Outsider – 5 – Starcie

Do kwatery głównej trafił bez trudu. Cała intensywnie pachniała wilkołakami. Dostał swój pokój, a następnego dnia już w towarzystwie wilczycy, którą poznał niegdyś w opuszczonej fabryce, a także dwóch innych wilków, ruszyli na patrol.
Było inaczej niż z Liamem. Nie chodzili luźno po parku, lecz po wyznaczonych trasach, dwójkami, spotykając się co kwadrans w jednym miejscu i wracając z powrotem do obchodu. Wyczuwało się bardzo niezdrową atmosferę. Nie pomagały też coraz częściej pokazujące się po przeciwnej stronie wilkołaki, ataki co któryś dzień i ogólne ciśnienie. Sami członkowie watahy, wśród których teraz żył Conall, wydawali się bardzo zżyci. W kwaterze też było przyjaźnie i miał, jakby nie patrzeć, lepsze warunki mieszkalne. Pokój tylko dla siebie, miękki materac, dużą łazienkę i dostęp do wielkich zapasów mięsa w spiżarni na dole.
Czwartego dnia po przeniesieniu chłopak brał udział w walce i po zagryzieniu trzech z czterech atakujących został przeniesiony na pierwszy front. Alfa najwyraźniej przekonał się do niego, a pozostali członkowie sfory zaufali mu po tym wyczynie. Dla Conalla jednak przybijające biło, że droga do własnego miejsca w tym stadzie wiodła przez krew.
— I jak tam, Conall? Już jakoś się dostosowujesz? — spytała przyjaźnie rudowłosa kobieta, wędrując z nim po parku w samym środku dnia. Było więc widać wiele żywych kolorów, a słońce świeciło jasno i mocno.
— Powiedzmy — mruknął pod nosem. — A ty? Że obcy kręci ci się w pierwszych szeregach? — spytał sarkastycznie.
— A tam obcy! — Wyszczerzyła do niego zębiska i parsknęła śmiechem. Była całkiem ładna, choć główną jej zaletą była specyficzna ostrość na twarzy. Widoczna na niej zadziorność przez mrużące się oczy i maleńkie zmarszczki między brwiami i w kącikach ust. — Stała procedura. Zdarza się zmieniać kompanów, szczególnie na pierwszym froncie. Musimy się zżyć i będziemy niezłą paką. Mam nadzieję.
— Drużyną, chciałaś powiedzieć — poprawił ją. Nie umiał jej jeszcze zaufać.
— Jeden pies. — Wzruszyła ramionami. — Szczególnie że taki niezły jesteś — pochwaliła go. Widziała jego wyczyny podczas ostatniej walki, a „góra” zaczynała pokładać w nim spore nadzieje. Naprawdę wszyscy, mając go w grupie, czuli, że złapali Boga za nogi. Nie mówili jednak o tym z takim entuzjazmem samemu Conallowi, by za dużo o sobie nie myślał, ale każdy bacznie mu się przyglądał.
— Staram się. Liam kazał mi się wykazać — odpowiedział, przeczesując dłonią włosy. Od momentu przeprowadzki jeszcze bardziej zszarzały. Myślał, że to przez zbliżającą się pełnię, choć pamiętał, że była to kwestia związana z nabywaniem kontroli nad wilkołaczą formą. Nie był jednak przekonany, czy aby na pewno w jego przypadku tak samo to działa, bo wcale nie czuł się silniejszy czy sprawniejszy. Mimo to, świadomość, że włosy w ludzkiej formie u sprawniejszych, panujących nad sobą czy starszych wilkołaków miały kolor sierści ich wilczych postaci, była zastanawiająca. Nie dziwiło go więc, że Liam był kremowym, prawie białym wilkiem, ale jego włosy były blond. Nie panował w końcu nad sobą nawet w wilczej formie, więc wilkołacza musiała być dla niego jeszcze większym wyzwaniem.
Arline wyraźnie się skrzywiła, słysząc imię niechcianego członka watahy.
— Taa? No, cóż, nie wyszłoby mu na dobre, gdyby się okazało, że jego podopieczny nie nauczył się naszych zasad.
— Nie przepadacie tu za nim, co? — spytał Conall bez krępacji.
— Niewiele mamy z nim wspólnego — powiedziała pokrętnie Arline, drapiąc butem po ziemi.
— To znaczy?
— Och, Conall… Działa sam, od kilku lat spotykamy się tylko raz w miesiącu na zebraniu. Poza tym nie przeszkadzamy sobie nawzajem.
— Mnie się dobrze z nim pracowało. Dlatego pytam. — Starał się ukryć irytację i zdenerwowanie, które w nim rosło na wspomnienie tego, jak dobrze im razem było i że to już przepadło. Bo ktoś inny tak chciał. Dlaczego nie można tu samemu decydować o swoim życiu?
— Dobrze… Do czasu, młody, do czasu — powiedziała Arline z przekonaniem, ruszając z nim dalej trasą wyznaczoną między drzewami.
— A potem co? Staje się złym wilczkiem? — Zaśmiał się, starając się brzmieć jak najbardziej naiwnie. Chciał poznać obie strony. Mimo wszystko.
Ujrzał w oczach rozmówczyni odrazę, a jej usta nieładnie się wykrzywiły. Po całej jej mowie ciała można było poznać, że nie uważa Liama za jednego ze swoich przyjaciół.
— Taa, gdy już zmienia postać, jest bardzo złym wilkiem.
— To znaczy?
— Nie potrafi się opanować, skurwysyn. Swoich atakuje — warknęła do wspomnień, a Conall skrzywił się teatralnie.
— Uch… To nieciekawie. Nie wiecie czemu?
— Pragnienie krwi? Nie wiem… Jest jak potwór. — Wzdrygnęła się.
— Widziałaś go takiego?
— Mhm… Ze trzy, cztery lata temu.
— I jak to wyglądało? — Chłopak nie odpuszczał. Był coraz bardziej ciekaw.
— Oj, to długa historia. — Arline machnęła ręką. — Widziałam tylko jedną bitwę, kiedy atakował swoich. Wcześniej się tylko słyszało, że ranił inne wilki z naszej watahy. No, ale przegiął ostatecznie. Mówi się, że zabił kilku. Wiesz, naszych. Udowodniono mu tylko jeden mord. Akurat ten, który widziałam.
Conall słuchał i ciężko było mu w to uwierzyć. Liam co prawda był dość brutalny i sadystyczny w swoich teoriach dotyczących zabijania, ale i tak miało się świadomość, że nie robi tego dla przyjemności i naumyślnie nie zabiłby swoich.
Odruchowo opuścił głowę i pokręcił nią.
— I tak ot, rzucił się na swojego? Nie było takich historii podczas treningów?
— Nie no, często atakował swoich, ale nie robił im nic tak poważnego. I ciągle powtarzał, że się nie powtórzy. Dureń. A wtedy… No, to był szał, bitwa była strasznie trudna. Krew dookoła, to się przełamał i… — zawiesiła głos, najwyraźniej nie mogąc dalej mówić przez ciężar wspomnień.
— Współczuję… — mruknął Conall, kładąc jej rękę na ramieniu, a po chwili podnosząc wzrok w niebo. Za dwa dni miała nadejść pełnia. Czuł, jak mu się w bebechach przekręca i miał dziwne wrażenie, że wydarzy się coś bardzo niedobrego.
Spotkali się z drugą parą w ustalonym miejscu. Jak co dzień, siedzieli chwilę w miejscu, wymieniali się spostrzeżeniami i szli dalej. Widać tu było dyscyplinę, która nie istniała w towarzystwie Liama.
— Uch, będzie ciężko, jak za dwa dni zaatakują… — Jeden ze strażników westchnął, rozcierając zmęczony kark i trąc krótko ścięte na jeżyka włosy.
— Czemu za dwa dni? — zapytał Conall, nie rozumiejąc tej pewności w głosie.
— Bo będzie pełnia. To idealny moment na atak.

***

Liam wyjrzał przez okno na czarne niebo, pogasił wszystkie światła w mieszkaniu i wyszedł na patrol. Tym razem nie brał ze sobą noża, miał też luźniejsze ciuchy. Odkąd nie był z Conallem, zamieniał się w wilka każdej nocy. Nie musiał się obawiać, że uszkodzi kogoś ze swojej watahy, skoro patrolował w samotności. To był chyba jedyny plus odejścia Conalla. Reszta wyjątkowo go przybijała. Był samotny.
Na granicy było cicho i spokojnie. Z tej strony miasta nigdy nic się nie działo. Nawet jeśli wszyscy byli w pogotowiu, wiedząc, że za dwa dni nastanie atak w czasie pełni, ochrona południowej granicy i tak była jedynie podstawowa. Mało tu było wolnych przestrzeni, a wilkołaki nigdy nie lubiły walczyć wśród gęstego zabudowania, z narażeniem na pokazanie się ludziom. Wąskie przejścia między kamienicami też nie sprzyjały walce w formie wilkołaczej.
Liam wcisnął ręce w kieszenie, obchodząc obrzeża miasta. Wolał patrole w parku, ale cóż… rozkazy należy spełniać. Starał się być dobrym poddanym samca alfy. I tak miał szczęście, że nie został wygnany po tym, jak ranił i zabijał swoich.
Było jakoś dziwnie cicho. Nienaturalnie cicho…
W pewnym momencie niespodziewanie niemal ze wszystkich stron usłyszał głośne warczenie. Zbliżało się, okrążając go, choć dźwięk mógł być złudny, bo odbijał się od murów kamienic. Zdziwił się, że ich nie wyczuł. Może za bardzo się zamyślił albo to przeklęte zapachy miasta tłumiły wszelką wilczą woń.
Nie tracąc chwili, zrzucił z siebie wierzchnie ubranie i zamienił się w wilka. Poczuł to dzikie dudnienie w sercu i mocny zapach wroga. Wszystko teraz było dużo bardziej wyraźne i ostrzejsze. Tak jak kły kilku wilków wyłaniających się zza załomów budynków.
— „Patrzcie. Jedna biała kruszynka!” — Jeden z wrogich wilków roześmiał się, a reszta odpowiedziała złowrogim chichotem.
— „Faktycznie są tak głupi” — dopowiedział jeszcze inny.
Liam zawarczał i momentalnie odwrócił się na łapach, wbiegając w boczną alejkę wilczym sprintem. Musiał zaciągnąć ich na bardziej sprzyjający teren. Nie mógł pozwolić, żeby zapędzili go do kąta, okrążyli i rozszarpali na strzępy. Nie chciał powtórki z treningu z Conallem, kiedy mała przestrzeń była dla niego zgubna.
Sfora od razu ruszyła za nim, jak za zwierzyną, a biały wilk poczuł adrenalinę. Lubił to uczucie, ale teraz wszystko było zbyt niespodziewane. Cholerne skurwysyny zaatakowały z zaskoczenia. Wszyscy spodziewali się ataku w czasie pełni. Jakże głupi byli!
Słysząc za sobą miękkie kroki wilków na brukowanych uliczkach, wbiegł w wąską alejkę, a potem znalazł się na bardziej otwartym terenie. Większy plac, za nim znak na rozdrożu i puste pole. Dostrzegł niską szopę w oddali i pobiegł w jej kierunku, mając świadomość, że za nim wciąż podąża pościg.
Nagle jeden z wrogich wilków skoczył na niego, starając się obalić go w pędzie jak dzikiego zwierza. Liam tylko odwrócił się i ugryzł go w pysk brutalnie, rozszarpując mu skórę obok nosa. Nawet się nie patrząc, czy go to zatrzymało, pobiegł dalej. Czuł jednak, że nie jest dobrze.
Po dotarciu do szopy spostrzegł, że jest zamknięta. Warknął cicho i odepchnął się z tylnych łap, chcąc szybko okrążyć drewnianą konstrukcję. Chciał znaleźć inne wejście, ale wilki były już zbyt blisko. Ich ślepia błyszczały na tym ciemnym tle niczym gwiazdy na niebie.
Zaparł się na tylnych łapach, szczerząc do wroga kły i jeżąc sierść na karku. Wilki momentalnie go okrążyły, nie dając mu czasu na znalezienie drogi ucieczki.
— „Reszta straży już zdechła. Teraz ty, a potem wasza główna siedziba!” — wywarczał jeden z wilków, który wyglądał na przywódcę i gdy tylko skończył mówić, jeden z jego towarzyszy rzucił się na Liama.
Biały wilk zdążył tylko pomyśleć — Jak to, kurwa, cała straż zdechła?! Zaraz potem musiał się bronić. Groźne powarkiwania, wzbudzające dreszcze na plecach, rozniosły się po okolicy. Dał się przewrócić wilkowi, lecz w korzystnym dla siebie układzie. Rozszarpał mu szyję mocnym zaciśnięciem zębów. Kiedy tylko poczuł krew w pysku, oczy zabłysnęły mu czymś bardzo, bardzo niepokojącym i już się nie hamując, przewrócił wroga na łopatki, niemalże wyrywając mu kawał mięsa z boku mordy. Skowyt bólu jedynie pobudził go do brutalniejszej walki.
Nie dane mu było długo cieszyć się zwycięstwem, bo kolejne dwa wrogie wilki rzuciły się na niego. Zaskomlił, czując ugryzienia, a równocześnie zew krwi przesłonił mu oczy mgłą. Warknął groźnie, rzucając się i gryząc, gdzie popadło, jak wściekła bestia nie tyle walcząca o przetrwanie, co pragnąca destrukcji i krwi. Wrogów było wielu, ale nie zamierzał się poddawać. Nie myślał ludzko. Instynkty całkowicie zdominowały jego działania i jedynie istotne było, aby zatopić kły w ciele wroga.
Naraz z tego całego warczenia, wycia i pisków przebił się do jego uszu głośny skowyt, a potem dźwięk łamanego kręgosłupa o drewnianą ścianę szopy.
— Liaaam! Kurwa. Wstawaj! — usłyszał nad sobą.
Warknął, czując obok kolejnego wilka i mimo ran, odbił się jakoś z tylnych łap, powalając go na plecy. Wgryzł się w jego szyję i czekał na kolejny atak. Ten jednak nie nadszedł. Cała wroga wataha stała w równym kółku, szczerząc groźnie zęby. Podniósł łeb, czując, że to nie na niego patrzą.
Obok stał wielki, ponad dwumetrowy potwór znany ludziom jako wilkołak. Jedną masywną łapę miał całą umazaną we krwi nieszczęśnika, którego posłał jednym ciosem na szopę. Jego zęby były obnażone we wściekłym uśmiechu, a ich wielkość dawała wrażenie uzębienia jakiegoś wymarłego drapieżnika pokaźnych rozmiarów.
Brązowe oczy Liama zabłysnęły i cofnął się w przestrachu, niemalże pod szereg wrogiej watahy. Był teraz zbyt ogarnięty szałem walki, by myśleć trzeźwo. Widział przed sobą po prostu kolejnego wroga. Z tym, że kilka razy większego niż pozostałe wilki.
— Liaaam! — warknął nieznajomy, jednym susem go przeskakując, aż znalazł się między jasnym wilkiem a wrogą watahą.
Tamci cofnęli się od razu, by zachować odpowiedni dystans. Czekali na obrót sytuacji. Nie przewidzieli, że ktoś ze starszych będzie na południowej granicy.
Biały wilk zamrugał i cofnął się na łapach do tyłu, warcząc ostrzegawczo. W tym samym czasie ze strony wrogiej watahy odezwał się głos przywódcy.
— „Spokojnie! To tylko wilkołak, do kurwy nędzy! Okrążyć go!”
I rzeczywiście wilki zaczynały powoli, bardzo ostrożnie obchodzić go dookoła. Okazało się jednak, że okrążenie było jedyną banalną częścią ataku. Pierwszy wilk, który rzucił się na szarego wilkołaka, został uderzony w pysk tak mocno, że z jego szczęki nie zostało prawie nic. Kark pękł momentalnie. Kolejny odważny dał radę nawet doskoczyć do ciała wroga, ale szybko został z niego zszarpnięty ostrymi pazurami, które zatopiły mu się głęboko w ciele.
Tymczasem Liam patrzył na scenę jak zahipnotyzowany, dopóki obok niego nie wylądowało ciało kolejnego zabitego wilka. Wreszcie sam rzucił się pomiędzy walczącą z wilkołakiem grupę i dorwał się do karku jednego z nich. W głowie miał tylko „Zabijaj!”, choć w pewnym momencie błysnęły mu bursztynowe oczy wilkołaka, które aż na chwilę zatrzymały go w tym całym szale.
Teraz walka była dla Liama dużo łatwiejsza. Mimo że nadal wrogie wilki miały przewagę liczebną, interesowały się głównie wilkołakiem, który co jakiś czas strącał ze swoich pleców kolejnych wrogów. Ci desperacko atakowali, mimo że ich towarzysze co jakiś czas odlatywali na metrów albo zostawali rozszarpani.
Kiedy z wrogiego oddziału została tylko czwórka, w tym dwójka miała rozszarpany bok, dowódca dał sygnał do odwrotu, a wilki pędem pobiegły w kierunku zabudowań. Liam dyszał ciężko, patrząc za nimi. Jego biały pysk był cały ubrudzony krwią, podobnie jak łapy czy miejsca ugryzień.
Zerknął wrogo na wilkołaka, odstępując łapa za łapą pod ścianę szopy z groźnie wyszczerzonymi kłami i niskim, ostrzegawczym pomrukiem.
Sierść wilkołaka była posklejana krwią i trudno było odróżnić, która należała do niego, a która do jego wrogów. Spojrzał spokojnym wyrazem pyska na Liama, a ten warknął na niego groźnie, nie ruszając się z miejsca i nie zmieniając swojej bojowej postawy.
— Liam… To ja, uspokój się. — Wilkołak westchnął, kucając na masywnych łapach.
Biały wilk zawarczał na niego i dopiero potem spojrzał w jego ślepia bystrzej.
— „Conall”… — wydusił, dysząc ciężko i cofając się przed nim jeszcze bardziej.
— Tak… Chodź do mnie. — Conall wyciągnął do niego łapę, która po chwili zamieniła się w ludzką rękę. Dopiero teraz było widać, że nie wyszedł bez szwanku z tej walki.
Zaskoczony Liam wpatrzył się w niego, jakby dopiero teraz zrozumiał, że stoi przed nim jego dawny podopieczny. Zawył krótko i zmienił postać. Siedział nago, opierając się plecami o ścianę szopy i dyszał ciężko. Jego twarz była nieprzyjemnie zabrudzona krwią, oczy szeroko otwarte, a do spoconego czoła przyklejały się brudne od krwi włosy.
Conall westchnął ciężko i z niejakim trudem, trzymając się za krwawiący kark, podszedł do mężczyzny. Kucnął przed nim i dotknął jego twarzy.
— Boże, myślałem, że nie zdążę.
Liam wciąż był w szoku. Wyciągnął rękę i z wahaniem dotknął jego rany.
— Co ty tu w ogóle robisz?
— Nie wiem. Coś mi mówiło, że jesteś w niebezpieczeństwie. Byłbym wcześniej… ale nie chcieli mnie puścić. — Chłopak zaśmiał się gorzko, pochylając się w jego stronę i zlizując krew z policzka.
— Idioto! — warknął Liam, chwytając jego szczękę w dłoń i patrząc prosto w oczy. — Nie powinni cię puścić! Miałeś bronić swojej granicy, mogło ci się coś… — ugryzł się w język, zły na siebie. Wciąż czuł, jak mu serce wali.
— Przypuścili atak tylko na tę granicę — wyjaśnił cierpliwie Conall, przybliżając się do Liama jeszcze bardziej i nie zważając na swoje obrażenie, dalej go wylizywał.
— Z drugiej też trzeba było pilnować — mężczyzna nie ustępował, chociaż nie protestował przed tym zbliżeniem. Sam spojrzał na niego uważniej. — Conall… co z twoim karkiem? Pokaż.
— Szzz, zostaw. — Odsunął się delikatnie i zaczął ponownie zmieniać postać. W końcu obok Liama klęczał znowu ten wielki wilkołak o spojrzeniu ciepłym jak bursztyn. — Nie możemy tu zostać — mówiąc to, przełożył delikatnie łapę za plecy mężczyzny, który mimowolnie zadrżał. Wilkołak był… wielki.
— Panujesz na tym? — spytał, starając się nadać swemu głosowi spokojny ton.
— Powiedzmy. Dlatego wolę za długo tu nie zostawać. — Conall podniósł go bez trudu, przytrzymując przy mniej poranionej stronie karku. — Trzymaj się. Musimy zabrać twoje rzeczy i sprawdzić, czy ktoś przeżył na granicy.
Liam zmarszczył brwi, kiedy znalazł się w tej pozycji. Niespecjalnie mu się podobało, że będzie niesiony. Wiedział jednak, że jako człowiek by za nim nie nadążył, a w wilka nie mógł się zamienić. Był jednak w szoku, że Conall potrafił dokonać przemiany bez pełni księżyca. Jedynie stare wilkołaki to potrafiły.
— Twoja rana — naciskał, znów sięgając do jego karku. — Trzeba coś z nią zrobić.
— Martw się o swoje — warknął niespodziewanie Conall i nie czekając na odpowiedź, ruszył.
Biegł szybko, mimo że na dwóch tylnych łapach. Tylko co jakiś czas podpierał się albo podciągał przednią łapą, gdy wdrapywał się na budynki, do których dotarli po przebiegnięciu pustego terenu. Mimo wielkiej postawy, nie sprawiało mu problemu poruszanie się po schodach pożarowych. Liam był pewien, że jako człowiek nie nadążyłby za nim. Przylgnął do niego mocniej, wyciągając głowę i liżąc go po szyi w miejscu, w którym czuł krew. Trzeba mu opatrzyć ranę, przewijało mu się w głowie, kiedy tak biegli.
W końcu zatrzymali się na skraju dachu sześciopiętrowego budynku, a Liam poczuł, jak wilkołak ściska go trochę mocniej, a później skacze. Uderzyli o ziemię zaskakująco miękko tuż przed rzeczami mężczyzny. Ten stanął wreszcie na własnych nogach, jednak nie puścił szyi Conalla i ściągnął go w dół do siebie. Zbadał jego ranę delikatnie.
— Conall, trzeba to opatrzyć — powiedział twardo, patrząc mu stanowczo w oczy.
Wilkołak przez chwilę odpowiadał groźnym spojrzeniem, ale w końcu oparł się ze zrezygnowaniem o ziemię przednimi łapami.
— Ubierz się najpierw i zajmij się swoimi.
— A widzisz jakieś? — Liam uniósł brew sceptycznie, chociaż miał kilka ugryzień na ciele. Nie były jednak tak poważne, jak krwawiący kark jego byłego podopiecznego.
Sięgnął po swoje rzeczy i zaczął je zakładać na spocone, zakrwawione ciało. Conall Conallem, ale wolał nie wdawać się w polemikę z wilkołakiem. Nie był pewien, czy chłopak całkowicie nad tym panuje.
Kiedy się ubrał, Conall pozwolił mu się do siebie zbliżyć. Położył swoje wielkie ciało w jakimś bocznym zaułku, nie przestając węszyć. Wolał uważać nie tylko na wrogie wilki, ale też na ludzi, którzy mimo późnej pory mogli wyjrzeć z okna.
Liam podszedł do niego w samych spodniach, niosąc w rękach koszulę, którą chwycił w zęby i zaczął drzeć na pasy. Wreszcie przyłożył materiał do rany i zaczął ją opatrywać ze skupieniem na twarzy. Szary wilkołak nie był pewny, czy dobrze robi, pozwalając się tak opatrywać, kiedy były inne, ważniejsze rzeczy do zrobienia, a Liam jak zwykle nie spieszył się. Chciał to zrobić porządnie.
Gdy skończył, odsunął się, a Conall od razu wstał na tylne łapy. Po chwili zastanowienia znowu osunął się na cztery.
— Wejdź mi na plecy. Będzie szybciej.
Mężczyzna wahał się chwilę, ale to rzeczywiście było najlepsze rozwiązanie. Podszedł i wdrapał się na to wielkie cielsko, starając się usadzić jak najmniej niewygodnie dla Conalla.
— Ktoś jeszcze z tobą przyszedł?
— Dałem im sygnał, gdy tylko zobaczyłem, że mam rację. Módl się, żeby nie uznali mnie za zdrajcę — wymruczał Conall i powoli ruszył ciemną uliczką.
— Nie uznają, jestem przecież świadkiem — stwierdził Liam, pochylając się bardziej nad nim i chwytając się jego sierści. Była sztywna i szarawa, choć martwiło go, że tak brudna od krwi.
— Kiedy zignorowałem rozkaz i pobiegłem do ciebie? — Conall zaśmiał się gorzko. — Złap się bardzo mocno — rozkazał, idąc prosto w stronę wiszących wysoko schodów ewakuacyjnych.
— Cholera, musisz akurat tędy? — syknął Liam, zły za jego pierwsze słowa. — I co to za cyrki z ignorowaniem rozkazów? Nie miałeś u siebie twardej dyscypliny? Nie wolno ci się stawiać!
— Miałem. — Conall odbił się od ziemi miękko. Złapał się metalowych barierek, które niebezpiecznie skrzypnęły, ale na szczęście nie oderwały się od czerwonego muru. Wdrapał się na dach. — Ale nie opartą na sztucznych rozkazach. Żyjesz?
Liam oddychał głęboko, wczepiony w niego mocno, bo poważnie myślał, że spadnie.
— Jakich sztucznych? Masz swoje miejsce do pilnowania, to tam masz siedzieć — odparł, ignorując pytanie. Był zdenerwowany jego podejściem.
— Tak, a z drugiej strony wróg wygryzie mi znowu połowę stada — warknął Conall, zaczynając biec i nawet nie zwalniał przed skokiem na następny budynek.
— Nie zachowuj się jak bohater! — Liam zirytował się jeszcze bardziej. Jeżeli naprawdę ten wyskok nie spodoba się „górze”, to nie wróżyło Conallowi dobrej przyszłości. Głupi szczeniak!
— Nie zachowuję — mruknął nisko wilkołak, zatrzymując się na skraju budynku i patrząc w dół. Obok ciała jakiegoś wilka stały dwa inne, ale przez dużą wysokość i panujące wokół ciemności trudno było nawet określić kolor ich sierści. — Nasi? — spytał Liama, a ten zawęszył, wyciągając szyję.
— Tak, straż z mojej granicy.
— To idziemy dalej — rzucił Conall sucho i ruszył wzdłuż granicy.
— Conall, kurwa! — Wściekł się mężczyzna. — To nie twoja działka! Odstaw mnie i wracasz na swoją granicę, zanim się porządnie nie wkurzą! — Nie poznawał go. Co to za zachowanie?
Szary wilkołak zupełnie zignorował jego słowa i biegł dalej z budynku na budynek, a Liam zapatrzył się na niego ze złością w oczach. Czuł się bezsilny, co tylko wzmacniała obecna aparycja Conalla.
— Mówię coś do ciebie, szczeniaku!
Już myślał, że Conall znowu go nie słuchał, ale ten zatrzymał się raptownie.
— Mam cię, skurwielu — wywarczał, patrząc gdzieś w dół między drzewa i stając na tylnych łapach. Byli na samym skraju miasta, tuż przy zielonych terenach przed gęstym lasem. Okolica wydawała się bardziej mroczna i opustoszała, jeśli nie liczyć wilków. — Liam, zejdź.
— Nie! Kurwa, nigdzie nie idziesz. Zostaw to, to nie twoja walka, głupcze.
— Moja! — warknął wilkołak, niemal brutalnie zrzucając mężczyznę ze swoich pleców. Spojrzał na niego przepełnionymi złością i… żalem oczami. — To on wykończył mojego ojca! On dowodził!
Liam oparł się rękami o ziemię i wpatrzył się w niego czujnie.
— Tamto plemię też tam jest? — Wychylił się i zaczął węszyć, byli jednak za daleko, a ludzka forma nie dawała mu wiele możliwości. — Jest ich więcej, nie idziesz sam. Czekamy na posiłki.
— Już idą. Spokojnie, nic mi nie będzie — Conall odpowiedział nieprzyjemnie spokojnie, podchodząc do skraju budynku. Czekał na odpowiedni moment.
Liam już nie wiedział, jak do niego przemawiać. Nie chciał go puszczać, a sam nie miał możliwości mu pomóc. W wilka nie mógł się zamienić, nie miał też ze sobą nawet noża.
— Conall no… nie idź — jęknął wybitnie nieszczęśliwie jak na siebie.
Wilkołak spojrzał na niego ostatni raz. Wiedział, że nie może czekać. Posiłki szły, a raczej pogoń za nim. Kiedy nie chcieli go puścić, trochę narozrabiał, a nie tylko sprzeciwił się rozkazom. Nie miał co liczyć na wsparcie.
Spojrzał w stronę drzew i skoczył, a Liam tylko westchnął z bólem. Wreszcie zwlókł się na nogi i wszedł przez klapę w dachu budynku, by zbiec schodami w dół. Musiał znaleźć posiłki. Conall nie mógł walczyć sam.
Wystarczyło, że wyszedł z budynku, a usłyszał dzikie ujadanie stada, warczenie i wszelkie inne odgłosy walki. Postanowił udać się w stronę tych odgłosów, ale równocześnie węszył, starając się odróżnić zapach wrogów od kompanów. Wolałby w tej postaci spotkać tylko tych drugich.
Nagle pośród licznych skowytów, które mąciły spokój nocy, usłyszał znajome zawołanie. Nadstawił uszu. To Arline krzyczała, jak to nie odpuści. Cała ona. Postanowił poczekać, aż pojawi się w polu widzenia. Wilczyca była przecież z nowej grupy Conalla.
Kucnął w zaułku za załomem kilku wąskich kamieniczek z otwartymi kontenerami za plecami i wąskim widokiem na brukowaną uliczkę. Czekał. W końcu zaczął słyszeć rytmiczne uderzenia łap o beton. Zaniuchał i rzeczywiście ją poczuł.
Wychylił się lekko zza muru.
— Hej! — zawołał do biegnącej grupy. Odetchnął z ulgą. Tylko swoi, żadnych wrogów.
Grupa wilków zatrzymała się kilka metrów dalej. Arline, która nią dowodziła, od razu doskoczyła do niego. Miała postać rudej wilczycy o długiej sierści i czarnych końcówkach uszu.
— „Co tu się dzieje?! Czemu nie jesteś na swojej pozycji? Melduj!”
— Spokojnie — powiedział, samemu starając się uspokoić nerwy. — Plemię Krem tu jest, razem z tymi skurwysynami zza granicy. Przypuścili niespodziewany atak, ale pewnie już doszliście do tej konkluzji.
— „Czyli to prawda, co ten szaleniec mówił. Jaka jest sytuacja?” — dopytywała z ledwo wyczuwalną trwogą w głosie. Spodziewali się ataku, ale nie na tę granicę. Miała złe przypuszczenia.
— Nie wiem, zaatakowała mnie jakaś grupa, która twierdziła, że „cała reszta straży zdechła”. — Wykrzywił usta. — Ale jak szukacie wroga, to chodźcie ze mną, Conall kogoś wyczuł. — Starał się mówić spokojnie, ale najchętniej chwyciłby wilki za karki i pociągnął za sobą.
Wilczyca, która z każdym krokiem w stronę południowej granicy coraz wyraźniej czuła zapach krwi i ogólny chaos, przez który nie umiała zlokalizować największego skupiska wrogich oddziałów, kiwnęła pyskiem.
— „Prowadź! Szybko”.
Liam więc ruszył biegiem w stronę, z której przybył. Wiedział, że jeszcze trochę, a wyczuje wilkołaczy zapach Conalla. Jako człowiek miał świetną kondycję, biegł szybkim sprintem, ale i tak denerwowało go, że spowalniał wilki, które, jakby znały cel, byłyby tam szybciej.
Na szczęście nie było daleko, ale to, co ujrzeli, wybiegając z załomu budynku, natychmiast wszystkich zatrzymało. Na środku zielonej przestrzeni przy granicy lasu naprzeciwko siebie stały dwa wielkie wilkołaki, które szczerzyły do siebie zębiska. Żaden z nich nie wyglądał zbyt dobrze. Wokół stało może z siedem innych wilków, które wyciem i warczeniem, podjudzały walczących. Ogólne ciemności sprawiały, że cała scena wyglądała jeszcze bardziej upiornie, szczególnie kiedy z perspektywy przybyłych widać było tak właściwie jedynie kontury dwóch, owłosionych, masywnych sylwetek na tle wysokich drzew.
Liam zastygł, w jednym z wilkołaków rozpoznając Conalla. Co za dureń! Nie wierzył, że ten głupi szczeniak mógł się sam rzucić na przywódcę wrogiej watahy. Oszołomiony stał u boku Arline i całej tej wilczej grupy, wpatrując się w walkę.
— Może byście już mu, kurwa, pomogli?! — warknął na wilczycę.
— „Nie możemy, to ich walka” — wymamrotała, ale po chwili zawyła na swoją grupę, która ustawiła się w półkolu po stronie Conalla.
Wrogie wilki stanęły po stronie swojego przywódcy, jeszcze głośniej go dopingując. Było ich mniej. Jeśli ten by przegrał, czekałaby ich nieuchronna klęska.
Liam był wściekły przez całą tę sytuację. Nieświadom zaciskających się pięści i czując nieprzyjemną adrenalinę, stał z boku całej zgrai, obserwując Conalla i starego wilkołaka.
Jego dawny podopieczny miał bezwładnie zwieszone jedno ramię i nawet przez futro było widać, że jego rana na karku została dodatkowo pogłębiona, uniemożliwiając mu walkę tą łapą. Jego bury przeciwnik miał za to cały zakrwawiony pysk, a na brzuchu dało się dojrzeć kilka pionowych szram broczących krwią.
Naraz Conall rzucił się ponownie na wroga, lecz został mocno strzelony w zdruzgotane ramię. Po okolicy rozległ się przeciągły skowyt bólu. Stary wilkołak nie zamierzał litować się nad wrogiem i nie czekając, aż ten odetchnie, rzucił się w przód. Chwycił go wielkim łapskiem za szyję i ścisnął ją mocno. Jego pazury niebezpiecznie napierały na twardą skórę. Conall jednak nie zamierzał dać się zadusić. Zgiął się w pół i uderzył z całej siły tylnymi nogami w brzuch oponenta, a ten odleciał kilka metrów dalej i nim zdążył się podnieść, wył już z bólu od wbitych w jedną nogę kłów, a w drugą pazurów. Nim się wyrwał, młody wilkołak pociągnął go do siebie, rozszarpując rany jeszcze bardziej.
Znów rozbrzmiał nieprzyjemny skowyt starego wilkołaka, który szarpał się, starając się skopać z siebie atakującego. Zwinął swoją potężną łapę w pięść i uderzył Conalla w pysk tak mocno, jak tylko potrafił w swojej sytuacji. Szary wilk zachwiał się od uderzenia, w końcu upadając z głośnym grzmotem na wydeptaną trawę. Miał boleśnie rozwalone wargi i nos. Z trudem uniósł się na jednej łapie, ale bardzo szybko ponownie został przyduszony do ziemi przez przeciwnika.
Wilki z wrogiej watahy zawyły donośnie, dopingując swojego wodza, który usiadł na Conallu całym swoim cielskiem, starając się go unieruchomić. Wbił pazury w rany na ramieniu młodszego, a ten zawył, zagryzając zęby. Gdyby nie był tak nakręcony adrenaliną, pewnie zemdlałby z bólu. Czuł, jak promieniuje na całe ciało, każdy mięsień i każdy centymetr skóry.
Bezskutecznie szarpnął się pod wrogiem. Jedynym plusem tej sytuacji było to, że leżał na brzuchu i przeciwnik nie mógł wgryźć mu się w szyję.
Stary wilkołak przytrzymywał go z trudem przy ziemi, ale czuł, że ma go pod kontrolą, więc zamierzył się zębiskami na jego drugie ramię i ugryzł. W tym momencie niespodziewanie coś jasnego śmignęło z boku, przebiegając pomiędzy stojącymi w okręgu wilkami. Po chwili przywódca wrogiej watahy poczuł ciężar na swoich masywnych plecach, kiedy biały wilk wskoczył na niego i zaczął wściekle wgryzać się w jego twardą skórę.
Wilkołak odchylił potężną łapę do tyłu i zrzucił przeszkadzającego wilka z siebie tak mocno, że ten uderzając w ziemię, odbił się od niej z krótkim skowytem. Conall, któremu przed zakrwawionym pyskiem upadł Liam, poczuł, jak na nowo coś się w nim gotuje.
Zawarczał wściekle, patrząc twardo w półprzytomnego, kremowego wilka i opierając się na swoich poranionych rękach, podniósł się z ziemi razem z wrogiem. Nim ten zdążył zauważyć, przerył mu pazurami pysk rozwaloną łapą. Wróg zawył, a zaraz potem warknął wściekle, oddając cios, lecz chybił, bo krew zaczynała zalewać mu oczy.
W tym samym czasie Liam słabo zaczynał zbierać się z ziemi, lecz dwa wilki z watahy doskoczyły do niego, przyszpilając z powrotem w dół. Arline warknęła mu w twarz:
— „Zmieniaj się! Już!”
Liam zaskomlał i po chwili leżąc już pod wilkami w ludzkiej nagiej postaci, patrzył na walkę z bijącym jak oszalałe sercem.
— „Co to, kurwa, miało być?” — zawarczała wilczyca, spychając go w ostatniej chwili na bok, bo w miejsce, gdzie leżał, właśnie uskoczył starszy wilkołak.
Starcie na powrót nabrało potwornej agresji, a pole walki niemal całe było naznaczone krwią, która sączyła się z walczących. Jej metaliczny zapach drażnił nozdrza obecnych na polanie wilków i jeszcze bardziej wzbudzał w nich agresję i chęć włączenia się.
Liam zupełnie zignorował wilczycę. Trzymał się za bok, który pulsował bólem po uderzeniu o ziemię. Nie mógł odlepić wzroku od wilkołaków. Obaj byli na wykończeniu, a ich ciosy coraz mniej celne. Niestety tak samo jak obrona. Każdy szczęśliwie docierający celu cios rozrywał ciało przeciwnika. Obaj wyglądali tak, że nawet po skończeniu walki, wygranego trzeba będzie znosić, bo padnie obok pokonanego.
Wreszcie stary wilkołak zdołał chwycić młodszego za łapę, ale obaj zachwiali się i padli z hukiem na ziemię. Starszy nieszczęśliwie wylądował na dole, ale nie zamierzał się poddawać i przyciągnąwszy Conalla jeszcze bliżej, wgryzł mu się słabo w ramię, niebezpiecznie blisko szyi. Szary wilkołak obnażył zęby mocno, aż było widać dziąsła i na ślepo wgryzł się w ciało przeciwnika. Łapami rył to o ziemię, to o jego ciało. To, gdzie się wgryzł, zauważył, dopiero kiedy ciało pod nim znieruchomiało. Nie słyszał ani rzężenia duszonego wroga, ani też wściekłego warczenia wrogich wilków, które rzuciły się na jego plecy, kiedy tylko ich dowódca zdechł.
Widząc zakończenie walki, Arline zawyła na rozkaz i cała sfora rzuciła się na wroga. Siedzący na ziemi Liam widział tylko przebiegające obok niego wilki. Skowyt, warczenie i dźwięk upadających ciał roznosił się dookoła, a mężczyzna uniósł się ciężko na nogi i mimo że był jedynym człowiekiem wśród walczących, posuwał się konsekwentnie w stronę Conalla. Ten nadal leżał na ciele przeciwnika, nie mając siły się ruszyć. Dyszał ciężko i coraz bardziej zdawał sobie sprawę z tego, że mogło to być bardzo pyrrusowe zwycięstwo.
Liam wreszcie dotarł do celu, przypadając do wilkołaka. Chwycił go delikatnie za pysk i spojrzał w półprzymknięte z wysiłku, bursztynowe ślepia.
— Conall…
Szary wilkołak z trudem podniósł na niego wzrok i lekko wystawił język, nie mając siły nic więcej zrobić. Jedną stronę pyska miał mocno poszarpaną i krwawiącą. Reszta ciała była w jeszcze gorszym stanie. Mężczyzna, widząc z bliska te rany i czując mocny zapach krwi, pochylił się tylko do niego i polizał po pysku czule, głaszcząc go jedną ręką tam, gdzie nie czuł ran.
— Spokojnie, psiaku, wytrzymaj. Zaraz cię wezmą i już nie będzie boleć — szeptał.
— Nie… mogą — wydusił Conall ledwo słyszalnie, próbując się zwlec z trupa.
— Nie ruszaj się. — Liam powstrzymał go, samemu starając się nie zwracać na siebie uwagi walczących wokoło wilków. — Czemu nie mogą? Nie mów nic i czekaj, głupcze.
— Bo… rozkaz… — wymamrotał, a ślepia powoli zaczęły mu się zamykać. Tracił przytomność.
— Szzz, nie ruszaj się. Jestem tu, nic ci nie będzie. — Liam pochylił się do niego i głaskał go uspokajająco. Pilnował przy tym czujnie, czy żaden wrogi wilk nie miał zamiaru na nich skoczyć. Widział jednak, że zwycięstwo swoich było coraz bliżej.
W końcu ostatni przeciwnik wycofał się z podkulonym ogonem. Było ich za mało, nie mieli szans. Arline wydała rozkaz do kilku swoich, żeby sprawdzili okolicę, po czym podeszła do Liama w swej wilczej, rudej postaci.
— „Żyje?” — spytała, widząc, że wilkołak ma zamknięte oczy.
Liam skinął głową, nie wypuszczając bezwładnego pyska Conalla z rąk.
— Jest tylko nieprzytomny. Musicie go zabrać do głównej.
— „Wytrzyma?” — dopytywała. Tak naprawdę, gdyby nie obecność Liama, potraktowałaby Conalla jako dopuszczalne straty.
— Jak się będziecie lenić, to na pewno nie! — warknął na nią, szczerząc swoje ludzkie zęby, jakby zapomniał, że nie jest teraz w wilczej postaci. — Zwołuj innych, Arline, niech go biorą.
— „I takie wielkie bydle mamy nieść przez pół miasta?” — odpyskowała. Przez to całe zamieszanie traciła opanowanie.
Liam odsunął delikatnie pysk Conalla i podszedł do niej blisko, patrząc jej w oczy.
— Wyj i ściągaj tu inne wilki. Razem go poniesiemy — wycedził chłodnym głosem.
Ta warknęła na niego, po czym zawyła, zwołując towarzyszy. Kiedy ponownie odwrócili się do dwóch leżących na placach wilkołaków, tych już tam nie było. Zamiast nich były dwa zakrwawione wilki.
Liam odstąpił od Arline i podszedł szybko do szarego wilka, by kucnąć przy nim. Przyjrzał się z bólem jego ranom i po chwili delikatnie wziął go na ręce. Wstając, poczuł nieprzyjemny, przeszywający i kłujący ból w boku, ale zignorował go i odwrócił się do wilczycy. Czekał, aż przybiegną wilki, żeby ich eskortować do kwatery.
Wilczyca podeszła do niego i popatrzyła na ciało wroga leżące u stóp Liama.
— „Trzeba go przenieść na ich terytorium. Poczekaj tu na Kalim, jeśli chcesz”. — Westchnęła, wiedząc, że do świtu zostało mało godzin i będzie potrzebowała sporej części ekipy, żeby posprzątać ten bałagan.
— Hej, nie mam czasu czekać! — rzucił niecierpliwie, przewiercając ją wzrokiem. Naprawdę starał się teraz nie poddawać emocjom. Przynajmniej do czasu, aż Conall nie będzie bezpieczny. Ale czuł, że zaraz nie wytrzyma. — Eskortuj mnie, cholera!
Wilczyca podniosła łeb znad ciała.
— Ten szaleniec zatłukł przywódcę dominującego w tym regionie. Reszta jego stada liże rany. Przed kim mam ci niby dawać eskortę? — warknęła, po czym skinęła na młodego wilka, który z boku przypatrywał się całej rozmowie, żeby poszedł, gdzie tam sobie Liam wymyśli. Sama w tym czasie chwyciła za skórę na karku ciężkie zwłoki i zaczęła je ciągnąć w stronę granicy.
— Suka — syknął Liam pod nosem i ruszył boso w stronę kwatery głównej, czując za plecami stąpającego towarzysza. Starał się dojść do celu jak najszybciej, mimo kłującego bólu i ciężaru w postaci niemałego przecież wilka. Podążanie z tym ciężarem sprawiało mu jednak problem, jak i to, że ciężko łapał oddech. Musiał mieć coś nie tak z żebrami. Nie liczyła się teraz nagość, chłód i ból. Musiał zadbać o tego głupiego szczeniaka.
Na szczęście w połowie drogi wybiegło im na spotkanie kilkoro nastolatków w towarzystwie starego wilka, który zwykle kręcił się wokół kogoś z góry i rzadko wychodził z kwatery. Wszyscy byli odziani w czyste, ale luźne ubrania pozwalające na szybką przemianę. Musieli wybiec z kwatery, zaalarmowani przez strażników.
— Żyje? — spytał młodziutki chłopak, a towarzysząca mu dziewczyna i jeszcze jeden młodzieniec rozłożyli gruby, wełniany koc kilka metrów dalej na skraju brukowanej uliczki. — Połóż go na nim.
Liam odetchnął z ulgą. Wreszcie ktoś, kto chce pomóc. Podszedł do koca i delikatnie położył Conalla. Usiadł na krawężniku kawałek dalej, tuż pod szyldem szewca. Cały czas był nagi i ubrudzony błotem i krwią. Dopiero teraz zaczynało mu być chłodno.
— Najpierw kark — powiedział słabo, wskazując na szarego wilka. — Na karku jest mocno poraniony.
— Spokojnie, zajmiemy się nim. — Nastolatek uspokoił go delikatnym głosem, dając swoim towarzyszom zająć się poszkodowanym. W tym czasie sam z wypchanego plecaka wyjął parę dresowych spodni, podkoszulkę oraz klapki. Podał je mężczyźnie. — Ubierz się, bo zwracasz na siebie za dużo uwagi.
Ten nie protestował i przyjął rzeczy. Zakładał je na siebie wyjątkowo powoli, patrząc, jak grupa zaczyna krzątać się przy szarym wilku. Chciał tam podejść i go dotknąć, ale wiedział, że nie może przeszkadzać. Zamiast tego ukrył twarz w dłoniach, drżąc na całym ciele. Nie dane mu było jednak do końca odsapnąć, bo stary wilk, który przyszedł wraz z podrostkami, stanął obok niego i patrząc czujnie ciemnymi ślepiami, spytał rzeczowo:
— „Jak wygląda sytuacja? Są duże straty wśród naszych?”
Liam myślał akurat tylko o jednym wilku i kiedy spojrzał na pytającego, trudno mu było skupić myśli na reszcie watahy, ale wreszcie odpowiedział:
— Spore… Prawdopodobnie większa część południowej straży poległa i pojedyncze jednostki z tej, która przybyła. Ale wróg pokonany. Ich dowódca też.
— „Opiszesz sytuację dokładniej górze. Ruszaj!” — rzucił twardo siwy wilk w tym samym momencie, kiedy nastolatki podniosły Conalla na kocu i szybkim marszem podążyły w stronę głównej siedziby.
— Tak jest — odparł Liam, unosząc się ciężko.
Poszedł w ślad za grupą, trzymając się za obolały bok i nie spuszczając wzroku z nieprzytomnego Conalla. Czuł się, jakby był czymś upojony, a wszystko coraz bardziej przypominało mu sen, koszmar właściwie.
Młodzieniec, który dał mu rzeczy, zauważył, że nie wygląda najlepiej. Zatrzymał się i zaczekał na niego.
— Hej, dajesz radę? — spytał, wskazując na jego bok. Był bardzo młody. Musiał być szczeniakiem, kiedy Liam został odsunięty na bok w grupie. Jego policzki były wciąż gładkie, a głos delikatny, a nie męski i niski.
— Skup się na nim. — Liam wskazał Conalla, zbywając chłopaka. Jego rany były niczym przy całym zakrwawionym i zmasakrowanym wilku. — Ja się wyliżę.
— Jest w dobrych rękach, a ja nie jestem tam na razie potrzebny. — Młodzieniec uśmiechnął się lekko, starając się jakoś uspokoić tego nieznanego mu wilkołaka. — Na pewno nie mogę ci jakoś pomóc?
Liam na chwilę odwrócił wzrok od Conalla, by spojrzeć na nastolatka. No proszę, nieuświadomiony młodziak, najwyraźniej nie wie, z kim rozmawia, przeszło mu przez myśl. Rzeczywiście, ci młodsi członkowie watahy mogli w ogóle go nie kojarzyć, bo przecież już minęło kilka lat, od kiedy przestał pokazywać się w kwaterze i w ogóle wśród wilków.
— Możesz mi posłużyć ramieniem — powiedział wreszcie, bo rzeczywiście czuł, że zaraz zostanie w tyle.
— Jasne.
Młodzian delikatnie, żeby nie urazić boku mężczyzny, objął go w talii, a Liam mógł wygodnie oprzeć rękę o jego ramiona. I zaraz potem wyłączył się znowu, myślami błądząc wokół niesionego, szarego wilka. Czuł się źle. Jeżeli tylko przeze mnie ten głupi szczeniak tu przyleciał…
Opierał się na ramieniu młodego wilkołaka, systematycznie posuwając się za grupą i czując, że są blisko kwatery. Coraz więcej znajomych zapachów unosiło się wokoło.
Po kilku minutach weszli do niepozornie wyglądającej z zewnątrz kamienicy. Stary wilk wskazał łbem dwójce niosącej Conalla kierunek, a Liamowi i podtrzymującemu go chłopakowi przeciwny. Korytarze były bardzo długie, w większości drzwi widniały małe szybki, a na podłogach położone były dywany. Wilczy zapach był wyczuwalny bardziej niż w jakimkolwiek innym miejscu w mieście.
Liam spojrzał za odwracającą się do nich plecami grupą i oddalającym się Conallem.
— Nie mogę z nimi iść? — spytał starego wilka, nie ruszając się z miejsca.
— „Nie. Musisz porozmawiać z parą alfa i starszymi” — odparł krótko, wdrapując się po schodach na piętro.
— Chcę tylko wiedzieć, czy z nim będzie w porządku — mruknął Liam, nieświadomie wypowiadając swoje myśli, ale tak cicho, że tylko podtrzymujący go młodzieniec mógł to usłyszeć. Ruszył jednak posłusznie w wyznaczonym kierunku.
Kiedy stary wilk już porządnie wyprzedził ich na schodach, nastolatek uśmiechnął się konspiracyjnie do Liama.
— Będzie dobrze. Moja siostra się na tym zna.
— Spoko, młody. Poślę jej kwiaty, jak się uda. — Liam westchnął ciężko, czując, jak z każdym pokonywanym schodkiem kłujący ból w boku daje o sobie znać. Musiał mieć pęknięte co najmniej jedno żebro. Ciężko mu się nabierało powietrze do płuc.
Dotarli na najwyższe piętro, które całe zarezerwowane było dla pary alfa. Chociaż mówiło się też o tym, że na poddaszu tej sporej kamienicy mieli jeszcze swój romantyczny kącik. W końcu był z niego dobry widok na miasto, szczególnie nastrojowy w czasie pełni.
Stary wilk, który ich prowadził, siedział przed dwuskrzydłowymi drzwiami ze srogą miną.
— „Czekają na meldunek” — oznajmił, a nastolatek, który podtrzymywał Liama, puścił go i odsunął się.
— To co? Już mam wejść? — spytał mężczyzna, czując się średnio reprezentatywnie w dresie i klapkach, a myśl, że tak będzie odpowiadał przed górą, nieco go ubodła. Starał się jednak odstawić te myśli na bok. To chyba było najmniej ważne w tym momencie.
— „Tak” — warknął stary wilk, wyraźnie zniecierpliwiony.
Liam skinął głową, podszedł do drzwi powoli i nacisnął mosiężną klamkę, po czym wszedł do środka. Nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Wiedział tylko, że ogólne podenerwowanie tym niespodziewanym atakiem musiało też sięgnąć rządzących.
Po wejściu do pokoju ujrzał naprzeciw drzwi długą, czerwoną kanapę, a na niej piękną kobietę, na której kolanach leżał duży wilczur o czarnej sierści. Po bokach pokoju siedziało albo w ludzkiej, albo w wilczej postaci jeszcze troje wilkołaków. Pomieszczenie wyglądało jak salonik, ubogacony w zdobione kinkiety, tapetę ze złotymi wzorkami oraz skóry leżące na jasnym, sosnowym parkiecie.
— Gdzie aktualnie znajduje się oddział Arline? — Kobieta od razu przeszła do sedna. Była bardzo wysoka i smukła, obecnie odziana w zieloną suknię. Włosy upięte miała wysoko, przyozdobione drobnymi wsuwkami w kształcie liści.
Liam postarał się stanąć w miarę prosto, by przynajmniej postawą zrekompensować swój aktualny wygląd, ale ból w żebrach mu to znacznie utrudniał.
— Sprzątają po walce z przywódcą na obrzeżach na wschód od mojej pozycji w terenie — odpowiedział rzeczowo.
— „Podobno zostałeś zaatakowany dużą grupą. To prawda?” — Samiec wydawał się sympatyczniejszy od kobiety. Jego głos był przyjazny, a spojrzenie choć twarde, dawało ciepłe wrażenie.
Liam skinął głową, zwracając na niego wzrok. Wilk był cały czarny. Gdyby nie powaga sytuacji, Liam skupiłby większą uwagę na podziwianiu jego lśniącej sierści. Lubił czarne wilki, widział w nich specyficzną elegancję.
— Zgadza się. Zostałem zaatakowany, zapędziłem ich na bardziej otwarty teren, gdzie pojawił się chwilę później Conall, nowy wilkołak — starał się odtworzyć w głowie przebieg sytuacji, by zdać raport porządnie.
— „Ten, miałeś u siebie jakiś czas, tak?” — dopytywał się samiec alfa, a kobieta głaskała go po karku leniwymi ruchami. — „I jakim cudem ten jeden młody wilczek uratował twój biały, futrzasty tyłek?”
Liam odchrząknął i odpowiedział spokojnie. Czarny wilk słuchał go uważnie, aż mężczyzna skończył zdawać raport… pomijając swoją chwilową zmianę w wilka podczas walki Conalla. Nie chciał narobić sobie kłopotów i miał nadzieję, że Arline nie będzie wredną suką i nie nakabluje na niego.
Wreszcie spuścił wzrok, czekając na odesłanie.
— „I teraz się nim zajmują, rozumiem…” — Samiec alfa westchnął, kiedy dowiedział się wszystkiego, co uważał za stosowne.
— Nie uważasz, że to trochę dla nas niekorzystne, że on tu jest, kochanie? — spytała kobieta, pochylając się nad wilkiem i owiewając powietrzem jego ucho, a ono w odpowiedzi zabawnie podrygnęło.
Alfa uniósł na nią swoje przenikliwe ślepia.
— „Mamy za i przeciw, jakby nie spojrzeć” — odparł luźno. — „Krem najwyraźniej polowało na niego, co wiemy dzięki naszym północnym strażnikom. Może właśnie dlatego tak niesprzyjająco dla nas zeszli się z naszymi sąsiadami”.
— Pokonał przywódcę, jeśli mogę się wtrącić — rzucił Liam, nie podnosząc na nich wzroku. Miał przy nich bardzo poddańczą postawę. Znał zasady i hierarchię panującą w stadzie, nawet jeśli nie uczestniczył w jego życiu specjalnie żywo.
— I pewnie będą się chcieli mścić — odparła od razu kobieta.
— „Nie dramatyzuj, moja piękna. Mamy mniejsze straty, a młody jest jeszcze niedoświadczony, to następnym razem może nie trzeba będzie go znosić”. — Zaśmiał się czarny wilk, a kobieta przewróciła oczami.
Liam milczał i tylko miał nadzieję, że samica alfa zamknęła się na dobre i nie będzie już wracać do tematu Conalla. Nie śmiał powiedzieć tego głośno, ale nie przepadał za nią.
— Dobra, bylebyś i tym razem miał rację — mruknęła. — A ty możesz już iść. I tak ledwo stoisz — zawróciła się do Liama.
— „Sem niech cię odprowadzi do skrzydła szpitalnego i nich cię obejrzą. Na razie jednak nie możesz się z nikim kontaktować” — dorzucił samiec, a Liam uniósł na niego pytające spojrzenie.
— Dlaczego? Nie mogę też zobaczyć, co z rannymi kompanami? — zadał dosyć osobliwe pytanie z uwagi na fakt, że swoje patrole spędzał samotnie i z innymi wilkami miał niewiele wspólnego. Nie chciał jednak odnosić się wprost do Conalla.
— „Na razie musisz wypocząć i nie przejmować się niczym. A wieści o twoich kompanach, jak chcesz, mogą ci być przekazywane” — dodał czarny wilk już mniej przyjaźnie. Widocznie wraz z traceniem cierpliwości, tracił też miłe usposobienie.
— Tak jest. — Liam spokorniał, nie mając zamiaru się z nim sprzeczać. I tak powinien być im wdzięczny, że nie wygnali go kilka lat temu za to, co zrobił.
Spuściwszy wzrok, odwrócił się i poszedł do wyjścia. Był zmęczony.
Na zewnątrz stary wilk spojrzał na niego wyczekująco, tak samo jak młody chłopak.
— No, to do skrzydła — powiedział Liam zmęczonym, słabym głosem i nawet na nich nie czekając, powłócząc nogami, ruszył w odpowiednim kierunku. Wiedział, że sam by się wylizał, bez żadnych głupich medyków, ale świadomość, że tak łatwiej się dowie, co z Conallem, pomogła mu w wypełnieniu rozkazu.
— Mhm. — Nastolatek podszedł do niego, a Sem ruszył bez słowa w dół.
Po chwili Liam siedział już na białym stoliku, a młoda dziewczyna bandażowała mu klatkę piersiową. Okazało się, że ma połamane żebra, co nie było specjalnie pocieszające.
Patrzył z irytacją na dziewczynę, która zaczęła się zajmować nawet tymi mniejszymi ugryzieniami, dezynfekując najmniejsze rozcięcia i zatarcia. Był zniecierpliwiony, więc zwrócił się do stojącego w rogu pomieszczenia młodziaka i skinął na niego.
— Młody, spytaj siostrę, co z tym szarym wilkiem.
— Jasne, spoko! — Chłopak zgodził się żywo i wyszedł.
Liam odetchnął, czekając na wieści. Już nawet nie przejmował się dziewczyną i kiedy prosiła, żeby podniósł rękę, czy odwrócił się na drugi bok, robił, co chciała. Patrzył tylko cały czas wyczekująco na drzwi. W końcu nastolatek wrócił i uśmiechnął się do niego.
— Byłem u niej. No i… nie jest aż tak źle.
Liam wyciągnął rękę i chwycił go za koszulę, przyciągając do siebie bliżej.
— Dokładniej — zażądał.
— Hej, hej, spoko. — Młodzieniec podniósł ręce w obronnym geście. — No, jest nadal nieprzytomny, ale już go pozszywali i wygląda na to, że się z tego wyliże.
— Tak? Na pewno? — naciskał. Miał twardy wyraz twarzy, ale jakieś bardzo miękkie spojrzenie.
— Mhm. Jak przeżyje do jutra, to będzie wszystko w porządku. Twardy z niego zawodnik.
Liam jeszcze raz przewiercił go wzrokiem, jakby młodzik miał jakiekolwiek powody, żeby go okłamywać, ale wreszcie puścił jego koszulę i westchnął z ulgą.
— Dzięki, młody — rzucił już spokojniej. Ciśnienie i wszystkie siły nagle z niego uleciały.
— No, tak… Jasne, spoko.
Wreszcie dziewczyna na spokojnie mogła skończyć go opatrywać. Kiedy to zrobiła, wskazała mu łóżko, a Liam, chociaż robiło się za oknem już jasno, chętnie się na nie położył i zamknął oczy. Zmęczenie zaczynało się do niego dobijać z każdą sekundą coraz bardziej.

5 thoughts on “Outsider – 5 – Starcie

  1. saki2709 pisze:

    Muszę przyznać, walka trzymała w napięciu. Aż się zaczęłam bać o wilczki.
    To takie urocze, jak zimny Liam, ten, którego mało co obchodzą inni, tak bardzo przejął się losem Conalla i się o niego martwi. No i to lizanie sobie nawzajem ran.<3
    Tak w ogóle to kiedy on zdążył opanować, przynajmniej w pewnym stopniu przemianę w wilkołaka? Tego samego dnia, w którym odbyła się walka? Jeśli tak, to podziwiam młodego, zwłaszcza że wygrał z tym przywódcą Kremu. To zdecydowanie nie była łatwa walka. No ale chyba dużą rolę miała tu zemsta, która dodawała mu sił.
    Ta Arline jest trochę wkurzająca… ale bardziej mnie wkurzyła mnie chyba pani alfa… Chociaż nie, jednakowo mnie wkurzają. Alfa wydaje się być całkiem spoko.
    A ich seks w poprzednim rozdziale był gorący XD Ale potem, jak się już zdążyli zżyć i w ogóle, to ich rozdzielili. Aż mi się smutno zrobiło. :(

    "Czuł, jak mu się w bebechach aż przekręcę i wiedział, że coś niedobrego się zdarzy."- "przekręca".
    "Tak jak kły kilku wilków wyłaniających się zza załamów budynków."- "załomów".
    "— „Co to, kurwa, miało być?” – zawarczała wilczyca, spychając go w ostatniej chwili na bok, bo w tym miejsce, gdzie leżał, właśnie uskoczył starszy wilk."- "miejscu".
    "Walka na powrót nabrała potwornej agresji, a pole walki niemal cale było naznaczone krwią, która sączyła się z walczących."- "całe".
    "Wilczy zapach był wyczuwalny bardziej niż w jakikolwiek innym miejscu w mieście."- "jakimkolwiek".
    "— I pewnie będą się chcieli mścić – odparł od razu kobieta."- "odparła".

    Trochę dziwnie tak komentować ponad trzy i pół roku po dodaniu notki, ale cóż… To silniejsze ode mnie XD Jak znam życie, to na końcu zapomniałabym, co chcę napisać, więc wolę to zrobić, zanim to się stanie :)

  2. fanta pisze:

    wiedziałam, że tak będzie. Zastanawiałam się tylko, jak Conall wyjdzie z walki. boję się o niego i boję się, co będzie dalej z Liamem. Z nimi. Czy coś im przeszkodzi, czy już nic… Chciałabym, żeby pojawił się nowy rozdział.

  3. Ania Kon pisze:

    Rozdział jak zawsze świetny ;-) Conall jest zabójczo intrygujący. Jest dziki, waleczny i nie szanuje rozkazów. Tak samo Liam. Pasują do siebie ;-)
    Już nie mogę się doczekać dalszego ciągu!

  4. Yuriko-chan pisze:

    Ostatnio mkniecie jak burza ;P Szybko dodajecie rozdzialiki i az miło sie je czyta :DD Strasznie emocjonujący rozdzial. Smutno mi, ze chlopaki są osobno ;(( Conall szpanuje swoimi umiejetnosci, obawiam sie zeby nie przegiął i nie zrobił sobie krzywdy. Liam jest słodki w tej swojej trosce, az mi serce podskoczylo jak zmienil sie w wilka i skoczył na szefa watahy hihihi ;P ekstra, on jest taki tajemniczy i nieprzewidywalny jako wilk. Fajnie sie uspokoił jak Conall powiedzial, ze to on :D ciekawe czy to mialo jakies znaczenie ;>>> ;D czekam z niecierpliowscią na kolejne rozdziały. Wiedzcie, ze jestem tu stałym gościem ;D

    buź

  5. Roselani pisze:

    Łał, ten rozdział był naprawdę emocjonujący. Tak dużo się działo, że nie wiem od czego zacząć. No więc chronologicznie… O mało serce mi nie wyskoczyło z piersi, jak Liama otoczyła ta grupa wilków. Pojawienie się wtedy Conalla było straszną ulgą. Choć trochę się przestraszyłam, jak na początku Liam traktował go, jak wroga. Bałam się, że jeszcze zaatakuje. Na szczęście te bursztynowe oczęta wszystko uratowały.
    Później była ta walka i tu muszę Wam pogratulować za trzymanie w niepewności, bo naprawdę nie wiedziałam kto ją wygra. Zazwyczaj zakładam, że na pewno wygra główny bohater, ale tak to jakoś opisywałyście, że straciłam tę pewność. Na szczęście wygrał. Niestety jest cały poharatany i w dość kiepskim stanie. Mam nadzieję, że wszystkie rany da się wyleczyć i nie pozostawią śladów…
    Urocze było to, jak Liam się martwił o Conalla. Aż się szczerzyłam, jak to czytałam. To były krótkie chwile przerwy od zaciskania szczęk i marszczeniu brwi w napięciu.
    Jest jeszcze Arline. Boże, jak ona mnie wkurzyła. Chciała zostawić biednego Conalla na pewną śmierć. W dodatku tego, który przed chwilą pokonał wroga. W ogóle tego nie pojmuje. Strasznie trudno jest mi czytać o panujących tam normach. Okrutni wszyscy są. No prawie wszyscy.
    W każdym razie wyjątkowo mocno nie mogę się doczekać następnego rozdziału.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s