Outsider – 1 – Szczeniak

Otworzył leniwie jedno oko i spojrzał w górę, nadstawiając uszu. W pokoju było cicho, a on czuł, że jego gospodarz nadal śpi. Rozchylił pysk, ziewając i przeciągając się na dywaniku. Oblizał się, przeciągnął tylne łapy i podszedł do łóżka, by wpatrzyć się twarz śpiącego Liama. Gospodarz nie lubił wcześnie wstawać, ale jego wyostrzone zmysły zarejestrowały poruszenie. Uchylił więc jedną powiekę, spod której leniwie zerkało brązowe oko. Stojący przed łóżkiem wilk przechylił łeb w pytającej minie, a Liam westchnął, można by uznać, cierpiętniczo.
— No i co mnie budzisz tak wcześnie? — wychrypiał.
Podniósł się do pozycji siedzącej, a kołdra zsunęła się z jego ładnie zbudowanej klatki piersiowej. Nie była zupełnie gładka, choć włoski były jasne, więc niezbyt dobrze widoczne.
Wilk położył po sobie uszy i zrobił smutne oczka. Jego bursztynowe, niemal żółte tęczówki kontrastowały z ciemnoszarą sierścią.
Liam popatrzył na niego swoim cynicznym wzrokiem, po czym wstał, przepasał się prześcieradłem i poklepał go po głowie, zmierzając do kuchni.
— Chodź na śniadanie — rzucił i zaraz dodał ciszej do siebie: — Że też mi szczeniaka karmić kazali…
Idąc tak, usłyszał za sobą ciche warknięcie, gdy nagle odgłos obijających się o podłogę pazurów zamienił się na płaszczący dźwięk gołych stóp.
— Taki dorosły się, kurcze, znalazł. Nie moja wina, że na ciebie padło.
— Moja też nie. Wierz mi, że gdybym miał na to wpływ, to dostałbyś jakąś wolną budę w okolicy. Ale wpieprzyli cię na moje terytorium — mruknął z niezadowoleniem i zaczął wyciągać z lodówki bekon oraz jajka.
Conall patrzył chwilę na mężczyznę, po czym bez słowa usiadł przy stole w kuchni.
— Przynajmniej w jakiejś kwestii się zgadzamy. Tylko że starsi wolą, żebyś mnie pilnował — burknął pod nosem.
— Trzeba sprawdzić, czy jesteś wrogiem, czy przyjacielem — powiedział Liam, wrzucając na patelnię produkty i mieszając je wyjątkowo beznamiętnie z równie znudzonym wyrazem twarzy.
Kuchnia była bardzo niewielka, choć nie brakowało w niej żadnych niezbędnych sprzętów. Przez to były trochę poupychane z braku większego miejsca, ale niczego nie zagracały. Na wąskim parapecie stało kilka doniczek z kwiatkami, teraz zasłoniętymi przez kremowe, długie zasłony. Podłoga z beżowych kafelek była nieco chłodna, choć kolorystyka całego pomieszczenia dawała dość ciepłe wrażenie.
— Tak, tak. Wpadnę któregoś dnia i zagryzę całą watahę. Jasne, że wykonalne — mruknął Conall, kładąc brodę na lakierowanym blacie stołu. Wkurzała go własna sytuacja.
— A myślisz, że mało jest zbuntowanych sfor z okolicznych miast? Przezorność to cnota, mój mały psiaku. Możesz być przecież ich agentem. Musimy uważać.
Conall zawarczał.
— Może bez tego „mały psiaku”? Kurcze, nie jestem szczeniakiem.
Liam, zanim na niego spojrzał, wyciągnął dwa talerze i położył je na stole. Wrócił po patelnię i zaczął nakładać śniadanie.
— Ale taki słodki — zamruczał ze sztucznym uśmiechem. — I upierdliwy — dodał do siebie z frustracją. Nie podobało mu się, że naruszono jego teren, a on nie może wygonić intruza.
Chłopak popatrzył na śniadanie łakomie, ale grzecznie poczekał, aż gospodarz też usiądzie do stołu.
— Nie widzę, co we mnie jest takiego słodkiego niby? I tego… Dzięki za śniadanie — dodał ciszej. Czuł się niezręcznie, musząc zdawać się na gospodarza.
Liam jeszcze sięgnął po sztućce i rzucił je przed chłopaka na stół, a sam nabił na raz wielką porcję i wpakował sobie do ust.
— Twoje bursztynowe oczęta — odparł po prostu. — Złagodziły dzisiaj moją złość, kiedy zobaczyłem, jak się lenisz na mój dywan. — Uśmiechnął się krzywo.
Conall zatkał się kawałkiem boczku, żeby nie musieć od razu odpowiadać. Ta rozmowa i sam Liam wydawali mu się coraz bardziej dziwni.
— Czyli… że co? Moje słodkie minki na ciebie działają? Ma mi to pochlebiać, czy niepokoić? — spytał, kiedy przełknął.
Liam zastanowił się nad tym poważnie.
— Jeżeli robisz to bezwiednie, to jest okej, bo wychodzi z ciebie uroczy szczeniaczek. A jak z premedytacją, to przestań, bo zacznie mnie wkurzać taka manipulacja — odparł nad wyrost podejrzliwie.
— Od razu manipulacja! — Gość zaśmiał się, biorąc kolejny kawałek jajecznicy. — To po prostu… inny sposób dyplomacji.
— Czyli robisz to specjalnie? — Liam uniósł sceptycznie brew i władował w siebie kolejną porcję. Jego śniadanie znikało w zastraszającym tempie. — A skąd niby wiedziałeś, że tak mnie podejdziesz?
— Nie robię. — Chłopak strapił się momentalnie, odruchowo spuszczając głowę, a jego czarne, lekko falujące włosy przesłoniły mu czoło. — I nie wiedziałem noo… Nie bądź taki podejrzliwy.
— Z naturą nie wygrasz, taki już jestem. I może dlatego „góra” skazała mnie na ciebie? — Liam westchnął, po czym odłożył sztućce i zaczął wylizywać talerz, zerkając kątem oka na swojego podopiecznego.
Ten tylko chwilę się wahał. Odstawił talerz na podłogę i dopiero gdy zmienił postać w wilczą, zaczął wylizywać talerz. Kiedy skończył, spojrzał na Liama, a ten oparł łokieć na stole, brodę na dłoni, palcami drugiej ręki stukając w blat.
— No i co to za dzikie zachowanie? Tę ślinę i sierść będziesz sam sprzątał. Nie po to chodzę w ludzkiej postaci, żeby musieć sprzątać po innym futrzaku.
Conall od razu położył po sobie uszy i skulił się, przez co Liam popatrzył na niego niemalże rozczulonym wzrokiem. Podszedł, kucnął tuż przed nim i złapawszy za mordę, podrapał go lekko.
— Głupi szczeniak. — Uśmiechnął się kątem swoich jasnych, wąskich ust.
Wilk od razu wyrwał mu z ręki pysk i spojrzał na niego czujnie, marszcząc nos. Co to miało być za traktowanie? Nie czuł się jak jego piesek.
Liam tylko parsknął śmiechem, wstając i zmierzając do sypialni, żeby się ubrać. Wkurzało go towarzystwo, był raczej samotnikiem, ale przynajmniej miał nadzieję, że nie będzie tak znudzony życiem. Dopóki nie zwariuje przez tego psiaka oczywiście.
Poczuł, że niechciany gość ruszył jego śladem i wszedł, jakby nigdy nic, do pokoju, po czym usiadł tak, że mężczyzna, grzebiąc w szafie w poszukiwaniu rzeczy, nie widział go.
Liam zrzucił gdzieś na bok prześcieradło, odkrywając przed Conallem swój tyłek i zaczął wciągać na siebie czarne slipy. Równocześnie sięgnął zębami do wieszaka i zdjął z niego jasną, luźną koszulę.
Chłopak w wilczej postaci nadal siedział na swoim miejscu, ale na jego pysku było widać lekkie zmieszanie i pytanie: Po cholerę ja tu przyszedłem? Jego opiekun klepnął się w tyłek, kiedy już założył slipy i zaczął ubierać koszulę. Gdy szukał wzrokiem spodni, jego spojrzenie padło na Conalla.
— A ty co? — spytał, unosząc brwi, które połowicznie skryły się pod zaczesaną na bok grzywką blond włosów.
Wilk obejrzał się w prawo, w lewo, jakby sprawdzając, czy to do niego, po czym uśmiechnął się bezczelnie na tyle, na ile pozwalała mu wilcza fizjonomia. Liam tylko westchnął i podszedł do niego. Chwycił go za skórę na karku, odsuwając go na bok. Sięgnął po spodnie, które leżały za wilkiem i zaczął je zakładać.
Conall w tym czasie wstał i odsunął się, by położyć się pod łóżkiem na dywaniku, na którym sypiał już drugi dzień. Nie była to chyba pożądana przez gospodarza pozycja, bo ten, gdy tylko stanął przed nim już ubrany, machnął na niego ręką.
— No i co się lenisz? Wychodzimy na miasto. Pokażę ci nasze terytorium.
Wilk spojrzał na niego z dołu, po czym na siebie, niemo pytając, czy ma iść tak, czy powinien zmienić wygląd.
— Możesz robić za mojego szczeniaka. — Liam wyciągnął z szafy obrożę i smycz, uśmiechając się wymownie. — Wybór należy do ciebie.
Conall położył po sobie uszy z niebyt ciekawą miną, a Liam podszedł do niego i podrapał za uszami, wpatrując się w te bursztynowe oczka. W jakiś dziwny sposób mu się podobały.
— To jak? Będziesz grzecznym pieskiem, czy idziemy jak ludzie?
Wilk od razu potrząsnął głową, przy okazji strzepując rękę. Stanął na tylnych łapach i zmienił postać w ludzką.
— Bez przegięć z tym macaniem, co? — fuknął. Odkąd stracił dom, wolał poruszać się w wilczej postaci. Nie czuł się wtedy ani taki nagi, ani na czyjejś łasce jak teraz, kiedy musiał prosić Liama o ciuchy.
Mężczyzna tylko westchnął cierpiętniczo, odstępując od niego i otwierając przed nim szafę na oścież. Była pełna głównie jasnych ubrań. Zapewne też o rozmiar za dużych na jego niechcianego gościa.
— Bierz, co chcesz, mały.
Chłopak podszedł do szafy i wybrał z niej najciemniejsze rzeczy, jakie znalazł, choć nie było ich zbyt wiele. Szybko się ubrał i przeczesał palcami swoje czarne włosy. Wyglądał dużo młodziej niż jego opiekun, chociaż aż tak wielkiej różnicy w ich wieku nie było. Co prawda Conall nie skończył jeszcze dwudziestu lat, a Liam miał dwadzieścia cztery, jednak jako wilkołaki, nie starzeli się zbyt szybko.
— A tego… Buty dostanę?
— Masz mniejsze łapy ode mnie, ale może coś się znajdzie — mruknął znudzonym głosem Liam. Zaczął wywalać z kufra adidasy, w większości bardzo znoszone i potargane. Musiał używać ich w dość… ekstremalnych warunkach. Po chwili poszperania podał gościowi starą parę, a ten przymierzył ją z nieciekawą miną.
— No… W miarę… — Westchnął, zaczynając się na serio zastanawiać, czy wilcza postać nie byłaby już wygodniejsza.
— Cieszę się, że jesteś zadowolony — powiedział Liam tak teatralnym tonem, że nawet głupiec nie uwierzyłby w szczerość tych słów. — W drogę.
Sam zarzucił jeszcze jasną marynarkę, przejrzał się w lustrze i poprawił swoje blond włosy, znacznie prostsze niż postrzępione i pofalowane kosmyki młodszego wilkołaka. Wyszedł z mieszkania i zaczekał na Conalla, który wywlókł się za nim. Kontrastował z gospodarzem tak bardzo, jak tylko się dało.
Liam zamknął drzwi, klucza nie zabierając ze sobą, lecz chowając go pod poluzowaną deską w podłodze przy drzwiach. Kiedy wyszli na chodnik, zaniuchał i skierował się w głąb miasta, nawet nie patrząc, czy chłopak się ruszył.
Conall szedł za nim, powłócząc nogami. Co jakiś czas pociągał nosem, orientując się, gdzie są, kto jest w pobliżu i ogólnie się rozglądając. Mimo że nie był zbytnio zainteresowany tym, gdzie jest prowadzony. A został poprowadzony do parku.
Powitał ich mocny zapach liści, które musiał w nocy zrosić deszcz. Ziemia też nie była sucha, a duże przestrzenie w parku oznaczone zostały znakami „zakaz chodzenia”, więc trawa była zielona, żywa i niewydeptana.
Liam stanął na mostku nad płytką rzeczką i poczekał, aż chłopak dołączy do niego. Zanim się odezwał, zawarczał na jakiegoś psa, który czmychnął do swojego właściciela z podkulonym ogonem.
— Tu jest granica — oznajmił apatycznie. — Po drugiej stronie parku są już wrogie gangi. Jak postawisz tam nogę, uznamy cię za zdrajcę. Albo oni za intruza. Tak czy inaczej, nie polecam.
— A w drugą stronę? — spytał Conall. Nie spodziewał się, że ujdą tak nieduży kawałek. Ich terytorium musiało być większe, skoro trafił akurat do nich, kiedy musiał opuścić swoje stare miasto.
— Druga strona cię nie interesuje. My jesteśmy strażnikami tej granicy, a skoro świat był tak łaskawy i skazał ciebie na mnie — mówił Liam swoim ironicznym tonem — masz się skupić na tej stronie miasta.
Chłopak zerknął na niego, po czym ponownie utkwił wzrok we wrogim terytorium.
— Jak se chcesz — mruknął i ruszył w dół mostku, a następnie wzdłuż rzeki. U siebie też pilnował granic. Tylko że właśnie przeciwnej strony niż tej, z której przyszedł atak.
Liam patrzył za nim, opierając się jeszcze chwilę o barierkę, po czym ruszył jego śladem, wsadzając ręce w kieszenie. Zaniuchał, ale nie poczuł żadnego wrogiego zapachu. Ostatnio jednak nie było spokojnie, a nie zaszkodziłoby sprawdzić lojalności nowego.
Szli tak jakiś czas, nie wyróżniając się zbytnio od typowych spacerowiczów, kiedy w pewnym momencie Conall zatrzymał się i zaczekał na drugiego wilkołaka. Kiedy ten doszedł do niego, spytał:
— Jakie macie z nimi stosunki?
— Z kim? — spytał Liam trochę nieprzytomnie, najwyraźniej będąc gdzieś w swoim świecie.
— No, z tamtą watahą? — Chłopak skinął brodą na drugą stronę rzeczki.
— Mój słodki szczeniaczku. — Liam uśmiechnął się protekcjonalnie, klepiąc go po ramieniu. — Wysłali cię tu tak okrutnie niedoinformowanego. Ja rozumiem… nowy, więc wiele nie zdradzać. Mogli ci jednak powiedzieć, że stoisz na najbardziej zaognionym terenie w promieniu kilkuset mil, gdzie średnio kilka razy na miesiąc ginie ktoś z naszych albo od nich. Słowem, jesteś w samym środku pola bitwy i rozmawiasz z jednym z czołówki najlepiej wyszkolonych wilkołaków — skończył z namiastką pychy, ale lepiej trochę przekoloryzować, niż sprawić, by ten chłopak stracił czujność. Liam przynajmniej miał taką teorię.
Conall słuchał go, a ręce coraz bardziej mu opadały.
— Cooo? — jęknął żałośnie. — Kurwa, czy już żadna wataha nie może się ze sobą nie żreć? A teraz jeszcze wpadłem na pierwszy front. Pięknie! — Walnął ręką w czoło.
— Życie jest łaskawe, wiem, a teraz przestań marudzić, mały, i od dziś uważaj na swoje plecy. Nie, żeby mnie obchodziło, czy przeżyjesz tu kolejny tydzień — Liam uśmiechnął się uroczo — ale im szybciej się zorientujesz w sytuacji, tym prędzej mój teren będzie znowu… tylko mój.
— Nie użalam się! Po prostu po raz kolejny nie mam ochoty patrzeć, jak ktoś zostaje na moich oczach zagryziony. Tak jak cała moja grupa! — warknął Conall, ledwo się powstrzymując, żeby nie szarpnąć stojącego przed nim mężczyznę za fraki.
— Prawo natury każe walczyć o swój teren, a że przy tym giną jednostki. To chyba normalne — zauważył Liam, niewzruszony tym wybuchem.
Conall odruchowo zmarszczył nos.
— Jesteś idiotą. Doprawdy — warknął, a jego opiekun uniósł brwi.
— Szybko wydajesz osądy, mój mały psiaku. A po czym to wnosisz, jeśli mogę spytać?
— Bo wydaje mi się, że pan mistrz pierwszego frontu jeszcze nigdy nie czuł, jak to jest, gdy naprawdę pali mu się ogon i nie ma się możliwości, żeby uratować kogokolwiek poza sobą — zawarczał, a jego oczy niemal zabłysły gniewem i tymi wszystkimi uczuciami, które nim targały, odkąd wybito na jego oczach wszystkich jego braci i siostry z watahy.
— Widziałem więcej, niż ci się wydaje — odpowiedział Liam spokojnie, z całkowicie niewzruszonym wyrazem twarzy, który jednak mógł być maską. — Czasami ktoś się musi poświęcić, żeby inni mogli przeżyć. Więc widziałem wystarczająco dużo śmierci, by wiedzieć, o czym mówię. Tak nas nauczono, mój drogi. Jak ktoś umiera, to za dobrą sprawę, więc nie traktujemy tego widoku jako traumatyczne przeżycie. To domena ludzi. My przyjmujemy to jako naturalną kolej rzeczy, żeby potem móc dalej walczyć.
Conall miał ochotę rzucić się na niego z zębami. Jak ten dureń jest wkurzający!
— Głupi nie jestem! Też swoje widziałem! — podniósł głos, a jedna spacerowiczka, która właśnie zamierzała skręcić na ich ścieżkę, szybko zmieniła swoją trasę. — Tylko że to debilne wygryzać się wzajemnie. Po co?
Liam niespodziewanie odrzucił w tył głowę i wybuchnął zimnym śmiechem.
— Błagam! — zawołał z rozbawieniem. — Tutaj, w sam środek walki, przysłali szczeniaka z sercem wypełnionym jakąś utopijną ideologią. Jak to „po co”? Zawsze walczyliśmy, walczymy i będziemy walczyć o swoje. Nie załamuj mnie takimi pytaniami, proszę cię.
— Cudnie. Teraz już wiem, czemu ty się mną „zajmujesz” — wycedził wściekły chłopak.
Liam poczochrał mu włosy, zaraz potem znowu ruszając parkową alejką, wokół której w równej odległości rosły urocze, równo przystrzyżone drzewka, zupełnie niepasujące w tym momencie do nastroju ich rozmowy.
— Masz na myśli, że jestem w stanie zmienić ci punkt widzenia? — spytał z ironicznym uśmiechem.
— Mam na myśli, że nie będziesz miał oporów, żeby wbić mi zęby w gardło, gdybym się stawiał — wymruczał Conall pod nosem, podążając za nim.
— Zębów ci w gardło na pewno nie wbiję — odpowiedział Liam dziwnie tajemniczym tonem, po czym dodał już normalnie: — Lepiej stawiać się nie próbuj, jeśli chcesz tu przeżyć. Nasza grupa przygraniczna lubi dbać o dobre imię watahy, więc zdrajca nie będzie łaskawie osądzony.
— Och, a to niby czemu nie zabijesz mnie od razu, hmm? Czyżby jednak pan mistrz pierwszego frontu i „takie są zasady natury” miał jakieś… — Conall urwał i przystanął nagle.
— Miał jakieś co…? — Liam uniósł brwi, odwracając się w jego stronę pytająco.
Chłopak stał nieruchomo, patrząc w stronę granicy, jakby poza powiewającymi na lekkim wietrze liśćmi i nielicznymi spacerowiczami dostrzegł coś intrygującego.
— Chyba mamy towarzystwo albo jakiś desperat poszedł na wycieczkę na wrogie terytorium — rzucił, spoglądając na niebo. Zmierzchało.
Liam zmarszczył brwi, po czym zawęszył. Rozejrzał się i z grymasem zauważył, że w parku jest jeszcze sporo ludzi. Część siedziała na ławkach, część przysiadła na skraju kamiennej fontanny, a inni zwyczajnie chodzili po alejkach. Dlatego nie lubił dobrej pogody. Było tu zbyt tłocznie.
— Jesteśmy sami, patrol przyjdzie po zmroku, więc bądź czujny — powiedział, kierując się szybkim marszem w stronę gęściej rosnących drzew, w których latem dzieci tworzyły swoje bazy.
— Toż, kurna, jestem czujny, panie mistrzu pierwszego frontu! — sarknął chłopak, powstrzymując się od komentarza, że to on pierwszy wyczuł wilka spoza grupy.
Liam nawet na niego nie spojrzał. Sam nie był przyzwyczajony do niańczenia jakiegoś szczeniaka, kiedy musiał się skupić.
Weszli między drzewa, skąd mocniej dobiegał wrogi zapach.
— A może tego… jakieś instrukcje? — wypytywał nowy. Niby wiedział, jak się zachowywać normalnie, ale teraz nie był u siebie.
— Jedna. Zagryź, gdy się zbliży.
— Tak jest. — Conall westchnął i wszedł bez słowa między krzaki, aż nie było go zza nich widać.
Liam po chwili wahania podążył cicho jego śladem. Musiał się upewnić, czy młody to przeżyje. Jeden raz łaskawie może go pilnować, a potem zamierzał pozostawić go samemu sobie. Zobaczył, że Conall wyszedł z krzaków już w postaci wilka i podrapał się tylną łapą za uchem jak typowy psiak. Pozory to podstawa. Obejrzał się po tym za Liamem, który zerknął na niego krótko, po czym rozejrzał się wokoło. Wciąż pozostawał w swojej ludzkiej postaci. Jedynie jego brązowe oczy świeciły wyraźniej.
— Tamta parka — powiedział, patrząc na młodą kobietę, która szła pod rękę z jakimś mężczyzną. Nikt, kogo zmysły nie były tak wyczulone jak ich, nie zauważyłby, że to wilkołaki.
Conall spojrzał na niego wymownie. Wiedział, nie był idiotą. Westchnął jednak tylko w duchu i podszedł do nóg Liama jak grzeczny piesek. Był tu nowy, więc istniała szansa, że wrogie wilkołaki od razu go nie wyczują, a nawet jeśli, to nie wiedzieli, co potrafi.
Jego opiekun poklepał go po udzie i ruszył alejką, jakby nigdy nic. Zachowywał bezpieczny dystans, nie pozwalając jednak parce zniknąć im z oczu. Ci najwyraźniej jeszcze ich nie wyczuli.
W końcu para się zatrzymała i spojrzała na nich. No i masz, zauważyli. Liam liczył, że ich otoczą, ale trudno. Na szczęście znajdowali się w tej części parku, gdzie nie było latarni, a przez to ludzie w obawie przed kieszonkowcami po zmroku wybierali dłuższą drogę. W efekcie między obiema parami wrogich wilkołaków był tylko malutki, parkowy strumyczek.
Liam stanął, patrząc na wrogów spokojnie.
— Macie minutę, żeby mnie przekonać do oszczędzenia wam życia — oznajmił, a jego niski głos potoczył się po pustej alejce.
Conall siadł mu przy nogach i patrzył, jak para bez słowa zaczyna warczeć i idzie w ich stronę, po chwili przekraczając rzeczkę.
— Widzisz? No i na tym zwykle kończą się pertraktacje — westchnął znudzony Liam… niespodziewanie wyciągając z cholewy długi nóż. Najwyraźniej nie miał zamiaru zamieniać się w wilka. Co innego tyczyło się parki, która truchtała w ich stronę już w zwierzęcej formie.
Conall tylko zerknął na niego ostro, po czym bez słowa, nie dając mu się ruszyć pierwszemu, rzucił się w stronę wrogich wilków. Samiec, którego pierwszego zaatakował, nie zdążył zareagować, kiedy szary wilk przewrócił go na plecy i ugryzł w prawy bark. Samica stanęła w połowie kroku i ruszyła z obnażonymi zębami w jego stronę.
Kolejne głębokie westchnienie wydobyło się z ust zirytowany takim posunięciem swojego podopiecznego Liama. Może nie miał doświadczenia w walkach z partnerem u boku, ale nasłuchał się wystarczająco, jak to ma działać. Na pewno nie tak.
Chwycił pewniej nóż i rzucił się biegiem w stronę samicy, która, dostrzegłszy to, odbiła się z tylnych łap, chcąc dorwać mu się do szyi. Liam jednak zablokował jej zęby trzonkiem noża i oboje przeturlali się w dół zbocza. To by było na tyle, jeśli chodziło o starcie tej dwójki, bo samica nagle zapiszczała straszliwie i odskoczyła od niego, stając na wprost Conalla, który miał krew jej partnera na pysku.
— „Odejdź stad!” — wywarczał, jeżąc się i pewnie stąpając krok za krokiem w jej stronę, a wilczyca zjeżyła sierść na karku, zapierając się na nogach. Była masywna jak cała jej sfora.
Liam stanął na równe nogi, rzucając Conallowi ostre spojrzenie.
— Co ty wyprawiasz w środku walki?! Kończymy, bez tych szopek! Z nami dwoma nie ma szans.
Po tych słowach wyjątkowo zgrabnie skoczył w stronę wilczycy. Ta uskoczyła, ale już nie dała rady uciec przed zębami Conalla, który szarpnął ją za kark i przekręcił na plecy. Samica złożyła uszy i podwinęła ogon.
— „Wynoś się!” — powtórzył rozkaz.
Wilczyca zaskomlała, a w jej oczach widać było strach, jednak zanim zdążyła odpowiedzieć, coś świsnęło przed oczami Conalla, gdy ostrze noża Liama zagłębiło się głęboko w jej krtani. Mężczyzna pociągnął broń, przyspieszając śmierć samicy, po czym odetchnął i wstał spokojnie, z dłońmi splamionymi krwią.
— Tamtego wykończyłeś? — spytał, jakby nigdy nic.
Osłupiały Conall popatrzył na wypływającą i wsiąkającą w ziemię krew, potem na Liama i odskoczył od martwego ciała. Wilczyca nie zmieniła się w człowieka po śmierci, tylko leżała z poczerwieniają na szyi sierścią i pustymi, martwymi oczami. Trawa pod jej ciałem szybko ubrudziła się krwią, której zapach był teraz wszędzie wyczuwalny i bardzo drażniący jego wyczulone nozdrza.
— „Zgłupiałeś?!” — szczeknął, odsuwając się i stając pomiędzy bardzo ciężko rannym samcem a towarzyszem.
— Jeszcze żyje? — Liam uniósł brwi z niedowierzaniem. Kręcąc głową, podążył w stronę wilka, który od razu zastąpił mu drogę. — Co to ma znaczyć? — Stanął w miejscu, już z całkowicie poważną miną. Przestało mu się podobać zachowanie Conalla.
Ten, nie mogąc zbytnio zmienić postaci, pochylił tylko głowę i odsunął się.
— „To zbyteczne” — wymruczał pod nosem.
— Nie, mały, takie mamy zasady — powiedział twardo Liam i minął szarego wilka, zaciskając uścisk na nożu.
Conall spojrzał jeszcze na ciało samicy i odszedł. Nie chciał w tym uczestniczyć. Brzydził się tym i żałował, że właśnie tutaj przyszło mu zabłądzić.
Liam nawet się za nim nie obejrzał. Wpatrzył się za to w lekko zmrużone oczy rannego wilka i szybkim, profesjonalnym ciosem poderżnął mu gardło. Zaraz potem wytarł nóż o jego sierść.
— Conall?! — zawołał, niuchając, żeby wyczuć, gdzie ten poszedł.
Usłyszał w odpowiedzi krótkie szczeknięcie „tu”, dobiegające zza drzew. Schował nóż z powrotem do cholewy i pobiegł w jego stronę.
Szary wilk siedział ze spuszczoną głową, oblizując językiem krew z pyska. Co jakiś czas pomagał sobie łapą. Liam podszedł do niego, wkładając ręce do kieszeni.
— Do jakiej walki jesteś przyzwyczajony, że tak ci to nie pasuje? — spytał innym niż zwykle głosem, bo wyzbytym z tego nieodłącznego sarkazmu.
— „Uczciwej” — odszczeknął wilk, wstając i ruszając w stronę miejsca, w którym zostawił rzeczy.
Liam powstrzymał się od komentarza. Tutaj nie było czegoś takiego jak „uczciwa walka”. Wiedział, że na takich zasadach nikt z watahy by nie przetrwał.
— Zawyj, to inni przyjdą posprzątać — rzucił, siadając na trawie i mając zamiar tu na niego poczekać.
W odpowiedzi najpierw usłyszał warczenie, a później donośny, czysty skowyt, który musiał strwożyć słyszących go mieszkańców miasta. Po kilku chwilach z krzaków wyszedł ubrany, lecz troszkę ubrudzony chłopak, po którego twarzy dało się rozpoznać, jak bardzo jest zagubiony i zły.
— Posprzątać. Kurwa, to jest chore — warknął, wbijając ręce w kieszenie i ruszając w stronę mieszkania Liama.
Mężczyzna wzruszył ramionami i podążył jego śladem. Ponownie miał na twarzy swój lekko znudzony wyraz. I nawet cieszył się, że pozbyli się dwóch wrogich wilków, ale tego już nie miał zamiaru mówić głośno.
— Przyzwyczajaj się — powiedział tylko.
— Wystarczająco już się przyzwyczajałem, wiesz? — prychnął Conall. Był wkurzony. On walczył, więc uważał, że od niego powinno zależeć życie tamtej dwójki.
— Mój słodki szczeniaczku, czy ty jesteś wilkiem tylko z nazwy? Bo wydaje mi się, że jesteś wyzbyty wszelkich instynktów, a to nie wróży dobrze twojej przyszłości w naszym stadzie — zamruczał Liam.
Conall zatrzymał się raptownie i tak samo nagle odwrócił się do mężczyzny.
— Poddali się. To wystarczający dyshonor, nie trzeba zabijać! A mój — uderzył się pięścią w klatkę piersiową — instynkt wilka ma się zdecydowanie lepiej niż twój!
Jego opiekun tylko uśmiechnął się wymownie, patrząc na niego wzrokiem, który mówił: „Biedaku, nie wiesz, co mówisz, ale my ci pomożemy”.
— Chciałeś ich puścić wolno — skwitował. — Oni wróciliby do swojej watahy, wyleczyli się i w następnej walce zabili kilku naszych. Nie wspominając już, że morale naszego stada spadłyby drastycznie po takim ruchu.
Conall zmarszczył wściekle nos i chwycił się za głowę.
— Kurwa, gdzie ja trafiłem?! — wybuchnął i odwróciwszy się na pięcie, ruszył dalej do mieszkania. Miał na dziś dość.
Liam poszedł za nim, wpatrując się spokojnie w niebo. Nie miał zamiaru użerać się z tym ideowcem i tłumaczyć mu, na czym polega prawdziwa walka. Nie był tym typem.
Kiedy doszli do mieszkania, sięgnął pod deskę, wyjął kluczyk i otworzył drzwi. Jego podopieczny od razu po wejściu zaczął się rozbierać. Po tym zmienił się w wilka. Był wkurzony, zły i chciał spać.
— Mały, łapy masz brudne — powiedział Liam, unosząc brwi i otwierając mu sugestywnie drzwi do łazienki.
Ten tylko schylił łeb, kładąc po sobie uszy i obnażając zęby.
— „Pieprz się”.
Gospodarz westchnął, unosząc spojrzenie w górę, jakby chciał pokazać, że zaczyna go to męczyć. Z jakiegoś powodu jednak trochę go to urzekało i bawiło. Nie rozumiał samego siebie.
— Wiesz, że zachowujesz się jak szczeniak, zwalając to na mnie? Nie ja ustalałem te zasady.
— „To nie zachowuj się, jakby tak było” — wywarczał Conall, rosnąc nieznacznie. Młode wilkołaki, takie jak on, nie umiały zmieniać się w formę pośrednią poza pełniami, a on wyglądał, jakby właśnie to robił. Jego mięśnie się powiększały, owłosienie wydłużało i zaczynał dziwnie przypominać faktycznego wilkołaka, nie zaś wilka, w postaci którego zwykle poruszali się członkowie watahy, jeśli akurat nie byli w ludzkiej formie.
Liam zmarszczył brwi.
— Przestrzegam ich. Więc będę o nich mówił też jak o swoich.
— „Zabiłeś leżącego! NOŻEM!” — wywarczał młodszy wilkołak, jeszcze bardziej się powiększając. Jego palce w przednich łapach zaczęły się wydłużać tak samo jak ramiona. Nie wyglądał sympatycznie.
— Uspokój się! — rozkazał Liam, a oczy mu zabłysnęły. Zrobił się bardziej czujny, lekko zginając kolana, gotowy w każdej chwili sięgnąć po nóż. — Zaraz przesadzisz i zrobisz coś głupiego. A potem moja wataha cię zagryzie, więc ucisz te cholerne emocje!
— Jakie emocje?! — warknął Conall… ludzkim głosem z wilczego pyska, stając na tylnych łapach i nagle uderzając się głową w sufit. To go tak zaskoczyło, że chwycił się rękoma za głowę i zmniejszył z powrotem do ludzkiej postaci.
Liam odetchnął z wielką ulgą, opierając się plecami o ścianę. Co za dzieciak… Nie wiedział, jak on, wieczny samotnik, ma z nim wytrzymać przez najbliższy czas pod jednym dachem. Tym bardziej, że to, co właśnie się stało, nie było normalne i już wiedział, że nie ma do czynienia ze zwykłym psiakiem widzącym tylko czarne i białe. Coś tu było na rzeczy.
— Umyj się i idź spać — powiedział, mijając go i idąc do sypialni, żeby się rozebrać. Nie chciał znowu zaczynać z nim rozmowy, bo chłopak wciąż był pod wpływem emocji, a on musiał wszystko sobie poukładać w głowie, żeby zrozumieć, co zaszło.
Conall nadal siedział nagi na podłodze i rozmasowywał sobie głowę. Był ogłupiały, ale w końcu wstał i poszedł się umyć.
Tymczasem Liam zrzucił z siebie ciuchy i wskoczył na łóżko. Splótł dłonie na karku i skrzyżował nogi. Leżał tak, nagi, dając wreszcie sobie czas na przemyślenie dzisiejszego dnia. Musiał z Conallem poważnie pogadać. Nie czuł się dobrze z faktem, że chłopak szybciej niż on wyczuł wroga, a tym bardziej, że zamienił się w wilkołaka ot tak, bez pełni. To nie było całkiem normalne i piekielnie trudne.
Po niedługim czasie do sypialni wszedł nagi, jeszcze z mokrymi włosami, Conall. Ze zmęczeniem usiadł na dywanie obok łóżka. Głowa nadal go bolała od uderzenia, ale nie umiał zrozumieć, jak mógł się uderzyć.
Gospodarz zerknął na niego, po czym przewrócił się na bok i ziewnął krótko.
— Skąd to umiesz? — spytał, obserwując go uważnie.
— Eee… ale że co?
— Zmieniać się w wilkołaka bez pełni. — Liam uśmiechnął się krzywo.
Conall wyglądał, jakby zobaczył ducha. Te jego bursztynowe ślepia uroczo się rozszerzyły, a ciemne brwi powędrowały w górę czoła.
— Że co proszę? — palnął, zapatrując się na Liama jak osłupiały.
Mężczyzna rzucił mu długie, przenikliwe spojrzenie, milcząc przez chwilę.
— Wilkołak. Taki pół-wilk, pół-człowiek. Postać, w której przed chwilą o mało mnie nie zaatakowałeś.
— No, kurwa, wiem, co to wilkołak… Ale ja przecież nie mogłem. No bo jak, no… — Myśli Conalla szalały. To przecież nie mogło być serio! Ale miał tego guza na głowie, a przecież w ludzkiej postaci był zbyt niski, żeby uderzyć w sufit głową.
Liam zamrugał, już całkowicie zdziwiony.
— No chyba mi nie powiesz, że nie wiesz, kiedy jesteś tą śliczną, dwunożną bestią?
Conall popatrzył na niego przestraszonym wzrokiem i od razu go spuścił.
— Nie wiem… Nic nie czułem. Kurcze, ale naprawdę zmieniłem postać?
— Nie, tak mi się nudzi, to chciałem cię postraszyć — odparł Liam znudzonym głosem, ale w głowie myślał intensywnie. Jak się ten szczeniak uchował, mając taki potencjał i nawet nie zdając sobie z tego sprawy…?
— Ej, bez takich! Nie rób ze mnie debila i nie wciskaj mi takich rzeczy, bo jeszcze uwierzę! — Wściekły Conall zamienił się w wilka i ułożył w kłębek na dywanie. Wyglądał, jakby był obrażony na cały świat.
Liam spojrzał na niego i gdyby nie powaga sytuacji, w jakiej się znalazł, musząc sprawować opiekę nad tak niecodziennym przypadkiem, pewnie parsknąłby śmiechem. Zamiast tego tylko spuścił rękę za krawędź łóżka i leniwie podrapał wilka za uchem.
— Głupi szczeniak.
Conall podniósł na niego swoje bursztynowe ślepia i wpatrzył się w niego smutno. Był zagubiony, zdenerwowany, a do tego głowa nadal go bolała i nie wiedział dlaczego.
Liam uniósł brew, popatrując na niego. Słodki był. Ale on, nieprzyzwyczajony do towarzystwa, a szczególnie takiego, które najwyraźniej będzie wymagało głębszej uwagi, zmarszczył brwi na swoją nieciekawą sytuację.
— Spać — zarządził, nie przerywając sporadycznego drapania za uchem.
Wilk westchnął i ponownie zakręciwszy się na dywaniku, położył pysk na łapach.

11 thoughts on “Outsider – 1 – Szczeniak

  1. Katka pisze:

    Haruś, hehe, to rozkoszne, że „zimny” drań ma „gorący” temperament :D Lubię to. Mam nadzieję, że całe opowiadanie Ci się spodoba ;) A co do lenienia się na dywan, taaaak, chodzi o zrzucanie sierści :) Pozdrawiamy również bardzo cieplutko i życzymy miłego czytania wilczków ;)

  2. Haruś pisze:

    Uff, w koncu zabralam sie za czytanie tego opowiadania, bo na poczatku nie bylam przekonana do niego, ale bardzo sie ciesze, ze jednak sprobowalam^^
    Uwielbiam Liama za to, ze jest takim zimnym draniem ♡ uh, taki temperament jest niezwykle goracy :)
    Spodobalo mi sie I mysle, ze szybko pojdzie czytanie go, bo jest naprawde przyjemne
    Ale dziwne jest to zdanie: „…jak się lenisz na mój dywan…” Chodzilo Wam tu o proces zrzucania siersci? Czyli linienie? Bo to zdanie jakos na serio dziwacznie brzmi, ale oprocz tego nie zauwazylam jakis razacych bledow :)
    Przepraszam, ze bez polskich znakow, ale taki mam telefon
    Pozdrawiam I zycze duuuzoo weny

  3. Katka pisze:

    Saki, yey, super, że sięgnęłaś po Outsidera! Pewnie szybko pójdzie, bo to krótkie opko i oby się całość spodobała :) Jak zwykle dzięki za literówki, ale te dwie pierwsze chyba są w porządku. Co do lenienia się, to nie chodzi o to, że się leni w sensie nic nie robi, tylko leni w sensie zrzuca sierść, więc leni się na dywan. A drugie… hm, nie jest przypadkiem szarpnąć „kogo, co? mężczyznę”, a nie, jak sugerujesz „kogo czego? mężczyzny”? Resztę poprawiłam :)

  4. saki2709 pisze:

    W końcu zabrałam się za to opowiadanko. Póki co bardzo mi się podoba. Conall jest słodki, ale jak trzeba, to potrafi nieźle dokopać XD Liam to cham ale i tak go lubię :) Może Conall zmieni jego podejście do życia? Lecę czytać dalej.

    Trochę literówek wygrzebałam:
    „Złagodziły dzisiaj moją złość, kiedy zobaczyłem, jak się lenisz na mój dywan.”- a nie „na moim dywanie”?
    „Tak jak cała moja grupa! – warknął Conall, ledwo się powstrzymując, żeby nie szarpnąć stojącego przed nim mężczyznę za fraki.”- „mężczyzny”
    „— Wysterczająco już się przyzwyczajałem, wiesz?”- „Wystarczająco”.
    „— Wiesz, że zachowujesz się jak szczeniak, zawalając to na mnie?”- a nie „zwalając”?
    „Collan wyglądał, jakby zobaczył ducha.”- chyba miało być Conall.
    „Conall podniósł na niego te swoje bursztynowe ślepia i wpatrzył się na niego jakoś smutnie.”- jeśli „wpatrzył” to „w niego” i „smutno”.

  5. Katka pisze:

    Adela, haha! Och, te priorytety! XD No nic, miłego czytania zatem, zapewniam, że szybko odkryjesz, któż tu będzie topkiem XD

  6. Adela pisze:

    Wszyscy pewnie co czytali to opowiadanie zastanawiali się jak potoczy się wojna. A mnie tymczasem ciągle zastanawia fakt, kto w tym związku będzie topem!

  7. Roselani pisze:

    No łał, uwielbiam Conalla. Jego podejście do życia dużo bardziej do mnie przemawia, niż bezlitosny Liam. Osobiście mam nadzieję, że taki powiew świeżego powietrza w postaci poglądów Conalla zmieni trochę realia tamtejszego życia. No bo, żeby tyle osób ginęło… Trochę to okrutne.

  8. fantastka pisze:

    Łaaał… Jakie fajne opowiadanie o.o już mi się podoba. I powiem wam coś. Jak zaczęłam to czytać, to w mojej głowie po protu pojawił się filmik tego rozdziału. Nie mam tak ze wszystkimi opowiadaniami.

    W każdym bądź razie…
    Conall jest słodki i wkurzający jednocześnie. Ale jestem w stanie zrozumieć jego wzburzenie, więc…
    Liama kocham, uwielbiam, ubóstwiam XD Już jest u mnie na topie, jest moim vipem XD
    Trzymać tak dalej, dziewczyny! XD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s