Cieszył się w sumie, że przed wyjazdem zrobił jako taki wywiad, co gdzie i jak będzie na tym wyjeździe.
— Mieliśmy konferencje wieczorami, w dzień zwiedzaliśmy miasto, jakieś imprezy nam organizowali. Ogólnie było znośnie. A… czemu pytasz o Franka?
— Bo zapraszali nas na kawę ostatnio, więc ciekawa jestem czy coś z nim uzgodniłeś. Chociaż nie wiem czy to się uda, bo ostatnio z dziećmi cały czas siedzę – westchnęła Grace, sięgając po więcej sałatki.
David pokręcił głową, kończąc obiad.
— Nie rozmawialiśmy na ten temat – wyjaśnił, jakby w ogóle z nim rozmawiał. – A co do dzieci, to można je przecież z kimś zostawić i możemy się któregoś wieczoru wyrwać na miasto.
— Z kim, David? – Grace spojrzała na niego lekko zniecierpliwiona, podając przy okazji Marg kolejne frytki, choć dziewczynka zastrzegła, że to już ostatnia. – Mógłbyś podzwonić trochę po opiekunkach, bo ja już mam nerwy zszarpane przez nie.
— Ale Doris była fajna! – odezwał się Timmy, odsuwając pusty talerzyk i sięgnął po wodę.
— Tak, Tim, ale Doris zmieniła pracę – mruknęła Grace niepocieszona.
David oparł się łokciem o stół, patrząc, jak żona wpycha jedzenie w córkę.
— Podzwonię. Kogoś z anielską cierpliwością do tych diabłów trzeba. – Zaśmiał się i pstryknął palcem syna w nos.
Timmy zrobił na to różki z palców, ustawiając je na głowie i przybrał groźną minę, na co Marg się roześmiała, mało nie wypluwając frytki na stół. Grace skarciła syna i wytarła córce buzię.
— I kogoś zaufanego. Mam straszne opory oddawać dzieci komuś nowemu – mruknęła, wstając od stołu, żeby zebrać brudne naczynia.
David przewrócił oczami. Zaufanemu. A skąd on jej weźmie kogoś nowego i zaufanego? To się gryzło samo ze sobą.
— To zobaczę jakąś certyfikowaną firmę… chyba że jakieś twoje koleżanki mają kogo polecić.
— Jakby miały, to bym cię nie prosiła o pomoc – odmruknęła Grace, chowając naczynia do zmywarki i nim się obejrzała, dzieci wybiegły z kuchni się pobawić. – Ty się opalasz na plaży, a ja muszę się męczyć z papierami przy dzieciach wiszących mi na głowie.
David westchnął ciężko i też wstał od stołu. Zaszedł żonę od tyłu i objął w talii.
— Mmm… ale już jestem. I… jutro może po pracy idź sobie do kosmetyczki albo na solarium, a ja z nimi posiedzę? Poprawi ci to humor? – zamruczał jej do ucha, delikatnie nimi bujając.
Grace obejrzała się na niego przez ramię, kładąc mu przy tym dłonie na rękach.
— Może do solarium, bo wyglądam przy tobie jak trup – odparła nad wyraz, ale aż się błogo poczuła w jego ramionach. Tego jej brakowało.
David zaśmiał się na to głupio.
— Bez przesady. Ledwo co się trochę wystawiłem na słońce. Ty i tak masz ciemniejszy ode mnie koloryt. A poza tym… taka jasna skóra kiedyś uważana była za szlachecką.
— To chyba powinieneś mnie traktować jak królową – odpowiedziała przekornie Grace, okręcając się zwinnie w jego ramionach i zarzucając mu ramiona na szyję. Pocałowała go mocno w usta, przymykając przy tym oczy.
David przytulił ją mocniej i oddał pocałunek. Zaczynał mieć pewność, że dziś powinien spełnić swój małżeński obowiązek.
— Mmm… jak księżną – zamruczał w jej usta.
Grace uśmiechnęła się na jego słowa i pogłaskała go po karku.
— Dobrze myślisz. Choć w sypialni możesz troszkę bardziej zaszaleć. – Zaśmiała się i z westchnieniem wyswobodziła się z jego objęć, kiedy usłyszała wołanie syna. Pocałowała jeszcze Davida w usta i wyszła do dzieci.
Mężczyzna, kiedy był pewny, że go nie widzi, skrzywił się. „W sypialni”. Cóż, nie żeby jego żona mu się nie podobała… ale po tym wyjeździe jakoś miał średnią ochotę na seks z nią. I to od razu pierwszego dnia.

*

Już wracali z kolejnej wycieczki do miasta, ale jeszcze musieli wstąpić do sklepu po jakieś jedzenie. Shane po cichu liczył, że Lucy wykaże się jakimiś dodatkowymi kulinarnymi zdolnościami albo chociaż razem zrobią obiad… Wciąż jednak miał nadzieję, że zrobi jakieś pyszne ciasto.
Pogoda była całkiem niezła, chociaż porównać jej do tych słonecznych dni na wsi się nie dało. Niestety miasto w oczach Shane’a wypadało bardzo mdło, jednak Lucy wydawała się nie tracić entuzjazmu.
Właśnie wracali z największego centrum handlowego w mieście, które chłopak chciał jej pokazać i przeszli przez Washington Park. W sumie zaliczyli już przez te kilka dni najważniejsze punkty w mieście i Shane liczył, że Lucy już jako tako ogarnia się w Milwaukee.
Niestety problemy były jak na razie z pracą. Co prawda nie spodziewał się, że znajdzie się jej coś w tak krótkim czasie, ale i tak cicho na to liczył. Oczywiście kiedy tylko po jego warsztacie rozeszła się wieść, że mieszka z dziewiętnastoletnią, śliczną kuzynką, chłopaki wykazały szczerą chęć przyjęcia jej do pracy, mimo że nie mieli pojęcia, co mogłaby robić. Shane jednak szybko wybił im tą wizję z głowy. Jeszcze by tego brakowało, żeby robiła za rozrywkę w warsztacie pełnym napalonych wieprzy.
— Aaaaa… głodnam! – jęknęła dziewczyna, wyciągając się do tyłu, aż jej strzyknęły plecy. Podobało jej się w mieście, ale miała cały czas wrażenie, że jest tu ciasno. Mimo że wszędzie było tak cudownie blisko.
— A co jemy? – spytał Shane, kiedy przechodzili przez ulicę w kierunku sklepu, do którego zwykle chłopak chodził, bo był ledwo dziesięć minut drogi od jego mieszkania.
— Myślałam, żeby zrobić omlety z papryką i mięsem. Zjadłbyś coś takiego?
— Jasne, kurwa! Byle duże wyszły.
Dziewczyna zaśmiała się na to radośnie.
— No bo ty dużo jesz – odparła i poklepała go po brzuchu. – Z ilu jajek? – spytała, zastanawiając się czy trzeba będzie dokupić.
Shane otworzył szklane drzwi sklepu, puszczając kuzynkę przodem.
— Nie wiem… z czterech? Ale jak dużo mięsa dowalimy.
— To dokupię pierś – odparła Lucy, od razu kierując się do lodówek, gdzie sprzedawali pakowane piersi kurczaka.
Shane zaśmiał się na te słowa głupio, ale powędrował za nią i stał za jej plecami, jak wybierała odpowiedni kawałek mięsa. Zerknął na bok i dostrzegł natrętny wzrok jakiegoś chłopaczka w wielkiej, czerwonej czapce, niebieskiej bluzie za dużej o dwa rozmiary, z deskorolką pod ramieniem, który wybierał jakiś napój energetyczny, ale bardziej w tym momencie skupiał się na cyckach Lucy. Shane zmarszczył się i stanął bliżej kuzynki, a chłopakowi rzucił mordercze spojrzenie człowieka, który zaraz może wbić mu rozgrzany pręt w dupę.
Dziewczyna nie zauważyła nawet natrętnego spojrzenia ani też zachowania kuzyna. Wybierała mięso, nucąc sobie pod nosem coś, co akurat jej się przypomniało. W końcu wyprostowała się i podała Shane’owi dwa opakowania piersi z kurczaka.
— Jeszcze wezmę jajka, jakąś przyprawę i mleko, bo rano wypiłam całe, okej? – spytała, poprawiając dobrze dopasowane jeansy na tyłku.
— Spoko, mi pasi. I colę – dodał jeszcze Shane, z zadowoleniem zauważając kątem oka, jak chłopak czmycha w stronę kas.
Lucy pokiwała tylko głową i w końcu zebrała wszystkie rzeczy. Chwilę później stali już przy kasie. Shane płacił, a dziewczyna opierając się o blat, rozpraszała tym razem swoim wyglądem kasjera. Wszystko to zupełnie nieświadomie.
Kasjer oczywiście unosił na nią ukradkiem wzrok, kiedy wyciągał resztę z kasy. Shane tylko czekał, lekko poirytowany tym zachowaniem, a Lucy nawet nie zwrócił uwagi, że za bardzo kusi.
— Proszę, państwa reszta. Dziękuję i zapraszam ponownie – rzucił wreszcie kasjer bardziej do cycków Lucy niż do Shane’a.
— Taa, nara – odmruknął chłopak, chowając pieniądze do kieszeni. Zabrał siatki i skinął na dziewczynę, żeby się ruszyła. Ona wbiła tylko ręce w kieszenie i ruszając w przyjemny dla oka, ale nie przesadny sposób biodrami, wyszła za nim.
Przeszli przez osiedle, na którym teraz razem mieszkali. Po okolicy chodziły już plotki, z kim to Shane teraz nie jest. Cóż, rzeczywiście Lucy zwracała na siebie uwagę, mimo że się o to nie starała.
Weszli do mieszkania, a Shane od razu skierował się z zakupami do kuchni. Wydawało się, że teraz jest ciaśniej, ale jakoś przywykli do wspólnego mieszkania, mimo że ledwo minęło kilka dni od przyjazdu. Shane’owi udało się opróżnić komodę, w której Lucy mogła umieścić swoje rzeczy. Co prawda teraz wszystkie albumy i jakieś starsze płyty czy niektóre pamiątki spoczywały pod łóżkiem Shane’a, na szafie aż pod sufit i zajmowały wolną przestrzeń pod biurkiem, ale chłopak nie narzekał. Fajnie było jak na razie. Tylko Davida brakowało… Przez tych kilka dni na działce przyzwyczaił się do spania na ciasnym łóżku, ściśnięty razem z kochankiem na nim. Teraz było jakoś luźno i chłodno. Nie pomagały poranne śniadania.
— Włącz mi Evolution! – krzyknęła dziewczyna, idąc do łazienki przebrać się. Po domu chodziła w krótkich spodenkach i podkoszulce kuzyna. Tak było jej wygodniej.
— Mm – mruknął Shane, chowając najpierw wszystkie zakupy do lodówki. Otworzył sobie puszkę coli i z nią ruszył do swojego pokoju. Popijając, szperał w swoich płytach, aż wreszcie znalazł Pearl Jam i włączył tą płytę, na której było napisane „Do the evolution”. Głośniki rozbrzmiały koszmarnie głośno, więc trochę ściszył. No. Minimalnie.
Lucy zaśmiała się, słysząc pierwsze dźwięki kawałka i może nie był to utwór do tańczenia, ale niemalże tanecznym krokiem ruszyła do kuchni, żeby przygotować im obiad. Jej szczupłe, długie nogi wystawały spod przydługiej koszulki Shane’a. Włosy miała spięte w wysoki koczek.
Chłopak wtoczył się po chwili do kuchni, gapiąc się na ekran komórki. Zagryzł wargę razem z kolczykami. Nie chciał sam dzwonić, bo David dał do zrozumienia, że pierwszy to zrobi. Przklął w myślach, schował telefon do kieszeni swoich czarnych bojówek i oparł się tyłkiem o szafkę.
— Pomóc ci?
— Nie musisz – odparła Lucy, myjąc mięso, a następnie krojąc je. – Nie dzwonił?
— Nie – mruknął Shane i dopił go końca colę, po czym zgniótł w ręce puszkę, wyobrażając sobie, że to Grace. Z chwilowym triumfem wyrzucił ją do kosza, po czym spojrzał na kuzynkę. Westchnął i dodał z wahaniem: – Tęsknię za nim, kurwa.
Lucy odetchnęła ciężko i wbiła nagle nóż w mięso. Dopiero po tym spojrzała na kuzyna.
— Biedny jesteś. Nie możesz zadzwonić czy coś?
— No nie, bo, kurwa, znowu mnie opierdoli, że „mogła żabcia zobaczyć” czy co. Mówił, że zadzwoni. – Znowu mu humor siadał.
— No to zadzwoni, no nie? – Lucy wróciła do krojenia mięsa – No cholibka, chyba przecież nie jest niesłownym dupkiem?
Shane wzruszył ramionami.
— Był dupkiem. – Zaśmiał się. – No zadzwoni, ale mógłby JUŻ. Ta głupia suka go przetrzymuje. Ej, ale może chociaż herbatę zrobię, co?
— Ano możesz. – Dziewczyna wyjęła patelnię i postawiła ją na ogniu. – A tą „sukę” chociaż znasz? Czy tylko jest suką, bo jest z Davidem w tej chwili, a ty nie?
— Jest suką, bo, kurwa, może nawet w tej chwili go obściskuje, maca albo mu ssie pałę – burknął Shane, nalewając wody do czajnika. – Tylko ja powinienem móc.
Lucy skrzywiła się, spoglądając na niego.
— „Ssać mu pałę”. No cholera, kuzynie, zajebiste marzenie, nie ma co.
Shane wywrócił oczami i wcisnął mały, czerwony guziczek w czajniku.
— Nie że marzenie, tylko mówię, że… że taką intymność powinien mieć tylko ze mną! To chyba zrozumiałe.
Lucy wzruszyła ramionami, przyprawiając mięso, kiedy olej się nagrzewał na patelni.
— Ja tam nie wiem. Jednak to ssanie… uch, ohyda – mruknęła, aż się wzdrgając.
— Dla ciebie. I nie wzdrygaj się tak. Mnie, kurwa, lizanie cipy też odrzuca, a jakoś nie mam drgawek – mruknął Shane i zajrzał jej przez ramię. – A długo się to robi?
Dziewczyna wypchnęła tyłek do tyłu, odsuwając go w tak pokraczny sposób.
— Niech cię to nie interesuje. I będę się wzdrygać, ile chcę. Jestem delikatną damą.
— No jak skurwysyn! – Zarechotał Shane, wyjmując dwa kubki i wsadzając do nich torebki herbaty, żeby po chwili je zalać.
Z jego pokoju wciąż sączyło się Pearl Jam, a zapach potrawy, którą szykowała Lucy, unosił się po kuchni. To wszystko trochę poprawiło mu humor. Samemu w domu zawsze było pusto i nudno. Nawet więcej przypraw od przyjazdu ze wsi stało na szafce. Nie licząc słoików z przetworami babci.
— A wątpisz? – odparła dziewczyna ze śmiechem, wrzucając kurczaka na rozgrzany tłuszcz. W misce już zaczęła ubijać jajka.
— Jeszcze pytasz? – prychnął chłopak i sięgnął po cukierniczkę. – Dalej pamiętam, jak tego chujka w karczmie zlałaś. – Zaśmiał się. – Ale tu już tak nie kozacz, piegusko. I każdy się, kurwa, na ciebie gapi.
Lucy spoważniała i spojrzała na niego pytająco.
— No ale przecież nic nie robię.
— No ty nie – mruknął chłopak, mieszając jedną z herbat, aż dzwoniło. – Ale to taka chujowa okolica, więc się nie zdziw, jak cię jakiś będzie zaczepiał. – „A wtedy ja sobie z nim pogadam”, dodał w myślach.
Lucy prychnęła pod nosem, zakładając rudy lok włosów za ucho.
— No ale, Shane, kurcze. Przeżyję raczej – jęknęła. – W razie co mam nogi i umiem biegać.
Shane już miał coś odpowiedzieć, ale jednak skapitulował i postanowił jej nie truć. Pokiwał tylko głową i poszedł zanieść kubki do pokoju. Kiedy już postawił je na stoliku, wrócił do kuchni i wyciągnął talerze.
— No ja tylko mówię, żebyś uważała i tyle.
— Będę uważać – jęknęła zmęczonym głosem, zakrywając omlet na patelni pokrywką, żeby urósł. – Nie jestem dzieckiem.
Chłopak spojrzał na nią sceptycznie, ale przytaknął.
— I co, nie wybierasz się na żadną imprezę wyrywać dziewczyny? – zmienił temat.
— Dzisiaj?
— Nie, ogólnie. Bo chyba chcesz tu jakąś laskę poznać?
— No chcę, ale najpierw chcę znaleźć pracę, troszkę się przyzwyczaić i no ogólnie tak – wyjaśniła pokrętnie, opierając łokcie o blat stołu tuż obok kuchenki i patrzyła, jak para skrapla się na szklanej przykrywce. Jej tyłek wystawałby spod bluzki Shane’a, gdyby nie miała na sobie kusych spodenek.
— Przyzwyczaić do niewygodnej kanapy, dudniących głośników i brudnego powietrza? – prychnął Shane.
— Coś w tym stylu. – Zaśmiała się.
— I póki roboty nie znajdziesz, możesz mi, kurwa, robić kanapeczki do pracy – dodał Shane z wrednym uśmiechem i spojrzał niecierpliwie na patelnię. Był głodny.
— I tak pewnie będę ci je robić. Jak ty w ogóle się żywiłeś sam?
— Normalnie. Mamy Maca obok warsztatu. I sąsiadka z góry mi czasem obiady przynosi – uśmiechnął się, a Lucy zmierzyła go sceptycznym spojrzeniem.
— Maca? No to cud, że tak wyglądasz, a nie jak prosiaczek.
— No od czegoś jest siłownia. A ty się nie wymądrzaj, mógłbym o tobie to samo powiedzieć, znając babcię i te jej, kurwa, zajebiste ciasta.
Lucy tylko prychnęła i wystawiła mu język, po czym zdjęła omlet z patelni i podzieliła go na dwie nierówne części. Sobie wzięła oczywiście mniejszą. Wyglądał bardzo dobrze.
Shane odetchnął. Wreszcie. Pachniało.
Poszli z jedzeniem do salonu, rozkładając się na kanapie i pochylając nad niskim stolikiem. Po pierwszym kęsie Shane miał już coś powiedzieć, ale jakoś przez Davida weszło mu w nawyk nie mówienie z pełnymi ustami, więc przeżuwał niecierpliwie, aż wreszcie przełknął.
— Chciałabyś mieć dzieci? – wypalił. Myślał cały czas o Davidzie i aż się sam czasem dziwił, że przez tą jego głupią żonę czuje cholernie irytującą zazdrość, a jego dzieciaki w ogóle mu nie przeszkadzają.
Lucy o mało się nie zakrztusiła kurczakiem, który był w omlecie. Zaczęła kasłać, więc Shane klepnął ją w plecy tak, że mało nie wylądowała twarzą w swoim talerzu. Dziewczyna spojrzała na niego złym wzrokiem.
— Delikatnej, psia mać! – jęknęła, w końcu łapiąc powietrze.
— Sorry, taki liliput z ciebie – odmruknął, krojąc omleta i pakując do ust.
— Sam jesteś liliput – odpysknęła, byleby odpysknąć. – I kurna, co to za debilne pytanie z tymi dziećmi?
— No normalne. – Shane spojrzał na nią zdziwiony. – Tak jak myślisz na przyszłość. To się widzisz z dziećmi czy nie?
Lucy wzięła kęs jedzenia, patrząc na niego jak na wariata.
— Shane, nie mam dwudziestu lat. Nie myślę o dzieciach – wymamrotała z pełnymi ustami.
Chłopak westchnął niezadowolony i wgapił się w swoje jedzenie, pochłaniając je w zawrotnym tempie jak głodne psisko. Dziewczyna obserwowała go kątem oka.
— No…?
— No nic, kurwa. Spytałem tak – burknął. On by może i chciał…
— Tak nagle troszku. O czym myślisz, hm? – zamruczała i szturchnęła go łokciem w bok.
Shane najpierw spojrzał na nią wilkiem, ale wreszcie wydął wargi z zamyśleniem i sięgnął po herbatę.
— O Davidzie. Niespodzianka, kurwa – mruknął z przekąsem. – Bo on ma dzieciaki i myślałem, czy też bym takie chciał – dodał, jakby mówił o kupieniu nowej rybki do akwarium.
Lucy zamrugała długimi rzęsami. To ją trochę zaskoczyło. A nawet więcej niż trochę.
— Nie poznaję cię, kuzynie… – ogłosiła poważnie.
— Czemu niby? – burknął, ale na nią nie patrzył, sącząc herbatę.
— Ty i dzieci… Ta wizja wydaje mi się straszna.
— Bo co? Toż bym ich nie terroryzował.
Dziewczyna nadal wyglądała na sceptyczną.
— Ale wiesz, dzieci są małe, delikatne, łamliwe… – zaakcentowała mocniej ostatnie słowo, a Shane prychnął i odstawił kubek na stolik.
— A myślisz, że co? Grałbym niemowlakiem w piłkę? – Zaśmiał się. – Pomyśl, jaki zajebisty człowiek by z takiego dzieciaka wyrósł, jakbym był jego oj… – urwał, bo jednak ciężko było mu określić siebie mianem ojca. – No, jakbym takiego wychował.
Lucy skrzywiła się wymownie.
— No… ta, zajebisty – jęknęła i wróciła do kończenia swojego omleta. Już jej wystygł przez tą głupią rozmowę. A wizja niemowlaka zawiniętego w pieluchę jak piłka nie chciała jej wyparować z głowy.
— Wiadomo – odparł Shane poważnie i oparł się wygodnie o oparcie. Nawet się najadł.
Lucy tylko przewróciła oczami, nie komentując. Zebrała talerze i wyniosła do kuchni. Shane odprowadził ją wzrokiem i poszedł do pokoju włączyć kolejną płytę, bo właśnie ostatnia piosenka się skończyła.
Kiedy na chwilę w pokoju zapanowała cisza, usłyszał i poczuł sygnał wiadomości z kieszeni. Najpierw włączył kolejne Pearl Jam i dopiero sięgnął po telefon, rzucając się z nim na plecy na łóżko, żeby odczytać wiadomość. Była od Davida.
Shane aż się uśmiechnął, widząc to. Zaczął czytać.
— „Mam nadzieję, że jeszcze tam jakoś żyjesz. Mam teraz dzieciaki na głowie, więc nie mogę gadać, ale pisać już tak.”
Wystukał szybko odpowiedź, uśmiechając się nieświadomie.
— „No żyję, Lu zrobiła taki zajebisty omlet z mięsem przed chwilą! Niezła jest. I też już mam kogoś, kto mi będzie żarcie robił do roboty :D”.
Po dłuższej chwili telefon znowu zadzwonił, powiadamiając o kolejnej wiadomości.
— „Masz namiastkę wiejskiego życia pod dachem. Zazdroszczę. A jak sie Lu czuje?”
Shane prychnął pod nosem. Była bardziej zadowolona z pobytu w mieście niż on.
— „Przyzwyczaja się. Chodzimy po mieście i pokazuję jej różne bajery. No i roboty szuka, więc okupuje mi lapa non stop. Ale chuj, nic nie ma”.
W kolejnym smsie zwrotnym był adres jakiejś firmy i reszta wiadomości: „Niech sprawdzi tam. Ostatnio chyba kogoś szukali.”
— „Dzięki, przekażę jej. A co u ciebie? Żabcia się nie czepiała niczego?”
— „Że się opaliłem… kolejne kłamstwo do kolekcji. To zaczyna być trochę kłopotliwe. No i łóżko było jakieś duże ;)”
Shane zaśmiał się głupio do komórki.
— „Nie ma tam mojej klaty, żebyś mógł się położyć, jak na poduszkach.” – Zawahał się jeszcze czy zapytać, kiedy wpadnie, ale jednak zrezygnował. Nie chciał go przyciskać.
— „Tak, utraciłem swój wielki grzejnik. Ale przynajmniej nie muszę się bać, że mnie ktoś w nocy zje ;)”
Shane aż się oblizał, a jego myśli podążyły do penisa Davida.
— „No masz ze mną adrenalinę, co? Ale nie podpuszczaj mnie, bo będę se musiał zwalić. Już mam przed oczami twojego chuja…”
Dłuższą chwilę nie otrzymywał odpowiedzi. Ta jednak w końcu nadeszła.
— „Wiesz, że siedzę teraz z dzieciakami w salonie i cieszę się, że nie zaglądają mi przez ramię?”
Zaśmiał się, zastanawiając przy tym czy mu trochę nie podocinać i nie pobudzić go bardziej. Ale w sumie mało w tym frajdy skoro i tak nie zobaczy tych jego rumieńców. Aż sobie zamruczał na ich wyobrażenie. Odpisał jednak:
— „Ale czytać jeszcze nie umieją, nie? Toż to szczyle małe jeszcze. Chyba że ci tam namiocik rośnie, którym bym się z chęcią zajął…”
Tym razem odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
— „Głupi jesteś.”
Uśmiechnął się tylko do siebie.
— „No to twoja wina, że mi mówisz o atakowaniu ciebie w łóżku :D”
— „Mogę ci poopowiadać o tym, jak mnie Grace atakowała, to ci wtedy przejdzie? Ale chyba nie chcesz.”
Uśmiech na twarzy Shane’a od razu zastąpił grymas.
— „Pieprzyłeś ją? I co, niby fajnie było?” – odpisał ciekaw, co odpowie.
— „Shane, nie pytaj. Potem będziesz się wkurzał i marudził, i życzył jej ugotowania w wrzącym oleju. Nawet przy mnie. A to nieuprzejme.”
— „Przy tobie jej nie wyklinam” – odpisał z kwaśną miną. Wystarczało mu, że Lucy może mówić, jak bardzo go ta kobieta wkurwia. Chociaż faktycznie czasem miał ochotę wywarczeć Davidowi, po co się w ogóle z nią żenił.
— „Jeszcze. Zadzwonię jutro wieczorem.”
Shane westchnął niezadowolony.
— „Spoko. Całusy i nara. I przynieś mi znowu jakąś swoją koszulę, bo już na tych co mam nie czuć twojego zapachu :P”
— „Przyniosę ci swoje brudne gacie i będziesz jak zboczeniec z japońskiego pornosa. Do jutra ;*”
Shane zaśmiał się tylko i schował telefon do kieszeni, po czym podłożył sobie ręce za głowę. Głupi David.

 * Guns ‚n’ Roses – „Since I don’t have you”

21 thoughts on “Never Be The Same – 25 – Chciałabyś mieć dzieci?

  1. Tigram Ingrow pisze:

    Właśnie, właśnie. Ale to kocham w tym opowiadaniu – to rozdarcie, przechylanie szali w jedną i w drugą stronę. Wymiękam. ;) Fantastyczne!

  2. Katka pisze:

    Tigram Ingrow, to się okaże, co David zdecyduje. Ale Shane na pewno ciężko by przyjął decyzję Davida, że ten zostaje dla dzieci – jeśli tak by zdecydował ;( Jakby nie patrzeć, zostałby drugi raz zostawiony. Tym bardziej, że znowu go kocha.

  3. Tigram Ingrow pisze:

    No bez kitu. Ta Żabcia to będzie mocno przygnębiona jak się wyda. Dla kobiety zdrada jest ciosem, a co dopiero świadomość że mąż woli mężczyzn? Już nie mogę się doczekać jak to wyjdzie. Tzn., obawiam się że David będzie musiał zostawić Shane’a ze względu na miłość do dzieci i cholernie boję się jak młody na to zareaguje, ale, ale… Jeszcze jeden rozdział przede mną ;)

  4. kkohaku pisze:

    hmm przyznam szczerze, że jakoś ten ich kryzys słaby , żeby się rozstawać xD na miejscu żabci jak bym była to..smutno ._. mimo wszystko żal mi kobiety, więc mam nadzieje, że nie zostanie baardzo skrzywdzona ;)

  5. Katka pisze:

    Kohaku, super takie neutralne podejście. Bo rzeczywiście, trzeba też wziąć pod uwagę pozycję żabci, która jakby nie patrzeć wciąż chce być z Davidem. Z drugiej strony jednak, nie tylko fakt, że chcemy, żeby Shane i David byli razem nas pcha do tej opcji, ale też wiadomo, że małżeństwo Davida przechodzi kryzys już od jakiegoś czasu, nawet bez Shane’a. Więc jeśli chodzi o Davida, raczej szczęśliwiej byłoby dla niego, żeby był z Shanem… ale znowu dzieci. No patowa strasznie sytuacja :)

  6. kkohaku pisze:

    Kat bo u mnie się empatia włącza dla Żabci, bo w ogóle to czytanie o rozpadających się małżeństwach jest smutne, a zwłaszcza, że dzieciaki słodkie i żonka też nie jest zła. Normalnie w takiej kwestii to ja wolałabym aby nic się nie zmieniało xD no ale patrząc na to z punktu ukochania tematu homoseksualizm to jestem za tym aby panowie byli razem. Ha! A wina jest tylko Davida od co xD
    jestem za rodziną xD !

  7. Shinu pisze:

    Tak, blond ropuszka nie będzie chciała oddać dzieci, dlatego niech wpadnie „przez przypadek” pod jakiś samochód xD
    Ale tak realniej to się pewnie z tego wszystkiego wywiąże jakiś wielki dramat, w którym David wiadomo, że nie będzie chciał rezygnować z dzieciaków.
    Och, a może Żabcia, po usłyszeniu, że jej mąż woli innego faceta, oszaleje z zazdrości, będzie próbowała ich wszystkich zabić, ale zanim to nastąpi to zgarnie ją pogotowie psychiatryczne ;D

    Ech… pomarzyć zawsze można ;]
    Życzę szczęścia z licencjatem ;P

  8. Shivunia pisze:

    Elis >> „Nie jesteście maszynami i macie też swoje życie. :)” w tej chwili nie chciała bym mieć swojego życia XD A przynajmniej nie tej części związanej z licencjatem która zabiera mi większość wolnego czasu. Na szczęście wystarczy troszkę zarwać noc i już można coś stworzyć ;)
    A co do Żabci…. „Żabcia za nic w świecie nie pozwoli mu widywać się z dziećmi, a tym bardziej zabrać od siebie.” – i tu jest własnie pies pogrzebany….

    Floo >> Szybciej kojarzyć… hmm może kojarzy. A Lu… czy to nie zbyt banalne i proste rozwiązanie?

  9. Elis pisze:

    David szalenie kocha swoje dzieci i dlatego jeszcze jest z Żabcią. Nie mam nic do niej, bo przecież jest kobietą, która pragnie by jej mąż ją kochał i wychowywał razem z nią ich dzieci. Ona przecież, jeszcze nie wie tego co my wiemy. Jednakże jest irytująca, dlatego, ze w ogóle jest żoną Davida. Przecież jemu przeznaczony jest Shane. Często jestem ciekawa co tam wymyśliłyście dla nich wszystkich na przyszłość. Z tymże, jeżeli David będzie z Shanem to Żabcia za nic w świecie nie pozwoli mu widywać się z dziećmi, a tym bardziej zabrać od siebie.

    Shane byłby świetnym ojcem. Byleby tylko nie nauczył dzieci mówić „kurwa”. I jaki z niego obrońca Lucy. Wystarczy, jak tylko jakiś facet spojrzy na jej piersi, a on już patrzy złym wzrokiem. Kochany z niego facet. :))

    Zaufany i nowy? Oczywiście Lu na opiekunkę. Nie ma innej takiej osoby, która by spełniła wymagania Żabci.

    Wasze rozdziały tak szybko umykają, że ledwie sobie siadłam, żeby go przeczytać , a tu już koniec. Ach, chciało by się tak codziennie jakiś rozdzialik, ale wiadomo, że to niemożliwe. Nie będziemy was zamęczać. Nie jesteście maszynami i macie też swoje życie. :)
    Pozdrawiam i weny życzę. :))

  10. Floo pisze:

    Jeeeej Shane wychowujący dzieci….. Ale koniecznie z Davidem. David by pilnował żeby dziecko miało jedzenie i ubranie a Shane by się z nim bawił, i pilnował żeby dzieciak się zmęczył zabawą a potem opowiadał bajki do snu… aww… chciałabym to zobaczyć *_* Myślę że Shane byłby naprawdę fajnym ojcem, na pewno był by takim co by udawał że ogólnie dziecko to dziecko i się David nim zajmuje ale stanąłby na głowie jakby mały czegoś potrzebował bo to jednak taki kochany wielki drań ^^

    A David mógłby szybciej kojarzyć… Ktoś nowy i zaufany do dzieci? Odpowiedź jest prosta Lucy!! Ona by się z dzieciakami dogadała bo sama jest jak takie duże dziecko :D

  11. Katka pisze:

    Shinu, haha, sama prawda! A potem taki klnący dzieciak by demoralizował kolegów z piaskownicy XD Ale rzeczywiście, jedno jest pewne: Shane by się bardzo starał.

  12. Shinu pisze:

    Ja tam uważam, że z Shane’a byłby naprawdę dobry tatuś. On tak się we wszystko wczuwa, że jakby tylko się dowiedział, że będzie miał swoje dziecko do opieki to by się przygotowywał i w ogóle, opowiadał historie z młodości, pokazywał zdjęcia, w kółko byłby obok niego i zapuszczał mu AC/DC xD Chciałabym mieć takiego ojca.
    Jedyny minus byłby chyba taki, że pierwsze słowo jakie by to dziecko wypowiedziało to „kurwa” xDD

  13. Katka pisze:

    Tamiya, rozdział był długości każdego innego :) A niemowlak w formie piłki……. no cóż XD Wolę sobie tego nie wyobrażać jednak, haha. No Shane AŻ tak fatalnym tatusiem by nie był XD

  14. Tamiya pisze:

    Ej… czy tylko mi się wydaje, czy to było BARDZO krótkie? .____. Akurat jak miałam ochotę na Shane’a i Davida!
    Ja tam obstawiam, że Lu będzie opiekunką do dzieci Davida XD To przecież bardzo prawdopodobne! Ona szuka pracy, on opiekunki, idealnie :3
    Wiedziałam, że coś będzie żabci nie pasowało. Teraz jakby jeszcze tylko pogadała z Frankiem i dowiedziała się, że Davida wcale nie było na konferencji. Uhuhuhu, jestem złą konspiratorką, ale czas zakończyć to złe, toksyczne małżeństwo. Niech David bierze dzieciaki i zwala się na zatłoczoną, małą kawalerkę Shane’a XD To dopiero będzie cudowna rodzinka. Gej, leska, bi i dzieciaki <3
    I przez tego omleta zrobiłam się głodna! -.-
    btw. biedna Lu, teraz będzie musiała wysłuchiwać gorzkich żalów Shane'a na temat jego wielkiej miłości i przeszkód w postaci żabci, jakie napotyka XD

    Prześladuje mnie wizja niemowlaka robiącego Shane'owi za piłkę .____.

  15. Shinu pisze:

    Atrakcyjna to ona i może jest, ale jej charakter pozostawia wiele do życzenia >_> Ja już wiem czemu David nazywa ją żabcia, to takie zdrobnienie od ropuchy. ;D

  16. Katka pisze:

    Kohaku, hehe, fajnie, że lubisz rodzinkę Davida. W sumie chyba niewielu darzy żabcię sympatią :)

    Shinu, „Jezu, jakim cudem Davidovi staje kiedy się z nią pieprzy?!” haha XD No kurcze, mimo wszystko jest dla Davida atrakcyjna. I wybacz za robienie smaka XD Pociesz się, że nie tylko Tobie zachciało się takiego omleciku XD

  17. Shinu pisze:

    Ble… żabcia jest ohydna… ble ble ble… w ogóle nie potrafię ich sobie wyobrazić razem… i w ogóle… fuuuuuuuuuj. Już wiem jak się czuje Lu kiedy mowa o ssaniu pały xDDDD Dziwię się, że jeszcze jej nikt nie zgwałcił xD

    A David powinien dzieciaki podrzucić do Lu, ona by się już nimi zajęła i jest zaufana i nowa i to byłoby słodkie xDD

    Kiedy żabcia jebła tekstem, że chce być szczupła i zgrabna dla Davida to rykłam śmiechem xDD Kobieto – zmień płeć, może wtedy by na ciebie spojrzał z większym zainteresowaniem.
    Jezu, jakim cudem Davidovi staje kiedy się z nią pieprzy?!

    Wcześniej miałam ochotę na ciasto, teraz mam ochotę na omlet, a nie mam mięsa w domu!! Aaa!! Naprawdę was kiedyś zabije xDDD

  18. kkohaku pisze:

    dzieciaki są boskie :) no i David to super ojciec. Ciekawe jakby wyglądali razem z Shanem. Kurcze z jednej strony chciałabym aby byli razem a z drugiej rodzinka Davida też jest urocza xD tak…jakoś mi nie przeszkadza jego żona xD

    A Lu mogła by być nową nianią dla dzieciaków :P i Shane miał by swojego szpiega xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s