Outsider – 1 – Szczeniak

Jednopokojowe mieszkanie. Nieduża kuchnia, trochę większa łazienka, wąski przedpokój. Wszystko w prostym stylu, bez zbędnych ozdób i nieszczególnie pełne smaku. Średniej klasy mieszkanie w zwyczajnej okolicy. Ale coś je wyróżniało i nie był to śpiący na szerokim, prostym łóżku mężczyzna, a wielkie psisko na dywaniku. Niewiele osób miało w tej okolicy psy. Zaś jeszcze mniej miało je w tak małym mieszkaniu. A ten pies był duży i… przypominał wilka. Bo tak właściwie był młodym, szarym wilkiem, który właśnie otworzył leniwie jedno oko i spojrzał w górę, nadstawiając uszu.
W pokoju było cicho, a on czuł, że jego gospodarz nadal spał. Rozchylił pysk, ziewając i przeciągając się. Oblizał się, powyciągał tylne łapy i podszedł do łóżka, by wpatrzyć się twarz śpiącego. Przyglądał się mu chwilę, przekręcając głowę z prawa na lewo. Był już wyrośnięty, ale wciąż miał w sobie coś ze szczeniaka. Liam, właściciel mieszkania, nie lubił wcześnie wstawać, lecz podświadomie, nawet przez sen, zarejestrował poruszenie. Uchylił jedną powiekę, spod której leniwie zerkało brązowe oko. Stojący przed łóżkiem wilk ponownie przechylił łeb w pytającej minie, a Liam westchnął z rezygnacją.
— No i co mnie budzisz tak wcześnie? — wychrypiał bez zadowolenia.
Z oporem uniósł się do pozycji siedzącej. Przeczesał palcami włosy, ziewnął, a kołdra zsunęła się z jego dobrze zbudowanej klatki piersiowej. Nie była zupełnie gładka, choć włosy były jasne, jak te na głowie, zatem niezbyt widoczne.
Wilk przyglądał mu się oczami, w których widać było wiele zrozumienia. Położył po sobie uszy i zrobił smutne oczy. Jego bursztynowe, niemal żółte tęczówki kontrastowały z ciemnoszarą sierścią.
Mężczyzna popatrzył na niego cynicznym wzrokiem, po czym wstał, przepasał się prześcieradłem i poklepał go po głowie, zmierzając do kuchni. Nie było co zwlekać, skoro już został obudzony.
— Chodź na śniadanie — zawołał na wilka. I zaraz dodał ciszej do siebie: — Że też mi szczeniaka karmić kazali…
Kiedy przekraczał próg sypialni, usłyszał za sobą ciche warknięcie, któremu towarzyszył dobrze mu znany dźwięk obijających się o podłogę pazurów zamieniających się na plaskający dźwięk gołych stóp.
— Taki dorosły się, kurcze, znalazł. Nie moja wina, że na ciebie padło. — Usłyszał za plecami prychnięcie, razem z krokami, które za nim podążały. Krokami człowieka. Conalla, młodego mężczyzny, niedawno jeszcze nastolatka. Podrzutka, który wbrew jego woli wpakował mu się w życie i mieszkanie.
— Moja też nie. Wierz mi, że gdybym miał na to wpływ, to dostałbyś jakąś wolną budę w okolicy. Ale wpieprzyli cię na moje terytorium — mruknął z niezadowoleniem. Zerknął krótko na Conalla i zaczął wyciągać z lodówki bekon oraz jajka. Zdrowe i pożywne śniadanie było podstawą na udany dzień. Nawet jeśli wstało się wcześniej, niż się zamierzało.
Chłopak, który chwilę temu był jeszcze całkiem pokaźnym wilkiem, patrzył chwilę na mężczyznę, analizując, jak powinien odpowiedzieć. Następnie bez słowa, nago usiadł przy stole w kuchni. Był całkiem szczupłym młodzieńcem o żywym spojrzeniu i ciemnej karnacji.
— Przynajmniej w jakiejś kwestii się zgadzamy. Tylko że wasza starszyzna woli, żebyś mnie pilnował — burknął pod nosem, kokosząc się na małym stołku. Podciągnął jedną nogę pod brodę i objął ją ramionami.
— Trzeba sprawdzić, czy jesteś wrogiem, czy przyjacielem — powiedział Liam, przekładając na patelnię produkty i mieszając je wyjątkowo beznamiętnie ze znudzonym wyrazem twarzy. Nie chciało mu się, a i po prostu taki był. Nie zwracał uwagi na niechcianego gościa. Liczył jedynie, że ten nie narobi mu problemów w okolicy. Jego sąsiedzi nie wierzyli w takie rzeczy jak wilki zmieniające się w ludzi i ludzie zmieniający się w wilki.
Kuchnia była niewielka, choć nie brakowało w niej niezbędnych sprzętów. Przez to były trochę poupychane, ale niczego nie zagracały. Na wąskim parapecie stało kilka doniczek z kwiatkami, teraz zasłoniętymi przez kremowe, długie zasłony. Podłoga z beżowych kafelek była zwyczajnie chłodna, choć kolorystyka całego pomieszczenia dawała ciepłe wrażenie.
— Tak, tak. Wpadnę któregoś dnia i zagryzę całą watahę. Genialny plan. Jasne, że wykonalny — mruknął Conall, kładąc brodę na podkulonym kolanie. Wkurzała go własna sytuacja. Wcale nie chciał się w niej znaleźć. A że nie umiał trzymać języka za zębami, to dzielił się swoim bólem z tym niezainteresowanym nim mężczyzną.
— A myślisz, że mało jest zbuntowanych sfor z okolicznych miast? Przezorność to cnota, mój mały psiaku. Możesz być przecież ich agentem. Musimy uważać.
Conall zawarczał pod nosem. Mimo że wyglądał jak zwykły, ludzki młodzieniec, nadal wydawał z siebie nieludzkie, zwierzęce odgłosy.
— Może bez tego „mały psiaku”? Kurcze, nie jestem szczeniakiem.
Liam, zanim na niego spojrzał, wyciągnął dwa talerze z półki i położył je na stole. Wrócił po patelnię i zaczął nakładać śniadanie. Pachniało apetycznie, nawet jeśli nie wyglądało jak danie z najlepszej knajpy.
— Ale taki słodki — zamruczał ze sztucznym uśmiechem. — I upierdliwy — dodał do siebie z frustracją na obecną sytuację. Nie podobało mu się, że naruszono jego teren, a on nie mógł wygonić intruza. Czym innym jednak było trzymanie się poleceń, a czym innym własne uszczypliwości.
Chłopak pokręcił głową ze zrezygnowaniem. Skupił się na śniadaniu i na tym, jak grało mu w brzuchu od tego zapachu. Z rzuceniem się na posiłek poczekał jednak na pana domu, aż ten usiądzie do stołu.
— Nie widzę, co we mnie jest takiego słodkiego niby? I tego… Dzięki za śniadanie — wydusił z trudem na koniec. Mimo wszystko czuł się niezręcznie, kiedy był tak na swój sposób obsługiwany i od kogoś całkiem zależny, jak teraz od Liama. Znał go tylko kilka dni. A do tego poznali się z przymusu.
Gospodarz sięgnął po sztućce i przesunął je przed chłopaka na stół. Sam zaczął jeść z apetytem, nabijając na raz wielką porcję i wpakowując ją sobie do ust.
— Twoje bursztynowe oczęta — przeżuł i odpowiedział prosto na wcześniejsze pytanie. — Złagodziły dzisiaj moją złość, kiedy zobaczyłem, jak się lenisz na mój dywan. — Uśmiechnął się krzywo.
Conall z kawałkiem boczku w ustach nie musiał od razu odpowiadać. Zrobił to specjalnie, bo ta rozmowa i sam Liam wydawali mu się coraz bardziej dziwni. Od samego początku, kiedy trafił do tego małego mieszkania, nie potrafił zrozumieć jego osoby. Z jednej strony oschły, wiecznie zmulony, a z drugiej czasami gdy coś powiedział, to zbijało to z tropu.
— Czyli… że co? Moje słodkie minki na ciebie działają? Ma mi to schlebiać, czy niepokoić? — spytał, przełknąwszy.
Liam zastanowił się nad tym poważniej. Wyglądało, jakby chciał podejrzliwie zwęzić oczy, ale jego luźna mina nie zmieniła się wiele. Jedynie oczy przybrały więcej ostrości. I przestał jeść. To było największą wskazówką, że spoważniał.
— Jeżeli robisz to bezwiednie, to jest okej, bo wychodzi z ciebie uroczy szczeniaczek. A jak z premedytacją, to przestań, bo zacznie mnie wkurzać taka manipulacja — odparł nad wyrost podejrzliwie.
— Od razu manipulacja! — Gość, widząc tę minę i sposób, w jaki Liam do tego podszedł, zaśmiał się. — To po prostu… inny sposób dyplomacji — dodał, ciekaw, jak potoczy się ta rozmowa. Musiał go pojąć, bo na tę chwilę była to dziwna mieszanina sprzecznych sygnałów.
— Czyli robisz to specjalnie? — Liam uniósł sceptycznie brew, wracając do jedzenia. Jego śniadanie znikało w zastraszającym tempie. — A skąd niby wiedziałeś, że tak mnie podejdziesz?
— Nie robię. — Chłopak zgasł i strapił się momentalnie, odruchowo spuszczając głowę. Trudno było mu rozmawiać z Liamem na tym etapie znajomości. Jego czarne, lekko falujące włosy przesłoniły mu czoło, kiedy dodał pod nosem z kapitulacją: — I nie wiedziałem noo… Nie bądź taki podejrzliwy.
— Z naturą nie wygrasz, taki już jestem. I może dlatego „góra” skazała mnie na ciebie? — Liam westchnął, kiedy przeanalizował swoją odpowiedź.
Odłożył sztućce i, jakby nigdy nic, zaczął wylizywać talerz, zerkając kątem oka na swojego podopiecznego. Ten, widząc to, tylko chwilę się zawahał. Odstawił talerz na podłogę i dopiero gdy zmienił postać w wilczą, zaczął wylizywać talerz. Kiedy skończył, oblizał pysk, spojrzał na Liama, a ten oparł łokieć na stole, brodę na dłoni, palcami drugiej ręki stukając w blat.
— No i co to za dzikie zachowanie? Tę ślinę i sierść będziesz sam sprzątał. Nie po to chodzę w ludzkiej postaci, żeby musieć sprzątać po innym futrzaku.
Conall od razu zrozumiał, że znów źle zrobił, więc położył po sobie uszy i skulił się jak skarcony pies. Przez to Liam popatrzył na niego niemalże rozczulonym wzrokiem. Zsunął się ze swojego miejsca, kucnął tuż przed nim i złapawszy go za mordę, podrapał lekko.
— Głupi szczeniak. — Uśmiechnął się kątem swoich jasnych, wąskich ust.
Wilk od razu wyrwał mu z ręki pysk i spojrzał na niego z pretensją, marszcząc nos. Co to miało być za traktowanie? Nie czuł się jak jego piesek, nawet jeśli na ogół grali grzeczne pieski, żeby ludzie w mieście za bardzo nie zwracali na nich uwagi. Ale nie czuł się „jego” grzecznym pieskiem.
Liam parsknął śmiechem, wstając. Minął go i udał się do sypialni, żeby się ubrać. Wkurzało go towarzystwo. Był samotnikiem, ale przynajmniej miał nadzieję, że nie będzie tak znudzony życiem, jak mu się zdarzało, kiedy wykonywał swoje zadania z dnia na dzień. Wszystko do czasu aż nie zwariuje przez tego psiaka.
Idąc na bosaka, bez problemu usłyszał, że niechciany gość ruszył jego śladem. Wszedł do pokoju, a mężczyzna przeszukujący szafę miał go za plecami i nie widział go bezpośrednio.
Liam, postanowiwszy całkiem go ignorować, zrzucił z siebie na podłogę prześcieradło, odkrywając przed Conallem swój tyłek. Zaczął wciągać na niego czarne slipy. Zaraz też sięgnął do wieszaka i zdjął z niego jasną, luźną koszulę. Nic wyszukanego, zresztą, jak większość jego rzeczy. Nie przykładał dużej wagi do tego, żeby wyglądać lepiej niż ktoś inny. Ani do tego, że nadal był obserwowany przez chłopaka w wilczej postaci. Ten za to miał na pysku wypisaną konsternację. Nie ruszył się ze swojego miejsca, ale nawet na zwierzęcym pysku było widać pytanie o to, po co właściwie tu przyszedł. I co ważniejsze, czemu nadal się gapił. Na ubierającego się przed nim opiekuna, który po założeniu koszuli i pochyleniu się po spodnie, uchwycił spojrzeniem Conalla.
— A ty co? — spytał, unosząc brwi, które po części skryły się pod zaczesaną na bok grzywką blond włosów.
Wilk obejrzał się w prawo, w lewo, jakby sprawdzając, czy to do niego, po czym uśmiechnął się bezczelnie na tyle, na ile pozwalała mu wilcza fizjonomia. Nos się zmarszczył, zęby obnażyły, a całość wyglądała tak komicznie, jak tylko mógł wyglądać najgorszy, wymuszony uśmiech dziecka, które wiedziało, że nabroiło, ale liczyło, że rozbawi i załagodzi irytację opiekuna. U wilka była to bardzo nieudana imitacja warczenia.
Liam tylko westchnął i podszedł do swojego niechcianego gościa. Chwycił go za skórę na karku niczym psiaka, którym wciąż go nazywał, po czym odsunął go na bok. Sięgnął po spodnie leżące za wilkiem na krześle i zaczął je zakładać.
Conall, jako że i tak został przestawiony, sam postanowił wstać i bardziej się odsunąć. Okrążył zapinającego spodnie mężczyznę i ułożył się na dywaniku, na którym spał już drugi dzień. Nie zdążył się jednak nawet ułożyć, bo zaraz zobaczył przed pyskiem złożonym na łapach stopy gospodarza. Ten najwyraźniej nie popierał jego wyboru miejsca.
— No i co się lenisz? Wychodzimy na miasto. Pokażę ci nasze terytorium.
Wilk spojrzał na niego z dołu, po czym na siebie, niemo pytając, czy ma iść tak, czy powinien zmienić wygląd.
— Możesz robić za mojego szczeniaka — odparł Liam i sięgnął do szuflady najbliższej szafki. Od razu wyciągnął z niej obrożę i smycz, uśmiechając się wymownie. — Wybór należy do ciebie.
Conall zmrużył oczy i położył po sobie uszy z nieusatysfakcjonowaną miną. Liam nic na to nie odpowiedział, tylko pochylił się i podrapał go za uszami, wpatrując się w te bursztynowe oczy. W dziwny sposób mu się podobały. I lubił czuć delikatne futro za uszami na opuszkach swoich palców. Było w tym coś uzależniającego.
— To jak? Będziesz grzecznym pieskiem, czy idziemy jak ludzie?
Wilk od razu potrząsnął głową, przy okazji strzepując rękę. Stanął na tylnych łapach i zmienił postać w ludzką. Proces zawsze był bardzo szybki. Kiedyś słyszał, że ich przodkom zajmował więcej czasu i był bardzo bolesny. Teraz był jednak tak prosty, jak stanięcie na rękach. Z początku, dla szczeniąt było to kłopotliwe, a później wchodziło w nawyk.
— Bez przegięć z tym macaniem, co? — fuknął, czując się rozbity. Z jednej strony odtrącany, z drugiej non stop dotykanym. Był zagubiony, lecz czuł, że wszystkim wyjątkowo trudno było to zrozumieć. A także to, że odkąd stracił dom, wolał poruszać się w wilczej postaci. Nie czuł się wtedy ani tak nagi, ani na czyjejś łasce jak teraz, kiedy musiał prosić Liama o ciuchy. Proszenie o cokolwiek zawsze było obnażaniem swoich miękkich części. A byle komu nie chciał pokazywać brzucha.
Mężczyzna tym razem postanowił zignorować to impulsywne zachowanie i tylko westchnął cierpiętniczo. Odsunął się od niego i zapraszającym gestem otworzył przed nim szafę. Była pełna głównie jasnych, prostych ubrań. Zapewne też o rozmiar za dużych na niechcianego gościa, ale nie obchodziło go to. I tak uważał, że nieźle się dla niego naginał.
— Bierz, co chcesz, mały.
Chłopak zmrużył oczy, upewniając się, czy to nie podstęp i dopiero podszedł do szafy. Wybrał najciemniejsze rzeczy, jakie znalazł, choć wybór był bardzo ograniczony. Szybko się ubrał i przeczesał palcami swoje czarne włosy. Wyglądał młodziej w zbyt luźnych ubraniach i czerni niż jego opiekun, nawet jeśli aż tak wielkiej różnicy w ich wieku nie było. Jako wilkołaki nie starzeli się jak ludzie, dlatego różnica czterech lat i te dwadzieścia na karku Conalla czyniła z nich młodych mężczyzn i bardzo, bardzo młode wilki.
— A tego… Buty dostanę? — zapytał, kiedy już był prawie gotowy do wyjścia.
— Masz mniejsze łapy ode mnie, ale może coś się znajdzie — mruknął Liam znudzonym głosem. Zaczął wywalać z kufra adidasy i trampki, w większości bardzo znoszone i nadgryzione zębem czasu. Musiał używać ich w dość… ekstremalnych warunkach i w ekstremalny sposób.
Po chwili poszukiwań podał gościowi jedną ze starszych, ale też ciemniejszych par, a ten przymierzył ją z nieciekawą miną i nadzieją, że nie będzie chodził boso. Zawsze lepsze były kiepskie buty niż brak butów, szczególnie kiedy żyło się w mieście, w którym ludzi wyjątkowo szokował fakt chodzenia boso.
— No… W miarę… — Westchnął z rezygnacją, zaczynając się zastanawiać, czy wilcza postać nie byłaby wygodniejsza. Chociaż dla innych to pewnie byłaby sprawa mocno sporna.
— Cieszę się, że jesteś zadowolony — powiedział Liam tak teatralnym tonem, że nawet głupiec nie uwierzyłby w szczerość tych słów. — W drogę.
Zarzucił na ramiona jasną marynarkę, przejrzał się w lustrze i poprawił włosy, znacznie prostsze niż pofalowane kosmyki młodszego wilkołaka. Wyszedł z mieszkania i zaczekał na Conalla, który wywlókł się za nim. Kontrastował z gospodarzem nie tylko wyglądem, ale też nastawieniem.
Liam zamknął drzwi, lecz klucza nie zabrał ze sobą. Schował go do skrytki, którą była poluzowana deska w podłodze przy drzwiach. W milczeniu zeszli pustą klatką schodową. Wydawało się, jakby cały blok był opuszczony, bo było aż podejrzanie spokojnie. Niezbyt czysto, ale też ich nosów nie drażnił żaden nieciekawy ludzki zapach.
Kiedy wyszli na chodnik, Liam powęszył i skierował się w głąb miasta, nie patrząc, czy chłopak się ruszył.
Conall, nie mając wyboru, szedł za nim, powłócząc nogami. Co jakiś czas pociągał nosem, żeby zorientować się, gdzie są i kto jest w pobliżu. Natura dała im niesamowity węch psowatych. Lecz tak naprawdę nie był zbytnio zainteresowany tym, gdzie był prowadzony. W efekcie, nim się spostrzegł, znalazł się w miejskim parku.
Powitał ich mocny zapach liści, trawy i wilgotnej ziemi. Był błogosławieństwem w porównaniu do woni miasta. Szczególnie kiedy czuło się na każdej roślinie deszcz, który musiał w nocy zrosić miasto. Otwarte przestrzenie w parku oznaczone zostały znakami „zakaz chodzenia”, więc trawa była zielona, żywa i niewydeptana. Przy niektórych drzewach rosły niewielkie, dzikie kwiaty, co jako całość dawało bardzo orzeźwiający widok dla bursztynowych oczu Conalla. Zwyczajnie lubił naturę bardziej niż betonowe mury miast.
Przeszli kawałek przez park, a Conall rozglądał się żywiej. Liam prowadził, aż stanął na mostku nad płytką rzeką. Poczekał, aż chłopak dołączy. Zanim się odezwał, zawarczał na jakiegoś psa, który jak z początku z zaciekawieniem do nich podszedł, tak po tym od razu czmychnął do swojego właściciela z podkulonym ogonem.
— Tu jest granica — oznajmił apatycznie. — Po drugiej stronie parku są już wrogie gangi. Jak postawisz tam nogę, uznamy cię za zdrajcę. Albo oni za intruza. Tak czy inaczej, nie polecam.
— A w drugą stronę? — spytał Conall, skonfundowany nową informacją. Nie spodziewał się, że ujdą tak nieduży kawałek od domu Liama. Ich terytorium musiało być większe, skoro trafił akurat do nich, kiedy został zmuszony opuścić swoje dawne tereny.
— Druga strona cię nie interesuje. My jesteśmy strażnikami tej granicy, a skoro świat był tak łaskawy i skazał ciebie na mnie, masz się skupić na tej stronie miasta.
Chłopak zerknął na niego, po czym ponownie utkwił wzrok we wrogim terytorium. Granicą była cienka rzeka. To było takie nic, że przekroczenie jej zależało tylko od chęci i od tego, czy ktoś do tego dopuści. Nie wróżyło to jego zdaniem nic dobrego. Tym bardziej, jeśli stosunki między sforami nie były dobre.
Stan kontaktów ludzi z wilkołakami było często łatwiej zachować w pokoju niż wilkołaków z wilkołakami. Głównie ze względu na to, że ludzie nie mieli pojęcia o istnieniu zmiennokształtnych. Żyli swoimi nudnymi życiami, pewni, że to tylko jakieś bezpańskie psy od czasu do czasu nawołują się w mieście. Jeżeli jakiś wilkołak został pokonany i zginął w wilczej postaci, zabierano jego ciało. Nie można było dopuścić, żeby ludzie dowiedzieli się o żyjących tuż obok nich „potworach”. Od czasu do czasu zdarzały się przypadki, że ktoś coś zobaczył, ale wtedy… istniało bardzo wiele sposobów, żeby sobie z tym poradzić. W niektórych sforach brutalniejsze, w innych pokojowe.
Jednakże, jeśli chodziło o różne sfory, bardzo często ich wrogie kontakty wiązały się z waśniami z przeszłości. Wilki często były jak… starzy sąsiedzi, którzy pokłócili się o drzewo rosnące na granicy ich ogródków i po kolejnym ćwierćwieczu swojego życia wciąż nie potrafili się pogodzić.
— Jak se chcesz — mruknął Conall z rezygnacją i ruszył w dół mostku, a następnie wzdłuż rzeki.
U siebie też pilnował granic, dlatego wiedział, na czym to zadanie polegało. Wszystko jednak skomplikowało się, kiedy wróg zaatakował z przeciwnej strony.
Liam patrzył za nim, opierając się jeszcze chwilę o barierkę, po czym ruszył jego śladem, wsadzając ręce w kieszenie. Powęszył, chcąc się upewnić w sytuacji, ale nie poczuł żadnego wrogiego zapachu. Ostatnio nie było spokojnie, a nie zaszkodziłoby sprawdzić lojalności nowego. Nie zamierzał niańczyć go w nieskończoność. Potrzebowali wiedzieć, czy był szpiegiem, czy faktycznie zabłąkanym wilkiem.
Szli tak jakiś czas, nie różniąc się zbytnio od typowych spacerowiczów, aż w pewnym momencie Conall zatrzymał się i zaczekał na drugiego wilkołaka. Kiedy ten doszedł do niego, spytał:
— Jakie macie z nimi stosunki?
— Z kim? — spytał Liam trochę nieprzytomnie, najwyraźniej będąc gdzieś w swoim świecie.
— No, z tamtą watahą? — Chłopak skinął brodą na drugą stronę rzeczki.
— Mój słodki szczeniaczku. — Liam uśmiechnął się protekcjonalnie, klepiąc go po ramieniu. — Wysłali cię tu tak okrutnie niedoinformowanego. Ja rozumiem… nowy, więc wiele nie zdradzać. Mogli ci jednak powiedzieć, że stoisz na najbardziej zaognionym terenie w promieniu kilkuset mil, gdzie średnio kilka razy na miesiąc ginie ktoś z naszych albo od nich. Słowem, jesteś w samym środku pola bitwy i rozmawiasz z jednym z czołówki najlepiej wyszkolonych wilkołaków — skończył z namiastką pychy, ale lepiej trochę przekoloryzować, niż sprawić, by ten chłopak stracił czujność. Liam przynajmniej miał taką teorię.
Conall słuchał go i coraz bardziej nie chciało mu się wierzyć. Domyślał się, że stosunki były złe. Czuł to w tym, jak Liam mówił o granicy, ale nie przypuszczał, że usłyszy coś takiego.
— Cooo? — jęknął żałośnie. — Kurwa, czy już żadna wataha nie może się ze sobą nie żreć? A teraz jeszcze wpadłem na pierwszy front. Pięknie! — wydusił z pretensją do całego świata, a już na pewno do dwóch zwaśnionych sfor.
— Życie jest łaskawe, wiem, a teraz przestań marudzić, mały. I od dziś uważaj na swoje plecy. Nie, żeby mnie obchodziło, czy przeżyjesz tu kolejny tydzień… — Liam uśmiechnął się z pozoru uroczo. — Ale im szybciej się zorientujesz w sytuacji, tym prędzej mój teren będzie znowu… tylko mój.
Conall odwrócił się do niego gwałtownie z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. Wszystko, co słyszał i co wypadało z ust jego czasowego opiekuna, wprowadzało go w coraz większe osłupienie.
— Nie użalam się! Po prostu po raz kolejny nie mam ochoty patrzeć, jak ktoś zostaje na moich oczach zagryziony. Tak jak cała moja grupa! — warknął, ledwo się powstrzymując, żeby nie szarpnąć stojącego przed nim mężczyznę za fraki i może spróbować w ten sposób przekazać mu, co ma do powiedzenia, skoro najwyraźniej kompletnie go nie słuchał.
— Prawo natury każe walczyć o swój teren, a że przy tym giną jednostki… To chyba normalne — zauważył Liam, niewzruszony tym wybuchem, uświadamiając coraz bardziej młodemu wilkowi, że faktycznie mówi do kogoś, kto może i słyszy, ale nie słucha.
— Jesteś idiotą. Doprawdy — warknął Conall, a jego opiekun uniósł brwi z miną pełną politowania.
— Szybko wydajesz osądy, mój mały psiaku. A po czym to wnosisz, jeśli mogę spytać?
— Bo wydaje mi się, że pan mistrz pierwszego frontu jeszcze nigdy nie czuł, jak to jest, gdy naprawdę pali mu się ogon i nie ma się możliwości, żeby uratować kogokolwiek poza sobą — zawarczał, a jego oczy niemal zabłysły gniewem i wszystkimi uczuciami, które nim targały, odkąd wybito na jego oczach wszystkich jego braci i siostry z watahy. Spojrzenie było dużo bardziej puste i groźne niż to, co do tej pory widział tutejszy wilkołak. Różniło się od ciepłego spojrzenia bursztynowych oczu, jakie dotąd poznał.
— Widziałem więcej, niż ci się wydaje — odpowiedział Liam spokojnie, z całkowicie niewzruszonym wyrazem twarzy, który jednak mógł być maską. — Czasami ktoś się musi poświęcić, żeby inni mogli przeżyć. Więc widziałem wystarczająco dużo śmierci, by wiedzieć, o czym mówię. Tak nas nauczono, mój drogi. Jak ktoś umiera, to za dobrą sprawę, więc nie traktujemy tego widoku jako traumatyczne przeżycie. To domena ludzi. My przyjmujemy to jako naturalną kolej rzeczy, żeby potem móc dalej walczyć.
Conall może i słuchał tej przemowy, ale przy tym miał ochotę rzucić się na niego z zębami. Jak ten dureń jest wkurzający! W ogóle nie słucha!
— Głupi nie jestem! Też swoje widziałem! — podniósł głos, a jedna spacerowiczka, która właśnie zamierzała skręcić na ich ścieżkę, szybko zmieniła trasę. — Tylko że to debilne wygryzać się wzajemnie. Po co?
Liam niespodziewanie odrzucił w tył głowę i wybuchnął zimnym śmiechem.
— Błagam! — zawołał z rozbawieniem. — Tutaj, w sam środek walki, przysłali szczeniaka z sercem wypełnionym jakąś utopijną ideologią. Jak to „po co”? Zawsze walczyliśmy, walczymy i będziemy walczyć o swoje. Nie załamuj mnie takimi pytaniami, proszę cię.
— Cudnie. Teraz już wiem, czemu ty się mną „zajmujesz” — wycedził wściekły chłopak.
Liam poczochrał mu włosy, zaraz potem znowu ruszając parkową alejką, wokół której w równej odległości rosły urocze, równo przystrzyżone drzewka, zupełnie niepasujące w tym momencie do nastroju ich rozmowy.
— Masz na myśli, że jestem w stanie zmienić ci punkt widzenia? — spytał z ironicznym uśmiechem.
— Mam na myśli, że nie będziesz miał oporów, żeby wbić mi zęby w gardło, gdybym się stawiał — wymruczał Conall pod nosem, podążając za nim.
— Zębów ci w gardło na pewno nie wbiję — odpowiedział Liam dziwnie tajemniczym tonem. — Lepiej nie próbuj się stawiać, jeśli chcesz tu przeżyć. Nasza grupa przygraniczna lubi dbać o dobre imię watahy, więc zdrajca nie będzie łaskawie osądzony.
— Och, a to niby czemu nie zabijesz mnie od razu, hmm? Czyżby jednak pan mistrz pierwszego frontu i „takie są zasady natury” miał jakieś… — Conall urwał i nagle przystanął.
— Miał jakieś co…? — Liam uniósł brwi, odwracając się w jego stronę pytająco.
Chłopak stał nieruchomo, patrząc w stronę granicy, jakby poza powiewającymi na lekkim wietrze liśćmi i nielicznymi spacerowiczami dostrzegł coś intrygującego.
— Chyba mamy towarzystwo albo jakiś desperat poszedł na wycieczkę na wrogie terytorium — rzucił.
Liam zmarszczył brwi, po czym zawęszył. Rozejrzał się i z grymasem zauważył, że w parku było sporo ludzi. Część siedziała na ławkach, część przysiadła na skraju kamiennej fontanny, a inni zwyczajnie chodzili po alejkach. Dlatego nie lubił dobrej pogody. Było tu zbyt tłocznie.
— Jesteśmy sami. Patrol przyjdzie po zmroku, więc bądź czujny — powiedział, kierując się szybkim marszem w stronę gęściej rosnących drzew, w których latem dzieci tworzyły swoje bazy.
— Toż, kurna, jestem czujny, panie mistrzu pierwszego frontu! — sarknął chłopak, powstrzymując się od komentarza, że to on pierwszy wyczuł wilka spoza grupy.
Liam nawet na niego nie spojrzał. Sam nie był przyzwyczajony do niańczenia jakiegoś szczeniaka, kiedy musiał się skupić.
Weszli między drzewa, skąd mocniej dobiegał wrogi zapach.
— A może tego… jakieś instrukcje? — wypytywał nowy. Niby wiedział, jak się zachowywać normalnie, ale teraz nie był u siebie.
— Jedna. Zagryź, gdy się zbliży.
— Tak jest. — Westchnął i bez słowa wszedł między krzaki, aż nie było go zza nich widać.
Liam po chwili wahania podążył jego śladem. Musiał się upewnić, czy młody to przeżyje. Jeden raz łaskawie mógł go pilnować, a potem zamierzał pozostawić go samemu sobie. Zobaczył, że Conall wyszedł z krzaków już w postaci wilka i podrapał się tylną łapą za uchem jak typowy psiak. Pozory to podstawa. Obejrzał się po tym za Liamem, który zerknął na niego krótko, po czym rozejrzał się wokoło. Wciąż pozostawał w swojej ludzkiej postaci. Jedynie jego brązowe oczy świeciły wyraźniej.
— Tamta parka — powiedział, patrząc na młodą kobietę, która szła pod rękę z jakimś mężczyzną. Nikt, kogo zmysły nie były tak wyczulone jak ich, nie zauważyłby, że to wilkołaki.
Conall spojrzał na niego wymownie. Wiedział, nie był idiotą. Westchnął jednak tylko w duchu i podszedł do nóg Liama jak grzeczny piesek. Był tu nowy, więc istniała szansa, że wrogie wilkołaki od razu go nie wyczują. A nawet jeśli, to nie wiedzieli, co potrafił.
Jego opiekun poklepał go po udzie i ruszył alejką, jakby nigdy nic. Zachowywał bezpieczny dystans, nie pozwalając jednak parze zniknąć im z oczu.
I trwało to jeszcze chwilę, aż para zatrzymała się i spojrzała na nich. No i masz, zauważyli. Liam liczył, że ich otoczą, ale musieli działać inaczej. Na szczęście znajdowali się w mniej obleganej części parku. Nie było tu ławek, koszy na śmieci, huśtawek i innych atrakcji, jakie zachęcały spacerowiczów do zagłębienia się w te krańce. W efekcie między obiema parami wrogich wilkołaków znajdował się jedynie malutki, parkowy strumyk.
Liam stanął, patrząc na wrogów spokojnie.
— Macie minutę, żeby mnie przekonać do oszczędzenia wam życia — oznajmił, a jego niski głos potoczył się po pustej alejce.
Conall siadł mu przy nogach i patrzył, jak para bez słowa zaczyna warczeć i idzie w ich stronę, po chwili przekraczając rzeczkę.
— Widzisz? No i na tym zwykle kończą się pertraktacje… — westchnął znudzony Liam, niespodziewanie wyciągając z cholewy długi nóż. Najwyraźniej nie miał zamiaru zamieniać się w wilka. Co innego tyczyło się parki, która truchtała w ich stronę już w zwierzęcej formie.
Conall nie wiedział i nie rozumiał, dlaczego ta dwójka bez słowa ich atakowała. Dlaczego faktycznie nikt ze sobą nie rozmawiał. Był jednak świadom, że coś musiało być na rzeczy, ponieważ zarówno od swojego opiekuna wyczuwał bardzo negatywne emocje, jak i od zbliżających się wilków. Obie watahy musiały być jednymi z tych, o których słyszał w swoich rodzinnych stronach. Walczące ze sobą bardziej o pokaz siły i przewagi, a nie z realnych pobudek, jakie zapewne dzieliły ich przodków.
Zerknął ostro na Liama, po czym bez słowa, nie dając mu ruszyć się jako pierwszemu, rzucił się w stronę wrogich wilków. Samiec, którego pierwszego zaatakował, nie zdążył zareagować, kiedy szary wilk przewrócił go na plecy i ugryzł w prawy bark. Samica stanęła w połowie kroku i ruszyła w jego stronę.
Każdy z wilków miał zjeżoną na karku sierść, uszy skierowane do tyłu, a całe uzębienie obnażone. Ostre, niebezpieczne i gotowe zagłębić się w ciele wroga. Każdy człowiek czy pies w tym parku na widok wściekłego zwierza uciekłby w popłochu.
Kolejne głębokie westchnienie wydobyło się z ust Liama zirytowany takim posunięciem podopiecznego. Może nie miał doświadczenia w walkach z partnerem u boku, ale nasłuchał się wystarczająco, jak to powinno działać. Na pewno nie tak.
Pewniej chwycił nóż i rzucił się biegiem w stronę samicy, która, dostrzegłszy to, odbiła się z tylnych łap, chcąc dorwać mu się do szyi. Liam jednak zablokował jej zęby trzonkiem noża i oboje przeturlali się w dół zbocza.
Niewiele więcej zrobili. Sturlawszy się, oboje poczuli metaliczny zapach krwi, który podrażnił ich nozdrza. Samica zawarczała i odskoczywszy od człowieka, stanęła na wprost Conalla, który miał krew jej partnera na pysku.
— „Odejdź stad!” — wywarczał, jeżąc się i pewnie stąpając krok za krokiem w jej stronę, a wilczyca zjeżyła sierść na karku, zapierając się na nogach. Była masywna.
Liam stanął na równe nogi, rzucając Conallowi ostre spojrzenie.
— Co ty wyprawiasz w środku walki?! Kończymy, bez tych szopek! Z nami dwoma nie ma szans.
Po tych słowach wyjątkowo zgrabnie skoczył w stronę wilczycy. Ta uskoczyła, ale już nie dała rady uciec przed zębami Conalla, który szarpnął ją za kark i przekręcił na plecy. Samica złożyła uszy i podwinęła ogon.
— „Wynoś się!” — powtórzył rozkaz.
Wilczyca zaskomlała, a w jej oczach widać było strach. Jednak, nim zdążyła odpowiedzieć, coś świsnęło przed oczami Conalla, gdy ostrze noża Liama zagłębiło się głęboko w jej krtani. Mężczyzna pociągnął broń, przyspieszając śmierć samicy, po czym odetchnął i wstał spokojnie, z dłońmi splamionymi krwią.
— Tamtego wykończyłeś? — spytał, jakby nigdy nic.
Osłupiały Conall popatrzył na wypływającą i wsiąkającą w ziemię krew, potem na Liama i odskoczył od martwego ciała. Wilczyca nie zmieniła się w człowieka po śmierci, tylko leżała z poczerwieniają na szyi sierścią i pustymi, martwymi oczami. Trawa pod jej ciałem szybko ubrudziła się krwią, której zapach był teraz wszędzie wyczuwalny i bardzo drażniący jego wyczulone nozdrza.
Nie wierzył w to, co widział. W zwyczajny dzień, w parku na skraju miasta, Liam tak po prostu zabił wilka.
— „Zgłupiałeś?!” — szczeknął, odsuwając się i stając pomiędzy bardzo ciężko rannym samcem a towarzyszem.
— Jeszcze żyje? — Liam uniósł brwi z niedowierzaniem. Kręcąc głową, podążył w stronę wilka, który od razu zastąpił mu drogę. — Co to ma znaczyć? — Stanął w miejscu, już z całkowicie poważną miną. Przestało mu się podobać zachowanie Conalla. Poza tym musieli się spieszyć, bo choć byli skryci krzakami i poczuliby nadejście człowieka, to lepiej było załatwić to szybko.
Conall, nie mogąc zbytnio zmienić postaci, pochylił tylko głowę i odsunął się.
— „To zbyteczne” — wymruczał pod nosem.
— Nie, mały, takie mamy zasady — powiedział twardo Liam i minął szarego wilka, zaciskając dłoń na nożu.
Conall spojrzał jeszcze na ciało samicy i odszedł. Nie chciał w tym uczestniczyć. Brzydził się tym i żałował, że właśnie tutaj przyszło mu zabłądzić.
Liam nawet się za nim nie obejrzał. Wpatrzył się za to w lekko zmrużone oczy rannego wilka i szybkim, profesjonalnym ciosem poderżnął mu gardło. Zaraz potem wytarł nóż o jego sierść.
— Conall?! — zawołał, niuchając, żeby wyczuć, gdzie ten poszedł.
Usłyszał w odpowiedzi krótkie szczeknięcie dobiegające zza drzew. Schował nóż do cholewy i pobiegł w jego stronę.
Szary wilk siedział ze spuszczoną głową, oblizując językiem krew z pyska. Co jakiś czas pomagał sobie łapą. Liam podszedł do niego, wkładając ręce do kieszeni.
— Do jakiej walki jesteś przyzwyczajony, że tak ci to nie pasuje? — spytał innym niż zwykle głosem, bo wyzbytym z nieodłącznego sarkazmu.
— „Uczciwej” — odszczeknął wilk, wstając i ruszając w stronę miejsca, w którym zostawił rzeczy.
Liam powstrzymał się od komentarza. Tutaj nie było czegoś takiego jak „uczciwa walka”. Wiedział, że na takich zasadach nikt z watahy by nie przetrwał.
— Zawyj, to inni przyjdą posprzątać — rzucił, siadając na trawie i mając zamiar tu na niego poczekać.
W odpowiedzi najpierw usłyszał warczenie, a później donośny, czysty skowyt, który musiał strwożyć słyszących go mieszkańców miasta. Lecz nikt nie byłby na tyle głupi, żeby ruszyć do źródła dźwięku. Wieści o pladze bezdomnych psów odstraszały mieszkańców skutecznie.
Po kilku chwilach z krzaków wyszedł ubrany, lecz ubrudzony chłopak, po którego twarzy dało się rozpoznać, jak bardzo był zagubiony i zły.
— Posprzątać. Kurwa, to jest chore! — warknął, wbijając ręce w kieszenie.
Jego opiekun nic nie powiedział, bo nasłuchiwał i węszył. Zostawił na chwilę młodzieńca samego, żeby upewnić się, czy jego towarzysze posprzątają zwłoki. Conall nie zamierzał iść jego śladem. Nie chciał widzieć innych, takich jak on. Słyszeć, jak bardzo naturalne było to, że właśnie, w biały dzień, bez powodu zamordowali dwójkę wilkołaków.
Całe przedsięwzięcie trwało bardzo krótko. Słyszał i czuł inne wilki. Wiedział, że pozbywano się martwych, lecz Liam w tym nie uczestniczył. Szybko dołączył do swojego podopiecznego i obaj ruszyli do mieszkania. Mężczyzna ponownie miał na twarzy swój lekko znudzony wyraz. I nawet cieszył się, że pozbyli się dwóch wrogich wilków, ale tego już nie miał zamiaru mówić głośno.
— Przyzwyczajaj się — powiedział tylko.
— Wystarczająco już się przyzwyczajałem, wiesz? — prychnął Conall. Był wkurzony. On walczył, więc uważał, że od niego powinno zależeć życie tamtej dwójki.
— Mój słodki szczeniaczku, czy ty jesteś wilkiem tylko z nazwy? Bo wydaje mi się, że jesteś wyzbyty wszelkich instynktów, a to nie wróży dobrze twojej przyszłości w naszym stadzie — zamruczał Liam.
Conall zatrzymał się raptownie i tak samo nagle odwrócił się do mężczyzny, ignorując fakt, że już tutaj, na szerszej drodze, znajdowało się kilku przechodniów. Co prawda wciąż kawałek dalej, bo park był olbrzymi, ale mogli zobaczyć jego gorączkową gestykulację.
— Poddali się! To wystarczający dyshonor. Nie trzeba zabijać! A mój — uderzył się pięścią w klatkę piersiową — instynkt wilka ma się zdecydowanie lepiej niż twój!
Jego opiekun tylko uśmiechnął się wymownie, patrząc na niego wzrokiem, który mówił: „Biedaku, nie wiesz, co mówisz, ale my ci pomożemy”.
— Chciałeś ich puścić wolno — skwitował. — Oni wróciliby do swojej watahy, wyleczyli się i w następnej walce zabili kilku naszych. Nie wspominając już, że morale naszego stada spadłyby drastycznie po takim ruchu.
Conall zmarszczył wściekle nos i chwycił się za głowę.
— Kurwa, gdzie ja trafiłem?! — wybuchnął i odwróciwszy się na pięcie, ruszył dalej. Miał na dziś dość, a przecież dopiero minęło południe.
Liam poszedł za nim, wpatrując się spokojnie w niebo. Nie miał zamiaru użerać się z tym ideowcem i tłumaczyć mu, na czym polegała prawdziwa walka. Nie był tym typem. Nawet jeśli podświadomie domyślał się, jakiego szoku Conall mógł doznać, drastycznie zmieniwszy środowisko i znane sobie zasady.
Kiedy doszli do mieszkania, sięgnął pod deskę, wyjął kluczyk i otworzył drzwi. Jego podopieczny od razu po wejściu zaczął się rozbierać. Po tym zmienił się w wilka. Był wkurzony, zły i chciał spać.
— Mały, łapy masz brudne — powiedział Liam, unosząc brwi i otwierając mu sugestywnie drzwi do łazienki.
Ten tylko schylił łeb, kładąc po sobie uszy i obnażając zęby.
— „Pieprz się”.
Gospodarz westchnął, unosząc spojrzenie w górę, jakby chciał pokazać, że zaczyna go to męczyć. Z jakiegoś powodu jednak trochę go to urzekało i bawiło. Nie rozumiał samego siebie.
— Wiesz, że zachowujesz się jak szczeniak, zwalając to na mnie? Nie ja ustalałem te zasady.
— „To nie zachowuj się, jakby tak było” — wywarczał Conall, nieznacznie rosnąc.
Młode wilkołaki, takie jak on, nie umiały zmieniać się w formę pośrednią poza pełniami, a on wyglądał, jakby właśnie to robił. Jego mięśnie się powiększały, owłosienie wydłużało i zaczynał dziwnie przypominać faktycznego wilkołaka, nie zaś wilka, w postaci którego zwykle poruszali się członkowie watahy, jeśli akurat nie byli w ludzkiej formie.
Liam momentalnie zmarszczył brwi. Poczuł niepokój, wywołany bardziej wyczuwanymi nosem i innymi zmysłami emocjami niż faktyczną zmianą formy Conalla.
— Przestrzegam ich. Więc będę o nich mówił też jak o swoich.
— „Zabiłeś leżącego! NOŻEM!” — wywarczał młodszy wilkołak, jeszcze bardziej się powiększając. Jego palce w przednich łapach zaczęły się wydłużać tak samo jak ramiona. Nie wyglądał sympatycznie.
— Uspokój się! — rozkazał Liam, a oczy mu zabłysnęły. Stał się bardziej czujny. Zgiął kolana, gotowy w każdej chwili sięgnąć po nóż. — Zaraz przesadzisz i zrobisz coś głupiego. A potem moja wataha cię zagryzie, więc ucisz te cholerne emocje!
— Jakie emocje?! — warknął Conall… ludzkim głosem z wilczego pyska, stając na tylnych łapach i nagle uderzając głową w sufit. To tak go zaskoczyło, że chwycił się rękoma za pysk i raptownie zmniejszył z powrotem do ludzkiej postaci.
Liam odetchnął z wielką ulgą, opierając się plecami o ścianę. Co za dzieciak… Trudno było mu uwierzyć w to, co właśnie widział. Tak jak Conall nie rozumiał świata, w jakim się znalazł… tak Liam teraz spostrzegł, że nie miał pojęcia, z kim tak właściwie miał do czynienia.
Nie wiedział, jak on, wieczny samotnik, miał z nim wytrzymać przez najbliższy czas pod jednym dachem. Szczególnie że to, co właśnie się stało, nie było normalne i już wiedział, że dostał pod opiekę zwykłego psiaka widzącego tylko czarne i białe. Coś tu było na rzeczy.
— Umyj się i idź się zdrzemnąć — powiedział twardo, mijając go i idąc do sypialni, żeby się rozebrać. Jego ubrania śmierdziały obcymi wilkami.
Nie chciał znowu zaczynać rozmowy z Conallem, bo chłopak wciąż był pod wpływem emocji, a on musiał wszystko sobie poukładać w głowie, żeby zrozumieć, co właśnie zaszło.
A Conall wciąż siedział nago na podłodze i rozmasowywał sobie głowę. Był otępiały, jakby przeżył coś, co miał zaraz zapomnieć. Jakby jego mózg pokazał mu jakąś mdłą halucynację.
Nie wiedząc, co czynić, po prostu wstał i poszedł do łazienki.
Tymczasem Liam zrzucił z siebie ciuchy i wskoczył na łóżko. Splótł dłonie na karku i skrzyżował nogi. Leżał tak, nagi, dając sobie wreszcie czas na przemyślenie dzisiejszego spaceru i walki. Musiał z Conallem poważnie pogadać. Nie czuł się dobrze z faktem, że chłopak szybciej niż on wyczuł wroga, a tym bardziej, że zamienił się w wilkołaka ot tak, bez pełni. To nie było całkiem normalne, a i piekielnie trudne.
Po niedługim czasie do sypialni wszedł nagi, jeszcze z mokrymi włosami, Conall. Ze zmęczeniem usiadł na dywanie obok łóżka. Głowa nadal go bolała od uderzenia, ale nie umiał zrozumieć, jak mógł się uderzyć.
Gospodarz zerknął na niego, po czym przewrócił się na bok i ziewnął krótko.
— Skąd to umiesz? — spytał, obserwując go uważnie.
— Eee… ale że co?
— Zmieniać się w wilkołaka bez pełni. — Liam uśmiechnął się krzywo.
Conall wyglądał, jakby zobaczył ducha. Jego bursztynowe oczy rozszerzyły się, a ciemne brwi powędrowały w górę czoła.
— Że co proszę? — palnął, zapatrując się na Liama jak osłupiały.
Mężczyzna rzucił mu długie, przenikliwe spojrzenie, milcząc przez chwilę.
— Wilkołak. Taki pół-wilk, pół-człowiek. Postać, w której przed chwilą o mało mnie nie zaatakowałeś.
— No, kurwa, wiem, co to wilkołak… Ale ja przecież nie mogłem. No bo jak, no… — Myśli Conalla szalały. To przecież nie mogło być serio! Ale miał tego guza na głowie, a przecież w ludzkiej postaci był zbyt niski, żeby uderzyć w sufit głową.
Liam zamrugał, już całkowicie zdziwiony. Wyglądało na to… że Conall absolutnie tego nie kontrolował.
— No chyba mi nie powiesz, że nie wiesz, kiedy jesteś tą śliczną, dwunożną bestią?
Conall popatrzył na niego przestraszonym wzrokiem i od razu go spuścił.
— Nie wiem… Nic nie czułem. Kurcze, ale naprawdę zmieniłem postać?
— Nie, tak mi się nudzi, to chciałem cię postraszyć — odparł Liam znudzonym głosem, ale w głowie myślał intensywnie. Jak się ten szczeniak uchował, mając taki potencjał i nawet nie zdając sobie z tego sprawy…?
— Ej, bez takich! Nie rób ze mnie debila i nie wciskaj mi takich rzeczy! — Wściekły Conall zamienił się w wilka i ułożył w kłębek na dywanie. Wyglądał, jakby był obrażony na cały świat. Choć trudno było powiedzieć, czy było to tylko pozą, czy… reakcją obronną. Jakby nie chciał sobie zdać sprawy, że naprawdę mogło być tak, jak mówił mężczyzna.
Liam spojrzał na niego i gdyby nie powaga sytuacji, w jakiej się znalazł, musząc sprawować opiekę nad tak niecodziennym przypadkiem, pewnie parsknąłby śmiechem. Zamiast tego tylko spuścił rękę za krawędź łóżka i leniwie podrapał wilka za uchem.
— Głupi szczeniak.
Conall uniósł na niego swoje bursztynowe ślepia i wpatrzył się w niego smutno. Był zagubiony, zdenerwowany, a do tego głowa nadal go bolała. I nie wiedział dlaczego. A raczej wolał nie wiedzieć dlaczego.
Liam uniósł brew, popatrując na niego. Słodki był. Ale on, nieprzyzwyczajony do towarzystwa, a szczególnie takiego, które najwyraźniej będzie wymagało głębszej uwagi, zmarszczył brwi na swoją nieciekawą sytuację.
— Drzemka — zarządził, nie przerywając sporadycznego drapania za uchem.
Wilk westchnął i ponownie zakręciwszy się na dywaniku, położył pysk na łapach.

11 thoughts on “Outsider – 1 – Szczeniak

  1. Katka pisze:

    Haruś, hehe, to rozkoszne, że „zimny” drań ma „gorący” temperament :D Lubię to. Mam nadzieję, że całe opowiadanie Ci się spodoba ;) A co do lenienia się na dywan, taaaak, chodzi o zrzucanie sierści :) Pozdrawiamy również bardzo cieplutko i życzymy miłego czytania wilczków ;)

  2. Haruś pisze:

    Uff, w koncu zabralam sie za czytanie tego opowiadania, bo na poczatku nie bylam przekonana do niego, ale bardzo sie ciesze, ze jednak sprobowalam^^
    Uwielbiam Liama za to, ze jest takim zimnym draniem ♡ uh, taki temperament jest niezwykle goracy :)
    Spodobalo mi sie I mysle, ze szybko pojdzie czytanie go, bo jest naprawde przyjemne
    Ale dziwne jest to zdanie: „…jak się lenisz na mój dywan…” Chodzilo Wam tu o proces zrzucania siersci? Czyli linienie? Bo to zdanie jakos na serio dziwacznie brzmi, ale oprocz tego nie zauwazylam jakis razacych bledow :)
    Przepraszam, ze bez polskich znakow, ale taki mam telefon
    Pozdrawiam I zycze duuuzoo weny

  3. Katka pisze:

    Saki, yey, super, że sięgnęłaś po Outsidera! Pewnie szybko pójdzie, bo to krótkie opko i oby się całość spodobała :) Jak zwykle dzięki za literówki, ale te dwie pierwsze chyba są w porządku. Co do lenienia się, to nie chodzi o to, że się leni w sensie nic nie robi, tylko leni w sensie zrzuca sierść, więc leni się na dywan. A drugie… hm, nie jest przypadkiem szarpnąć „kogo, co? mężczyznę”, a nie, jak sugerujesz „kogo czego? mężczyzny”? Resztę poprawiłam :)

  4. saki2709 pisze:

    W końcu zabrałam się za to opowiadanko. Póki co bardzo mi się podoba. Conall jest słodki, ale jak trzeba, to potrafi nieźle dokopać XD Liam to cham ale i tak go lubię :) Może Conall zmieni jego podejście do życia? Lecę czytać dalej.

    Trochę literówek wygrzebałam:
    „Złagodziły dzisiaj moją złość, kiedy zobaczyłem, jak się lenisz na mój dywan.”- a nie „na moim dywanie”?
    „Tak jak cała moja grupa! – warknął Conall, ledwo się powstrzymując, żeby nie szarpnąć stojącego przed nim mężczyznę za fraki.”- „mężczyzny”
    „— Wysterczająco już się przyzwyczajałem, wiesz?”- „Wystarczająco”.
    „— Wiesz, że zachowujesz się jak szczeniak, zawalając to na mnie?”- a nie „zwalając”?
    „Collan wyglądał, jakby zobaczył ducha.”- chyba miało być Conall.
    „Conall podniósł na niego te swoje bursztynowe ślepia i wpatrzył się na niego jakoś smutnie.”- jeśli „wpatrzył” to „w niego” i „smutno”.

  5. Katka pisze:

    Adela, haha! Och, te priorytety! XD No nic, miłego czytania zatem, zapewniam, że szybko odkryjesz, któż tu będzie topkiem XD

  6. Adela pisze:

    Wszyscy pewnie co czytali to opowiadanie zastanawiali się jak potoczy się wojna. A mnie tymczasem ciągle zastanawia fakt, kto w tym związku będzie topem!

  7. Roselani pisze:

    No łał, uwielbiam Conalla. Jego podejście do życia dużo bardziej do mnie przemawia, niż bezlitosny Liam. Osobiście mam nadzieję, że taki powiew świeżego powietrza w postaci poglądów Conalla zmieni trochę realia tamtejszego życia. No bo, żeby tyle osób ginęło… Trochę to okrutne.

  8. fantastka pisze:

    Łaaał… Jakie fajne opowiadanie o.o już mi się podoba. I powiem wam coś. Jak zaczęłam to czytać, to w mojej głowie po protu pojawił się filmik tego rozdziału. Nie mam tak ze wszystkimi opowiadaniami.

    W każdym bądź razie…
    Conall jest słodki i wkurzający jednocześnie. Ale jestem w stanie zrozumieć jego wzburzenie, więc…
    Liama kocham, uwielbiam, ubóstwiam XD Już jest u mnie na topie, jest moim vipem XD
    Trzymać tak dalej, dziewczyny! XD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s